Prywatne Okienko Wuja Mariana
Serdecznie witam na mojej witrynie

Wisłą w głąb Polski

Poprzednie rozdziały » Rozdział LXXXVII » Rozdział LXXXVIII » Rozdział LXXXIX » Rozdział XC » Rozdział XCI » Rozdział XCII » Rozdział XCIII » Rozdział XCIV » Rozdział XCV » Rozdział XCVI » Rozdział XCVII » Rozdział XCVIII » Rozdział XCIX » Rozdział C » Epilog

Rozdział LXXXVII

W stronę Gniewu

Zatopiona główka szumiała przez całą noc i spało się mi jak przy górskim potoku. Było chłodno. To jeszcze nie kalendarzowa jesień, ale klimatyczna na pewno tak.

Na śniadanie jajecznica na boczku. Rafał z Bartkiem byli mistrzami ceremonii i zadbali o to, żeby boczek dobrze się wysmażył. Gdyby nie to, wypłynęlibyśmy pewnie z pół godziny wcześniej. Gdyby nie to, jajecznica by tak świetnie nie smakowała.

Nowe. Wieże dwóch kościołów, wieża ciśnień, dach zamku z czerwonej dachówki, bloki na wierzchu trawiastej skarpy.

Nowe to przygnębiające miasteczko. Zaniedbane, puste, brudne. Pijackie krzyki dobiegające z bocznej uliczki, szare domy, przytłaczająca rynek kubiczna bryła socrealistycznego pawilonu na jednej z pierzei. Jeden z dwóch gotyckich kościołów zamknięty, sprawiaiący wrażenie nie użytkowanego. Dwa to zbyt wiele kościołów jak na potrzeby dzisiejszego Nowego.

"Mam dosyć tych panów po pięciu piwach w południe, wypatrujących, skąd zdobyć pieniądze na kolejne. Mam dosyć kobiet w garsonkach sprzed dziesięciu lat, idących do kościoła. Pewnie nie stać ich na nową garsonkę. Tak nie powinno być".

Te słowa Aliny, pełne żalu do polskiego losu, wypowiedziane kiedyś jak ulał do Nowego pasują.

Tylko Wisła widziana z krawędzi wysoczyny, na której wzniesiono Nowe, majestatycznie równiną wędruje.

Tuż przed Nowem z lewej niepozorne ujście Mątawy. To kolejna rzeka o podobnej nazwie. W Kępie Polskiej minęliśmy ujście Mołtawy, uchodząca we Włocławku Zgłowiączka w XVI wieku nazywana była Mintawą, teraz Mątawa, wkrótce w Gdańsku Motława. Nazwy w których przetrwała historia tych ziem z czasów przedpiśmiennych. Wszystkie zawierają w sobie indoeuropejski rdzeń "mad", odnoszący się do czegoś mokrego. Podobnie jak wyrazy mącić, mętny, odmęt czy mady.

Naprzeciwko Nowego w kępie drzew sygnaturka wieży kościoła w Nebrowie.

Minęły nas dwie żaglówkiMinęły nas dwie żaglówki idące na motorkach, zmierzające do Bydgoszczy.

Dwa razy utknęliśmy na mieliźnie tak, że nie można było sobie poradzić bez wyjścia z kajaka i poholowania go do przykosy, którą podwodne ławice opadają ku głębinom.
- Woda jest coraz zimniejsza - Leszek kąpał się wczoraj, więc wie to najlepiej. - Schładza się pewnie nocami, gdy temperatura spada do trzech stopni.

Mijaliśmy kolejne białe tablice kilometrażowe. Były miarą ubywającego dystansu. Ułatwiały nam zmaganie się z odległością. Tak jak ćwiczący na siłowni na rowerku ma licznik, mierzący pokonywane kilometry, choć tylko na niby, tak my mieliśmy tablice kilometrażowe.
- Człowiek musi mieć jakąś nagrodę. Psychologowie określają to układem nagrody. Zakładam cel, osiągam go, mam nagrodę. Jest też układ kary. Oba bardzo istotne dla psychiki człowieka. Gdy układ nagrody szwankuje, rodzą się depresje. Nic się nie chce.
- Ale my mamy ładniej niż na siłowni. Wiesz, Leszku, jest taki przyrząd imitujacy wózek wioślarski. Można byłoby nagrać całą Wisłę i puszczać gościowi, co ćwiczy, na telebimie. Miałby satysfakcję: jestem już w Krakowie, jestem już w Odmęcie... Wiele byłoby godzin takiego filmu.

Wiosła. Skarpy towarzyszące Wiśle z lewej od Nowego w Wiosłach potężną łopatą kierują rzekę na północny wschód. Obficie zalesione zbocza kryją dwa rezerwaty przyrody. Obiecałem sobie, że kiedyś przybędę je spenetrować, gdy posilaliśmy się na plaży u ich stóp.

Opalenie, filary dawnego mostu trasy Kwidzyn - SmętowoOpalenie, filary dawnego mostu trasy Kwidzyn - Smętowo. Zbudowano go między 1907 a 1910 rokiem jako most kolejowo-drogowy. Po I wojnie światowej znalazł się on tuż przy granicy z Niemcami. Wprawdzie w tym miejscu Wisła płynęła jeszcze w całości przez terytorium Polski, ale Kwidzyn (wówczas Marienwerder) był już na terenie Prus Wschodnich. Most posłużył wówczas do rozwiązania problemów drogowych Torunia. Rozebrano go i w 1930 roku rozpoczęto montaż jego stalowej konstrukcji na obecnym miejscu.
- To się musieli mieszkańcy Marienwerder zdziwić, gdy im Polacy most rozebrali. Ale nie było tu planowane przejście graniczne, ani stosunki przyjazne z sąsiadem zachodnim również nie były planowane.

Zmontowany w Toruniu most różni się nieco od swej poprzedniej postaci. Skrócono go o dwa przęsła, przez co jego długość to obecnie bez dojazdów 989 metrów. Został też zaadaptowany na most wyłącznie drogowy i poszerzony: otrzymał trzy pasy jezdni i chodniki po bokach.

W oddali z prawej widoczny jest Kwidzyn: zakłady celulozowe i donżon zamku. Przy rzece sporych rozmiarów nabrzeże, ujęcie wody do celulozowni i prom z czterema najazdami w Korzeniewie. Przy promie - ciekawy drewniany budyneczek, jakby żywcem przeniesiony z Podlasia, zielony, z centralną częścią wyższą o piętro od parterowej reszty. Domek z wieżą to dawny bosmanat portowy. Na wieży umieszczona była dawniej tarcza ze wskazówką pokazującą stan wody Wisły, jeden z elementów unikatowego mechanicznego wodowskazu, dziś już nie działajacego i niekompletnego.

Rybitwy nad WisłąRybitwy na łasze a prom nieczynny.
- Zastanawiające, że przez tyle lat mostu rozebranego w latach dwudziestych nie odbudowano. Kwidzyn jest przecież w Polsce od ponad sześćdziesięciu lat!
- Władze nie były zainteresowane inwestowaniem w ziemie odzyskane. Ta nazwa to był tylko chwyt propagandowy. Panowało przeświadczenie o tymczasowości rozwiązań jałtańskich.

870 kilometr. Czajki na łasze. Obserwowaliśmy przez lornetkę ich główki strojne w tworzące warkoczyk piórka, przepływając blisko, a one się wcale nie spłoszyły.

Z wioski na lewym brzegu do rzeki zeszły krowy i piły wodę.

Na piasku wynurzonym na środku rzeki stały trzy żurawie. Pokrzyczały dłuższą chwilę, zerkając, jak się zbliżamy, nim odleciały.

W Gniewie przy ujściu Wierzycy, przed promem dolnolinowym postój.
- Powtórka z rozrywki. Kolejna rzeka uchodzi do Wisły przed górami - rzekł Leszek.

Wierzyca, tak jak Wda, Osa i Mątawa, wpada do Wisy z korytarza wiklin. Przy Wiśle wszystkie te rzeki wydają się ciasne i znikome. Każda z nich przy Królowej jest malutka.

Na chwilę wyszło słońce. Wisła była gładka. Nie wzbudzał fali delikatny wiatr.

Poszedłem do Gniewu na zakupy i obiadek. Drogą wiodącą od promu dotarłem do opłotków miasteczka. Przy ulicy wstępującej w stronę rynku, na budynku z czerwonej cegły zachował się wytarty napis: "Gasthaus am Weichsel". Obecnie w budynku nie ma już gospody. Jest naruszony zębem czasu, nieremontowany i brudny.

Obiad zjadłem w knajpce przy rynku, naprzeciwko obrośniętego przybudówkami ratusza. Ciekawy jest gniewski rynek. Są przy nim kamienice podcieniowe jak i nowsze, kryte dachami mansardowymi; są też przy nim ruiny kamienic gotyckich. Mimo, że położone przy rynku, w samym centrum miasta, to jednak na uboczu. W Gniewie bowiem najważniejszą rolę odgrywa zamek, jak przed wiekami.

Zamek jest znakiem rozpoznawczym Gniewu i motorem jego teraźniejszości. Czteroskrzydłowy budynek na planie kwadratu, ze smukłymi narożnymi wieżyczkami wyrastającymi ponad strome dachy. Wypalony w 1921 roku, do niedawna pozostawał w dobrze zachowanej ruinie, wprawdzie nakryty dachem ale bez okien, z wiatrem jako głównym lokatorem. Zarządzająca nim obecnie fundacja "Zamek w Gniewie" dokończyła jego odbudowę i ożywiła. Urządzane są w nim biesiady średniowieczne i turnieje rycerskie. Działają w jego murach modne ostatnio grupy rekonstrukcyjne, krzewiące kulturę wieków minionych, tu: głównie średniowiecza. Jest też niewielkie muzeum. Zaskakujący jest wewnętrzny dziedziniec warowni. Nakryty wielką plandeką, jest chroniony przez niepogodą, a deszczówka odprowadzana jest gumowym rękawem do centralnie położonej studni.

Wróciłem wierzchem wysokiej skarpy, obok pałacu Sobieskich. Zbudowany przez Jana III dla żony, Marysieńki, został pozbawiony cech stylowych wskutek późniejszych przebudów na spichlerz zbożowy i więzienie. Obecnie jest w nim hotel.

Jan III Sobieski jeszcze jako obywatel państwa a nie jego władca często na Pomorzu bywał, poznał je więc zapewne najlepiej ze wszystkich polskich królów. Przez trzydzieści lat był starostą gniewskim. Podczas siedmiomiesięcznego pobytu króla w Gdańsku urodził się jeden z jego synów. Jan Heweliusz, którego król odwiedził w obserwatorium w pobliżu kościoła świętej Katarzyny, dla jego uczczenia nazwał jeden z odkrytych przez siebie gwiazdozbiorów "Tarczą Sobieskiego". W krajobrazie architektonicznym Gdańska pozostała wzniesiona z inicjatywy króla dla katolików, którzy nie dysponowali wówczas własną świątynią w protestanckim mieście, barokowa kopułowa Kaplica Królewska, ciekawie wkomponowana pomiędzy wąskie szczytowe kamieniczki. Mało kto do niej trafia z turystów. Położona na zapleczu kościoła Mariackiego, niknie w jego cieniu.

Zostałem przy kajakach, zasiadłszy wśród rumianów. Leszek oraz Bartek z Rafałem, którzy niedawno dopłyneli, udali się do miasta. Czekałem, pojadając jeżyny, obserwując przesuwającą się przed oczami ruchomą materię rzeki.

Rozdział LXXXVIII

Spożytkować zwycięstwo

Ze skarpy, na której wzniesiony został Gniew, doskonale widać dolinę Wisły i samą rzekę aż po Kwidzyn. Ponadto Gniew położony jest niewiele powyżej miejsca, w którym od Wisły w stronę morza odchodzi Nogat, pierwsze z ujściowych ramion rzeki. Kto władał ujściem Wisły, ten zaburzał gospodarkę Polski w czasach Jagiellonów i królów elekcyjnych. Okoliczności te sprawiały, że w historii Gniew odgrywał nieraz ważną rolę militarną.

W czasie wojny trzynastoletniej załoga krzyżacka stacjonująca w Gniewie zajmowała się utrudnianiem żeglugi na Wiśle. Jej prowadzenie było niezbędne dla miast pruskich, gdyż handel był źródłem ich dobrobytu. Bez dostaw zboża, drewna i innych towarów z gospodarczego zaplecza, jakim dla Gdańska była Polska, wysyłanych następnie w kierunku Europy Zachodniej, oraz przesyłania w górę rzeki towarów dostarczonych morzem, zwłaszcza bardzo ważnych w średniowiecznej diecie śledzi, nie byłby on w stanie finansować swoich oddziałów. Podobnie finansowej zapaści doznałby Toruń. Wojna trzynastoletnia była bowiem konfliktem długotrwałym i wygrać miała go strona o większej wydolności finansowej i gospodarczej.

Zagrożeniu żeglugi ze strony załóg krzyżackich w Gniewie ale także w Nowem, Tczewie czy Świeciu wielkie miasta pruskie przeciwstawiły system konwojowy. Statki wyruszały w konwojach pod eskortą obsadzonych zaciężnymi żołnierzami łodzi. Ich utrzymanie było finansowane przez wysyłających towary kupców, którzy wnosili na ten cel opłatę zwaną leitdegeldt, w wysokości około jednej grzywny pruskiej od łasztu towaru. Był to zatem system podrażający koszty, chociaż raczej skuteczny.

Krzyżaccy dowódcy stosowali dwie zasadnicze metody walki z konwojami: atakowali je przy użyciu własnych łodzi z wykorzystaniem elementu zaskoczenia albo też starali się zablokować szlak żeglugowy. W tym drugim celu budowali na wyspach rzecznych albo na brzegu wysunięte w stronę lustra wody basteje: półokrągłe budowle z ziemi, drewna i kamieni, służące do prowadzenia ognia flankowego wzdłuż koryta rzeki. Dwie takie basteje zbudowano pod Gniewem; w ich pobliżu manewrowało kilka zbrojnych łodzi krzyżackich.

Forsowanie takich przeszkód nie było łatwe. Konwój toruński w 1461 roku przed przystąpieniem do akcji zbrojnej zatrzymał się przy dużej wiślanej kępie i jego eskorta na największym statku zbudowała własną basteję, pływającą. Postawiono na nim dwa maszty z marsami (zamienionymi w stanowiska ogniowe "bocianimi gniazdami") i połączono je palisadą, za którą stanęli strzelcy z rusznicami i kuszami. Po tych przygotowaniach konwój ruszył na umocnienia krzyżackie, ze statkiem-basteją na czele, łodziami zbrojnej eskorty za nim i po bokach oraz statkami towarowymi w tyle. Blokada została przełamana, acz nie bez strat. Na jednej z łodzi krzyżackich eksplodował ładunek prochu. Przerażona załoga, zniesiona pod burtę statku-bastei, poddała się. Obie jednostki zderzyły się jednak zapewne ze sobą, gdyż pożar przerzucił się także na okręt polski, na którym znajdowały się beczki z pakiem. Ten łatwopalny materiał, używany do uszczelniania i konserwacji kadłubów, zajął się gwałtownym ogniem. Kilku zaciężnych polskich i krzyżackich spłonęło, pozostali knechci korzystając z zamieszania uciekli. Prawdopodobnie pożar ugaszono, gdyż konwój dotarł ostatecznie do Gdańska bez strat.

Nie każdy konwój przepływający obok Gniewu miał tyle szczęścia. Wiele statków udało się Krzyżakom złupić lub przejąć. Zadawane straty i wzrastająca opłata konwojowa (leitdegeldt) zmotywowały radę gdańską do tego, by w porozumieniu z królem zlikwidować to utrapienie handlu wiślanego. W lipcu 1463 roku milicja gdańska i królewscy zaciężni przystapili do oblężenia Gniewu, blokując na początek jego załogę w obrębie miasta i zamku. Wpłynęło to natychmiast na ożywienie transportów wiślanych, sprowokowało też stronę krzyżacką do działania. Okręty gdańskie zablokowały jednak na Szkarpawie podążającą z odsieczą flotę wielkiego mistrza, a następnie, gdy wycofała się ona na Zalew Wiślany (podówczas zwany Zatoką Świeżą), wraz z okrętami elbląskimi zniszczyły armadę krzyżacką w bitwie stoczonej 15 września 1463 roku. Gniew nie doczekał się odsieczy także od lądowych oddziałów krzyżackich i w końcu roku skapitulował. Strona krzyżacka miała odtąd coraz mniej środków i możliwości, by kontynuować wojnę.

Bitwa na Zatoce Świeżej jest jedyną bitwą morską w dziejach Polski, która miała decydujące znaczenie dla toczącej się wojny. Można nawet powiedzieć, że mimo, iż stoczyły ją okręty kaprów finansowanych przez dwa pruskie porty, stoczyła ją flota polska. Wystawiając listy kaperskie (nota bene w języku dolnoniemieckim, a ściślej w dialekcie lubeckim, który był oficjalnym językiem Hanzy) burmistrz i rada gdańska wskazywali bowiem, że czynią to "z rozkazu najjaśniejszego i najpotężniejszego władcy, pana Kazimierza Króla Polski, Wielkiego Księcia Litwy, na Rusi i w Prusach Pana i Dziedzica etc., naszego najmiłościwszego pana".

Kolejny raz ważną rolę w czasie działań wojennych odegrał Gniew w roku 1626. Na wybrzeżu pruskim wylądowali wówczas Szwedzi i zajęli znaczną jego część; opanowali też położony na lewym brzegu Wisły Gniew, co umożliwiło przejęcie kontroli nad naważniejszą drogą łączącą Gdańsk z resztą Rzeczpospolitej. We wrześniu tego roku do oblężenia Gniewu przystąpiła armia polska pod dowództwem samego króla Zygmunta III. Oblężonym z pomocą ruszył król Szwecji Gustaw Adolf, co doprowadziło do stoczonej w dniach od 22 września do 1 października 1626 roku bitwy pomiędzy wojskami dowodzonymi przez obu monarchów. Zakończyła się ona ostatecznie odwrotem wojsk polskich; panami placu boju zostali Szwedzi.

W czasie bitwy pod Gniewem doszło do pierwszej porażki husarii w otwartym polu. Na gniewskich wzgórzach i na nadwiślańskiej równinie zakończyło się złote pięćdziesięciolecie tej formacji, które zapoczątkowane zostało niedaleko Gniewu, bo pod Tczewem, a ściślej pod Lubieszowem 17 kwietnia 1577 roku. W tym okresie nikt nie potrafił się oprzeć czołowemu natarciu husarii. Była to zapewne najlepsza kawaleria przełamująca w dziejach świata, jak nazwał ją jeden z historyków.

Bitwa pod Lubieszowem została stoczona pomiędzy wojskami królewskimi dowodzonymi przez hetmana Jana Zborowskiego, liczącymi około 1950 żołnierzy, a pięciokrotnie liczniejszymi oddziałami gdańszczan. Gdańsk nie uznał wyboru na króla Stefana Batorego, żądając od niego przed złożeniem przysięgi potwierdzenia dotychczasowych przywiejów i zniesienia nałożonych na gdański patrycjat w ostatnich latach panowania Zygmunta Augusta ograniczeń, zawartych w tak zwanych statutach Karnkowskiego. Doprowadziło to do militarnego konfliktu, którego kulminacja nastąpiła pod Lubieszowem. W czasie tej bitwy armia gdańska została całkowicie rozbita. Na wyniku bitwy zaważyły przewaga jakościowa husarii oraz lepsze dowodzenie Jana Zborowskiego. Samych trupów po stronie gdańskiej naliczono ponad 4400, ponadto żołnierze królewscy wzięli około 1000 jeńców. Straty wojsk Batorego wyniosły 60 zabitych, 127 rannych oraz 44 zabite i 64 ranne konie. Tak precyzyjne wyliczenie strat jest możliwe dzięki zachowanemu rejestrowi strat. Ciekawostką dla współczesnego czytelnika jest, że straty w ludziach i koniach traktowane są w nim podobnie. Konie kawaleryjskie wymagały lat szkolenia i były drogie, jeźdźcy darzyli też je niemalże ludzkim uczuciem.

Mimo skali zwycięstwa, bitwa lubieszowska miała tylko ograniczone znaczenie dla zakończenia wojny. Gdańsk ukorzył się ostatecznie przed królem, zobowiązał się zapłacić mu 200 000 złotych i rozpuścić najemników, ale uzyskał odwleczenie w czasie rozstrzygnięcia w sprawie statutów Karnkowskiego, które ostatecznie zostały uchylone w 1585 roku. Można powiedzieć, że Gdańsk osiągnął swój cel.

Pamiętnikarz siedemnastowieczny Jakub Łoś zapisał: "A to się prawdzi w naszych Polakach, że vincore umieją a prosequi victoriam nieumieją". Opinia, że Polacy potrafią zwyciężać, ale nie potrafią zwycięstw wykorzystywać, była już wówczas ugruntowana. Bitwa pod Lubieszowem bywa przytaczana jako jeden z dowodów tej tezy. Czy Polacy są jednak na tym polu jakimś szczególnym wyjątkiem? Historia wojen dostarcza wielu przykładów, że zwycięstwo nie bywa wykorzystane tak, jak chcieliby potomni. Po Kannach Hannibal nie zajął Rzymu, zwycięstwo Anglików pod Crécy nie przyniosło żadnych rozstrzygnięć politycznych, a główne znaczenie Tannenbergu to jego rola propagandowa. Nawet zwycięskie kampanie Napoleona w ostatecznym rozrachunku nie przyniosły spodziewanego rezultatu: objęcia Europy dyktatem francuskim. Mało było zwycięstw w historii, które przyniosły trwałe rezultaty.

Układ Stefana Batorego z Gdańskiem jest traktowany czasem jako ostateczny triumf pokonanego miasta. Oceniając go, nie należy zapominać, że był to rezultat wojny domowej; niełatwo określać przegranych i wygranych takiego konfliktu. Gdańsk był z Rzeczpospolitą powiązany bardzo silnymi węzłami i mimo wielu sposobności w obliczu zewnętrznego zagrożenia nigdy nie zawiódł. Jako jeden z nielicznych nie odstąpił króla, reprezentującego swoją osobą Rzeczpospolitą, w czasie potopu szwedzkiego a w czasie po pierwszym rozbiorze pozostał jej częścią niczym wyspa w otoczeniu ziem zajętych przez zaborcze Prusy. W tym sensie mimo niemieckiego pochodzenia wielu swych mieszkańców w czasach szlacheckich był zawsze miastem polskim.

Rozdział LXXXIX

Wieczór kąpieli i śpiewów

Biwak rozbiliśmy ponad godzinę za Gniewem, naprzeciwko Białej Góry. Wzdłuż brzegu rosły gęsto chabazie, na łące za nimi aż do wału powodziowego pasły się krowy.

Chabazie, czyli wikliny. Takim słowem nazwał je Leszek. Czy nazwa warszawskiego klubu kajakowego, z którym Leszek pływał czasem, pochodzi od nadrzecznych zarośli? Leszek nie umiał na to pytanie od razu odpowiedzieć. Analizował krótko ten problem, wreszcie oznajmił, że jego zdaniem - nie. Habazie warszawscy piszą się przez "h" a chabazie nadrzeczne przez "ch".

Wyraz "chabazie" jest regionalizmem. Daremnie go szukać w oficjalnym słowniku języka polskiego. Nie znałem go. Z wiklinami kojarzył mi się dotąd tylko podobny wyraz "bazie" oznaczający wierzbowe koty. Wiele wyrazów nie zrozumiałych przez wszystkich jest używanych nawet dzisiaj, w czasie, gdy każde dziecko uczy się w szkole tego samego literackiego języka. Niektórym wyrazom różne osoby nadają różne znaczenia.

Dla mnie słowo "twaróg" oznaczało zawsze biały ser zmieszany ze śmietaną, tymczasem Alinka nazywa twarogiem każdy biały ser. Wyraz "ciasto" oznaczał dla mnie zarówno wyrobione ciasto jak i gotowy z niego wypiek. Dla Alinki ciasto to tylko półprodukt; z piekarnika wyjmuje się już "placek". Urodzona w Toruniu Alinka na temperówkę mówi "ostrzółka" albo "ostrzynka" a palce może sobie "przykliszczyć". Człowiek "zorgowny" to człowiek zaradny, potrafiący zadbać o swoje interesy. Na Pomorzu nie zdejmuje się butów, można je jedynie "zebuć".

Pomorze Gdańskie, dawne Prusy Królewskie, to teren, na którym język polski przez stulecia nie był językiem dominującym. Świadczą o tym nazwy miejscowości, wód, innych miejsc. Cześć z nich, o słowiańskim rodowodzie, została później zniemczona, jak Chełmno - Kulm. Nie brakuje i takich, jak Bohnsack - Sobieszewo, które założone przez kolonistów niemieckich, dopiero później otrzymały polskie nazwy.

W miastach pomorskich przeważała niemczyzna a na wsiach Kaszub język kaszubski, będący językiem słowiańskim o regionalnym zasięgu. Ten ostatni dotrwał do dzisiaj i niedawno doczekał się nobilitacji: urzędowego uznania go za język a nie dialekt. Odtąd kaszëbsczi jazëk (kaszëbskô mowa) ujmowany jest w statystycznych zestawieniach. Wynika z nich, że zgodnie z oczekiwaniami obecnie w Polsce większość ludzi za swój język ojczysty uważa polszczyznę. Ponadto za granicą żyje jeszcze kilka milionów osób uważających język polski za ojczysty. Z mniejszości narodowych zamieszkałych w Posce niemieckojęzyczna jest najliczniejsza: ponad trzystutysięczna. Kolejno jako ojczyste obywatele polscy deklarują języki: białoruski, ukraiński, litewski, słowacki, kaszubski i czeski.

Rafał wziął przyklad z Leszka i wykąpał się.
- Nie zimna, Rafał?
- We dupie to mom!

Bartek i Tomek przy ogniskuTeż się z Bartkiem wykąpaliśmy. Morsy żadne nie jesteśmy, ale ciemno było, nikt wariactwa nie widział. Ogrzaliśmy się potem i wysuszyli przy ognisku. Nie chcieliśmy moczyć ręczników. Nie wyschłyby przez noc. Ognisko obsuszyło nas w mig. Płomienie biją na chłopa wysoko, gdy Rafał jest ogniomistrzem.

Wieczór śpiewów.

"O Shenandoah, I long to see you,
And hear your rolling river,
O Shenandoah, I long to see you,
Way we`re bound away,
Across the wide Missouri".

Słowa starej szanty kabestanowej, która spłynęła na morze z nurtem Missouri, niosły się w noc zalegającą nad inną wielką rzeką. Wybiegała też nad nią melodia tradycyjnej piosnki z Wisły, śpiewanej niedaleko ujścia Wisły do morza. Piosnki zapamiętanej przez Rafała z czasów dzieciństwa.
"Mało nam góralom do szczęścia potrzeba,
byle była praca i kawałek chleba,
byle nasze góry i nasze doliny
pełne były śpiéwu góralskiej dziewczyny..."

Rozbierała nas nostalgia. Tak blisko byliśmy celu, tyle pozostało za nami.

Śpiewaliśmy o góralu, który wyszedł z Kamesznicy w kierunku Baraniej wiązać szubienicę, ale spotkał Jezusicka, który tak mu rzekł:
"Ni ma takich serc strapionych,
co sie nie wylecom,
Niek sie ino wesolutkom
Muzyckom pociesom".

- Kamesznica to ta sama, z której szlak na Baranią prowadził, ten, do którego doszliśmy... - zadumał się Rafał. - Patrz! Bartek odpłynął...!

Nie zauważyliśmy, śpiewając, jak Bartek zasnął na wygodnym składanym fotelu Rafałowym. Dwa takie fotele Rafał wozi w swojej kanadyjce. Ładowność to jedna z cech, dla których ją ceni. W kajaku by takich foteli nie spakował. Podobnie nie spakowałby "grzmota", wielkiego plecaka, którego zawartość pozostaje dla wszystkich tajemnicą. Nie jedyny to bagaż Rafała! Według podań i wspomnień właściciela w "grzmocie" w zamierzchłych jakichś czasach zapakowane zostały nawet skalpel i podręczny zestaw dentystyczny. Na szczęście nie musieliśmy tego sprawdzać.

Odnieśliśmy Bartka do jego malutkiego, wąskiego, niskiego namiotu. Dobrze, że się zbudził, bo do środka byśmy go nie wsunęli. Sam się z trudem w swym domku tylko na leżąco mieści.

Rozdział XC

Flisacy

Klonowic podaje, że w miejscu dzisiejszego Gniewu odbył się sąd między Wisłą a Narwią, która w Nowym Dworze dołączyła wraz z braćmi Bugiem i Niemnem do orszaku królowej rzek polskich. Spór, która z nich jest gładsza, rozsądzał strumień, który możemy utożsamić z Wierzycą. Wyrok był korzystny dla Wisły. Narew tak się rozgniewała, że wraz z braćmi opuściła królową i Nogatem popłynęła własną drogą do morza. Od tego zdarzenia wywodzi się nazwa Gniew, tłumaczy też ono istnienie Nogatu.

Wywód Klonowica jest nieścisły, wszak Niemen nie uchodzi do Wisły. Uwaga na marginesie tej części Flisa nazywa go jednak bajką starą o Nogacie, a w bajkach nie takie rzeczy się zdarzyć mogą.

W miejscu rozejścia rzek miały miejsce szesnastowieczne chrzty flisackie. Tu frycze (nowicjusze flisaccy) płacili frycowe.

"Przeto pamiętne dawają tu braci
Dawni flisowie, niedaleko gaci,
Żeby pomnieli, gdzie do Gdańska droga,
Gdzie do Olbiąga.
Żebyś dał pokój w prawo rzece owej,
A żebyś w lewo trzymał się królowej;
Jeśli też wolisz pannę, płyńże za nią,
Puściwszy panią".

Chrzest flisacki był odzwierciedleniem powszechnego w ówczesnych cechach obyczaju wyzwolin ucznia na czeladnika. Nowicjusz oddawany był bolesnej obróbce. "Wzbierano" go czyli ociosywano tępą szablą. Na wzór chrztów morskich kazano mu wypijać mikstury o ohydnym składzie (doprowadzało to czasem nieszczęśnika do biegunki) i nurzano w nieczystościach. Na koniec każdy z biorących udział w chrzcie uderzał frycza cholewą buta, upominając, by pamiętał, gdzie droga do Gdańska aż do drąga (wejścia do portu), a gdzie do Elbląga. Jeszcze tylko młody adept wodniactwa musiał ugościć swych starszych kompanów poczęstunkiem z piwem i gorzałką, i stawał się ich pełnoprawnym towarzyszem:
"A gdy cię skarzą, gdy tak będziesz zmyty,
Jako i drugi będziesz dobry i ty,
Już cię wyzwolą i będą cię zatem
Nazywać bratem.
I już z drugimi pojedziesz czyst i zdrów".

Załogi statków (i tratew, czyli płyt) stanowiły wówczas rodzaj cechu rzemieślniczego, gdzie szyprowie, retmani i sternicy byli majstrami, flisacy czeladnikami a frycze uczniami.

Szyprowie byli to kierownicy spławu, zarazem właściciele statków kupieckich. Czasem tylko szyper był jedynie pełnomocnikiem magnata, jeśli ten był na tyle majętny, tyle wysyłał statków, że opłacało mu się zorganizowanie spławu powierzyć fachowcowi.

Statki spływały samotnie albo grupami. Przy żegludze samotnej osobą odpowiedzialną za techniczną stronę żeglugi był sternik. W przypadku spływania pociągiem, czyli w zespole łodzi czy tratew, kilkaset metrów przed czołem flotylli płynął łódką retman, znawca rzeki i wytyczał tor wodny wbijanymi w dno tyczkami. Bezpośrednio przed statkami płynął retmańczyk, pomocnik retmana, również na małej łodzi. Retmańczyk utrzymywał bezpośrednią łączność ze sternikami, pilnując, by nie zboczyli z wytyczonej drogi. W przypadku większych karawan po każdych dwóch - trzech statkach płynął kolejny retmańczyk.

Podstawowy personel statków stanowili flisacy, na tratwach zwani orylami. Obsługiwali żagle, wiosłowali, spychali statki i tratwy z mielizny. Dziś nazwalibyśmy ich marynarzami.

W gdańskim Muzeum Narodowym obejrzeć można obrazy Wilhelma Augusta Stryowskiego, gdańszczanina, którego obrazy przechowały dla nas miniony świat flisacki. Malowane w końcu XIX wieku, pokazują flisaków odpoczywających przed Gdańskiem. Bosonodzy, czasem w łapciach przywiązanych sznurkiem do nogi, w konopnych albo lnianych portkach i koszulach, stare płaszcze, kamizelki, sukmany zarzucone mają na ramiona. Na głowach furażerki, kapelusze słomiane, czapki; niektóre głowy przewiązane sztuką płótna. Niektórzy ćmią fajki. Zgromadzeni w pobliżu ogniska, w którym ogrzewają się wstawione między polana garnki, rondle, dzbanki, słuchają dźwięku skrzypek albo śmieją się wesoło.

Strawa flisacka była prosta i monotonna. Zabierano ją na całą podróż, musiała więc być niewymagająca w przechowywaniu. "Legumina" gdyż tak zabierane jadło w ogólności zwano, składały się z krup jaglanych, jęczmiennych i tatarczanych, grochu, połci sadła, mąki z której wypiekano na postojach chleb i soli. Urozmaicały jadłospis złowione ryby; w XIX wieku skład posiłków wzbogaciły kawa, zwykle zbożowa, i ziemniaki, które pieczono w ognisku.

Skrzypki są obecne na każdym obrazie Stryowskiego. Były pewnie najbardziej ulubionym instrumentem flisaków. Muzyka i śpiew były ważnym elementem folkloru wodniackiego. Śpiewano piosenki lądowe, ale pojawiała się także nuta wodniacka. Najstarszą ze znanych jest spisana już w pierwszym dziesięcioleciu XVIII wieku piosenka:
"Flisaczkowa zona
siedzi sobie doma
a flisaczek nieboraczek
robi na chleb jak robaczek
Płynie do Torunia".

Seweryn Udziela w 1920 roku zanotował słowa innego z tych utworów.

"Idą flisi idą, mojego nie widać,
Usyłam kosulkę, nie mam ji komu dać.
Usyłam kosulkę carnymi niciami,
Zebym go poznała, jak pójdzie z flisami".

Smutne słowa tej piosnki, nie każdy przecież z pełnej niebezpieczeństw wodnej wyprawy powracał, odnoszą się do powrotu flisaków do domów po odstawieniu towaru.

Niektórzy flisacy wracali swym statkiem, ale było to znacznie bardziej uciążliwe niż spływ z nurtem. Pod prąd pływano na wiosłach lub żaglach, znano też tak zwane szybowanie, czyli odpychanie się od dna długimi laskami (tyczkami). Bardzo często flisacy holowali statki na linach. Dlatego wzdłuż brzegów biegły ścieżki holownicze, czyli trele.

Załogi tratew czy tych statków, które w Gdańsku zostały sprzedane na drewno, wracały do domów pieszo. Niewygórowany a tak ciężko zapracowany zarobek łatwo było stracić w czasie tych powrotów. Można było zostać pobitym i ograbionym, można też było stracić pieniądze na hulankach w miastach albo karczmach przydrożnych. Nic dziwnego, że wielu z powracających modliło się w mijanych kapliczkach i kościołach o szczęśliwy powrót.

Jedna z takich kaplic znajdowała się przy dawnym trakcie warszawskim, niedaleko dzisiejszego Aleksandrowa Kujawskiego, w leśnej osadzie zwanej Pieczenią. Wzniesiona w 1765 roku, zachowała się do dzisiaj, acz nie w pierwotnym miejscu. Znajduje się w Wielkopolskim Parku Etnograficznym w Dziekanowicach, miejsce osady, w której ją wzniesiono, porasta las, a dawny trakt warszawski pełni obecnie rolę lokalnej drogi prowadzącej przez podtoruński poligon.

Flisacy nie skąpili grosza dla wsparcia swoich modlitw. To oni "najwięcej zasilali skarbonkę kapliczną pobożnemi swemi ofiarami". To też prowadziło do zmniejszenia zysku z wyprawy, ale cel był chociaż zbożny.

Pobożność flisacka... Nie miała wiele wspólnego z nauką Kościoła. Gdy na rzece panowała cisza, modły do świętej Barbary nie pomagały, flisacy chwytali się ostatniej deski ratunku. Puszczali na wodę płachtę zmaczaną w smole, podpalali ją i grając na skrzypkach i fujarkach wzywali bożka wiatru Pochwista.

Ciężkie było życie flisaka, ale dawało poczucie wolności. Klonowic wywodził więc:
"Bo kiedy już flis zasmakuje komu,
Już się na wiosnę nie zastoi w domu".

Była to forma poznania świata, przeżycia przygody, jedna z niewielu takich okazji w czasach przedindustrialnych dla młodych chłopów. Wspominana chętnie przez późniejsze lata, także w piosence.

"Spodobała mi się
dziewczyna we flisie,
siwe oczka miała,
na mnie spoglądała".

Istniały wręcz miejscowości flisackie, takie jak Ulanów nad Sanem czy Kamieńczyk nad Bugiem, w których wiosną pustoszały zagrody, gdyż ich mieszkańcy wyruszali na spław.

Nie ma już flisaków, ich pieśni, ich kultury. Są przeszłością, tak jak inne zwyczaje ludowe, krakowiaki, mazury, kujawiaki, oberki. Są przeszłością taką jak tratwy i szkuty, woły i pługi. Odeszli wraz z pewnym stylem życia.

Rozdział XCI

Niemiecka rzeka przeznaczenia

Bartek ugotował żurekPoranek. Pokrzykiwania żurawi, popiskiwanie mew. Z pogłębiarki zakotwiczonej na środku rzeki dobiegły nas słowa piosenki.
"Jam ci świata nie wiązała,
Zawiązał co go ksiądz,
Jam cię tylko pokochała,
Tyś mnie nie musiał wziąć".

Pracownik pogłębiarki zaczynał pracę ze śpiewem na ustach.

Rafał zszedł do wody się umyć.
- Nie chłodna, świeża! - wykrzyknął, chlapiąc się.

Syk puszki. Bartek otworzył piwo.
- Zgodnie z zaleceniami swego stomatologa stosuj profilaktykę jamy gębowej. Płukanie chmielowe! Byłbym złym lekarzem, gdybym sam nie zrobił sobie płukania profilaktycznego na paradontozę! - zauważył Rafał, po czym dodał, wychodząc z wody:
- Muszę tylko zapiąć grzmota i robimy śniadanie, Bratek!

Rafał i Bartek upodobnili się do siebie, oba czarnowłose, ogorzałe, nieogolone, jak bracia.

Ja i Bartek też kiedyś zostaliśmy poczytani za braci, na początku Pilicy. Dojechaliśmy do Szczekocin w nocy, wyskoczyliśmy, miejsce na biwak - może być, pokierowaliśmy zestawieniem kajaków, rozebraliśmy stelaż, rozstawiliśmy namiot. Myk, myk, myk. Ani się reszta ekipy obejrzała, jak zasiedliśmy do kolacji. Tak synchronicznie działać mogą tylko bracia, stwierdziły dziewczyny. No i obaj tak samo chodzimy, podskakując.

Wpłynęliśmy z Leszkiem pod pierwszą śluzę na Nogacie: śluzę Biała Góra. Nogat pokryty był zwartym kobiercem salwinii pływającej, rzadko spotykanej paproci wodnej. Na jej delikatnych pędach osadzone są liście przypominające krągłe liście dzikiej róży. Jest to roślina chroniona. Występuje w miejscach o które obecnie trudno, czystych, niezmąconych stawach i niewielkich zbiornikach wodnych. Nie lubi ani falowania, ani nurtu.

W zielonym dywanie salwinii osadzone były trzy barki i ramiona otwartej od strony Nogatu komory śluzy. Śluzy dwukierunkowej, umożliwiającej śluzowanie zarówno wtedy, gdy poziom w Nogacie jest wyższy niż w Wiśle, jak i odwrotnie. Ponadto jest ona wyposażona od strony Wisły we wrota powodziowe.

Śluza Biała Góra oraz wielki przepust uchodzącej tu do Nogatu, płynącej od Kwidzyna równolegle do Wisły Renawy, są przykładami architektury burgowej, stylem nawiązującej do średniowiecznych zamków, zdobnej w łuki, krenelaże i wieżyczki. Architektura burgowa była jednym z przejawów neogotyku. Takie kształtowanie nowo wznoszonych obiektów było popularne w Niemczech wtedy, gdy wznoszono te budowle, w początku XX stulecia. Był to okres, gdy poszukiwano nowych dróg rozwoju architektury. Jednymi z takich dróg były szkoły historyczne: neogotyk, neoromanizm, neorenesans, neobarok. Powstały dzięki temu liczne fałszywe zamki, pałace i kościoły, ale także tak charakterystyczne obiekty, jak neogotyckie w swych detalach fabryki, czy, jak w Białej Górze, budowle wodne.

Biała Góra (Weissenberg) była jedynym miejscem, z którego Niemiec mógł, stojąc w granicach swojego państwa, w czasach międzywojennych spojrzeć na Wisłę. "Na wzgórzu na tę żałosną okoliczność wystawiono krzyż, do którego ściągają manifestacje niemieckie", kwitował ten fakt poznający Prusy Wschodnie z kajaka i auta Wańkowicz. Wisła (Weichsel) dla Niemców była rzeką niemiecką. Formułując zadania dla szkół w 1934 roku w "Die Volksschule", posługując się nazistowską frazeologią, pisano: "Wisła jest w tej samej mierze niemiecką rzeką przeznaczenia co Ren". Kolejna wojna była nieunikniona.

Po traktacie wersalskim przydzielono do Polski oprócz korytarza pomorskiego także wąski pasek lądu po prawym brzegu rzeki, wraz z wałem powodziowym (dlatego budynek w Korzeniewie na tym brzegu należał do polskiej straży granicznej!). Choć więc za wałem zaczynało się terytorium Niemiec, to Niemcy Wisłę mogli zobaczyć jedynie z wyniosłej Białej Góry. Wejście na wał równałoby się nielegalnemu przekroczeniu granicy.

Oprócz wąskiego pasa przyrzecznego w granicach Polski znalazło się też pięć wsi na prawym brzegu Wisły. Były to Małe Pólko, Nowe Lichnowy, Kramarowo, Bosztych i Janowo. Położone naprzeciwko Gniewa, tworzyły tak zwaną Małą Polskę, połączoną promem z resztą kraju.

Traktat wersalski przydzielił Polsce wąski pas Pomorza między Bydgoszczą a Gdańskiem, bez tego ostatniego, któremu nadano status wolnego miasta. Polacy ubiegali się też o przyłączenie południowej części Prus Wschodnich, argumentując, że poszerzy to dostęp Polski do morza a lud zamieszkały tamtejsze wioski ma polskie pochodzenie. Układające się strony postanowiły, że o przynależności państwowej tego terenu, podobnie jak Górnego Śląska i Ziemi Cieszyńskiej, rozstrzygnie plebiscyt. Jego datę wyznaczono na 11 lipca 1920 roku.

Plebiscyt na Warmii, Mazurach i Powiślu zakończył się bezprzykładną klęską polskości. Z oddanych 475 925 głosów jedynie 15 871 padło za Polską.

"Niemcy plebiscyt wygrali, bo byli tej ziemi gospodarzami, bo nią władali, bo ją zagospodarowali, bo ich wolą kierowniczą dźwigała się na coraz wyższy poziom życia, choć w tym dźwiganiu się był pot i praca naszego ludu", podsumował wyniki głosowania Wańkowicz.

Agitacja polska była prowadzona nieudolnie. Nie zmieniła tego, że lud mazurski nie utożsamiał się z reguły z polskością, polski był tylko jego język. Przed I wojną światową posługiwało się nim ponad 260 000 mieszkańców Prus Wschodnich. Strona niemiecka z kolei uczyniła wiele, aby plebiscyt wygrać. Uważa się, że Niemców cechują zdolności organizatorskie i plebiscyt jest tego świetną ilustracją.

Już w 1919 roku powołano do życia Wschodnioniemiecką Służbę Ojczyźnianą (Ostdeutscher Heimatdienst), mającą za zadanie przejąć ciężar akcji plebiscytowej; w czasie plebiscytu bowiem tereny nim objęte miały zostać opuszczone przez niemiecką administrację i policję. W końcu tego roku organizacja ta liczyła sobie już ponad 200 000 członków. W plebiscycie mogły wziąć udział również osoby pochodzące z terenu plebisytowego - wobec tego z Rzeszy przewieziono do miejsc głosowania 128 000 takich osób, zapewniając im transport i wyżywienie. Rozkolportowano tysiące broszur i odezw, argumentując, iż: w Polsce służba wojskowa trwa sześć lat, zaś w Niemczech przymus wojskowy jest zniesiony; wsie w Polsce są po sto kilometrów odległe od kolei; podatki w Polsce są piętnastokrotnie większe, bo musi ona płacić część alianckich kosztów wojny; ceny produktów rolnych w Polsce są niższe a przemysłowych wyższe; Niemcy niebawem całe zostaną zelektryfikowane, a "wy w Polsce przy nafcie będziecie czytać polskie gazety".

Jeśli dodamy do tego, że na kartach do głosowania wybór nie był bynajmniej pomiędzy Niemcami a Polską, ale pomiędzy Prusami Wschodnimi a Polską, a termin głosowania zbiegł się nieszczęśliwie z odwrotem wojsk polskich, ściganych przez Armię Czerwoną, podchodzącą pod Warszawę, wynik plebiscytu nie mógł być inny. Głosujący wybierali między swoim rodzinnym krajem a efemerydą, która pojawiła się przed chwilą na mapie Europy i lada chwila mogła z niej zniknąć. To zatem, że za Polską opowiedziało się pięć wsi nad Wisłą, trzy wsie pograniczne z terenu olsztyńskiego i dziewięć gmin w okolicy Olsztyna (tych ostatecznie do Polski nie przyłączono z racji położenia), można w tych warunkach uznać za coś, co nie powinno było się wydarzyć.

Potomkowie tych, którzy brali udział w plebiscycie, żyją dziś w Niemczech. Trzy czwarte Mazurów uciekło przed wkraczającą na te tereny w czasie II wojny światowej armią radziecką; tych, którzy tego nie uczynili, zmusiła do tego postawa władz nowej Polski, które traktowały ich z reguły jako Niemców i wysiedlały. Obecnie tereny dawnych Prus Wschodnich zamieszkałe są niemal wyłącznie przez imigrantów z okresu po 1945 roku i ich potomków.

Przypadek mazurski dowodzi, że przynależność etniczna nie determinuje wyboru narodowości. Mazurzy wbrew swemu pochodzeniu w większości świadomie wybrali i stali się Niemcami. Nawet nie poddawano ich germanizacji przed I wojną światową. Nie było to potrzebne. Byli przecież wiernymi poddanymi króla Prus. Tak twierdzi amerykański historyk Richard Blanke w pracy "Polish-speaking Germans?"

Biała Góra to ostatnie wzniesienie z prawej strony. Odtąd Wiśle towarzyszy na tym brzegu tylko wał, a za nim nic, płasko, równina. To Żuławy.

Z prawej kościół w Piekle.
- Czujesz to?! Parafia rzymskokatolicka w Piekle - ujawnił swe przemyślenia Leszek.

Piekło było przed ostatnią wojną graniczną wioską, leżało na terytorium Wolnego Miasta Gdańska, w jego krańcu wciśniętym między Niemcy a Polskę.

Dogoniliśmy kanadyjkę po dziesięciu kilometrach, po godzinie wiosłowania. Dobiliśmy na pogawędkę. Nad nami leciał helikopter.
- Tu! Pederaści są tu! - zaczął wymachiwać wiosłem Rafał. - Tu są dwie pary zboczeńców!

Helikopter zignorował nas. Nie zawrócił.

Z lewej na wysokim brzegu wieś Gorzędziej z kościołem. Trawiaste zbocza. Na rzece mniej ptactwa. Ogłówkowiona, zwężona, nie ma już na niej mielizn ani łach, które jeszcze w pobliżu Gniewu dostarczały ptakom niedostępnego dla ludzi i drapieżników schronienia.

W dali most w Bałdowie. Po nim przesuwające się samochodziki, malutkie, wolniutkie.
- Matchboxy! - oznajmił Bartek.

Dopiero z bliska samochodziki okazują się pędzącymi ciężarówkami.

Dwa mosty obok siebieMost w Bałdowie to stalowe bele oparte na filarach. Konstrukcja prosta, ciężka i bez polotu.
- Dawniej budowano ładne mosty, później takie jak ten, teraz znów buduje się ładne.

Na horyzoncie pojawił się kolejny most, a w zasadzie dwa mosty obok siebie, już z grupy tych ładnych. Z różnorodnymi kratownicami przęseł, z wieżyczkami z krenelażem. To Tczew.

Rozdział XCII

Przyrodnik o problemach dolnej Wisły

Zgodnie z założeniami Kaskady Dolnej Wisły w Tczewie miał powstać ostatni ze stopni wodnych. Jak utworzenie tej Kaskady wpłynęłoby na przyrodnicze oblicze dolnej Wisły? Jak wpłynie na nie prawdopodobne zbudowanie zapory w Nieszawie?

Zdaniem ornitologa Jacka Zielińskiego budowanie kolejnej zapory jest z punktu widzenia przyrodnika niedopuszczalną ingerencją w środowisko. Argumentuje on:
- Na temat negatywnego oddziaływania zbiorników zaporowych dla przyrody napisano już wiele artykułów naukowych i książek. Nie sposób byłoby tu przytoczyć wszystkich negatywnych oddziaływań tego typu obiektów na środowisko. Skupię się zatem głównie na oddziaływaniu stopnia wodnego na ptaki lęgowe koryta rzeki. Zbiornik we Włocławku całkowicie zniszczył naturalny kilkudziesięciokilometrowy odcinek rzeki, który istniał tu przed jego budową. Przed zbudowaniem zapory ten odcinek rzeki niczym nie różnił się od najlepiej zachowanych fragmentów Wisły środkowej. Obecnie jest to prawie zupełnie pozbawiony wysp zbiornik zaporowy. Nie ma on znaczenia dla populacji lęgowych niegdyś licznych tu mew, rybitw czy sieweczek, które dla swego rozmnażania się potrzebują łach i kęp.
- Na Zalewie Włocławskim widuje się jednak setki mew a także łabędzi i kaczek.
- Oczywiście, że na zbiorniku występują ptaki. Mogą gromadzić się na nim czasami znaczne ilości osobników poszczególnych gatunków. Dotyczy to jednak głównie okresu migracji. O okresie lęgowym już mówiłem: wraz z budową zbiornika utracone zostają najcenniejsze dla ptaków siedliska. W okresie zimowym natomiast lód szybciej skuwa zbiornik zaporowy gdyż szybkość nurtu jest minimalna w porównaniu z rzeką poniżej zapory.

Stąd też również podczas "prawdziwej zimy" zbiornik zaporowy jest praktycznie bezużyteczny dla ptaków.
- Dolna Wisła jest uregulowana ostrogami. Wynurzają się z niej liczne ławice, pełno na nich kormoranów i mew, spotkać można również żurawie, białe czaple i bieliki. Jest to jednak już mimo wszystko rzeka uregulowana, zniekształcona. Czy wobec tego ewentualna budowa na niej jezior zaporowych byłaby znaczącym uszczerbkiem dla przyrody?
- Walory przyrodnicze Wisły poniżej włocławskiej tamy są dość dobrze poznane. Poniżej zapory Wisła stanowi ważne w skali kontynentu miejsce zimowania takich gatunków jak nurogęś, gągoł i bielik. Jest też ważnym miejscem lęgowym. Jeśli zbudujemy kolejne zbiorniki zaporowe straty dla przyrody będą więc ogromne. Dla ptaków wodnych to przede wszystkim utrata siedlisk lęgowych oraz miejsc zimowania. Co równie ważne część nadrzecznych terenów zalewowych w tym najcenniejszych lasów łęgowych i ekstensywnie użytkowanych łąk zostałaby bezpowrotnie zalana wodą.
- Czy utworzenie systemu zalewów Kaskady Dolnej Wisły nie wpłynęłoby negatywnie na liczne na tym odcinku rezerwaty chroniące lasy grądowe oraz roślinność kserotermiczną?
- Jeśli chodzi o roślinność kserotermiczną to kolejne zbiorniki nie miałyby bezpośredniego na nią wpływu. Dużo większym niebezpieczeństwem dla muraw kserotermicznych są obserwowane obecnie w całej Polsce procesy deglomeracji czyli ucieczki co bardziej zamożnych mieszkańców miast na suburbia. Wzdłuż doliny Wisły, szczególnie w okolicach dużych miast, widać rosnące jak grzyby po deszczu nowe domy zlokalizowane nierzadko w najatrakcyjniejszych krajobrazowo lub przyrodniczo miejscach, w tym także w pobliżu muraw kserotermicznych. Cóż zrobić, jeden człowiek widzi piękny, warty zachowania krajobraz, a inny patrząc na to samo miejsce, atrakcyjną działkę budowlaną. Problem polega na tym, że skuteczność działania, zmierzająca do postawienia domu, jest przeważnie dużo większa niż próba ochrony krajobrazu lub cennej przyrodniczo murawy kserotermicznej. Jedyny teoretyczny wpływ zbiorników zaporowych na cenne przyrodniczo fragmenty zbocza doliny Wisły widziałbym zatem na podniesieniu atrakcyjności tak położonych "działek budowlanych". Są to jednak zagadnienia trudne do prognozowania z uwagi na wielość czynników, w tym przede wszystkim pozaprzyrodniczych, które należałoby uwzględnić.
- Nad Wisłą poniżej Włocławka w rezerwatach "Kępa Bazarowa", "Wielka Kępa" czy "Ostrów Panieński" przedmiotem ochrony są lasy łęgowe. Istnienie zapory włocławskiej spowodowało, że przepływy w rzece zostały ustabilizowane i rzadko kiedy tereny tych rezerwatów bywają zalewane. Czy nie jest to argument za ich likwidacją i co za tym idzie, nie przemawia za niewielkim znaczeniem budowy nowych zbiorników wodnych dla tego rodzaju ekosystemów?
- Wartościowe przyrodniczo fragmenty lasów łęgowych zlokalizowane są także w wielu miejscach poza tymi rezerwatami. Najcenniejsze są oczywiście te dobrze zachowane, które nie zostały odgrodzone wałem od rzeki. Na szczęście cały czas jeszcze lasy łęgowe na dolnej Wiśle są zalewane, co zapobiega sukcesji roślinności w kierunku grądów. Spośród rezerwatów, które wymieniłeś jedynie "Ostrów Panieński" odcięty jest wałem od rzeki. Tu zatem procesy grądowienia zapewne będą się nasilały. Nie jest to jednak argument za likwidacją rezerwatu. Przez dziesiątki lat ochrony, las staje się w tego typu miejscach bardziej zbliżony do naturalnego stąd też grąd, który tu będzie z czasem powstawał także będzie cenny przyrodniczo. Oczywiście należy dążyć do zatrzymania procesu grądowienia obecnie zalewanych łęgów. Na części z nich planuje się utworzenie rezerwatów i użytków ekologicznych. Dużą nadzieję daje także program Natura 2000, który narzuca pewne ograniczenia na gospodarkę leśną. Dotychczas bowiem leśnicy, w nasadzeniach na zagospodarowanych obszarach łęgów, preferowali ekonomicznie bardziej opłacalne gatunki typowo grądowe - w tym głównie dąb. Nieraz byłem świadkiem wygłaszania opinii, że topola czy tym bardziej wierzba to "chwast". Teraz po włączeniu znacznej części dolnej Wisły od programu Natura 2000 w ramach Dyrektywy Siedliskowej takie "chwasty" powinny przestać być na cenzurowanym. Dopiero czas pokaże jednak jak będzie w rzeczywistości.
- Wspomniałeś tu o europejskich dyrektywach, chroniących ekosystemy wiślane.
- Dzięki licznym badaniom ornitologicznym udało się zgromadzić dane, które pozwoliły objąć programem Natura 2000 w ramach tzw. Dyrektywy Ptasiej cały odcinek dolnej Wisły, od zapory włocławskiej aż do ujścia. Ponadto spore fragmenty dolnej Wisły włączono do sieci Natura 2000 w ramach tzw. Dyrektywy Siedliskowej mającej za cel chronić wszystkie zagrożone (poza ptakami) organizmy oraz najrzadsze typy siedlisk. Również z prawnego punktu widzenia utworzenie zbiornika zaporowego jest więc niemożliwe. Naruszałoby bowiem dwie wyżej wymienione dyrektywy, które jako dobrowolnie wstępujący do Unii Europejskiej kraj zobowiązaliśmy się przestrzegać.
- W takim razie wydaje się, że najkorzystniejszym dla przyrody rozwiązaniem jest zaniechanie budowy nowych zbiorników wodnych i przebudowa zapory włocławskiej tak, by mogła funkcjonować samodzielnie.
- Nie mogę się z tym zgodzić. Negatywne skutki funkcjonowania zbiornika zaporowego występują także obecnie na całym odcinku Wisły poniżej zapory aż do ujścia rzeki. Jednym ze skutków funkcjonowania tamy jest tworzenie się tak zwanej pułapki ekologicznej dla ptaków. W skrócie zjawisko to polega na tym, że ptaki wpadają w pułapkę zwabione pozornie korzystnymi warunkami do zakładania gniazd, a następnie, gdy gniazda już istnieją warunki te ulegają takim modyfikacjom, że niemożliwe staje się uzyskanie sukcesu lęgowego. W tym konkretnym przypadku w pułapkę wpadają ptaki gniazdujące na piaszczystych ławicach w nurcie. Gdy poziom wody jest dostatecznie niski zakładają gniazda, które następnie zostają zalane na skutek zrzutów wody ze zbiornika włocławskiego.
- Przybory, to jest chyba naturalne zjawisko na dużej rzece. Zrzuty dokonywane są z reguły wówczas, gdy nadchodzi powódź, która zalałaby gniazda również, gdyby zapory nie było.
- Oczywiście przybór wody powodują też czynniki naturalne, ale przyczyną zrzutów wody jest też transport rzeczny. Jeśli do naturalnych przyborów dodamy jeszcze sztuczne "powodzie" powodowane przez człowieka, okaże się, że ptaki koryta rzeki nawet przy częstym powtarzaniu lęgów mają niewielkie szanse na odchowanie młodych. Niestety scenariusz polegający na zrzutach wody ze zbiornika włocławskiego powtarza się bardzo często właśnie w sezonie lęgowym. Ptaki koryta rzeki, najbardziej charakterystyczne dla Wisły, mogą przecież gniazdować tylko przy odpowiednio niskim poziomie wody. Z kolei transport wodny, szczególnie w przypadku dużych jednostek pływających, wymaga warunków zgoła odwrotnych. Takie są tworzone sztucznie, poprzez zrzut wody ze zbiornika włocławskiego. W 2004 roku, prowadząc z kolegą badania właśnie dotyczące ptaków koryta Wisły, byliśmy świadkami takiej dramatycznej sytuacji. W roku tym korzystne do zakładania gniazd warunki pojawiły się dopiero pod koniec czerwca. Jednak gdy prawie wszystkie gniazda były jeszcze czynne zostały dosłownie zmyte przez szybko podnoszącą się wodę. Jaka była przyczyna? Takiego spustoszenia dokonały jedynie... DWIE BARKI o dużym zanurzeniu, dla których sztucznie podniesiono poziom wody. Po tym zajściu dla wielu ptaków było już za późno by pomyślnie odbyć lęgi. Dwie barki okazały się ważniejsze niż cała populacja ptaków koryta dolnej Wisły.
- Czy można zapobiegać takim sytuacjom?
- Przyrodnicy od lat próbują wpływać na postępowanie decydentów. Teoretycznie możliwe jest przecież przesunięcie transportu najcięższych jednostek pływających poza okres lęgowy. Wtedy zalanie wysp nie ma już wpływu na populacje gniazdujących tu ptaków. Niestety próby wypracowania możliwej do zaakceptowania "polityki" transportu na dolnej Wiśle na razie kończyły się fiaskiem. Druga strona, czyli hydrotechnicy i przedsiębiorcy argumentują na przykład, że związani są terminami umów dlatego też transport w danym okresie musi się odbyć. Tym samym korzystają z pozycji silniejszego i traktują ekosystem rzeczny jak swoje "prywatne podwórko".
- Czy są inne negatywy istnienia zapory dla dolnej Wisły?
- Negatywnym zjawiskiem przyrodniczym, do którego przyczynia się tama na Wiśle, jest erozja wgłębna dna rzeki. Piasek wymywany jest spod zapory i przemieszczany w dół rzeki. Dodatkowo materiał niesiony przez rzekę powyżej zapory osadza się w zbiorniku włocławskim, w ten sposób jego ubytki poniżej tamy nie są uzupełniane. Erozję wgłębną powodują także kamienne ostrogi usypywane przy brzegu prostopadle względem koryta. Spowalniają one przybrzeżny nurt przyspieszając przepływ na środku rzeki. W konsekwencji działania tych czynników dno rzeki cały czas się obniża. Najdotkliwiej problem ten dotyka odcinka stosunkowo blisko zapory. Na przykład na odcinku około 30 kilometrów poniżej tamy dno obniżyło się o 2,5-3 metry. Negatywne skutki erozji przejawiają się przede wszystkim zmniejszeniem ilości piaszczystych wysp i półwyspów pojawiających się w nurcie przy niskim stanie wody. Ponadto stałe wyspy tracą bezpowrotnie najcenniejsze piaszczyste brzegi, a ich miejsce zajmują urwiste skarpy. Na Wiśle środkowej na przykład, duże populacje ptaków koryta rzeki gniazdują właśnie na piaszczystych plażach stałych wysp, na dolnej Wiśle jest to już prawie niemożliwe.
- Erozja wgłębna stanowi też zagrożenie dla lasów łęgowych. Mogą zamieniać się w grądy, jak już wspomniałeś.
- W miarę jak dno rzeki będzie się stale obniżać coraz rzadsze mogą się stać naturalne rozlewiska, które są niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania łęgów. Rzeka po prostu będzie musiała swój poziom podnosić coraz wyżej, by zalać otaczające ją lasy. Dodatkowo w okresie wiosennych powodzi część wody zatrzymywana jest w zbiorniku włocławskim, w ten sposób zmniejszając jeszcze przybór wody poniżej zapory i spłaszczając tak zwaną falę kulminacyjną. Warto tu dodać, że łęgi stanowią najbogatszy w Europie środkowej typ lasu, będący analogiem puszcz tropikalnych. Redukcja obszarowa tych lasów spowodowała, że w swej dojrzałej formie zajmują one obecnie niespełna 1% pierwotnego areału będąc tym samym jednym z najbardziej zagrożonych typów ekosystemów w Polsce.
- Hydrotechnicy twierdzą, że zbudowanie kolejnego stopnia jest najlepszą metodą zapewnienia stabilności stopnia włocławskiego. Jaka jest alternatywa?
- To frazes bez pokrycia w rzeczowych argumentach, powtarzany od lat. Każdy zbiornik zaporowy wykazuje proces stopniowego starzenia się. Na skutek nieuchronnych procesów sedymentacyjnych w zbiorniku zaporowym gromadzą się osady, zatem każdy zbiornik w końcu się wypłyca. Jak wykazały liczne badania, w zależności od typu konstrukcji i lokalnych uwarunkowań przeciętny okres funkcjonowania zbiornika mieści się w przedziale 60-120 lat. W konsekwencji tych nieuchronnych procesów, w ostatnich dekadach na całym świecie coraz częściej dokonuje się rozbiórki zapór. Należy przy tym podkreślić, że rozbiórek tych dokonuje się ze ściśle ekonomicznych przyczyn. Koszty rozbiórki zapory są bowiem dużo niższe niż próba jej naprawienia, utrzymania bądź ochrony rzeki przed skutkami ewentualnej katastrofy. W rozbieraniu zapór, kierując się rachunkiem ekonomicznym, prym wiodą pragmatyczni Amerykanie. W Stanach Zjednoczonych Ameryki zlikwidowano już blisko 500 tam, z czego prawie połowę w ciągu ostatnich 15 lat. Obecnie przygotowywane są plany rozbiórki zapór o wysokości nawet 80 metrów, a więc dużo większych niż ta włocławska. Także w Europie rozbierane są zapory, w tym nawet na tak dużych rzekach jak Loara. Tymczasem w naszym kraju każdego, kto próbuje przedstawić tego typu rozwiązanie wciąż odsądza się od czci i wiary oraz przypina łatkę "oszołoma". Nad względami ekonomicznymi i racjonalnymi argumentami ekonomicznymi górę biorą bowiem często interesy polityczne. Nie miejsce tu na szczegółowe przedstawianie technologii rozbiórki. Warto jednak zaznaczyć, że takie technologie już są znane i sprawdzone w praktyce. W przypadku tak dużej zapory jak ta na Wiśle, rozbiórki zapory dokonuje się etapami. Całość takiego procesu trwa na ogół kilka lat. Chodzi o to by poziom wody obniżać stopniowo, co pozwala na spontaniczny rozwój roślinności na odsłaniającym się dnie. Dzięki temu związane zostają gromadzące się czasami przez dziesiątki lat osady.

Pytanie należałoby zatem odwrócić i pytać raczej o alternatywę dla rozbiórki zapory. Alternatywa ta wygląda w ten sposób, że powstanie kolejna zapora lub zapory likwidujące bardzo cenne przyrodniczo obszary. To nie załatwi jednak problemu utrzymania zbiorników gdyż podobne zjawiska jak teraz na zbiorniku włocławskim pojawią się także na kolejnych stopniach wodnych. One także powodować będą erozję i gromadzenie się osadów - to gwarantują nam prawa fizyki. Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że w miarę starzenia się tam, koszty ich utrzymania będą gwałtownie rosły. W końcu tamy i tak będzie trzeba rozebrać z przyczyn ekonomicznych. Dalsze gromadzenie osadów nieuchronnie doprowadzi do zmniejszenia pojemności zbiornika a tym samym ograniczenia jego funkcji żeglugowych i retencyjnych, stopniowo rosnąć będą tylko koszty utrzymania.
- To, że zaporę w przyszłości trzeba będzie rozebrać, jest raczej oczywiste. W okresie swego funkcjonowania może ona jednak dostarczyć korzyści, które w rachunku ekonomicznym znacznie przekroczą koszty jej budowy, istnienia i także rozbiórki. Żywotność zbiornika włocławskiego projektanci określili przecież na 530 lat, obecnie środowiska hydrotechniczne określają ją na czas o około połowę krótszy, ale to i tak jest kilka pokoleń.
- Trudno mi tu polemizować z wyliczeniami hydrotechników gdyż nie znam szczegółów tych obliczeń. Mogę tylko powtórzyć to co już powiedziałem - podawany w publikacjach naukowych przeciętny okres funkcjonowania zbiornika mieści się w przedziale 60-120 lat. Oczywiście za wszelką cenę zaporę można utrzymywać jeszcze przez wiele pokoleń ale trzeba pamiętać, że będzie to coraz bardziej kosztowne. Już w tej chwili ekonomiczne koszty utrzymania zapory i zbiornika włocławskiego są dużo wyższe niż korzyści z niego płynące. By uzmysłowić sobie ogrom tych kosztów wystarczy jedynie wspomnieć o powodzi zatorowej na zbiorniku włocławskim w roku 1982, kiedy to sumaryczne koszty kataklizmu okazały się porównywalne z kosztami budowy całej zapory. Dodatkowo, jak pokazały tamte doświadczenia, w naszym klimacie zapory powodują wielkie zagrożenie powodziowe. Z powodu prawie zupełnego braku przepływu, lód powstaje na zbiorniku szybciej, dodatkowo tworzy się na powierzchni większej niż naturalne koryto i co chyba najważniejsze nie ma gdzie spłynąć bo blokuje go tama. W zimie lodołamacze nieustannie kruszą lód na zbiorniku włocławskim, generując koszty jego utrzymania, o których się nie wspomina. Wszystko po to by nie doszło do powodzi zatorowej.
- W ostatnim okresie zakończona została budowa Kaskady Górnej Wisły. Planowane są kolejne spiętrzenia, na przykład w Niepołomicach. Można powiedzieć, że na tym odcinku, co najmniej do ujścia Dunajca, Wisła jest przekształcona, uregulowana, ale czy mimo to dalsza zabudowa hydrotechniczna nie wywrze negatywnych skutków przyrodniczych?
- Trudno mi się autorytatywnie wypowiadać w kwestii górnej Wisły gdyż przyrodniczo i po części zawodowo związany jestem z dolnym odcinkiem największej polskiej rzeki. Mogę jedynie ogólnie stwierdzić, że straty przyrodnicze z powodu budowy stopnia wodnego prawie zawsze są dużo wyższe niż korzyści. Parę lat temu opracowany został Raport Światowej Komisji Do Spraw Zapór (WCD). Dokonano w nim oceny zasadności budowy dużych zapór na świecie. Raport ów jednoznacznie stwierdza, że wpływ tego typu obiektów na przyrodę jest w dużo większym stopniu negatywny niż pozytywny, a budowa wielkich tam prowadzi zawsze do nieodwracalnych strat przyrodniczych.

Rozdział XCIII

Operacja "Dirschau"

Bartek i TomekZatrzymaliśmy się przy pływającym betonowym nabrzeżu w tczewskiej marinie. Oprócz nas zacumowana była do niego tylko motorowa łódka o nazwie "Capt`n Morgan", o aluminiowym, nitowanym kadłubie, pusta, bez śladu załogi. Leszek poleciał po sprawunki, ja czekając na kanadyjkę przygotowałem kuskus.

Marina została zrobiona w tym roku. Na jej masztach powiewały flagi Unii Europejskiej, Polski i Tczewa. Postój był płatny. Bosman zszedł do nas i zainkasował po dysze od jednostki.
- Kiedy wielbłąd wróci? - zastanawialiśmy się wspólnie z Rafałem i Bartkiem, moimi "bratkami". Dopłynęli, zanim Leszek zjawił się z powrotem.
- Patrzcie, idzie!
- Nie mówmy o nim wielbłąd. Mówmy dromader. Bardziej po mongolsku.

Leszek nie był obładowany tak, jak sobie tego życzyliśmy. Przytargał tylko litr wódki i piętnaście piw, zamiast zamówionych półtora litra i piw dwudziestu. Po posiłku poleciałem do najbliższego sklepu i uzupełniłem zapasy.

Mosty w Tczewie są jednym z miejsc, w których zaczęła się II wojna światowa, a precyzyjniej - wojna obronna Polski we wrześniu 1939 roku. Symbolem jej wybuchu jest oczywiście Westerplatte, ale pierwsze strzały padły również w Tczewie i w wielu innych miejscach, niekiedy nawet wcześniej niż salwa z pancernika "Schleswig-Holstein".

Przez Tczew i Chojnice prowadzi linia kolejowa łącząca Berlin z Królewcem. Opanowanie tej magistrali ułatwiłoby przegrupowywanie armii w kierunku Prus Wschodnich. Z tego powodu Niemcy przygotowali specjalne operacje, mające na celu opanowanie węzła kolejowego w Chojnicach i mostów w Tczewie w stanie nie uszkodzonym.

Plan akcji o kryptonimie "Dirschau" (jak zwał się po niemiecku Tczew) był następujący: 31 sierpnia zostanie zapowiedziany tranzytowy pociąg towarowy. Przyjedzie po niego do Malborka polski parowóz. Jego załoga zostanie aresztowana, a w jej mundury przebierze się niemiecka drużyna parowozowa. Tak obsadzony parowóz pociągnie wagony towarowe, w których ukryje się oddział saperów. W ślad za pociągiem towarowym ruszą drezyna pancerna i pociąg pancerny. Z chwilą zbliżenia się tego zespołu do mostów eskadra niemieckich samolotów rozpocznie bombardowanie dworca i koszar w Tczewie a saperzy wykorzystując zamieszanie rozminują mosty.

Wykonanie planu nie powiodło się. Jadący z Malborka pociąg wjechał na stację Szymankowo (wówczas Simonsdorf), leżącą na terytorium Wolnego Miasta Gdańska. Przebywali w niej polscy celnicy, którzy zorientowali się w podstępie. Zaatakowani przez hitlerowskich bojówkarzy, których zadaniem było opanowanie stacji, zaalarmowali kolejarzy. Jeden z nich, nastawniczy Toman Grubba, przestawił zwrotnicę, tak, że pociąg pancerny rozłączył się, jego drugi wagon wjechał na ślepy tor i wykoleił się. Inspektor celny Stanisław Szarek w swoim pokoju na piętrze otworzył okno i wystrzelił czerwoną rakietę. W tym momencie zginął zastrzelony przez Niemców. Rakietę dostrzegli jednak polscy saperzy przy tczewskim moście. W tym samym czasie zadzwonił do Szymankowa pracownik tczewskiej stacji z pytaniem, gdzie znajduje się oczekiwany pociąg tranzytowy. Dyżurny ruchu Alfons Runowski odpowiedział, że zbliża się on do Szymankowa, po czym dodał ściszonym głosem: "Miejcie się dziś na baczności! Więcej nie mogę powiedzieć, gdyż mam tu strażnika, który w tej chwili wyszedł".

Czujność i poświęcenie celników i kolejarzy z Szymankowa spowodowały, że realizacja niemieckiego planu nie powiodła się. Zaalarmowani polscy żołnierze powitali zbliżający się pociąg towarowy ogniem, a później ewakuowali na lewy brzeg Wisły a mosty tczewskie wysadzili.

Operacja "Dirschau", podobnie jak próba opanowania Chojnic, zakończyła się niepowodzeniem. Zapłacili za nie cywile: kolejarze, celnicy, ich rodziny. Po wysadzeniu mostów hitlerowcy w Szymankowie urządzili polowanie na Polaków. Do południa 1 września 1939 roku wymordowano tam dwadzieścia jeden osób.

Dogoniliśmy kanadyjkę kilka kilometrów za Tczewem. Leniwie przesuwały się po wodzie jej wiosła. Bardziej to była zabawa niż wiosłowanie.
- Dawać, dawać, chłopcy! Znietrzeźwiliście się już, czy co?
- No co ty... - odpowiedział mi Bartek.

Wyprzedzilismy kanadyjkę.

Z naprzeciwka płynęła łódka rybacka na motorku. Kierujący nią zwolnił, gdy nas mijał. Pozdrowiliśmy się nawzajem podniesieniem ręki.
- To ludzie rzeki - odezwał się Leszek. - Oni rozumieją to, co robimy. Jak rozmawiałem z większością moich znajomych, miałem wrażenie, że uważają mnie za chorego na umyśle, że w taką pogodę jestem na spływie.
- Tak, Leszku. Gdzieś u góry jeden z ludzi pływających na statku wycieczkowym albo promie, może w Sandomierzu, powiedział mi, że nam zazdrości. Zrobić całą Wisłę było jego niezrealizowanym marzeniem.

Równina, równina. Nuda, nuda. Żuławy na obu brzegach. Nawet mielizn nie ma.

Most w Kiezmarku. Gdańska Głowa, śluza w odejściu Szkarpawy. Tu była dawna gdańska twierdza, tu Wisła dzieliła się po raz ostatni.

Obowiązkowa kąpiel LeszkaZabiwakowaliśmy z lewej strony za główką, z której łowił ryby wędkarz, a asystowały mu w tym dwa psy. Kanadyjkarze dopłynęli, gdy mieliśmy już rozbity namiot.
- Ну как, наебавшис?
- Ну как...

Ognisko. Wieczór przy wiklinie, szmerze fal, które martwe aż dotąd z Bałtyku dochodzą. Chłopacy nawet kolacji nie dokończyli. Padli wszyscy o ósmej, nie wyłączając Leszka.

Siedziałem i wpatrywałem się w płomienie. Czując bliskość morza wiedziałem już, że projekt Wisła - Cztery Pory Roku został wykonany. Widziałem oczyma wyobraźni, jak śpiewamy Rafałową piosnkę góralską pod Żurawiem, "byle była praca i kieliszek chleba", a przechodnie się nam dziwują. Podżerałem resztki z Bartkowego kochera. Dobre było żarcie, dobrze, że go nie zjadł do końca. Śpiewałem sobie i rzece przy ognisku.
"Po dziś dzień z tobą rzeko,
gdzie począł, gdzie kres dał ci Bóg
ach, życia mi zbraknie, by szlak twój przemierzyć,
by poznać twą melodię".

Stężałe od wiosła i wody palce błądziły po strunach, chropawe i niekształtne były wydobywane dźwięki.

Ogień zgasł z braku paliwa.

Rozdział XCIV

Delta

W czasach, gdy Wisła dokonała przełomu przed Fordonem, opuściła swą poprzednią dolinę i zaczęła uchodzić do Bałtyku, był on dużym zbiornikiem wodnym, niedawno utworzonym z połączenia jezior, powstających na przedpolu topniejącego lądolodu skandynawskiego, nazwanym przez naukowców Późnoglacjalnym Morzem Yoldiowym. Zbiornik ten wypełniał w swej południowej części olbrzymią morenę denną i do niej dopłynęły wody Wisły. W swej dalszej historii Bałtyk miewał na przemian okresy, gdy był połączony z oceanem i okresy, gdy od niego odcięty, zamieniał się w słodkowodne jezioro. Ostatecznie około ośmiu tysięcy lat temu uzyskał połączenie z oceanem w miejscu dzisiejszych cieśnin duńskich. Stałą tendencją było ciągłe podnoszenie się dna zbiornika, powodowane stopniowym zmniejszaniem się nacisku wywieranego na skorupę ziemską przez lądolód w związku z jego topnieniem.

Około sześciu tysiecy lat temu działalność prądów morskich i wiatrów w rejonie Zatoki Gdańskiej zaczęła budować piaszczysty nasyp, równoległy do linii brzegu. Wynurzył się on z morza, zapewne najpierw jako półwysep i ciąg wysepek, by następnie połączyć się w zwartą mierzeję sięgającą od dzisiejszego Gdańska do Półwyspu Sambijskiego, która odcięła od morza długi na dziewięćdziesiąt kilometrów zalew. Do utworzonego w ten sposób przybrzeżnego jeziora uchodziły w rejonie dzisiejszej Białej Góry rzeki Wisła i mniejsza od niej Renawa. Wleczone przez Wisłę żwiry, iły i mułki osadzały się w ujściu w postaci narastających stożków napływowych, wśrod nich rzeki żłobiły sobie coraz to nowe koryta. Zaczęły powstawać dzisiejsze Żuławy Wiślane a w ich obrębie delta Wisły. Składały się na nią cieki większe: Leniwka, Szkarpawa, Nogat, ale także obecne rzeki Żuław a dawne koryta Wisły: Tuga, Linawa, Panienska Łacha... Do początku średniowiecza ląd wypełniał już znaczną część obszaru pomiędzy Białą Górą a mierzeją, zwaną przez Polaków Świeżą, przez Niemców Neringiem, która obecnie na mapach polskich nosi nazwę Mierzei Wiślanej.

W końcu średniowiecza zaczyna się okres, gdy na oblicze delty coraz wyraźniejszy wpływ zaczynają mieć poczynania ludzi. Dokonali oni najpierw odcięcia wałami i osuszenia podmoklisk wokół Gdańska, Nowego Dworu i przy jeziorze Drużno. W tym ostatnim rejonie znajduje się dziś najniższy punkt Polski, depresja sięga tam 1,8 metra poniżej poziomu morza. Następnie zabrali się za regulację rzek.

Historycy sądzą, że do XIV wieku Wisła i Nogat płynęły równolegle do siebie, a w Białej Górze rozchodziły się: Nogat w kierunku Elbląga, Wisła w stronę Gdańskiej Głowy, by tam podzielić się na Leniwkę, zmierzającą do Gdańska i Szkarpawę, płynącą na wschód, w stronę ocalałej od zamulenia części Zalewu Wiślanego. Do dziś równolegle do Wisły przez wiele kilometrów, od Kwidzyna do Białej Góry, płynie Renawa, będąca środkowym odcinkiem ówczesnego Nogatu. Prawdopodobnie w czasie gwałtownego wezbrania wód, być może skorygowanego później przez działalność ludzką (wiadomo, że w 1554 roku miały miejsce takie prace), doszło do połączenia obu koryt w rejonie Białej Góry. Z biegiem czasu Nogat stał się głównym ramieniem Wisły, gdyż miał ujście bliższe niż dotychczasowe, jakim była uchodząca w Gdańsku Leniwka. Stało się to przyczyną pretensji gdańszczan, kierowanych w stosunku do Elbląga o to, że Nogat zabiera wodę z Wisły, obiżając jej poziom i utrudniając żeglugę. Narzekania te nie były uzasadnione, zwłaszcza, że zmiana kierunków spływu wód powodowała ciągłe zamulanie połączenia portu elbląskiego z Zalewem Wiślanym i morzem. Nogat uchodził bowiem do Zatoki przez Elbląg, łącząc się przy nim z odprowadzającą wody z jeziora Drużno Elblążką. O tym, jak uciążliwe było prowadzenie ciągłych prac przy pogłębianiu toru wodnego, świadczy to, że w latach 1483 - 1495 elblążanie skierowali koryto Nogatu bezpośrednio do Zalewu Wiślanego w rejonie, gdzie obecnie do niego dociera. Jednocześnie, by nie zostać całkiem odciętymi od życiodajnej dla handlowego portu Wisły, połączyli Elblążkę z Nogatem specjalnym kanałem, zwanym od połowy XVI wieku Kanałem Jagiellońskim.

Przechwycenie wód Wisły przez Nogat nie zmniejszyło wbrew obawom gdańszczan obrotów handlowych ich miasta. W dalszym ciągu statki płynęły najczęściej Leniwką, niemal pozbawioną naturalnego spadku na ostatnim odcinku, równoległym do brzegu morskiego. Zamulanie jej nurtu przez wytrącający się z zatrzymanej wody osad sprzyjało zarastaniu i było główną przyczyną wczesnowiosennych zatorów lodowych. Jeden z nich, spiętrzony pod Górkami Wschodnimi, doprowadził w 1840 roku do największej odnotowanej zatorowej powodzi na Wiśle. Zalała ona znaczną część Żuław, by w końcu samoczynnie przelać się w nocy z 31 stycznia na 1 lutego przez pasmo wydm, dzielących ją tu od Zatoki Gdańskiej i utworzyć nowe ujście. Przejęło ono natychmiast rolę głównego ujścia rzeki. Wincenty Pol nazwał nowe ujście Śmiałą Wisłą, co przyjęło się w topografii. Świadkiem tego zdarzenia był sprowadzony do Polski przez Stanisława Staszica francuski inżynier, Marek Lajourdie. Będąc pod jego przemożnym wrażeniem jako pierwszy opracował koncepcję budowy kaskady na dolnej Wiśle, mającej chronić Żuławy i inne tereny nadrzeczne przed zalewaniem.

Dawne ujściowe koryto Wisły po 1840 roku zostało odcięte od nowego śluzą zbudowaną w Płoni Małej. Stało się odtąd typowym kanałem portowym Gdańska.

Sprawcą dalszych przekształceń biegu rzek w obrębie delty Wisły był człowiek, a ściślej administracja pruska. W ramach prac regulacyjnych, którym poddano dolną Wisłę, najpierw w 1853 roku poniżej wsi Piekło otwarto kanał łączący Nogat z Wisłą; odtąd zasadniczą część wód wiślanych przejęła Leniwka. Po wielkiej powodzi z 1888 roku w latach 1889 - 1895 pod Świbnem wykopano nowe ujście Wisły, skracając jej bieg. Przekop Wisły, jak się go teraz nazywa, o długości siedmiu kilometrów, jest odtąd jedynym czynnym ujściem rzeki do Bałtyku, pozostałe zostały odcięte śluzami. Wisła rozgałęziała się dotąd w Gdańskiej Głowie na Szkarpawę i Leniwkę. Szkarpawa została odcięta od nurtu śluzą Gdańska Głowa w 1897 roku, a dawne koryto Leniwki zasypano, oddzielając je od Przekopu groblą. Wykopano natomiast kanał trzy i pół kilometra niżej, w Przegalinie i na nim zbudowano śluzę. Odtąd ruch w stronę Gdańska odbywał się za jej pośrednictwem. Kolejne prace zostały wykonane w odejściu Nogatu. W latach 1912 - 1917 wzniesiono węzeł wodny w Białej Górze: śluzę prowadzącą z Wisły na Nogat i przepust z Renawy na Nogat, który do dziś funkcjonuje. Odcięto wykonane poprzednio połączenie Nogatu z Wisłą poniżej Piekła.

W wyniku tych prac człowiek przerwał tworzenie się Żuław. Po raz pierwszy od czasu powstania Mierzei Wiślanej Wisła znów uchodzi bezpośrednio do Bałtyku i wprost w jego wody wyrzuca co roku przeciętnie ponad dwa miliony metrów sześciennych rumowiska. Powstają przyujściowe mielizny, zachodzą ciągłe zmiany położenia ujściowej rynny Wisły, głębokości nurtu, przebiegu linii brzegowej. Tak jak powstał dawniej półwysep Westerplatte poniżej historycznego ujścia Wisły przy Wisłoujściu (zachowały się w tym miejscu broniąca dawniej wejścia do portu twierdza i wskazująca drogę żeglarzom latarnia morska, obie dziś w głębi lądu), tak obecnie podobne procesy zachodzą przy Przekopie. Brzegi narastają, wychodzą w morze, a dawna zatoczka morska przy prawym falochronie została odcięta mierzeją i zamieniła się w przybrzeżne jezioro.

Takimi działaniami ukształtowana, pozostaje delta Wisły niezmienna do dziś. Dalsze działania ludzkie: budowa nowych śluz, wałów, jazów, były już tylko kosmetyką.

Rozdział XCV

Koniec geografii

Ja was, chłopaki, podziwiam- Ja was, chłopaki, podziwiam. Codziennie wstajecie i nic po was nie widać. Inni jak piją, to następnego dnia nie nadają się do życia - rzekł Leszek.
- Lata wprawy - odpowiedział Rafał.
- Ciebie to rozumiem, studiowałeś w Petersburgu, ale Bartek...

W czasach staropolskich za najbardziej szlachetną z wódek uważano starkę. W czasie wesela wypijano wiele trunków, w tym beczkę wina, z reguły malagi bądź tokaju. Następnie beczkę tą napełniano okowitą i zakopywano w piachu. Koniecznie w piachu, bo do dojrzewania wódki potrzebna jest niewielka ilość powietrza, taka, jaka się przez sypki piasek przedostaje. Beczkę wykopywano na chrzciny potomka, więc czasem nawet po kilku latach.

Lubię starkę, ale w czasie spływu nie urodził się żaden potomek. Naszą codziennością była wódka żołądkowa gorzka. Wbrew nazwie słodka. Dobra, bo nie potrzeba do niej zapojki.

Dawny gdański przepis na tak zwaną podwójną żołądkówkę każe brać na osiem litrów wódki funt imbiru, 24 łuty kameliny, 24 łuty goździków, 16 łutów galegi, 24 łuty kardamonu, 16 łutów pieprzu, 3 łuty anżeliki, 16 łutów anyżku, 16 łutów korzeni tataraku, 16 łutów ogrodowego kminku, tyleż nasion kopru i korzeni dziewięćsiłu, 1 funt wawrzynu, 1 funt ziaren kopru włoskiego, czwartą część funta rozmarynu, 1 funt korzeni mistrzowca, tyleż pomarańcz i cytryn, wreszcie 12 funtów cukru i funt szafranu, by nadać trunkowi barwę. Czy produkowana obecnie w Polmosie żołądkowa gorzka ma recepturę choć w części zbliżoną i tak wykwintną, jak przytoczona, nie nam wiedzieć.

Krzysztof Warszewicki, polski historyk żyjący w czasach pierwszych królów elekcyjnych, w jednym ze swych pism przytoczył przypowieść niemiecką, wedle której całe życie Polaka upływa na trzech rzeczach: przemawianiu, hulance i podróżach (declamationes, comessationes et profectiones quotidianae).

Nasza ekspedycja to ilustracja tej przypowieści.

Żuławy to kraina płaska. Z kajaka widać tylko równy grzbiet wału oraz czupryny wiklin i topól. Nierzadko, używając słów Klonowica, Wisła
"Groblami zjęta
Płynie swym torem wyższej nad rolami
I zawiesistym nurtem nad polami;
Niżej niż rzeka żniesz na swoim łanie,
Bogaty manie".

Okiem podróżującego lądem Żuławy jawią się nieco inaczej. To "pola bardzo urodzajne i przyjemne. Wszędzie rozproszone, w niewielkich od siebie odstępach, domy wieśniaków porządnie i wygodnie zbudowane z cegły. Wdzięczne ogrody, role najpiękniej uprawione, siecią strużek wodnych zamknięte i ogrodzone. Bydła na polach ilość niezmierzona, wsie bardzo liczne". Takimi je widział w XVII wieku członek francuskiego poselstwa Karol Ogier. "Holendrzy to byli ci, którzy te pola osuszyli i bagna nieużyteczne, wykopawszy długie kanały i strugi, zamienili w rolę, łąki i owoców pełne ogrody".

Określenie twórców przekształcenia Żuław w teren przydatny dla człowieka jako Holendrów jest nieprecyzyjne. Pochodzili oni nie tylko z Niderlandów, ale także z północnych Niemiec, trafiali się wśród nich również Polacy. Określanie ich w dawnej Polsce mianem "olędrów" było nie tyle informacją o ich pochodzeniu ale raczej o rodzaju prawa, na jakim zezwalano im na osiedlanie się: było to prawo dziedzicznej dzierżawy, zwanej emfiteuzą. Osadnictwo "olęderskie" rozwinęło się na terenach zalewowych, trudnych do uprawy, ale zarazem bardzo żyznych i objęło stopniowo tereny nadwiślańskie aż po Warszawę

Najbardziej rzucającym się w oczy typem stawianych na Żuławach przez "olędrów" zabudowań są domy połączone z oborami i ze spichlerzami, najczęściej o konstrukcji szachulcowej, z obszernymi podcieniami, pod które wjeżdżano wozem, by wprost z niego wciągać worki ze zbożem przez otwór w pułapie podcienia do mieszczącego się na piętrze spichrza. Sytuowano je zawsze na pagórkach, naturalnych lub usypanych. Zasadą było stawienie zagrody częścią mieszkalną w górę nurtu rzeki. Dzięki temu w czasie powodzi woda przechodziła najpierw przez część mieszkalną, a potem gospodarczą, wymywając z tej ostatniej nawóz, który wraz z żyznym namułem osiadał na plecionych z wikliny płotach, rozciągniętych między topolami i wierzbami na polach. Drzewa te chroniły także gospodarstwa przed krą lodową, spływającą podczas wiosennych roztopów. Konstrukcja dwukondygnacyjna (choć bywały i wyższe) zapewniała ochronę ludzi i dobytku podczas powodzi

Jest ich już coraz mniej tych domów, podobnie jak innych budynków pozostałych po dawnych kolonistach. Wypadki roku 1945 przerwały ciągłość osadniczą i kulturową tych terenów. Potomkowie "olędrów" wyemigrowali, ich gospodarstwa nierzadko przejęły PGR-y, a nawet, jeśli trafiły w ręce przybyszów z kresów wschodnich, nie mieli oni większych skrupułów przed dokonywaniem przebudów czy wyburzeń. Rozpadające się domy olędrów, niefunkcjonujące od lat wiatraki w typie takim, jaki znamy z równin Holandii, są dziś ginącym elementem krajobrazu takich wiosek jak położone nad Szkarpawą Drewnica i Żuławki. Wymierają i niedługo będzie je można ujrzeć tylko w skansenie.

Kilometraż Wisły w przewodniku Jastrzębskiego nie zawsze jest dokładny. Śluzę w Przegalinie sytuuje on na 934-tym kilometrze, a w rzeczywistości jest ona na kilometrze 936-tym. Może to celowe? Przewodnik wydano w 1960 roku, a wówczas w celu zmylenia wywiadu państw imperialistycznego Zachodu podawano na mapach czy w książkach świadomie fałszywie położenie istotnych dla wojskowych obiektów, takich jak mosty, śluzy, elektrownie. Już przed laty, płynąc Kanałem Ślesińskim odniosłem takie wrażenie. Jaki to miało sens, skoro i śluzę, i Przekop Wisły wykonali Niemcy?

Studiując w Petersburgu Rafał poznał rosyjskiego podwodniaka Żenię. Kolega ów zabrał Rafała do Karelii. Tam, wśród jezior, chat krytych strzechą, przy wraku czołgu jeszcze z czasów wojny fińskiej, Żenia wpadł w zachwyt: "Α вот уже конец географии!".

My nasz koniec geografii osiągnęliśmy w Przegalinie. Widać już stąd miejsce, w którym Wisła uchodzi do Bałtyku. Horyzontu nie ma, woda zlewa się w jedno z niebem.

Wielka rzeka niosła nas leniwie w stronę morza, gładka jak stół.

Wypływałem już tędy na morze w 2002 roku. Fale wpychane z Bałtyku nakładały się na nurt Wisły, były strome i wysokie. Staraliśmy się z Prezesem nie płynąć zbyt szybko, w przeciwnym razie zapadaliśmy się zbyt głęboko i grzywy przelatywały po pokładzie, rozbijąjąc o nas jak o nadbudówki. Ster zawisał bezużytecznie w powietrzu, gdy kajak znajdował się na grzbiecie takiej fali, ale tę niedogodność łatwo było wiosłem korygować. Przy promie w Świbnie zatrzymaliśmy się na postój. Potem ciągnęliśmy aż za pas mielizn i łach, jakie osadza wybiegający w zatokę nurt Wisły. Zanurzałem palec co jakiś czas. W końcu poczułem zmianę. Woda stała się słona.

To tu wyprawiali się Eva i Lothar, bohaterowie powieści Waldemara Nocnego, świetnej powieści o narodzinach i o końcu świata. Jej akcja toczy się na Bonsacker Insel (Wyspie Sobieszewskiej), sztucznym tworze ludzkim, powstałym po wykopaniu Przekopu Wisły pomiędzy nim, Martwą Wisłą, Wisłą Śmiałą i bałtyckimi plażami. Niemiecka społeczność, jaka ją zasiedliła, została zmieciona przez historię po ledwie pięćdziesięciu latach istnienia.

Eva i Lothar szli z łachy na łachę, na ostatnią z wysp, "kilometr albo dwa od nitki plaży, zamglonej, szarej i słabo widocznej". Byli tam "absolutnie samotni". Eva "rozbierała się do naga, kładła na piasku płosząc małe mewy, ledwie wyklute, słabe jeszcze i pelne ufności. To było ich królestwo. Stare krążyły wokół podnosząc wrzask, spadały wcinając się w taflę wody, wzbijając zaraz powoli, ociężale. Dzika, nie skażona niczym przyroda. Tak samo dziki był Lothar, goły, silny, bez namysłu biorący ją w posiadanie, nie zważający już na nic, jakby kierował się wyłącznie instynktem".

Być tylko we dwoje, poza światem, któż o tym nie marzy.

Rozdział XCVI

Martwa Wisła i Wisła Śmiała

Śluza w PrzegalinieNa śluzie w Przegalinie nie było różnicy poziomów. Wpłynęliśmy przez jedne wrota, śluzowy otworzył drugie i wypłynęliśmy. Śluzowy zdziwił się, że o tej porze jeszcze płyniemy.
- Amba sześć! - odrzekł Rafał.

Opuściliśmy rzekę. Od Przegaliny do Gdańska to tylko kanał bez nurtu.

Na lewo od śluzy widać dawne koryto Wisły. Stamtąd niegdyś dopływała do tego miejsca, zanim skrócono ją, kopiąc Przekop. Na prawo widać wrota starej śluzy, zachowanej w całości, tyle, że wrota od obecnego koryta rzeki oddziela wał.

Płynęliśmy Martwą Wisłą, dawnym korytem Leniwki. Przy brzegach trzciny, na wodzie łabędzie. Nie widywaliśmy ich na piaszczystej, dużej rzece. Pojawiły się na wodzie stojącej, obfitującej w dużą ilość wodorostów, czyli pożywienia.

Po kilku kilometrach dotarliśmy do hałdy fosforanów. Wysoka, wyglądała jak wzgórze o regularnych kształtach, wapienne albo pokryte śniegiem. Po hałdzie jeździły wyglądające w odniesieniu do niej na małe wywrotki, "matchbox-y". W rzeczywistości każde z ich kół było większe od człowieka.
- Problemem jest fluorek wapnia, który w małych ilościach ma działanie profilaktyczne i dlatego na jego bazie robi się pastę do zębów. W dużych ilościach niszczy kości, w tym te same zęby - wyjaśnił Leszek istotę problemu hałdy, która stanowi ekologiczne zagrożenie.

KajakarzeDobiliśmy do umacniających brzeg kamieni przed pontonowym mostem w Sobieszewie. Między nimi rosły przywiędłe fioletowoniebieskie astry. Na ławeczce siedziały dwie pary staruszków. Siwowłosi, popijali piwko z butelek, obserwując samochody przetaczające się z chrzęstem po moście. Wskazali nam położnie najbliższego sklepu i Leszek ruszył na zakupy. Ja na sąsiedniej ławce czekałem na kanadyjkarzy. Przez cienką powłoczkę chmur przeświecało słońce, więc miło mi się siedziało. Słońce: co za miły akcent na koniec pochmurnego tygodnia.

Leszek wrócił, gdy kanadyjka wolno przesuwała się przy przeciwległym brzegu. Leszek oprócz alkoholu kupił jak zwykle gazetę. Leszek musi kupować gazety. Jest od nich uzależniony. Leszek czyta gazety w czasie posiłków. Łatwiej mu się je. Takie przyzwyczajenie.

Podjechał do nas mężczyzna na rowerze. Otworzył piwo, wypił łyk, schował butelkę do kieszeni.
- Przyjemnie tak piwko wypić nad wodą - zagadnąłem, samemu piwko dzierżąc.
- Ale mandat można zapłacić, sto złotych.
- To tu gonią?
- Ano. I same czarnuchy jeżdżą.

Pomilczeliśmy chwilę.
- A co to za biała góra tam? - wskazałem na hałdę fosfogipsu.
- To trucizna.
- Ludzie giną od tego?
- Z tamtego brzegu wszystkich wysiedlili. Mieli zlikwidować, ale gdzie tam. Ciągle sypią. Odpady z fabryki.

KanadyjkarzeKanadyjkarze wyprzedzili nas ale daleko nie uciekli. Swoją droga, nawet nie próbowali uciekać. Dogoniliśmy ich i wspólnie skierowaliśmy Wisłą Śmiałą w stronę morza. Minąwszy gęsty od masztów port jachtowy, wyszliśmy na nie. Było rozchwiane pulsującym spokojnym falowaniem. Minęliśmy falochron i dobiliśmy do plaży z lewej strony. Na wybiegających w zatokę palach suszyły skrzydła kormorany, na horyzoncie pochylały się dźwigi Portu Północnego.

Nikogo poza nami na plaży nie było. Wychyliliśmy po kielichu. Niejednym. Leszek się wykąpał. Cel został osiągnięty.

Wracając na Martwą Wisłę i szlak do Gdańska wpłynęliśmy z Leszkiem na jezioro rezerwatu "Ptasi Raj", przepłynęliśmy nim pewien odcinek i wróciliśmy na główny szlak innym przejściem. Jezioro od Wisły Śmiałej oddzielone jest kamienną groblą. Co ciekawe, w obu przepustach woda wlewała się z Wisły do jeziora.

Na barce holowanej przez holownik i pchanej przez pchacz w stronę morza wędrował wielki biały prefabrykat z oknami. Nowa nadbudówka statku.

- No wiesz co, biorąc pod uwagę ilość i jakość chmur, które mieliśmy na tym spływie, powinno lać codziennie. Fajną mieliśmy pogodę.
- Wiosłuj, Bartek, wiosłuj, ty... - poganiał swego załoganta Rafał. Ale Bartkowi nie chciało się wiosłować.

Płynęliśmy Martwą Wisłą w stronę Gdańska. Była wąska, przypominała kanał. Domy ceglane i szachulcowe stały tuż nad brzegiem.
- Wąska jak w górnym biegu.
- Ale nie ciągnie. Fajny sklepik.
- Życie jest piękne.

Z prawej stocznia "Wisła", potem stara rybacka osada Górki. Przy brzegu rybackie kutry. Z lewej Rafineria Gdańska. Ciekawe sąsiedztwo dla mieszkańców Górek.

Daleko z przodu - most wantowy, na razie donikąd. Łączyć miał Port Północny z autostradą, ale autostrady nie ma. Most jest więc tylko użytkowany w ruchu lokalnym, ale nie zmienia to faktu, że jest elegancki.

Cmentarzysko starych statków przy lewym brzegu. Wręgi sterczące z zatopionych kadłubów.

Minęły nas dwa holowniki. Odwykliśmy od ruchu statków, a tu proszę, pływają!

Przystanie jachtowe. Z prawej stocznia "Conrad", tuż przed wspomnianym mostem wantowym, zawieszonym na jednym, wysokim pylonie. Zaczęło siąpić. Schowaliśmy się pod jezdnią, zaczekaliśmy na kanadyjkę.

Gdzieś w tych okolicach wiozące ziarno, kończące już "spust do Gdańska" statki zatrzymywały się i, jak pisze Jakub Kazimierz Haur, "upatrzywszy dzień pogodny i kiedy wiatr powiewa", flisacy szuflowali zboże "dla pozoru i ozdoby ziarna". Od tej praktyki pochodzi nazwa jednej z gdańskich dzielnic: Przeróbka.

Przed kolejnym mostem, Siennickim, w lewo odchodzi Opływ Motławy, dawna fosa miejska. Można popłynąć tędy aż do Żurawia. Wąska na kilkanaście metrów, porośnięta tatarakiem, grzybieniami i grążelami, prowadzi zakosami powielającymi narys fortyfikacji bastionowych, wzdłuż których ją poprowadzono. Zachowały się dotąd, lepiej lub gorzej, wały i niektóre z bastionów: Królik, Miś, Wyskok, Wilk, Żubr. Dzięki między innymi tym obwarowaniom Gdańsk pozostawał przez wieki niezdobytą twierdzą.

Między bastionami Wilk i Żubr znajduje się niezwykle ciekawy zabytek techniki: Śluza Kamienna, zbudowana w latach 1619 - 1623. Jej zadaniem było kierowanie wody z dopływającej w tym miejscu do miasta Motławy odpowiednio do potrzeb do fos albo w stronę portu umieszczonego wewnątrz ciągu fortyfikacyjnego. Regulowała ona poziom wody w tych akwenach, pomagała wstrzymać napór wody morskiej w czasie silnych wiatrów północych oraz w razie potrzeby mogła spowodować zalanie okolic Gdańska, co skutecznie odstręczało z reguły nieprzyjaciół. Celom tym służyły dwie komory: górna i dolna, oraz dwie grodzie kamienne, wychodzące ze stopy wału w głąb nurtu rzeki. Grodzie te, o zaokrąglonych grzbietach, miały dwie cylindryczne wieżyczki z półkolistymi nakryciami, które ze względu na niedostępność zwano żartobliwie "dziewicami". Przez tą śluzę wpływa się do miasta, jeśli zechce się skorzystać z tego ciekawego szlaku, dostępnego tylko dla kajaka albo małej łódki.

Statki ze zbożem płynące Wisłą płynęły na wprost i my też podążyliśmy ich szlakiem. Mijaliśmy kratownice wielkich żurawi portowych, doki, zacumowane u nabrzeży statki. Kajak przy nich jak okruszek. Wreszcie osiągnęliśmy skrzyżowanie dróg wodnych: Polski Hak.

Rozdział XCVII

Port nad Motławą

Od lewej: Bartek, Leszek, Tomek i RafałNazwę Polskiego Haka nosi wąski półwysep między ujściem Motławy a Martwą Wisłą. To na nim zatrzymywały się dopływające do Gdańska z głębi Polski statki, czekając na wejście do portu. To tu rozmontowywano tak pracowicie połączone na bindugach tratwy.

Na bindudze z siedmiu - ośmiu pni zbijano tafel, z siedmiu - ośmiu tafli połączonych jeden za drugim tworzono pas, a dwa - cztery pasy obok siebie tworzyły tratwę. Kilka tratew wędrujących razem zwano koleją, którą załoga odbywała ryzę do Gdańska, by tu pnie ponownie zostały rozdzielone.

Wejście do portu zamykane było szlabanem, czyli tak zwanym drągiem. Czuwał nad nim strażnik z pachołkami; gdy szyper załatwił formalności w Komorze Palowej i uiścił należną opłatę (palowe, będące jednym ze znaczących źródeł dochodu miasta), statek wpływał do mieszczącego się na Motławie portu. Specjalny urzędnik wyznaczał mu miejsce cumowania na terenie portu, zajmującego cały obszar od Bastionu Młyńskiego (położonego niedaleko ujścia Motławy) aż do Śluzy Kamiennej. Cumowano statki do olbrzymich pali wbitych w dno, stąd nazwa opłaty.

Procedura ta dotyczyła zarówno statków morskich jak i śródlądowych. W porcie gdańskim bowiem spotykali się dostawcy towarów z głębi Polski i ich odbiorcy: handlarze holenderscy, angielscy, francuscy, portugalscy, hiszpańscy, zarazem dostarczający artykuły luksusowe, sól, śledzie. Nie między nimi jednak dochodziło do transakcji.

W Gdańsku obcy nie mieli prawa handlować między sobą. Szlachcic spławiający zboże Wisłą nie miał prawa sprzedać go wprost zamorskiemu kupcowi, podobnie ten nie mógł sprzedać swoich towarów człowiekowi spoza Gdańska. Obaj mieli obowiązek sprzedać swoje towary gdańszczaninowi. Prawo to, zwane ius emporii, nie było zawarowane w żadnym przywileju, ale zostało przywłaszczone sobie przez miasto. Dążyli do zniesienia przymusu gdańskiego pośrednictwa światlejsi statyści. Jednym z nich był szlachecki przywódca Mikołaj Siennicki, który apelował do Zygmunta Augusta, "abyś Wasza Królewska Mość od zniewolenia tego, które cierpimy przez składy gdańskie, nas oswobodził, aby oni tu na sejmie listy swe, jeśli takowe na emporia mają, okazali". Próby odebrania go w czasach Pierwszej Rzeczpospolitej nie zostały jednak uwieńczone sukcesem. W obronie swych przywilejów Gdańsk gotów był nawet sięgnąć po broń, do czego doszło zresztą za panowania Batorego.

Zmierzając w głąb dawnego portu, mija się z prawej wlot Kanału Raduni, a z lewej wyspę Ołowiankę.

Kanał Raduni to jedno z pierwszych przedsięwzięć hydrotechnicznych na Żuławach. Naturalne ujście Raduni do Motławy znajduje się w Pruszczu Gdańskim. W latach trzydziestych XIV wieku wykopano Raduni nowe koryto, doprowadzające wodę do Gdańska, by napędzała młyny wodne, w tym istniejący jeszcze Wielki Młyn, a także napełniała fosę zamku krzyżackiego. Odtąd w czasie rozmaitych konfliktów zbrojnych ulubionym działaniem napastników było odcięcie dopływu wody do Kanału Raduni, co sprawiało miastu wiele uciążliwości.

Zamek, położony u połączenia Kanału z Motławą, na początku wojny trzynastoletniej gdańszczanie zburzyli tak dokumentnie, że nie zachował się po nim żaden ślad. Naprzeciwko zamku mieściły się warsztaty naprawcze statków, zwane Brabancją. Śladem po niej jest ulica Stara Stocznia.

Ołowianka to pierwsza z dwóch wysp na Motławie, które zajęte były dawniej przez spichrze. Kilka z nich, w tym późnorenesansowy Spichrz Królewski, ubogaca pejzaż architektoniczny Ołowianki do dziś; oprócz nich na wyspie mieści się gmach Filharmonii Pomorskiej. Przed spichrzami adaptowanymi na potrzeby Muzeum Morskiego zacumowany jest statek - muzeum "Sołdek". Zwodowany w 1948 roku jako pierwszy statek zbudowany w Gdańsku po wojnie, rudowęglowiec ten otrzymał imię ówczesnego przodownika pracy Stoczni Gdańskiej, Stanisława Sołdka.

Za miejscem postoju "Sołdka" Motława rozdziela się na dwie odnogi. Zachodnia to Stara Motława, dawne koryto rzeki, nad którym zbudowano średniowieczne miasto. Wschodnia, mieszcząca marinę, to Nowa Motława, wykopana w 1576 roku. Utworzona w ten sposób Wyspa Spichrzów (Speicherinsel) stała się jedną z osobliwości w budowie miast. Znajdowało się na niej całe bogactwo Gdańska, podlegała zatem surowym przepisom porządkowym. Połączona była z miastem mostem zwodzonym, na noc ściąganym. Nie wolno było nocą palić na niej żadnych ogni i świateł; miało to zabezpieczyć ją przed pożarem. Nikt też po ściągnięciu mostu nie mógł przebywać na wyspie, oprócz straży miejskiej, wspomaganej przez luzem biegające wielkie psy.

W około dwustu spichrzach w XVI wieku przechowywano do 150 000 ton zboża; w wiekach późniejszych liczba spichrzów wzrastała; spis z 1756 roku wymieniał 518 sztuk. Murowane z cegły albo zbudowane w konstrukcji szachulcowej, podobne do siebie, szczytami ku wodzie zwrócone, stanowiły jako całość szczytowe osiągnięcie ówczesnej architektury magazynowej. Sebastian Sierakowski tak je opisywał:
"Szpichlerze gdańskie bydź powinny wzorem dla wszystkich, co do wygody wewnętrznej, co zaś do ozdoby powierzchownej, lubo w nich nic do nagany nie masz, lecz też nic do naśladowania. Razem jednak wzięte pewną wspaniałość okazują, których tyla jest liczba, i w linie regularne postawione, że same wzięte niby miasto dość okazałe formują".

Sierakowski był jedym z ostatnich, którym było dane oglądać Wyspę Spichrzów w całej jej krasie. Jego książka o architekturze ukazała się w 1812 roku; rok później w czasie oblężenia miasta przez Rosjan doszło do pożaru, z którego ocalało ledwo półtorasta spichrzów. Większość z nich nie przetrwała kolejnego kataklizmu, II wojny światowej, i dziś trzeba dużej dozy wyobraźni, by je wyczarować z nie zagospodarowanych, porosłych chwastami ruin na wyspie naprzeciw Żurawia.

Architektura gdańskich spichrzów była funkcjonalna i skromna. Indywidualizm gdańskich kupców wykazywał się w zabudowie Głównego Miasta po drugiej stronie Motławy. Nie były popularne w Gdańsku, w przeciwieństwie do Torunia czy Elbląga, domy-składy, pełniące równocześnie funkcję magazynową. Większość z nich były to typowe domy mieszkalne, z charakterystycznymi dla Gdańska przedprożami, dzięki którym kupiec i jego rodzina mogli wznosić się ponad poziom zanieczyszonej często we wszelaki sposób ulicy.

Miasto ciążyło w stronę portu i jego układ przestrzenny to odzwierciedlał. Nie było w Gdańsku, jak w miastach lokowanych na prawie chełmińskim, centralnego rynku. Jego środek stanowiła poszerzona droga, prowadząca na prostopadłe do niej nabrzeże. Pozostałe ulice miasta były równoległe do drogi głównej, zmierzając do kolejnych bram wychodzących do portu. Uliczki przekątne do opisanych głównych pełniły rolę pomocniczą.

Główną ulicą kupieckiego Głównego Miasta był Długi Targ, przechodzący w ulicę Długą. Znajdowały się przy nim ratusz i główne miejsce spotkań kupców, Dwór Artusa. Obiekty takie pojawiały się w co zamożniejszych miastach, uzewnętrzniając aspiracje mieszczaństwa do odgrywania roli podobnej do szlacheckiej. Artus to bowiem nie kto inny, ale znany z legend o Okrągłym Stole ideał rycerskiego władcy, król Artur. Dwór Artusa spełniał przede wszystkim rolę miejsca spotkań towarzyskich; mogli w nim bywać tylko członkowie najważniejszych bractw kupieckich, posiadających w jego wnętrzu swoje ławy. Siadając w nich, co wieczór spotykali się przy piwie. Rolę handlowej giełdy spełniał plac przed Dworem. Kiedy w 1742 roku rada miejska przemianowała Dwór na giełdę, miasto utraciło swoją najsławniejszą gospodę.

Wejście od strony portu na Długi Targ stanowiła Zielona Brama; na wprost niej zwodzony Zielony Most (zaledwie czterdzieści lat temu zastapiono go mostem stałym!) prowadził na Wyspę Spichrzów. Reprezentacyjną tą bramę wybudowano na siedzibę polskich królów, ale nigdy z niej nie skorzystali, mimo licznych wizyt w Gdańsku. Zawsze zatrzymywali się w innych miejscach, na przykład w przyległych do Bramy kamieniczkach. W 1646 roku królowa Ludwika Maria oglądała z nich różne widowiska przygotowane specjalnie na tę okoliczność przez cechy miejskie. Szesnastego lutego zaprezentowało jej swój taniec sześćdziesięciu szyprów, uzbrojonych w miecze i szpady. Tancerze wykazali się akrobatyczną zręcznością, zwłaszcza podczas pląsów wykonywanych przez jednego z nich na desce trzymanej przez innych na nagich ostrzach.

Szyprowie morscy mieli swój cechowy dom na ulicy Świętego Ducha; na sąsiedniej ulicy Szerokiej, u wylotu której wznosi się sławny Żuraw, swój dom cechowy mieli szyprowie wiślani. Niewiele pozostało po ich życiu; pewnego wyobrażenia o znaczeniu tego cechu można nabrać oglądając wilkom szyprów wiślanych, jeden z najwspanialszych kielichów barokowych wykonanych w Polsce.

Wilkom jest to puchar używany w trakcie uroczystości i spotkań cechowych. W czasie powitania musiał zostać opróżniony przez nowo przybyłego do dna, stąd nazwa. Zebrania cechowe odbywały się kwartalnie lub miesięcznie i obowiązani byli brać w nich udział wszyscy członkowie korporacji. Załatwiano w ich czasie bieżące sprawy cechowe, po czym druga część zebrania była poświęcona rozrywce. Zwyczajem było przepijanie do siebie; wznoszący toast wypijał kielich i następnie przekazywał go uczczonemu.

Czara wilkomu opiera się na posążku Kefisosa, mitologicznego greckiego boga rzecznego. W jednej ręce dzierży wiosło, w drugiej amforę, z której strumieniem leje się woda. Trzy Najady, mityczne opiekunki źródeł rzecznych, dolewają z kielichów do głównego nurtu swoje strużki. Na czaszy wycyzelowane są misternie wizerunki szkuty i komięgi. Nad nimi poziomy fryz zawiera wizerunki polskich królów od Zygmunta Wazy do Augusta Mocnego. Wykonany w 1727 roku przez gdańskiego złotnika Johanna Jöde, wilkom ten jest swoistą apoteozą wiślanego handlu, na którym wyrosła potęga Gdańska.

Bardziej znana i częściej podziwiana idealizacja handlu gdańskiego to malowidło wykonane na stropie Sali Czerwonej, najświetniejszego z pomieszczeń ratusza Głównego Miasta Gdańska. Wykonał je Izaak van dem Blocke, naturalizowany w Gdańsku niderlandczyk, w 1608 roku. Inspirowane dekoracjami Pałacu Dożów w Wenecji, przedstawia w sposób alegoryczny łączność Gdańska z Polską. Wymieszane są w nim elementy fantastyczne z prawdziwymi. Merkury towarzyszy kupcom, jeden z nich dobija targu z polskim szlachcicem, Wisłą od gór płyną koleje statków z ziemiopłodami, żaglowce wypływają obok Latarni na morze. Centralnym elementem obrazu jest łuk triumfalny, zwieńczony panoramą miasta, nad którym pieczę obejmuje wysuwająca się z obłoku ręka Boga, obrazek "zgoła surrealistyczny".

Odcinek Starej Motławy do Zielonego Mostu to uczęszczana przez przechodniów arteria, zwana Długim Pobrzeżem. Za mostem otoczenie przy rzece ulega gwałtownej zmianie. Nie ma tu już turystów; im dalej od mostu, tym gorszy stan zabudowy. Teren przypomina stan po wojnie, okna bez szyb, sypiące się tynki, pękające mury.

Z prawej strony kończy się Glówne Miasto Gdańsk, zaczyna Stare Przedmieście. Kolejna z części średniowiecznego Gdańska. W jego skład wchodziły kupieckie Główne Miasto, rzemieślnicze Stare Miasto, Stare Przedmieście i Nowe Miasto, które jako twór prokrzyżacki zostało zburzone w 1455 roku, a w jego miejscu obecnie wznosi się Stocznia Gdańska. Miasta planowano wówczas jako organizmy o rozmiarach określonych. Gdy miasto się rozwijało, nie rozszerzano jego granic, lecz w sąsiedztwie lokowano nowe.

Stare Przedmieście jest świadectwem zniszczeń wojennych Gdańska. Spacerując po nim widzimy, jak niewiele odbudowano. Zrezygnowano tu już z rekonstruowania zabudowy historycznej, w jej miejsce wzniesiono socrealistyczne osiedle. Fatalne wrażenie sprawiają szpetne wysokie bloki mieszkalne wokół gotyckich kościołów. Nie eksponują ich urody ale przytłaczają.

W tej okolicy nad Motławą, niedaleko Śluzy Kamiennej, znajdowała się Lastadia (Łasztownia), stocznia morska. Był w niej pochyły pomost z windą, a w końcu XV wieku w użycie weszły pierwsze doki pływające. Maszty na zbudowanych w niej statkach osadzane były przy użyciu będącego do dziś wizytówką Gdańska Żurawia.

Nazwa "lastadia" pochodzi od niemieckiego die Last - ciężar, ładunek. W wersji spolszczonej - łaszt. Przy ich użyciu określano wielkość statków; była to powszechna praktyka o hanzeatyckiej proweniencji. Łaszt był średniowieczną miarą pojemności, używaną aż po wiek XIX; była to przestrzeń, w jakiej mieściło się 60 korcy żyta (przeciętnie 3282 litry). Odpowiadało to wadze od 2000 do 2500 kilogramów, w zależności od stopnia przesuszenia ziarna.

Ach, te nieprecyzyjne, dawne miary.

Rozdział XCVIII

Stocznie i polityka

Zabrakło nam czasu na wejście Motławą pod Żuraw. Byliśmy umówieni na nocleg na terenach stoczniowych i aby zdążyć przed zmrokiem, musieliśmy płynąć dalej.

Na Haku w lewo skręca się do centrum miasta, w prawo natomiast Kanał Kaszubski wiedzie w stronę Wisłoujścia i Westerplatte, jednym słowem w kierunku Bałtyku. Kanał Kaszubski został wykopany w 1903 roku i był jedną z inwestycji, podjętych po przebiciu się do morza Wisły Śmiałej, wskutek których centrum życia portowego zostało przeniesione z Długiego Pobrzeża na Martwą Wisłę. Otrzymał wówczas nazwę Kaiserhafen i utworzono na nim port nazwany Cesarskim. Kanałem tym prowadzi obecnie szlak żeglugowy. Utworzoną między nim a dawnym korytem Wisły, wiodącym na Haku na wprost, wyspę, zwaną Ostrowiem (dawny Holm), zajmują tereny przemysłowe.

Wybraliśmy drogę na wprost. Tędy w stronę morza kierowały się statki przed wykonaniem Kanału Kaszubskiego, teraz to tereny stoczniowe, zamknięte. Teoretycznie nie wolno na nie wpływać bez zgody zarządu.

Most pontonowy. Otworzył się, by przepuścić płynącą z naprzeciwka barkę z olbrzymią żółtą suwnicą. Przepłynęła. W szczelinę mostu wszedł, idący zza naszej rufy, pchacz z barką, a gdy nas minął, ruszyliśmy w ślad za nim. Most zaczął się zamykać, zanim przepłynęliśmy. Dotrzymaliśmy jednak kroku na tym krótkim odcinku pchaczowi "Rączym Kaczorem" i zdążyliśmy. Kanadyjkarze - nie. Musieli przemykać się pomiędzy pontonami.

Tereny Stoczni Gdańskiej, noszącej w czasach PRL-u imię Lenina. To tu w 1980 roku Lech Wałęsa, bezrobotny były pracownik stoczni przeskoczył przez mur i stanął na czele strajku, który zmusił władze do ustępstw. Stan wojenny ustępstwa anulował, ale gdy po latach w wyniku kryzysu gospodarczego doszło do rozmów między władzą a opozycją, Wałęsa był jej niekwestionowaną ikoną. W rozpisanych potem wyborach w 1989 roku zdjęcie z nim gwarantowało wyborczy sukces. Wydawało się wtedy, że wywodzący się z Solidarności ludzie stanowią nową jakość. Mit ten rychło runął. Przyczynił się do tego sam Wałęsa. Wybrany prezydentem powiedział w 1990, jak wyobraża sobie przyszłość:
"Jestem za stałym niepokojem politycznym, nieustannym publicznym rozładowywaniem konfliktów. Dla mnie demokracja parlamentarna to pokojowa wojna wszystkich ze wszystkimi".

Proklamowana została wojna na górze, wojna na teczki i lustracje, wojna wewnątrz dawnego środowiska opozycyjnego, niezrozumiała dla społeczeństwa, podjazdowa, często daleka od zachowywania pozorów kultury. Podważone zostały społeczne autorytety, włącznie z dotychczasowym politycznym autorytetem polskiego Kościoła. Okazało się, że "ludzie z marmuru" nie lepsi są od sprawujacych poprzednio władzę przedstawicieli Partii. Utrwalone zostało przekonanie, że polityk to człowiek, który gotów jest popełniać różne świństewka i świństwa, nazywając je eufemistycznie kompromisem. Utrwalony pogląd jeszcze z czasów zaborów, że "My" - społeczeństwo i "Oni" - trzymający władzę to dwie różne sfery, i lepiej z "Onymi" mieć jak najmniej wspólnego.

Wiele wskazuje na to, że Stocznia Gdańska zostanie zlikwidowana. Zajmowała dawniej obydwa brzegi, teraz tylko część wyspy Ostrów. Z lewego brzegu, ze stałego lądu wycofała się. Została tam tylko znana z wydarzeń Sierpnia`80 Brama numer 2. 

Kolebka "Solidarności" upada obecnie, natomiast sąsiednia Stocznia Remontowa dobrze prosperuje. Nie ciążył na niej balast symbolu i poradziła sobie w warunkach gospodarki rynkowej.
- Ciekawe, że jak budują te statki, to wyglądają one, jakby je robili z zardzewiałej blachy. Jakby budowali trupa - zaobserwował Rafał.

Przystań Stowarzyszenia Kajakowego WodniakZa drugim mostem nad basenem Ostrowica III jest przystań Stowarzyszenia Kajakowego "Wodniak". Czekali tam na nas Ewa Kontrowicz z synem. Uzgodniłem z nią jeszcze przed opuszczeniem Włocławka, że spędzimy tę noc na przystani. Otrzymalismy klucz od świelicy klubowej i nie rozbiliśmy tego dnia namiotów. Rzuciliśmy materace pod regałem szerokości ściany, obstawionym pucharami, zdobytymi przez gdańszczan w czasie pięćdziesięciu lat działalności.

Ewa podrzuciła Leszka, któremu zleciłem kupienie flaszki, i Rafała, do sklepu. Wrócili z czterema butelkami wódki. Rafał, jak to on, hurraoptymista, przesadnie ocenił nasze siły.

Nie opróżniliśmy do końca nawet jednej flaszki. Połowę najwyżej.

W księgach Dworu Artusa zachował się wpis z 1588, dokonany przez gdańskiego szypra.

"Qui bene bibit, plus dormit, qui plus dormit, non peccat, ergo qui bene bibit in regnum coelorum intrabit". - Kto tęgo pije, więcej śpi, kto dużo śpi, ten nie grzeszy, zatem kto tęgo pije, wejdzie do Królestwa Niebieskiego.

Nie mieliśmy już ochoty, by być bardziej zbawionymi.

Rozdział XCIX

Człowiek to wytrzymałe zwierzę

Świetlica "Wodniaka" nie ma okien. Drzwi były zamknięte.Gdy się obudziłem, nic nie widziałem. Ktoś mi oczy zabrał. Czarność. Obmacałem otoczenie, starając się przypomnieć rozkład pomieszczenia. Na czuja wyszedłem, potykając o czyjeś ciało.

Nad stoczniami wstawał brzask. Przygasały światła lamp i latarni w obliczu nadchodzącego dnia.

Zbieraliśmy się, gdy przyjechał Wojtek Kuc.
- Skąd płynęliście?
- Teraz z Włocławka.
- Ile?
- Tydzień.
- W tydzień to z Dunajca dopłynąłem... - machnął ręką Wojtek.

Wojtek Kuc to uczestnik wyczynu sprzed trzynastu lat. Wraz z piątką kolegów: Bolesławem Białkowskim, Dariuszem Gajewskim, Tadeuszem Loroffem, Piotrem Oparą i Jackiem Zawiejskim spłynęli wówczas z Jazowska nad Dunajcem do Gdańska w osiem dni, pokonując przeciętnie ponadto sto kilometrów dziennie. To nie była taka rekreacja jak nasza wycieczka.

Wyruszyli 18 czerwca 1995 roku o 6.48.

Pierwszego dnia dotarli do Nowego Korczyna, biwak rozbili już nad Wisłą po pokonaniu 135 kilometrów i dwóch przenosek przez zapory w Rożnowie i Czchowie. Jeden z kajaków puszczał wodę, część rzeczy był mokra.

Drugi dzień. Pobudka o 4.30. Upał, wiosłowało się ciężko.
"Odcinek Połaniec - Tarnobrzeg spływamy bez wysiadania. Tempo zwalniamy do 10 km/godz. Ogólne zmęczenie nie pozwala na dotarcie do mety zaplanowanego odcinka . Zatrzymujemy się przy moście na 301 km Wisły. Tylko, a może aż 3 km Ťpod kreskąť . Boli nas wszystko, a to dopiero drugi dzień spływu".

Dzień trzeci. Sześćdziesiąt kilometrów do Kazimierza bez wysiadania. Tam godzinny postój. Koniec za Kozienicami po zmaganiach z przeciwnym wiatrem. W jednym z kajaków pękła linka sterowa.

Czwartego dnia - Modlin. Płynięcie w deszczu i burzy. Jedna osada słabnie.

Piąty dzień. Porywisty przeciwny wiatr spowalniał tempo nawet do 3 kilometrów na godzinę. Fale półmetrowe. Nocleg przy moście w Płocku.

Szósty dzień. Sposób na Zalew Włocławski - wypływ o 2.05. Fale nieduże, ale o świcie wiatr się wzmógł. Sztorm. Ryzykując wywrotką, pokonali "włocławską paskudę". O 9.00 przenieśli się przez zaporę, a na koniec dnia osiagnęli Toruń. W namiotach - podsumowanie.

"Nadgarstki rwą, dłonie jak bochny chleba przedwojennego, ramiona chrzęszczą w przegubach, kręgosłupy sztywne (nie tylko ideologicznie), siedzenia nadają się do wymiany, karki napęczniały jak dynie".

Siódmy dzień. Wiosłowanie jak w letargu, od 6.20 do 22.30. Pada i wieje. Tego dnia 132 kilometry. Biwak na 870 kilometrze.

"Do domu tylko 96 km. Jak na ostatni etap i stan fizyczny w jakim się znajdujemy, będzie to męczarnia".

Ósmy, ostatni dzień. Przeciwny wiatr sprawił, że płynęli od 5.20 do 19.00. A na koniec na gdańskim moście "Na Ostrów" niezapomniane spotkanie z oczekującymi kolegami.
"Kankan, pląsy, strzelające korki od butelek szampana, błyski lamp dopełniją szczęścia. Jesteśmy w domu. Galery szczęśliwie ukończył cały zespół".

Za nimi 923 kilometry.

Tak też można zmagać się z Wisłą.

Człowiek to wytrzymałe zwierzę.

Ale nie każdy lubi to sobie udowadniać.

Rozdział C

Relikwie

O ósmej przyjechał po nas Mirek. Spakowaliśmy się i opuściliśmy położoną na terenie gdańskiej Stoczni Remontowej stanicę.

Mirek wspominał, jak był w Gdańsku w 1970 roku jako kierowca pojazdu opancerzonego. Nikogo nie pacyfikował, sam został pobity przez milicjantów, którzy się pomylili i wzięli go za kogo innego.

Mirek musiał być we Włocławku o czwartej po południu. Zrezygnowaliśmy z wyjazdu na Westerplatte, wybraliśmy Muzeum Wisły w Tczewie. Obu miejsc nie dałoby się odwiedzić w pozostałym nam czasie.

Mirek judził, byśmy wypili choć tę nie do końca opróżnioną butelkę żołądkowej. Nie uchodzi z imprezy z niedopitą flaszką wracać.

Nie daliśmy się namówić.
- Jakbyś, Mirek, przez tydzień miał piękną dziewczynę i cztery razy dziennie ją brał, to ósmego choćby na pipie tańczyła, to nie miałbyś na nią ochoty - wyjaśnił Rafał.

W Muzeum Wisły eksponowana była wystawa dotycząca historii kajakarstwa. Ważnym jej elementem były łódki, od skórzanego kajaka grenlandzkiego i kanadyjki Indian Północnoamerykańskich z kory po produkowany obecnie składak Waylanda.

Ożaglowany kajak PoświstDwa eksponowane kajaki zbudowane zostały na Bulwarach we Włocławku w latach trzydziestych XX wieku. Ożaglowany "Poświst" i smuklejszy "Lin". Obydwa konstrukcji szwedzkiej, z drewnianym szkieletem obciągniętym płótnem, impregnowanym farbą olejną, z pokładami ze sklejki i drewna. Białe, dopracowane, dopieszczone. Rolls-Royce-y wśród kajaków.

Biały kajak to LinObydwa przebywały w hangarze naszego Klubu. Jeden należał dawniej do Feliksa Koryckiego. Kazik opowiadał, że nie wolno było go dotknąć bez zgody właściciela, co dopiero wypożyczyć go sobie na przejażdżkę, tak ten o niego dbał. Drugi w 1995 roku spędził noc w naszym hangarze, gdy odbywał swą ostatnią podróż. Zbigniew Błażejewski, jeden z założycieli Sekcji Turystyki Wodnej PTK, przekształconej później w nasz Klub, odprowadzał go z Warszawy do tczewskiego muzeum. Dotykaliśmy go wtedy z Bartkiem, podziwialiśmy piękno konstrukcji.

Zbigniew Błażejewski przywiózł wówczas zweryfikowaną przez siebie moją książeczkę Turystycznej Odznaki Kajakowej, z przyznaną odznaką Dużą Złotą. Jedyny to był raz, gdy spotkałem tego kajakarza-legendę, Przodownika Turystyki Kajakowej numer 2, zwanego Stryjem, wywodzącego się z Włocławka lecz od lat pięćdziesiątych mieszkającego w Warszawie. Zmarł niewiele lat później.

W Toruniu otworzono niedawno Muzeum Podróżników. Zgromadzone są w nim przedmioty, które ze swych wypraw po świecie przywiózł wywodzący się z Torunia Tony Halik. W czasie jego telewizyjnych programów "Tam gdzie pieprz rośnie" czy "Pieprz i wanilia" zyskiwałem wiedzę o świecie, innych kulturach i przyrodzie. Tony Halik pokazywał bedące obecnie muzealnymi rekwizytami przedmioty, opatrując każdy z nich barwną opowieścią. Bez tych komentarzy przedmioty te leżą teraz w muzeum martwe.

Nie były takimi dla nas kajaki z Muzeum Wisły. Były przedmiotami kultu.

Wyjeżdżaliśmy z Tczewa w milczeniu, senni od małej ilości tlenu we wnętrzu samochodu, od ożywczego powietrza odgrodzeni szybami. Dobiegła końca opowieść pisana wiosłem.

Michał zrobił dla mnie laurkę. Namalował trzy puchary dla dzielnego taty, który pokonał całą "pławiaczkę Sarmacką" i "rzek polskich głowę", że użyję epitetów, jakimi obdarzył Wisłę siedemnastowieczny rymopis Jan Rybiński.

Prezes witając mnie we Włocławku zapytał się, czy nie rzygam Wisłą. Odpowiedziałem, że nie. W tczewskim Muzeum wywieszone były fotografie pejzażów wiślanych, jakże piękne. Chciałbym znów być wśród nich.

Jutro znów bym popłynął, chętnie, na dłużej.

Epilog

Od początku wiślanego przedsięwzięcia minął rok.

Rafałowi urodziło się piąte dziecko. Dzieci i pieniędzy nigdy za wiele, zwykł mawiać.

Leszek zaangażował się w działaność Greenpeace.

Marian dotrzymał słowa i nie wsiadł już tego roku do kajaka.

Trzeciego stycznia 2009 roku zaczęliśmy kolejny sezon wodniacki wypływając na Wisłę z Włocławka. Grono większe niż przed rokiem, trzynastoosobowe. Było bardziej zimowo. Przy lądowaniu w Bobrownikach trzeba było włączyć się w spływającą krę, by we właściwym momencie skręcić z niej na spokojne ploso przy ruinach. Wyciągaliśmy się na lód przybrzeżny przy użyciu rzucanej z brzegu liny.

Rozpoczęta została nowa tradycja.

Copyright © Prywatne Okienko Wuja Mariana

Wybierz z listy: