Prywatne Okienko Wuja Mariana
Serdecznie witam na mojej witrynie

Wisłą w głąb Polski

Poprzednie rozdziały « Wisłą w głąb Polski » Rozdział LXXIV » Rozdział LXXV » Rozdział LXXVI » Rozdział LXXVII » Rozdział LXXVIII » Rozdział LXXIX » Rozdział LXXX » Rozdział LXXXI » Rozdział LXXXII » Rozdział LXXXIII » Rozdział LXXXIV » Rozdział LXXXV » Rozdział LXXXVI

Rozdział LXXIV

Pogoda dla bogaczy

Czy trzynastka przynosi pecha? Był to wprawdzie trzynasty września, ale sobota, nie piątek. O pechu nie mogło być mowy!

13 września 2008 r. Wojtek, Leszek i Tomek wkrótce będą gotowiZeszliśmy na wodę kwadrans po dziewiątej. Bardzo sprawnie się zebraliśmy, jak na pierwszy raz.

Poranne mgły zdążyło rozgonić słońce. Nocą temperatura była bliska zeru i falujące, zwiewne, białe welony unosiły się nad rzeką, gdy jechaliśmy mostem do Klubu.

Poniżej zapory włocławskiej przed kilku laty został usypany próg podpiętrzający, zapewniający stały poziom lustra wody poniżej jazów i elektrowni. Zestawiono go ze stalowych gabionów (koszy z siatki) wypełnionych głazami. Choć to niewiarygodne, głazy obracają się wewnątrz gabionów, ostrymi krawędziami rozcinają druty, po czym wypływają. Co pewien czas trzeba je uzupełniać. Próg znajduje się do połowy w administracji elektrowni, a w połowie zarządza nim Okręgowa Dyrekcja Gospodarki Wodnej. Każda z tych instytucji naprawiając swój fragment progu stara się go zrobić nieco wyższym od sąsiada. Wówczas próg na sąsiednim odcinku szybciej zostanie rozmyty: wiadomo, woda popłynie tam, gdzie jest niżej. Nie jest to praktyka udowodniona, ale prawdopodobna. Wynoszone z progu kamienie rzeka osadza na dnie na odległości kilkunastu kilometrów, aż do Nieszawy. Na 683 kilometrze utworzyło się na nich nawet dość silne bystrze, widoczne zwłaszcza przy niskiej wodzie, a taką mieliśmy we wrześniu.

Poranek był zimny, ale słoneczny. Nie zdążyliśmy osiągnąć odpływu ścieków z "Anwila" (dawnych "Azotów"), gdy nadciągnęły chmury, gęstymi warstwami zajęły niebo, dziesiątkami szarych materacy oddzieliły nas od błękitu. Dmuchnął też wiatr - prosto w twarz.

Bobrowniki. Na kamiennych rafach i wystających z wody resztkach zatopionej barki siedziały tabuny kaczek i kormoranów, a wśród nich białe czaple - jak perły.

Pod zamkiem w BobrownikachWylądowaliśmy na postój przy ruinach zamku, na kamieniach wypłukanych ze wspomnianego progu, tworzących tu pokrytą namułem plażę. Wisła poniżej zapory odznacza się kilkunastocentymetrowymi dobowymi wahaniami stanu wody, wywołanymi pracą elektrowni, która uruchamiana jest z reguły w godzinach szczytu, i jej brzegi są przez to przez kilkanaście kilometrów nieładne, pokryte szlamem.

Zamek w Bobrownikach został zbudowany przez Krzyżaków zapewne w końcu XIV wieku. Nie był to obiekt wielce rozbudowany, składał się z narożnej wieży w górnej partii okrągłej, czworoboku murów dookoła dziedzińca, z domem mieszkalnym od strony Wisły i dwoma budynkami gospodarczymi od południa i wschodu; wjazd do zamku prowadził przez wieżę bramną. Był to jednak obiekt o znacznych walorach obronnych: mury miały grubość dochodzącą do trzech i pół metra, a dodatkowo całość otoczona była drugim, niższym murem obwodowym i fosą.

W zamku rezydował wójt krzyżacki, a od 1404, gdy wykupiono Ziemię Dobrzyńską od Zakonu, stacjonowała w nim załoga polska. W 1409 roku dowodził nią Warcisław z Gotartowic. W Bobrownikach rozegrała się druga część Wielkiej Wojny. Po zdobyciu Dobrzynia wojska krzyżackie dotarły tu 20 sierpnia. Oblężenie bobrownickiego zamku trwało osiem dni, po czym obrońcy poddali się. Popadli wskutek tego w niełaskę; zdaniem króla mogli się jeszcze długo bronić...

Po zakończeniu wojen z Krzyżakami zamek utracił swe znaczenie militarne. Był siedzibą starosty, ale jako obiekt niezbyt przyjazny do stałego zamieszkiwania popadał w ruinę. Spalony przez Szwedów w czasie "potopu", nigdy nie został odbudowany. Rozwłóczono go, wykorzystując cegły i kamienie z murów do budowy kościelnego ogrodzenia, ostróg wiślanych; mieszkańcy Bobrownik jeszcze niedawno traktowali ruiny jako rezerwuar darmowego materiału budowlanego, z którego wznosili domostwa i chlewiki.

Niedaleko drewnianego kościółka w Przypuście, przyglądającego się Wiśle z wysokiej skarpy, minęliśmy mężczyznę. Płynął łódką, wiosłując wiosłami osadzonymi na dulkach. Wiózł drewno, pewnie z kępy, pewnie na opał.

- Dokąd płyniecie?
- Do Gdańska.
- Chujową pogodę sobie panowie wybrali. Motorka nie macie?

Pokazaliśmy wiosła, unosząc je do góry.
- A są takie do kajaka, co się je z boku przyczepia.
- A pan czemu nie ma?
- Sto na sto bierze, jebany.

Przed Nieszawą wielkie żółte łachy. Rząd topól pod urwistą krawędzią wysoczyzny. Bulwar, na nim pomnik: orzeł w koronie.
- Kolejny z serii: my tu byliśmy, jesteśmy i będziemy - powiedział Leszek. - Nie wiem, co on upamiętnia...

Przy promie w Nieszawie - postój. Niektórzy autorzy przewodników i dziennikarze specjalizujący się w turystyce nazywają Nieszawę kujawskim Kazimierzem. To oczywista nieprawda. Nieszawa jest zapyziała, brudna i smutna. To jeden gotycki kościół, klasztor franciszkanów o bryle bez większego polotu, skromny klasycystyczny ratusz i w znacznej mierze bezstylowe domy. Szpecą ją niskie bloki, którymi w czasach socjalizmu zastąpiono niewielkie rybackie domki przy nadbrzeżu.

Prom w NieszawieTylko prom nieszawski jest niepowtarzalny. Ten żółto-niebieski bocznokołowiec jest najbardziej malowniczym promem na Wiśle, a może i w Polsce.

Wypisał mi się długopis. W sklepach nieszawskich nie mogłem kupić nowego. Nie było. Zrezygnowałem już prawie, gdy zobaczyłem pocztę. Na pocztach miewają różne rzeczy - wstąpiłem i ku mej radości kupiłem długopis; by radość była trwała, kupiłem od razu dwa.

Bartek ugotował grochówkę na swej denaturówce, po czym zżarliśmy ją z jednego gara. Parzyła w gęby, ale dobra była. Dla lepszego samopoczucia wypiliśmy po piwku.
- Dobre piwko, nie za ciepłe! - obwieściłem.
- Dobrze, że ta babka dopiero co włożyła je do lodówki i się jeszcze nie oziębiło.

Rozdział LXXV

Wędrujące miasto pojednania

Nieszawa bywa nazywana wędrującym miastem. Jej obecna lokalizacja to już trzecia w dziejach.

Po raz pierwszy nazwa Nieszawy pojawiła się w 1230 roku. Wówczas to Konrad Mazowiecki nadał sprowadzonym przez siebie rycerzom krzyżackim gród, nazywany "Nissue" wraz z czterem wsiami: "Ozchotino, Nissue, Nissueca, Occola". Był to teren położony na lewym brzegu Wisły między dwiema przeprawami na ówczesnym szlaku komunikacyjnym: jedną naprzeciwko obecnego Starego Miasta w Toruniu, drugą prowadzącą od ujścia Strugi Zielonej, zwanej wówczas Wierdzelew, do Starego Torunia. Krzyżacy starali się o nadanie tego terenu, zdając sobie sprawę z jego znaczenia militarnego. Stanowił on połączenie między otrzymaną uprzednio od polskiego księcia Ziemią Chełmińską a resztą kraju. Stanowił też zabezpieczone barierą wielkiej rzeki zaplecze dla zamierzonej ekspansji na kraj Prusów. W przyszłości stał się przyczółkiem, z którego wyruszały wyprawy wojenne na tereny Polski.

Grodu Nissue nie udało się odnaleźć archeologom. W Małej Nieszawce zachowały się natomiast resztki przyziemia zbudowanego przez Krzyżaków zamku komturskiego, który był w ich posiadaniu aż do pokoju melneńskiego z 1422 roku. Postanowienia tego pokoju nakazywały Krzyżakom wydanie niewielkiej komturii nieszawskiej Polsce i do 1424 roku zamek został rozebrany.

Zburzenie zamku nieszawskiego było zarazem początkiem Nowej Nieszawy, zwanej też Dybowem. Powstała ona jako osada królewska przy zamku zbudowanym przez Władysława Jagiełłę jako przeciwwaga dla warowni toruńskiej, pozostającej w rękach Zakonu, w pobliżu dzisiejszego mostu drogowego przez Wisłę. W latach 1424 - 1425 Nowa Nieszawa otrzymała prawa miejskie, a już po 1440 roku przerosła Toruń w eksporcie zboża, które wozami dostarczano do niej z Korony i spławiano stąd Wisłą do Gdańska.

Zlikwidowanie Nieszawy było jednym z postulatów Starego Miasta Torunia, jakie przedstawił Kazimierzowi Jagiellończykowi wchodzący w skład delegacji zbuntowanego przeciwko Krzyżakom Związku Pruskiego rajca Rutger von Birken. Król zgodził się na ten warunek: 6 marca 1454 roku wystawił dokument zapewniający, że w ciągu trzech lat zburzy miasto i nie odbuduje go ponownie. Obiecane trzy lata upłynęły a Nieszawa wciąż istniała. Dopiero przedłużanie się wojny i konieczność zapewnienia sobie wierności torunian i pomocy finansowej z ich strony skłoniły króla do wywiązania się ze zobowiązania. W 1460 roku król nakazał ostatecznie zburzenie Nieszawy, przy czym jej mieszkańcy mieli zaprzestać uprawiania handlu; do końca wojny mogło pozostać tylko dwadzieścia karczem wyznaczonych przez burgrabiego dybowskiego. W 1462 roku z Nowej Nieszawy pozostała tylko jedna uliczka prowadząca w stronę Wisły. W tym samym czasie uformowane były już władze nowej Nieszawy, decyzja królewska z 1460 roku nie była bowiem zgodna w pełni z intencją torunian: 24 września tego roku Kazimierz Jagiellończyk wystawił przywilej lokacyjny dla nowej osady, przeniesionej w górę Wisły na miejsce wsi Roskydalino, nadając jej szerokie uprawnienia gospodarczo-ustrojowe. W ten sposób Nieszawa znalazła się na obecnym miejscu, by stać się głównym portem Kujaw w okresie apogeum spławu wiślanego. Rozkwitała wówczas; węgierski podróżnik Morton Csombor taką ją widział w czerwcu 1606 roku:
"Nieszawa zdobna świątyniami i klasztorami. Przed bramą miejską ciągną się w pięknym zachowane porządku ogrody pełne ślicznych kwiatów różnorakich, a zwłaszcza nieprzebranych ilości cebuli, dla którejśmy grodowi temu nadali miano Görgö".

Podupadła w końcu XVII stulecia jak wiele innych miast w Polsce, jest dziś Nieszawa tylko cieniem dawnej świetności.

Nieszawa, miasto malarza Noakowskiego, podróżnika i pisarza Ossendowskiego, zielarza i jasnowidza księdza Klimuszki.

Liczną grupę dawnych mieszkańców Nieszawy stanowili Niemcy. Od stuleci przybywali na tereny zachodniej Polski, osiedlając się tu. W potocznej mowie nazywano ich "polskimi Niemcami", gdyż przejmowali miejscowe zwyczaje, czasem się całkiem polonizowali. Już w czasie powstania kościuszkowskiego niektórzy z tych osadników popierali powstańców, także przeciwko wojskom pruskim, i ofiarowywali im swą broń, jak w wielkopolskim Szmiglu. "Trzeba przyznać, że wielu z nich z biegiem czasu asymilowało się istotnie, odznaczając się nawet wysokiej miary patriotyzmem" - oceniał w połowie XX wieku Franciszek Beciński. Wielu kolonistów niemieckich spolonizowało się jednak tylko pozornie i w czasie II wojny światowej aktywnie poparło omotanych doktryną Hitlera rodaków, przyłączając się do grabieży i mordów, dokonywanych na swych polskich sąsiadach, powiększając własne gospodarstwa ich kosztem. Wojna doszła jednak do znanego nam kresu. W obliczu wkraczającej Armii Czerwonej wielu Niemców uciekło na zachód; wielu pozostało, licząc na to, że skoro nie brali udziału w prześladowaniach, z Polakami ułożą się jak dawniej. Takie mieli złudzenia.

Bezpośrednio po wojnie niemieccy albo uważani za takich (wystarczało obco brzmiące nazwisko) mieszkańcy Nieszawy i okolic zostali poddani weryfikacji. Zaaresztowano całe rodziny, zgromadzono w stodołach lub innych obiektach gospodarczych i wyszukiwano świadków ewentualnej antypolskiej działalności zatrzymanych. Inspiratorem akcji była aleksandrowska milicja.

Pewnej zimowej nocy 1945 roku grupa podpitych nieszawian, prawdopodobnie przy udziale milicjantów z Aleksandrowa Kujawskiego, udała się do jednego z takich prowizorycznych więzień i wyprowadziła znajdujące się tam osoby nad Wisłę. Tam kazali im skakać do rzeki. Kto odmówił - kula w łeb. Którzy skoczyli, do tych strzelali jak do kaczek. Zginęło około dwudziestu osób. Nieznane są ich domniemane lub rzeczywiste winy.

Intelektualiści polscy, a za nimi cały naród, uważali, że Polacy to ludzie bogobojni, wysoce kulturalni, w żadnym razie nie oprawcy. Bycie butnym i zbrodniarzem było zarezerwowane dla sąsiadów: Niemców i Rosjan. Taki był i jest Polaków portret własny. Kto występuje przeciwko niemu, jest kłamcą i oszczercą.

Stefan Żeromski głosił przed odzyskaniem niepodległości w 1918 roku:
"Na placu Saskim, tam gdzie Wilczek i Ślaski rzucali w twarz tyranowi moskiewskiemu najprawowitsze i najszlachetniejsze wyzwanie na pojedynek, przeszywając swe nieulękłe serca rycerskie szpadami w obronie honoru swego i narodu - wolny lud strąci dzwonnicę, która wiecznie Polsce wieczną niewolę wydzwaniać miała, i zetnie złote kopuły cerkwi, które jej w oczy wieczną sromotą przyświecać miały.
Kadłub cerkiewny, dzieło artyzmu, zdobiony cennymi Wasniecowa freskami, zostać powinien, gdyż nie popełnia Polak barbarzyństwa".

Mylił się Żeromski. Cerkiew postawiona w Warszawie jako znak triumfu po upadku Powstania Styczniowego została zburzona w całości przez Polaków w pierwszych latach niepodległości, mimo całej jej artystycznej świetności, i mało kto dzisiaj wie, gdzie stała.

Augustyn Suski, naczelnik Konfederacji Tatrzańskiej, pisał w kolportowanym nielegalnie na Podhalu w czasie II wojny światowej pisemku:
"Zachowaj nas Boże przed mordowaniem ludzi bezbronnych lub tych, którzy prosząc o łaskę, broń rzucają na ziemię. Taka krew bezcześci i plami na całe życie, taka krew ciąży na duszy jak przekleństwo, które prędzej czy później będzie się na nas i dzieciach naszych mścić. Polak nie pastwi się nad bezbronnym, gdyż Polak nie jest Niemcem".

Augustyn Suski przewidywał, że sprawami zbrodni zajmie się sąd. Nie będzie żadnej zbiorowej odpowiedzialności. Tak nakazuje honor i sumienie Polaka. Jak pokazuje sprawa nieszawska i wiele innych, nie w pełni miał rację. Okazało się, że Polacy nie są narodem wybranym, że ta idea to fikcja, że niektórzy z nich mają takie same wady jak niektórzy członkowie innych narodów świata. Cechuje ich skłonność do zemsty, koniunkturalizm, upodobanie do okrucieństwa, zawiść...

Zauważał to obserwujący wojnę i okupację na Kujawach Franciszek Beciński. W jego pamiętniku pełno jest fragmentów świadczących o zadowoleniu niektórych Polacy z wkroczenia i rządów Niemców. Z goryczą opisywał, jak niemieccy żołnierze wyrzucili towar ze sklepu na ulicę.

"Zbierano chciwie te "niemieckie dary". Z boku stał Niemiec z aparatem i filmował to radosne przymierze zdobywców z wyzwolonym narodem (...).
- Dobry naród te Niemcy...
Kobiety przed Niemcami wyżalały się na polską biedę, na swoich pracodawców, na rząd - na Polskę. Niemcy kiwali głowami i szwargotali coś po swojemu, ze teraz będzie jakiś reich. Gawiedź się pocieszała:
- Z biednym narodem trzymają!"

W innym miejscu Beciński wspominał:
"Przejeżdżając kiedyś, spotykam na drodze gromadę robotników, zatrudnionych przy jej naprawie. Cieszą się, że Niemcy wysiedlają ziemian, że to samo zrobią z inteligencją, z kupiectwem.
- Dobrze im tak!
- Niemcy mówią, że przyślą ich teraz do pracy na drogi. Będą kopali razem z nami.
- My ich teraz nauczymy, jak się trzyma szpadel...
- W Polsce mogli żyć tylko naszym kosztem.
Śmieją się wesoło, a mnie przytłaczają ich słowa jak zimne, ciężkie kamienie polne, bo o Polsce nie mówią.
Ubóstwo ich ducha wydaje mi się stokroć większym od nędzy materialnej, od głodu chleba, którego łakną może codziennie z gromadami swoich dzieci".

Ci sami Polacy mordowali później swych sąsiadów - Niemców. Dla przegranych nie ma litości.

W 2004 roku na nieszawskim bulwarze niedaleko posadowionej na wysokim słupie rzeźby orła, poświęconej Piłsudskiemu, Wskrzesicielowi Polski, odsłonięto pomnik w kształcie pękającego prostopadłościanu. Pęknięcie zasklepiające się ku górze ma symbolizować zbliżanie się narodów. Na pomniku znajduje się napis w dwóch językach: "Polskim i niemieckim niewinnym ofiarom wojny i przemocy 1939 - 1945", i wyżej: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie".

Nie ma znaczenia to, że z rąk Polaków zginęły tysiące niewinnych, a z rąk Niemców zginęły miliony. Nie usprawiedliwia zbrodni to, że ktoś inny popełnił zbrodnię na większą skalę.

Nieżyjący już nieszawski proboszcz Sowa zapoczątkował akcję pojednania mszą odprawioną za dusze zabitych obojga narodowości. Niewielu widziało wówczas potrzebę przeprowadzenia takiej akcji. Nie każdemu podoba się i dziś wystawiony na bulwarach pomnik. Na co to komu potrzebne? - to pytanie wciąż się pojawia.

Rozdział LXXVI

Co za idiota ten etap wymyślił

Za przystanią promu w Nieszawie w lewo od głównego koryta odchodzi łacha, opływająca dużą wyspę zwaną Kozią Kępą. Zaledwie odnogi się połączą, w prawo odchodzi odnoga oddzielająca od lądu największą z wiślanych wysp, Zieloną Kępę, długą na cztery kilometry. Na wysokości połączenia z głównym korytem opływu Zielonej Kępy znów w lewo odchodzi kolejna odnoga, prowadząca wokół przyciechocińskiej Kępy Dzikowskiej.
"Potym trzy kępy będziesz miał: Brzozego
Jednę, a drugą tudzież Kaczkowskiego,
Trzecią Białkowę, choć ją zów dawnego
Kępą Białego".

Jakby nic się nie zmieniło od czasów, gdy Wisłą płynął z flisem lubelski mieszczanin Sebastian Klonowic. Tyle, że kępy te coraz wyraźniej stają się częścią lądu, coraz rzadziej łachy oddzielające je od lądu są aktywne.

Przy wpływie na odnogę opływającą kępę w Ciechocinku stało kilka łódek wiślanych. Ich kształty są niezmienne od wieków. Dzioby wąskie i wzniesione do góry na znacznym odcinku ponad wodą, ułatwiające dobijanie do plaż, rufy zwężające się, ale prosto ucięte.

Niewielkie czółna wiślane aż do końca XVIII stulecia drążone były z jednego pnia drzewnego. Zastąpiły je stopniowo łódki zbite z kilku desek. Do dziś można spotkać je jeszcze na Wiśle, choć są wypierane przez łódki z laminatu o podobnych kształtach. Za niedługi czas drewniane łódki będzie można zobaczyć tylko w muzeach; już dziś się je w nich prezentuje, na przykład w Muzeum Etnograficznym, ulokowanym w starym spichrzu przy włocławskich bulwarach.

Widok łódek przypomniał Prezesowi o wcześniejszym zdarzeniu.
- Ten rybak, co go spotkaliśmy przed Nieszawą, spytał się mnie, dokąd płynę. Ja mówię, że do Gdańska. To ja panu współczuję.

Płynęliśmy, ja z Leszkiem na "Rączym Kaczorze" i Prezes swoją jedynką jako pierwsi, a Rafał i Bartek kanadyjką gdzieś z tyłu, daleko, daleko.

Na łachach w pobliżu piaszczystej skarpy na 715 kilometrze znów spotkaliśmy białe czaple.
- Niesamowite! Tyle ich! - Leszek nie mógł wyjść z podziwu.

Wiatr ucichł, ale chmury ogarniały cały nieboskłon.
- Na lewo most, na prawo most, a dołem Wisła płynie... - naszła mnie piosenka z czasów dzieciństwa. Po chwili zanuciłem kolejną:
- Ty przez serca nam jak Wisła płyniesz...
- Ta piosenka kojarzy mi się z Gierkiem i tańczącym zespołem "Mazowsze". Nie są to złe wspomnienia. To wspomnienia z dzieciństwa - odezwał się Leszek.

Pełne radosnego optymizmu były piosenki doby realnego socjalizmu. Śpiewali je pełną piersią młodzi ludzie, budujący nowy, lepszy świat. Z plakatów młodzi robotnicy spoglądali zadziornie na młode traktorzystki. Nade wszystko w cenie była młodość. Teraz jest podobnie, jeśli przejrzeć kolorowe czasopisma.

Za Ciechocinkiem z lewej strony uchodzi do Wisły rzeczka Tążyna. Dawna granica zaborów biegła właśnie wzdłuż jej biegu. Rzeczka Tążyna nadaje się nawet dla kajaka; można ją pokonywać zwłaszcza jedynkami, wiosną, gdy woda wyższa. Jest na niej wiele przeszkód, tak zwanych zwałek, gdyż płynie przez tereny leśne, i to stanowi o jej atrakcyjności. Jest taka wąska grupa kajakarzy, która specjalizuje się w takich rzekach. Z Wisły nie zauważyliśmy ujścia Tążyny, podobnie jak podobnego do niej, uchodzącego naprzeciwko Nieszawy Mienia. Zbyt małe są ich ujścia, zbyt niepozorne, by dostrzec je z wielkiej rzeki.

Ujście Tążyny można zauważyć w inny sposób, niebezpośredni. Tu definitywnie kończy się roztokowe koryto rzeki. Dotąd w obrębie łożyska płynęła czasem nawet kilkoma korytami, łączącymi się i rozdzielającymi, których układ ulega ciągłym zmianom w wyniku działalności wód wezbraniowych, tworząc wyspy i mielizny. Od Tążyny zaczyna się inna Wisła. Węższa, ujęta z obu stron kamiennymi ostrogami, uregulowana. Zaczyna się teren dawnego zaboru pruskiego. Zgodnie z opracowanym w 1879 roku i zrealizowanym do roku 1892 projektem odcinek ten aż po ujście Drwęcy zwężono przy pomocy ostróg do trzystu metrów. Zwiększony w ten sposób ciąg wody miał spowodować skuteczne odprowadzanie rumowiska dostarczanego przez rzekę z nieuregulowanego odcinka powyżej ujścia Tążyny.

Z prawej strony Silno. Piętrowy ceglany budynek dawnej pruskiej straży granicznej, w rzece XIX-wieczny wodowskaz. Półtora kilometra dalej z obu stron do Wisły dochodzi droga wojewódzka numer 258. Dochodzi... i się nie łączy. Z obydwu stron do wody schodzą zjazdy, był tu może kiedyś planowany prom, może nawet kursował, w każdym razie obecnie przewozu ani przejazdu przez Wisłę nie ma i z drogi korzystają tylko wędkarze oraz pary szukające ustronnego miejsca.

Idąc z lewego brzegu tą drogą w stronę niedalekiej szosy krajowej numer 1 dociera się wkrótce do jeziorek o zadrzewionych brzegach, łukowato rozmieszczonych w stosunku do koryta Wisły. To dawna jej odnoga, sprzed czasów regulacji, zarastająca, zanikająca. Jeziorka noszą nazwy takie jak Szczypa, Koperung, Kamienny Dół. Podobne wiśliska znajdują się w wielu innych miejscach wzdłuż dolnej Wisły.

Idąc drogą numer 258 w prawo dochodzi się do szosy prowadzącej ze Złotorii do Osieka. Niedaleko krzyżówki w kępie starych drzew jest zniszczony cmentarz. Powalone nagrobki, porosłe bluszczem. Na leżących stelach da się odczytać napisy i daty: 1918, 1934... Pewnego dnia spotkałem tam młodą kobietę sprzątającą liście. Podszedłem: czy wie, czyj to cmentarz?
"Poniemiecki, takie napisy. Mieszkam tu od roku, nikt o niego nie dbał, więc się nim zajęłam".

Most autostradowy zapowiadał koniec etapu. Zabiwakowaliśmy zgodnie z planem w Złotorii, przy ruinach zamku, położonych na cyplu w widłach Wisły i Drwęcy.

Rafał i BartekDopłynęliśmy o szóstej wieczorem; Rafał i Bartek pół godziny później. Bartek wysiadł mamrocząc coś pod nosem na temat idioty, który za wszelką cenę musiał dopłynąć do obranego zawczasu miejsca, choć wcześniej były inne a nawet ładniejsze. Ja byłem tym idiotą.

Bartek i Rafał szybko poszli spać. Bartek od razu wpakował się do naszego namiotu a Rafał musiał jeszcze sobie swój namiot rozbić, co nie zajęło mu wiele czasu, gdyż namiot Rafała sam się rozkłada.

Zamek w ZłotoriiRozstawiliśmy namioty obok ruin wieży zamkowej, wygniótłszy uprzednio wysokie na chłopa trawy, łopiany i zioła. Wspaniały był zapach miażdżonego ziela w namiocie, zapach kumaryny.

Zakończyliśmy tę część spływu, która nawiązywała do pochodu wojsk krzyżackich w 1409 roku. Po zdobyciu Bobrownik dotarły one pod obsadzony polską załogą stary zamek kazimierzowski w Złotorii. Po kilkudniowym oblężeniu, gdy mury zostały nadkruszone ostrzałem artyleryjskim, na ostateczny szturm zaproszono z Torunia "niewiasty i dziewice", by ucieszyły oczy walką toczoną przy dźwiękach muzyki.

Pozostałości wieży są najlepiej zachowanym fragmentem dawnego zamku. Reszta murów ukryta jest wśród drzew i krzewów. Pleni się po nich gęsty chmiel. Trudno cegły wśród bujnej zieleni wypatrzyć.

Rozdział LXXVII

Człowiek a klimat

W lipcu 2001 roku grupa znanych nam włocławskich kajakarzy biwakowała w ruinach zamku w Złotorii. Zdążyli rozbić namioty przed zbliżającą się burzą i byli z tego powodu bardzo zadowoleni.

"Cieszyliśmy się, widząc w chmurach coś pomarańczowego - opowiadał później Guma, jeden z nich. - Piękne było! Teraz nie będę się już śmiał, gdy coś takiego zobaczę! Teraz zacznę uciekać..."

Zaatakowało ich tornado, połamało i poszarpało wszystkie namioty, gałęzie fruwały dookoła. Żaden z ludzi nie ucierpiał. Tornado musnęło ich tylko. W pobliżu mostu autostradowego na przeciwległym brzegu Wisły, w odległości trzech kilometrów, powalony został las, setki kilkudziesięcioletnich sosen, jedna przy drugiej. Tam tornado rozpędziło się naprawdę.

Tornada w naszej strefie klimatycznej, gwałtowne ulewy powodujące powodzie, ciepłe i bezśnieżne zimy, suche i gorące lata, zwiększające się tempo topnienia lodowców górskich ale także lodu arktycznego i antarktycznego - to efekty globalnego ocieplenia. Doświadczyliśmy go choćby w początku tego roku. Inauguracyjny spływ z Włocławka do Bobrownik 13 stycznia odbył się w jedynym terminie w ciągu całej kalendarzowej zimy, gdy zima była obecna także fizycznie. Tydzień później padał deszcz, każdego następnego dnia było cieplej i jesienno-wiosennie.

Klimat się ociepla, stwierdzają klimatolodzy, winą obarczając człowieka, a politycy ogłaszają walkę o zahamowanie zmian. Protokół z Kioto nakłada na kraje rozwinięte obowiązek zmniejszenia emisji dwutlenku węgla do atmosfery, ale nie wszystkie kraje go akceptują. Nie czynią tego w szczególności najwięksi emitenci: Chiny, stawiające na dynamiczną gospodarkę, co kłóci się z uznaniem racji ekologicznych za co najmniej równoważne względom ekonomicznym, i Stany Zjednoczone Ameryki. Obywatele tych ostatnich przyzwyczaili się do taniej energii, wielkich paliwożernych samochodów i klimatyzowanych dużych domów, i niepopularna jest wśród nich idea zmiany przyzwyczajeń.

Przeprowadzone badania, w trakcie których wykorzystano między innymi archiwa zawarte w rdzeniach lodowych Antarktydy i Grenlandii, udowodniły, że klimat na Ziemi cyklicznie się zmienia. Po okresach chłodnych - glacjałach następują okresy klimatu umiarkowanego - interglacjały. Obecnie żyjemy w okresie interglacjalnym zwanym holocenem, który trwa od około 11500 lat. Także w ramach takiego okresu klimat nie pozostaje stabilny. Optimum klimatyczne z punktu widzenia człowieka na ziemi było w XII wieku, zaś w XVII - XVIII wieku był okres widocznego ochłodzenia, nazywany małą epoką lodową. O ile dość zgodnie uważa się, że za zmiany długookresowe odpowiadają wahania ilości energii docierającej do Ziemi ze Słońca, związane z wahaniami orbitalnego ruchu Ziemi wokół Słońca, o tyle jest wiele hipotez, mających tłumaczyć zmiany klimatu w okresach glacjalnych i interglacjalnych. Niemniej udowodnione jest jedno: od chwili, gdy regularnie czynione są obserwacje klimatu, czyli w okresie ostatnich 150 lat, średnia temperatura na naszej planecie wzrosła o 0,6 stopnia Celsjusza. Czy jednak na tę zmianę miał wpływ człowiek, który wskutek swych przedsięwzięć spowodował zmiany w składzie atmosfery, polegające na zwiększeniu stężenia gazów cieplarnianych, takich jak dwutlenek węgla, metan, podtlenek azotu? Czy ten wpływ miał istotne znaczenie? Odpowiedzi na te pytania szuka się konstruując fizyczne modele klimatyczne. W oparciu o symulacje przeprowadzone przy ich użyciu większość naukowców dochodzi do wniosku, że obserwowane obecnie zmiany klimatu są wynikiem wspólnego oddziaływania czynników pochodzenia naturalnego i antropogenicznego.

Są jednak sceptycy, kwestionujący przydatność modeli klimatycznych. Jednym z nich jest Zygmunt Kolenda, profesor krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, specjalista od matematycznego modelowania procesów wymiany masy i energii. Wskazuje on, że dużo szybszy niż obecnie wzrost temperatury nastąpił w okresie od 1910 do 1940 roku; później nastąpiło oziębienie, a z kolejnym wzrostem mamy do czynienia począwszy od lat 80-tych XX wieku. Stwierdza w oparciu między innymi o te obserwacje, że nie wie, czy człowiek jest winny globalnemu ociepleniu.
"Żeby przesądzić winę człowieka, musimy wiedzieć, na czym polegają naturalne zmiany klimatu, co jest ich przyczyną. A my tego nie wiemy (...). Trzeba znać mechanizm, żeby wyłowić istotne zmienne opisujące problem. Później dopiero należy szukać korelacji między nimi".

Zdaniem Zygmunta Kolendy nie ma naukowych dowodów, by uważać, że człowiek jest winny globalnemu ociepleniu, ale nie ma też przekonujących dowodów na to, że jest całkowicie niewinny. Podejmowanie jednak działań na wszelki wypadek, na wypadek, gdyby miało się okazać, że jednak wpływ człowieka na zmiany klimatu jest znaczący, profesor Kolenda uważa za błąd. Koszt takiego postępowania jest olbrzymi, a efekty niewielkie. Wprowadzenie postanowień protokołu z Kioto w życie (które nie jest realne na chwilę obecną, gdyż nakłada on wiele ograniczeń, na które nie wszystkie państwa chcą się zgodzić) według przewidywań amerykańskiego fizyka Freda Singera spowoduje raptem, że w 2050 roku zamiast wzrostu temperatury o 1,39oC będzie wzrost o 1,33oC.

Zygmunt Kolenda wskazuje, że tendencja wzrostowa temperatury dotyczy obszaru przy powierzchni Ziemi oraz bardziej półkuli północnej, a w mniejszym - a miejscami w żadnym - stopniu południowej. Satelitarne i balonowe pomiary temperatury nie wykazują ocieplenia w ogóle. Czy zatem efekt cieplarniany nie istnieje?

Ocieplanie klimatu jest faktem. Czy wobec nasuwających się wątpliwości nie lepiej byłoby przeznaczyć środki wydatkowane na walkę o obniżenie tempa wzrostu temperatury na przystowywanie się ludzkości do tych zmian: walkę z powodziami, suszami, głodem, chorobami, poszukiwanie tańszych źródeł energii...?

Wieczorem wpatrywaliśmy się w rzędy oświetlonych okien toruńskiego osiedla Na Skarpie, przeglądające się długimi odbiciami w Wiśle, i w łunę nad miastem, rozświetlającą ciemność. Widomy znak wpływu człowieka na otoczenie. Wpływu o stosunkowo niedawnym rodowodzie. Trzeba było zastosowania światła elektrycznego, by mógł zaistnieć.

Spędziłem zimą 1996 roku kilka nocy w schronisku na Śnieżniku. Nie było w nim prądu; oświetlenie stanowiły świeczki. Okna oświetlone ciepłym, żółtym światłem świec nadawały mu wygląd baśniowej chatki z piernika. Widok schroniska nocą, gdy wracaliśmy do niego z wycieczek, zapadł mi w pamięć głęboko. Nie doświadczamy już takich obrazków na codzień.

Jadących nocą toruńskim mostem zachwyca widok podświetlonej starówki. Żarówki wydobywają z mroku stare mury i bramy, kościoły i wieże, rysując na nich inny niż za dnia wzór. Tendencja do podświetlania co ciekawszych obiektów architektonicznych jest coraz popularniejsza. Czy nie był równie piękny widok ciemnych gmachów, wśród których okna jaśniały blaskiem? Widok ten opatrzył się, zbyt długo go oglądaliśmy.

Zanieczyszczenie światłem to jeden z najnowszych dostrzeżonych problemów, jakie niesie ze sobą rozwój cywilizacji. Aby dostrzec gwiazdy, trzeba wyjechać poza miasto. Człowiek staje wtedy zachwycony widokiem miliardów światełek i odnajduje własną znikomość wobec bezmiaru Wszechświata. Może podziwiać noc, którą w miejscu zamieszkania mają już tylko nieliczni.

Rozjaśnianie nocy nie służy wielu organizmom żywym; wystarczy wspomnieć los jętek chmarami ciągnących do światła czy mniej masowo zdążających ku światłu ciem. Nie służy też człowiekowi, który dla w pełni zrównoważonego nocnego wypoczynku potrzebuje ciemności. Dostrzeżony problem owocuje wprowadzaniem okresowych zaciemnień, konstruowaniem lamp skupiających snop światła w dole, nie rozpraszających go w czeluści nieba, oraz organizowaniem rezerwatów ciemnego nieba. Utworzenie pierwszego takiego rezerwatu w Polsce postuluje się w Beskidach.

Rozdział LXXVIII

Na toruńskim nabrzeżu

- Góral z góralką, robią to od tyłu. Ona ma długi warkocz, wkręcił się tam, gdzie nie trzeba. "Warkoc, Józek, warkoc!" "Wrrr, wrrr..."

Tyle Rafał o poranku.

Noc była ciepła, a ranek pochmurny.

Wypłynęliśmy o dziewiątej, wprost na toruńskie osiedle, które wczoraj cienie oświetlonych okien rzucało na wodę. Minęliśmy ujście Drwęcy, później domy położonego na skarpie osiedla i zadrzewione wzgórze, kryjące w swym wnętrzu dziewiętnastowieczny fort. Do rzeki zeszły zabudowania Winnicy, malowniczego osiedla przy schodzącej w dół skarpy drodze. Niektóre domy, o konstrukcji szachulcowej, o drewnianym szkielecie wypełnionym czerwoną cegłą, pamiętają tu jeszcze czasy zaborów. Są też takie, które naśladują wyglądem stare, ale wybudowano je w ostatnim dwudziestoleciu.
- To czwarty zamek toruński, zamek lubicki - Leszek wskazał na sterczącą ponad dachami wieżę.
- Tak? Czemu lubicki?
- Dawny "Tormięs". Tak nazwałem go kiedyś, bo leży przy Szosie Lubickiej - wyjaśnił Leszek.

Toruń z z kajakaZa starymi domami Winnicy rosły będące w budowie bloki osiedla, które będzie zapewne najdroższym w Toruniu.
- Mokra woda? - spytał się nas wędkarz stojący na jednej z główek.
- Mokra, ale ciepła.

Wczoraj miałem wrażenie, że wiatr tuż nad woda jest cieplejszy, od wody się ogrzewa. Temperatura wody przypominała o niedawnych letnich upałach.

W Toruniu oczekiwały na Tomka Alina z ZosiąPrzepłynęliśmy pod mostem kolejowym i po kilkuset metrach dobiliśmy do kamienisto-żwirowego paska gruntu u stóp betonowego nabrzeża Bulwaru Filadelfijskiego, minąwszy przedtem wylot przepływającej pod nim podziemnym korytem Strugi Toruńskiej. Wdrapaliśmy się po ściance z pali Larsena na najniższy poziom schodków ukształtowanego nabrzeża. Czekały tam na mnie Alinka z Zosią, moja żona i córka, obie okutane w zimowe kurtki. Dzielnie wyszły nam na spotkanie wbrew parszywej pogodzie. Poszedłem z nimi i Prezesem na barkę, zacumowaną przy Bulwarze, pełniącą funkcję pływającego baru. Byliśmy jedynymi klientami. Zamówiliśmy kawę i herbatę (grzanego piwa barmanka nie miała w ofercie), rozgrzewając się gorącym płynem popatrywaliśmy na rzekę, podczas gdy reszta towarzystwa pobiegła w głąb miasta przez otwór Bramy Mostowej.

Od strony Wisły do dzisiaj przetrwały toruńskie średniowieczne mury obronne, wprawdzie przebudowane, obniżone, z wybitymi w XIX wieku w przyziemiu strzelnicami, ale - przetrwały. Między nimi a rzeką rozciąga się szeroki do kilkudziesięciu metrów pas gruntu, nazywany obecnie Bulwarem Filadelfijskim. Biegną po nim szosa i ciąg spacerowy, na którym stoją latem parasole piwiarni. Do kilku lat przy bulwarze cumują też adaptowane na bary barki. Pewnego roku Urząd Miasta tak wyśrubował opłaty za dzierżawę letnich ogródków piwnych na lądzie, że mało kogo było na nie stać. Przedsiębiorczy ludzie znaleźli sposób na urzędników: zwrócili się do zarządu dróg wodnych o zgodę na zacumowanie barek i po jej uzyskaniu za znacznie niższą opłatą otworzyli swoje ogródki na nich. Skutek tej akcji był taki, że czynsze dzierżawne na lądzie zostały obniżone, ogródki na nabrzeżu znów zakwitły, ale barki też pozostały i interes kwitnie na chwałę miasta i ku pokrzepieniu spragnionych gardeł.

Obecny sposób użytkowania wybrzeża jest sposobem młodym. Bulwar ukształtował się w swej obecnej formie przed niecałym półwieczem. Przedtem teren przy Wiśle pełnił przez wieki głównie funkcję portową.

Analiza położenia Torunia skłania do wniosku, że jego założyciele przywiązywali dużą wagę do dostępu do żeglownej rzeki. Najstarsza część miasta została zbudowana na terasie utworzonej przez wody Prawisły w okresie, gdy z terenów Polski ustąpił lądolód, przed około 13 000 lat. Od tego czasu rzeka wcięła się głębiej i dawna terasa zalewowa znalazła się około dziesięciu - czternastu metrów ponad średnim poziomem Wisły. Wybrane do budowy miasta miejsce zabezpieczało przed powodzią, ale także zapewniało dobry dostęp do rzeki. Takich cech nie miały obszar powyżej - teren tu podnosi się i opada stromą skarpą do rzeki, ani też obszar poniżej, w rejonie obecnego mostu drogowego - teren tu jest niższy i bywał zalewany w czasie przyborów.

Mieszczanie toruńscy rychło zaczęli korzystać z korzystnego położenia. W XIV stuleciu, sto lat po założeniu miasta, utrzymywali już kontakty handlowe przy użyciu drogi wodnej z miastami flamandzkimi, holenderskimi, niemieckimi. Statki stamtąd albo przybywały do Torunia bezpośrednio, albo też towary przeładowywano ze statków morskich na rzeczne w Elblągu lub Gdańsku.

Żegluga statków morskich na Wiśle była wówczas możliwa, gdyż jej koryto było względnie stabilne. Dopiero w wyniku wyrębu lasów zwiększyły się amplitudy wezbrań, zaczęły tworzyć coraz liczniejsze mielizny i kępy. W XVII wieku statki morskie już do Torunia nie docierały. Inna rzecz, że od czasów średniowiecza znacznie zwiększyły swe gabaryty.

W średniowieczu na nabrzeżu znajdowało się kilka spichlerzy, karczma, dwie łaźnie, a obok masywnej Bramy Klasztornej, przy kościele i szpitalu Świętego Ducha, na tak zwanych Małych Rybakach mieszkali rybacy. Niedaleko Bramy Żeglarskiej wzniesiono ramy sukiennicze. Służyły one do ostatecznego wykańczania sukna, które sprowadzane było z Flandrii w formie niewykończonej. Ramy miały kształt poziomych prostokątów umocowanych do wbitych w ziemię słupów. Naciągano na nie sukno, zbite uprzednio przy użyciu drewnianych stęp i drapano szyszkami ostu sukienniczego. Przez oddzielanie pojedynczych włosków powierzchnia sukna stawała się puszysta. Następnie przystrzygano ją i wyrównywano przy użyciu dużych nożyc. Od tej czynności osoby trudniące się tym procederem nazywane były postrzygaczami.

W ślad za rolą handlową rosła rola polityczna Torunia. Torunianie jako mieszkańcy miasta będącego ważnym członkiem Związku Miast Hanzeatyckich pełnili funkcje w kantorze hanzeatyckim w norweskim Bergen oraz w Brugii, zarządzali też w imieniu Hanzy przez pewien okres Sztokholmem. Na początku XV wieku Toruń był również jednym z najaktywniejszych członków Związku Pruskiego, zrzeszającego rycerstwo i miasta pozostające pod panowaniem krzyżackim w kraju nad dolną Wisłą. Nad etnicznym pochodzeniem zaczynało wówczas górować poczucie więzi z tym krajem. Jego mieszkańcy zaczęli być nazywani Prusakami (Preussen). Gdy zniechęcili się do władzy zakonników z czarnym krzyżem na białych płaszczach, zdecydowali się oddać pod opiekę sąsiedniego władcy - króla Polski i przeszli pod jego władzę zachowując posiadane dotąd przywileje oraz uzyskując nowe. W wynikłej wskutek tego wojnie wytrwali aż do zwycięskiego końca.

Torunianie oprócz pomocy finansowej świadczyli w niej też pomoc zbrojną. Między innymi wraz z gdańszczanami zorganizowali system zbrojnych konwojów wiślanych. Polegał on na tym, że zazwyczaj wiosną z Gdańska do Torunia dopływały statki z towarami, osłaniane zbrojną eskortą. W Toruniu zgromadzone były towary z głębi Polski i tratwy; wyprawiane one były wraz z wracającą eskortą do Gdańska. Konwoje te były dość liczne. W 1460 roku na przykład jeden z nich składał się ze 150 statków ze zbożem i 60 tratew ze smołą i pakiem. System ten był konieczny dla obu miast. Nie mogły sobie pozwolić na zaprzestanie wysyłki towarów z Polski, gdyż na handlu opierało się ich bogactwo.

Miarą świetności Torunia tamtego okresu są zachowane kościoły i kamienice. Zwrócić należy uwagę zwłaszcza na te ostatnie. Już w XV wieku miasto było w większości murowane. W 1405 zakazano krycia dachów słomą nawet na przedmieściach. Był to wówczas jak i później na ziemiach sąsiedniej Polski ewenement. Przysłowie, że Kazimierz Wielki zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną, jest znaczną hiperbolą. Owszem, zbudowano za jego czasów kilkadziesiąt murowanych zamków i opatrzono murami obronnymi parę dziesiątków miast, i to by było na tyle. "W rzeczywistości Polska była zawsze drewniana i pozostała nią aż do najpóźniejszych czasów" - stwierdził przed stuleciem Władysław Łoziński i taka jest prawda. Drewniana była zabudowa wsi i miast. W Nieszawie jeszcze w końcu XIX wieku na 171 domów drewnianych przypadało zaledwie 46 murowanych. Nawet magnaci w XVII wieku murowane pałace wznosili w celach reprezentacyjnych, ale mieszkali w dworach modrzewiowych, co prawda okazałych, ale jednak - drewnianych. Sądzono, że to jest zgodne z polskim stylem życia; drewniane domy były też wygodniejsze do mieszkania, bardziej przytulne i lepiej chroniły przed zimnem. Zachowane toruńskie gotyckie kamienice są zatem nie tylko miarą świetności miasta, ale i jego odrębności, świadectwem jego związków z kulturą niemiecką bardziej aniżeli z polską.

W 1432 roku dla zapewnienia bezpieczniejszej i wygodniejszej przeprawy przez Wisłę Krzyżacy zbudowali most pontonowy, który zastąpił używany dotąd prom. Wjazd na most prowadził z miasta przez Bramę Mostową, zwaną podówczas Przewoźną (Fährtor), której wówczas to wybitny budowniczy toruński tego okresu Hans Gotland nadał zachowaną do dzisiaj reprezentacyjną formę wieży o zaokrąglonych narożach, nawiązującą do ówczesnych rozwiązań flamandzkich.

W latach 1497 - 1500 za zgodą króla Jana Olbrachta w rejonie tej bramy został zbudowany pierwszy w Polsce stały most drewniany przez wielką rzekę. Jego budowniczym był Jan Postill z Budziszyna. Był to most typu leżajowego: na podpory z pali wbitych w dno Wisły położona została jezdnia z drewnianych belek. Przęsła mogły dochodzić do sześciu metrów, a na końcach mostu znajdowały się części zwodzone dla umożliwienia żeglugi. Obiekt ten składał się z dwóch odcinków: tzw. mostu niemieckiego pomiędzy nabrzeżem przy bramie a Kępą Bazarową, o długości około czterystu metrów, oraz mostu polskiego między tą Kępą a lewym brzegiem Wisły; przebiegał on tu również nad podmokłościami. Był często niszczony przez spływające wody i przybory Wisły, pobierane opłaty mostowe z trudem starczały na zapewnienie jego konserwacji i napraw, ale trwał przez stulecia.

Budowa mostu spowodowała handlowe ożywienie Kępy Bazarowej, dużej wyspy przy lewym brzegu Wisły, istniejącej do dzisiaj. Nazwę dały jej rozmieszczone tam kramy i gospody; zwano ją też Mostowym Ostrowem. Znajdowała się ona w jurysdykcji starosty dybowskiego, więc handel prowadzony na niej był powodem wielu sporów między nim a miastem Toruniem. Dochodziło nawet do zbrojnych napadów i palenia zabudowy wyspy przez torunian. Na Kępę tą wydalano też osoby skazane na "wyświecenie" z miasta, w tym "dwonogie i niepłoche łanie", czyli nierządnice. Od nich pochodzi inna nazwa wyspy: Małpi Gaj, od małpa, znaczy: nierządnica.

Koniec XVI i pierwsza połowa XVII wieku wiązały się w Toruniu z dalszym rozwojem handlu wiślanego i kolejnymi modernizacjami nabrzeża. Wybrukowano je między bramami Żeglarską i Klasztorną, a w pobliżu tej ostatniej wybudowano dźwig portowy. Była to duża, czterokondygnacyjna budowla, zapewne o konstrukcji szachulcowej, choć zachowana późniejsza ikonografia może sugerować również obiekt murowany. Mogło być też tak, że był on w różnych okresach zbudowany z różnego materiału, gdyż kilkukrotnie ulegał zniszczeniu i odbudowie, zanim rozebrano go ostatecznie w XIX stuleciu. Każda kolejna kondygnacja była bardziej wysunięta nad rzekę, co umożliwiało obsługę małych jak i dużych statków, podobnie jak w zachowanym do dziś Żurawiu gdańskim. Tak samo też do wciągania lin służyło duże koło dreptakowe, napędzane siłą mięśni chodzących w jego wnętrzu ludzi.

Uczestnikom życia portowego czas wskazywał zegar na wieży kościoła świętych Janów, olbrzymi, o średnicy niemal pięciu metrów. Wyposażony w jedną wskazówkę, wskazującą tylko godziny, od jej zakończenia, dłoni wskazującej czas palcem, nazywany był Digitus Dei (Palec Boży); ponieważ służył głównie wodniakom, nazywano go też zegarem flisaczym.

Wojny szwedzkie spowodowały dalsze przekształcenia toruńskiego powiśla. Toruń otoczony został fortyfikacjami bastionowymi. Odcięły one przedmieście nadwiślańskie od sąsiednich terenów nadrzecznych. Rozebrano wówczas istniejący od czasów średniowiecza kościół Świętego Ducha wraz z klasztorem benedyktynek i sąsiednim osiedlem rybackim, usypując w ich miejscu szaniec, nazwany Panieńskim. Obecnie w jego miejscu wznosi się przytłaczający panoramę miasta od strony rzeki masywny budynek dziewiętnastowiecznych koszar, nie pozbawiony funkcji obronnych. W latach dwudziestych XX wieku mieściła się w nim Oficerska Szkoła Marynarki Wojennej.

Ważne momenty w kształtowaniu wizerunku nabrzeża nastąpiły w drugiej połowie XIX wieku. W 1873 roku zbudowany został nowy most kolejowo-drogowy; sześć lat później został ostatecznie zniesiony przez powódź funkcjonujący do tej chwili most drewniany. W 1878 roku z kolei wzdłuż Wisły zbudowano kolej nadbrzeżną, obsługującą urządzenia portowe i prowadzącą od mostu kolejowego do stoczni rzecznej, usytuowanej poniżej dzisiejszego mostu drogowego. Z tych lat do dziś zachowała się drewniana budka limnigrafu, wzorowana na architekturze norweskiej.

Wiek dwudziesty to ostatnie lata świetności portu i jego upadek. Przykładowo w 1935 roku do portu toruńskiego przybyło 3900 statków i 2618 berlinek; podobne ilości odprawiono. Rozładowano w nim również 4811 wagonów towarowych. Po wojnie port wraz z żeglugą wiślaną upadł i zlikwidowano go całkowicie. Powstał Bulwar Filadelfijski. Od nie przystosowanego do obsługi statków towarowych obecnego nabrzeża odpływają tylko statki wycieczkowe, pływające na przestrzeni kilku kilometrów od przystani. Kursuje też wciąż łódka "Katarzynka" między Bramą Mostową a Kępą Bazarową, po linii nie istniejącego drewnianego mostu. Jej poprzedniczka stoi na bulwarze jako turystyczna atrakcja. Grała w filmie "Rejs", nakręconym w czasach, gdy na Wiśle istniała jeszcze żegluga pasażerska. Właśnie w Toruniu jego akcja miała swój początek.

Wiek dwudziesty to także ostatni element pejzażu: żelazny most drogowy, oddany do użytku w roku 1934. Most nie odpowiadający potrzebom współczesności, dobry w czasach, gdy samochód był wydarzeniem a codziennością furmanka. Pięta achillesowa miasta. Od dawna planowana jest budowa nowego. Ponieważ jest to z uwagi na wartość i znaczenie inwestycja polityczna (miasto stara się sfinansować budowę choć częściowo z funduszy państwa), most jest przedmiotem politycznej gry. Problemem jest już jego lokalizacja: jest na nią kilka pomysłów, dwa wiodące, a każdy z forsujących swój projekt polityków robi wszystko, by projekt konkurenta przepadł. Brak zgody nie posuwa sprawy do przodu; wystający w korkach kierowcy mogą sobie co najwyżej poprzeklinać.

Rozdział LXXIX

Czy budować kaskadę?

Minęliśmy most drogowy i położone przy nim ruiny zamku Dybów. Minęliśmy dwie barki z koparkami. Zostały za nami domy Bydgoskiego Przedmieścia. Gdy toruński most był tylko cienką kreską na horyzoncie, buszujący po mieście zdali pozostałym relację ze swej przebieżki.
- Idziemy Mostową, a tam taka piękna witryna. Bartek się nią zachwyca, taka secesyjna. Obok stoi facet i tak mówi: Co ty, kurwa, pierdolisz? Oj, grawitacja już na niego działała...
- I któryś z was powiedział mu: Dobranoc! - wtrącił Leszek.
- Tak, to ja - rzekł Rafał. - Bo on już spać poszedł.
- Mimo, że jeszcze mówił.

Bartek polał. Wypiłem.
- Wolę żołądkową od balsamu.
- Oj, balsam nas wczoraj zmęczył - zauważył Rafał.

Upływały kilometry.
- Czy budować tamę w Nieszawie? - zacząłem się na głos zastanawiać. - Wczoraj przepłynęliśmy ten odcinek i Wisła nie jest tak ciekawa przyrodniczo, jak przed Płockiem. Jest w zasadzie uregulowana, nie ma wysp, co najwyżej piaszczyste, okresowe łachy. Dopiero za Nieszawą są trzy wyspy, ale w zasadzie tylko okresowo od lądu porządnie wodą odcięte, za to bardzo duże.
- Nie ma źródła energii, które nie stałoby w kolizji z naturą - zauważył Leszek.
- W zasadzie argument energii ekologicznej jest obok argumentu podparcia tamy włocławskiej jedynym rozsądnym argumentem. Argument, że tama nieszawska usprawni żeglugę, jest argumentem żadnym. Żeglugi na Wiśle nie ma, więc jak można ją usprawnić. Trzeba byłoby ją najpierw na nowo stworzyć. A to już nie są czasy na tworzenie śródlądowej żeglugi.
- Energią węglową zanieczyszcza się środowisko stale, produkując CO2 i siarkę, ale człowieka to nie zabije. Energia jądrowa jest czysta, ale jeżeli coś się stanie, awaria w rodzaju czarnobylskiej, skutki są stokroć groźniejsze niż przy energii węglowej. Dla uzyskania energii wodnej rzeki trzeba spiętrzyć. Wydawałoby się, że energia wiatrowa jest czysta i bezkolizyjna, ale ptaki się o wiatraki zabijają, no i wiatr nie zawsze wieje.
- Najlepiej by było, gdyby nas nie było.
- Albo żebyśmy wrócili do natury. Spotkałem kiedyś takich ekologów, którzy postulowali powrót do czasów pierwotnych, bez prądu, bez przemysłu, do czasów ogniska. Ale to utopia. Pewnie byśmy już nie żyli, bo by grypa nas załatwiła.
- Albo byś sobie pożywienia nie upolował z powodu wady wzroku.

Pogląd, że konieczne jest uzyskiwanie energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, znajduje dziś wielu zwolenników, w tym instytucjonalnych, w postaci rządów państw czy też takich organizacji jak Unia Europejska. Aktualizuje się w związku z tym koncepcja budowania elektrowni wodnych, w tym na największej z polskich rzek. Szacuje się, że Wisła to potencjalnie 45,2 procent krajowych zasobów wodno-energetycznych, z czego dolna Wisła (od ujścia Narwi do Bałtyku) to 33,6 procenta - jedna trzecia - tych zasobów. Ta ocena była przyczyną opracowania w latach siedemdziesiątych XX wieku "Programu Wisła", zgodnie z którym rzeka miała zostać zabudowana elektrowniami wodnymi w ramach trzech kaskad: górnej, środkowej i dolnej Wisły. Kaskada górnej Wisły została w zasadzie zrealizowana: to elektrownie Dwory, Smolice, Łączany, Kościuszko, Dąbie i Przewóz, które mijaliśmy w czasie spływu. Kaskada środkowej Wisły miała składać się z ośmiu lub jedenastu stopni; nie powstał żaden z nich. Z kaskady dolnej Wisły powstał jeden stopień spośród ośmiu planowanych: we Włocławku. Miał on być najważniejszym obiektem hydrotechnicznym w całym zespole. Oprócz produkowania energii elektrycznej woda ze zbiornika miała posłużyć do napełnienia Kanału Centralnego, który miał zasilać w wodę odczuwające jej deficyt obszary Polski południowej. Pozostałe zapory miały się znajdować w Wyszogrodzie, Płocku, Ciechocinku, Solcu Kujawskim, Chełmnie, Opaleniu i Tczewie. Nie powstała żadna z nich, choć od lat mówi się o konieczności zbudowania choć jednej: tej położonej bezpośrednio poniżej stopnia włocławskiego, która podeprze zaporę włocławską. Jako jej lokalizację oprócz Ciechocinka wymienia się też Nieszawę.

Jedną z osób wskazujących na potrzebę budowy tej zapory jest Arkadiusz Maciaś, czyli nasz kolega Arek. Analizując pracę elektrowni wodnej w zwartej kaskadzie przyzaporowych elektrowni wodnych na przykładzie elektrowni włocławskiej udowadnia on, że budowa zapory i elektrowni wodnej w Nieszawie lub Ciechocinku jest z energetycznego (i zarazem ekonomicznego) punktu widzenia najkorzystniejszym rozwiązaniem.

Kaskada dolnej Wisły miała być kaskadą zwartą, to znaczy odległości między poszczególnymi budowlami piętrzącymi były tak dobrane, by cofki wywołane piętrzeniem niższego stopnia sięgały podstawy zapory stopnia wyższego. Uzyskuje się przez to dodatkowe podparcie ze strony dolnej wody stopni znajdujących się wyżej, co ma duże znaczenie przy projektowaniu poszczególnych zapór, w szczególności z uwagi na inny układ sił działających na całą budowlę.

Innym rodzajem kaskadowania rzek jest układ kaskady luźnej, gdy cofki stopni niższych nie sięgają podstawy stopni wyższych, zatem poniżej stopni wyższych istnieją odcinki rzeczne w ogóle nie spiętrzone. Każdy stopień musi być więc zaplanowany tak, by był zdolny do samodzielnego funkcjonowania.

Elektrownie funkcjonujące w kaskadach zwartych są bardziej efektywne ekonomicznie. Uruchamiane są jednocześnie w okresie najwyższego zapotrzebowania na energię, w tak zwanym szczycie energetycznym, przy czym wodę potrzebną do uzyskania energii zapewnia zbiornik najwyższy, gromadzący wodę w czasie, gdy zespół elektrowni nie pracuje. Najniższy zbiornik kaskady - dyspozycyjny - pełni funkcję wyrównawczą; gromadzi wodę w czasie pracy kaskady i następnie oddaje ją stopniowo do cieku poniżej, zachowując w ten sposób w nim przepływ konieczny dla życia biologicznego lub celów transportowych, zbliżony do przepływu naturalnego.

Od roku 1970 stopień włocławski zaplanowany do pracy w układzie kaskady zwartej pracuje samodzielnie w reżimie pracy awaryjnej. Początkowo użytkowano go w sposób możliwie najbardziej zbliżony do tego, w jaki byłby użytkowany w przypadku istnienia pozostałych elementów kaskady: elektrownia pracowała w reżimie podszczytowo-interwencyjnym, czyli w okresach szczytu energetycznego pracowała maksymalną mocą, a w pozostałym okresie doby na zapewniającym biologiczne minimum dla rzeki przepływie.

Zrzucanie w krótkim okresie dużych objętości wody powodowało przyspieszoną degradację koryta poniżej zapory. Powstała fala w szybkim tempie zmieniała poziom zwierciadła dolnej wody na odcinku nawet kilkudziesięciu kilometrów, nim dochodziło do jej wytłumienia. Prowadziło to do gwałtownie postępującej erozji dennej, obniżania się dna i powstawania nowej terasy zalewowej przy brzegach.

Wypłukany materiał nie był uzupełniany nowym, nanoszonym przez rzekę, gdyż rumowisko docierające do zbiornika włocławskiego osadza się w nim. To kolejny problem. Wobec braku stopni umiejscowionych wyżej Zalew włocławski przejął rolę zbiornika dyspozycyjnego. Osadzające się w nim osady zmniejszyły znacznie jego prognozowaną żywotność: z planowanych 530 do 250 lat albo nawet 80 lat, jak szacuje World Wildlife Fund.

Konsekwencją erozji było wystąpienie zjawiska kawitacji na turbinach elektrowni. Zwiększanie się prędkości wody wskutek zwiększania się różnicy poziomów prowadziło do gwałtownych przemian wody ze stanu ciekłego w gazowy, powstawania fal uderzeniowych, pulsacji ciśnienia i silnych drgań turbiny. Efektem końcowym było obniżanie się sprawności turbin i zwiększanie się ryzyka ich uszkodzeń.

Tymczasowe rozwiązanie powstałych problemów znaleziono wznosząc próg podpiętrzający w latach 1997 - 2001 pięćset metrów poniżej elektrowni i jazów oraz zmieniając reżim pracy elektrowni na przepływowo-podszczytowy: zwiększeniu o 100 metrów sześciennych na sekundę w stosunku do utrzymywanego poprzednio uległ przepływ nienaruszalny poniżej stopnia. Zabezpiecza to poziom minimalny dolnej wody, przy którym nie występuje kawitacja. Zmieniło to jednak znacznie strukturę produkcji energii elektrycznej: zwiększyła się ona w okresie pozaszczytowym (gdy energia jest tańsza) o ponad 7 %, zmniejszając o tę samą wartość w okresach szczytu energetycznego. Ponadto jak wiadomo, usypany próg jest rozmywany i nie hamuje on postępującego poniżej Włocławka zjawiska erozji dennej.

Doktor Maciaś w swojej pracy przeanalizował kilka wariantów przedstawianych przez różne gremia bardziej trwałego rozwiązania problemu włocławskiej zapory. Cztery z nich mają największe szanse realizacji.

Pierwszy, polegający na budowie progu podpiętrzającego poniżej Włocławka, oznacza całkowite wstrzymanie ruchu żeglugowego na tym odcinku Wisły. Należy też zakładać, że poniżej tego progu wkrótce zaczną występować te same zjawiska erozyjne, co poniżej obecnej zapory.

Drugi z nich: likwidacja stopnia we Włocławku i powrót do rzeki naturalnie płynącej, oprócz utraty elektrowni wiąże się z koniecznością utylizacji zanieczyszczeń zgromadzonych w osadach dennych zbiornika. Są w nich tysiące ton olejów mineralnych, cynku, chromu, miedzi, ołowiu, niklu, dziesiątki ton kadmu, wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych, rtęci i kilka ton pestycydów. W razie ich spłynięcia do Bałtyku nastąpiłaby klęska ekologiczna o niespotykanej dotąd skali.

Trzeci polega na zastąpieniu obecnego progu tymczasowego progiem stałym i takiej przebudowie elektrowni, by mogła ona pracować samodzielnie. Zakłada on transportowanie osadzającego się rumowiska z górnej części Zalewu poniżej stopnia w celu uzupełniania tego wymywanego w wyniku erozji dennej. Elektrownia pracowałaby wówczas w reżimie podszczytowo-interwencyjnym, czyli jak w pierwszych latach jej istnienia.

Czwarty to budowa kolejnego stopnia kaskady dolnej Wisły (w Nieszawie lub Ciechocinku), pełniącego funkcję wyrównawczą i stabilizującego stopień włocławski, z możliwością odejścia od planów budowy kolejnych stopni kaskady. Stopień włocławski byłby wówczas najbardziej efektywnie wykorzystany, gdyż pracowałby w okresach szczytu energetycznego, zgodnie z ustalonymi w projekcie parametrami. Dodatkową energię produkowałaby też elektrownia umieszczona na nowym stopniu.

Ostatni z wariantów nie powoduje strat w produkcji energii elektrycznej, ponadto najlepiej zabezpiecza stopień włocławski. Mimo, że jest to wariant najdroższy (szacuje się go na 1228 milionów złotych), korzyści uzyskane z produkcji dodatkowej energii elektrycznej po kilku - kilkunastu latach zwrócą koszt jego budowy. Wszak jak się twierdzi, praca elektrowni włocławskiej w ciągu ośmiu lat zwróciła nakłady inwestycyjne na budowę zapory. Czy to jednak rzeczywiście wariant najlepszy?

Doktor Maciaś nie akcentuje w podsumowaniu swojej pracy pewnej niekorzystnej okoliczności. Wybudowanie kolejnego stopnia w kaskadzie dolnej Wisły wyeliminuje na pewno czynnik powodujący erozję denną poniżej stopnia włocławskiego, ale nie rozwiąże problemu, tylko przesunie go w dół rzeki. Poniżej zapory w Nieszawie lub Ciechocinku zjawisko to będzie występowało z podobnym przebiegiem. W przypadku kaskady górnego Renu po wielu badaniach stwierdzono, że jedynym realnym rozwiązaniem zmniejszającym wpływ erozji dennej poniżej ostatniego stopnia kaskady jest systematyczne dosypywanie za ostatnim stopniem 300 000 m3 żwiru rocznie. Lansowana budowa kolejnego stopnia wodnego wiąże się zatem tak samo jak wariant trzeci, polegający na przebudowie stopnia włocławskiego, z koniecznością uzupełniania rumowiska poniżej zapory. Przy wzięciu tego aspektu pod uwagę modernizacja obecnej zapory zyskuje na atrakcyjności, jeśli zważyć, że jej koszt to jedynie 236 milionów złotych, czyli piąta część kosztów budowy następnego stopnia kaskady. Może zatem warto pójść tą drogą, a zaoszczędzone pieniądze inwestować w energetykę jądrową? Jest ona w ostatecznym rozrachunku najtańsza a zarazem nie generuje powstawania gazów cieplarnianych, zatem jest też ekologiczna. Trzeba tylko zmiany spowodowanego awarią w Czarnobylu negatywnego nastawienia ludzi do energii atomowej. Nowych awarii jednak przez ponad dwadzieścia lat nie było, skutki Czarnobyla okazały się znacznie mniej groźne, niż sądzono na początku, więc zmiana nastawienia jest coraz bardziej realna.

Rozdział LXXX

Jak zrobić coś z niczego

- Na tym odcinku mam deja vú. Płynąłem tędy dokładnie trzydzieści dni temu.

Leszek jako przewodnik tratwy Greenpeace pokonał odcinek Wisły z Torunia do Bydgoszczy kilka dni po zakończeniu letniego odcinka naszej imprezy. Zabawne musiało to być przewodnictwo, bowiem nigdy wcześniej tym odcinkiem Wisły nie płynął.
- Ale niesamowicie te łachy powychodziły! Wtedy ich tu nie było.

Postój w wejściu do portu drzewnego w, a w zasadzie za Toruniem. Port ten został utworzony około stu lat temu. Przekształcono odpowiednio istniejące tu wcześniej starorzecze, będące pochodną pruskich prac regulacyjnych przeprowadzonych na Wiśle w drugiej połowie XIX wieku. Usypanie faszynowo-ziemnych ostróg podprądowych doprowadziło wówczas do zwężenia koryta rzeki i odcięcia wielu poprzednio istniejących odnóg, które z biegiem czasu uległy spłyceniu a w wielu wypadkach całkowitemu zanikowi. Wówczas to nadany został odcinkowi od ujścia Tążyny do morza kształt, jaki znamy obecnie: bieg regularnie kręty, o łagodnych krzywiznach i wyrównanych brzegach, bez stałych wysp w korycie. Dokonując regulacji, przyjęto jednak błędne parametry i nie osiągnięto zakładanego rezultatu: nie udało się zapewnić właściwej głębokości tranzytowej na szlaku żeglownym przez cały rok, w tym w okresach niżówki.

Port drzewny zachodzi daleko rękawem w górę doliny rzeki. Nie dałoby się do niego wpłynąć. Wejście było całkowicie zamulone. Wysiedliśmy na piasku, który odciął port od nurtu.

Nad lasem naprzeciwko leciały chmary kormoranów. Ruchliwe czarne chmury, jak szarańcza, zwrotne i zmieniające co i rusz kształt. Kormoran umieszczony onegdaj w Polskiej Czerwonej Księdze Ginących Kręgowców jako gatunek uratowany przed wyginięciem jest obecnie ptakiem bardzo popularnym. Oprócz wielu populacji żyjących w nadrzewnych koloniach spotyka się też często stada niegniazdujące, czasem liczące ponad sto osobników. Pewnie takie stado widzieliśmy naprzeciw.

Bartek, Rafał i Prezes nie mieli dziś melodii do wiosłowania. Spływali z prądem i my z Leszkiem po większości też. Cośmy ruszyli wiosłami na Rączym Kaczorze, chłopaki zostawali z tyłu. Oni gadali i łykali, a my się nudziliśmy. "Kto nie pije i nie łyka, istny obraz nieboszczyka".
- W taki sposób do Gdańska nie dopłyniemy...
- Wszystko przez zwyczaj picia gorzały na kajaku.

Postanowiliśmy z Leszkiem powiosłować. Dwie pozostałe łódki wkrótce zniknęły za horyzontem. Niebo rozjaśniało się, pojawiły się nawet błękity. Maszt radiowy przed Solcem, las, drzewa, miejscowości oddalone od rzeki, niewidoczne. Wreszcie dwie barki i fabryka z lewej.
- Co to? - Nie mam zielonego pojęcia, co to za zakłady, co to za licho - Leszek też nie wiedział, co to jest.

Blokowiska Solca, na horyzoncie kominy Zachemu. Na mieliźnie na środku rzeki stały mewy. Zabawny wskaźnik głębokości wody. Sfotografowałem je, podpłynąwszy od przykosy. Mewy to mądre zwierzęta. Kormorany, czaple a nawet bociany podrywają się do lotu, zanim się do nich dobrze kajak zbliży. A mewy stoją sobie wygodnie, można podpłynąć do nich na kilka metrów i nic, żadnej reakcji. Łypią tylko oczyskami, jakby wiedziały, że musiałbym wysiąść, by im zagrozić, stoją przecież w miejscu, na które kajak nie wpłynie, a wówczas zdążą z pewnością odlecieć.

W pobliżu soleckiej stanicy WOPR dobiliśmy na piaszczystej łasze usianej mewimi tropami. Leszek się wykąpał. Zaczekaliśmy, aż nas towarzysze nasi wyprzedzą.

Jak zrobić coś z niczego? W Solcu nie ma cennych zabytków, dzikiej przyrody, jeziora z kąpieliskiem. Nie ma nic. Było to typowe miasteczko w bok od drogi. Już nim nie jest.

W maju 2008 roku w Solcu został otwarty JuraPark, będący ekspozyturą o kilka lat starszego parku dinozaurów w Bałtowie i odtąd walą do Solca tłumy. Zażywają prehistorii. W niedużym muzeum - skamieniałości i zdjęcia stanowisk paleontologicznych. W sosnowym lasku - ścieżka dydaktyczna wśród modeli dinozaurów, wykonanych w naturalnej skali z żywicy poliestrowej. Dają wyobrażenie wielkości prawdziwych zwierząt. Wydawałoby się, że to atrakcja dla dzieci, ale nie: to dorośli są głównymi zainteresowanymi. Fotografują się przy każdej z atrap, przełażą przez drewniane płotki, choć to zabronione, by objąć nogę tyranozaura i wzdychają: Jakie to wspaniałe! Tylko czemu wśród sosen a nie drzewiastych paproci? Dzieci zainteresowane są bardziej obszernym placem zabaw ze zjeżdżalniami i trampolinami, który też znajduje się w dinokompleksie. A na koniec wszyscy trawią atrakcje w restauracji udrapowanej na modłę filmowych jaskiniowców.

Park jurajski w Bałtowie powstał w miejscu znanym z zachowanych na skale tropów allozaura, jego powstanie jest więc w pewnym sensie uzasadnione. Park w Solcu to już czysta komercja, choć z pewną nutą dydaktyczną. Opodal parku dinozaurów znajduje się mały park wodny, szumnie nazwane trzy baseny z rurową zjeżdżalnią, oraz hotel. Dzięki tym pomysłom senny Solec przeistoczył się w rozrywkowe zaplecze czterystutysięcznej Bydgoszczy; można nawet zaryzykować twierdzenie, że w pewnym zakresie stał się atrakcją ogólnopolską.

Otwarcie JuraParku w Solcu zbiegło się w czasie z odkryciem pierwszego polskiego dinozaura drapieżnego, nazwanego roboczo "Smokiem". Nastąpiło to w Lisowicach koło Lublińca. Trzej odkrywcy, polscy paleontolodzy: Tomasz Sulej, Jerzy Dzik i Grzegorz Niedźwiecki ogłosili swe odkrycie 28 lipca 2008 roku. "Smok" nie był wielki jak na dinozaura, mierzył tylko z cztery, pięć metrów i ważył około tony. Jego żyjący obecnie krewniacy nie mogą się z nim mimo to w żadnym stopniu równać wielkością. Nie są też do niego podobni. Za najbliższych żyjących współcześnie krewniaków dinozaurów uważa się bowiem ptaki.

Naszych towarzyszy dogoniliśmy w rejonie wpływu kolorowych ścieków z bydgoskich zakładów chemicznych "Zachem". Tego dnia były żółtozielone. Po kamieniach skakały jak rączy tęczowy potok.

Była godzina siedemnasta. Mimo możliwości pokonania tego dnia swobodnie pięćdziesięciu kilometrów pokonaliśmy czterdzieści. Ale żeby osiągnąć pięćdziesiątkę, trzeba byłoby wiosłować, a nie jedynie dawać się nieść nurtowi. Szukaliśmy odtąd biwaku. Obserwowały nas setki kormoranów, białe czaple a nawet sroki drepcące po plażach. Znaleźliśmy ładne miejsce na prawym brzegu naprzeciwko ujścia Brdy. Piaszczyste przymulisko między tamami, z gęstwiną wiklin za plecami, która wydawała się nie do przejścia, jak busz.

Obszar za naszymi plecami to Mała Kępa, obszar porośnięty lasem łęgowym podobnie jak sąsiadująca z nim chroniona rezerwatem przyrody Wielka Kępa oraz Kępa Bazarowa w Toruniu. Od czasu zbudowania zapory włocławskiej obszary te nie są już klasycznymi łęgami, nie są bowiem co roku zalewane. Zapora utrzymuje pewien stały, nie za wysoki, czytaj: nie zagrażający ludzkim budowlom, poziom wody poniżej i jedynie wyjątkowo katastrofalne wezbrania powodują zalanie terenów, które od wieków bywały zalewane corocznie, dzięki czemu powstały lasy łęgowe. Pojawiają się nawet głosy postulujące likwidację tych rezerwatów, bo zniknęła przyczyna, dla której je utworzono. Tymczasem dzika przyroda i bezdroża stały się wyzwaniem dla quadowców. Quad i motor crossowy to znaki naszych czasów, tak w górach jak i na nizinach. Odkąd je wynaleziono, pojawiła się grupa śmiałków, którzy za najhonorniejszą rzecz uważają przejechać tam, gdzie nikt przed nimi nie przejechał. Rozjeżdżają wszystko, przez rezerwat na Kępie wytyczyli nawet nową drogę. Trudno z nimi walczyć, bo nim nadjedzie Policja, ich już nie ma. Z reguły ponadto jeżdżą tam, gdzie zwykły pojazd nie przejedzie. Trudno więc ich ścigać. Może byłoby rozwiązaniem zabronić używania takich pojazdów poza wyznaczonymi torami? Abstrahując od powodowanej przez nie erozji i zniszczeń oraz jeżdżenia po rezerwatach, czego na pewno robić nie wolno, jazda na quadach i motorach crossowych stała się sportem uprawianym w miejscach użytkowanych przez innych ludzi, często turystów oczekujących spokoju i ciszy w kontakcie z naturą. Huk, jakim motorowe pojazdy napełniają góry, i niebezpieczeństwo wiążące się ze spotkaniem na wąskiej ścieżce pędzącego quada, zwłaszcza, jeśli kieruje nim osoba nie dość wprawna, są argumentami za ograniczeniem możliwości korzystania z takich pojazdów. Granicą wolności człowieka powinien być bowiem zawsze drugi człowiek. Z drugiej strony, są takie miejsca, gdzie innym pojazdem trudno dotrzeć, na przykład do położonych wysoko w górach domostw, do których prowadzi tylko gliniasta droga. Tam quad jest idealnym sprzętem.

Bartek przy garachPo obiadku zasiedliśmy przy ognisku. Rozpalanie ognia jest zawsze pierwszą czynnością podejmowaną przez Rafała po dotarciu na biwak. Wyprzedza nawet rozstawienie namiotu. A na tym terenie było mnóstwo paliwa.

Śpiewaliśmy piosenki, dedykując je nieobecnym przyjaciołom.

Dzwonił dziś do mnie Kazik z pytaniem, jak nam idzie. Po operacji przepukliny nie czuł się na tyle dobrze, by zaryzykować płynięcie.
- Wypijcie moje zdrowie, a ja też wypiję za powodzenie wyprawy, tyle, że do lustra.
Zobligowani, wypiliśmy zdrowie Kazika.

Rozdział LXXXI

Przydały się łapawice

Biwak nad WisłąZza rzeki dochodził bezustanny szum miasta, ruchu fabryki, pędzących samochodów.

Zaczynaliśmy imprezę wiślaną w kwietniu i było chłodno. Teraz też jest chłodno. A raczej: "Не хóлодно, свежó!"
- W latach pięćdziesiątych "Trybuna Ludu" zrobiła ankietę na temat, gdzie by pan chciał pojechać. Dorwali takiego faceta i pytają się, co by zrobił, gdyby wygrał sto tysięcy? Pojechałbym na wycieczkę do Związku Radzieckiego. A co, gdyby wygrał pan dwieście tysięcy? Pojechałbym na wycieczkę do Związku Radzieckiego. No dobra, a co, gdyby pan wygrał pół miliona? Pojechałbym na wycieczkę do Związku Radzieckiego. Redaktor nie wytrzymał: Innych krajów pan nie znasz? Znam, ale pana nie znam.
- Dobre, kawał z brodą - podsumowałem dowcip Leszka.
- Pokolenia o wyższej dacie urodzenia od naszych już tego kawału nie rozumieją. A swoją drogą, jak ktoś na nas z boku popatrzy, to normalni to nie jesteśmy.
- Ano! Każdy inny!

Leszek jest doktorem chemii i jak to naukowiec, nie ma zdolności motorycznych. Za każdym razem, gdy wsiada do kajaka, mam wrażenie, że się wywrócimy.
- Znacie dowcip o chemiku? - zagadnął Rafał.
- Jaki?
- Jest tylko jeden. Przychodzi baba do chemika i pyta: Co pan robi? Ekstrahuję. To poproszę dwa!

Tak jak Dunajec jest rzeką, na której narodziło się polskie kajakarstwo górskie, tak Brda jest matką spływów zimowych. Prekursorem pływania zimowego był bydgoszczanin Jerzy Korek. Pomysł zimowego spływu zgłosił w roku 1964, ale wówczas nikt go nie zaaprobował. Rok później z pomysłem oswojono się, znalazło się nawet pięciu chętnych, którzy w miarę zbliżania się dnia wypływu rejterowali. Ostatecznie Korek wyruszył na trasę z Mylofu w lutym 1965 roku tylko ze Zdzisławem Słowińskim. Płynęli na przedwojennym składaku typu "Pelikan" z saneczkami do transportu zamontowanymi na jego rufie. Nocowali w leśniczówkach w Mylofie i Woziwodzie, miejscami musieli łamać pokrywę lodową. Dotarli w ciągu dwóch dni do ujścia Kamionki. Inni kajakowcy potraktowali ten pierwszy spływ jako ryzykowny i jednorazowy wyczyn sportowy. Jerzy Korek był innego zdania. W kolejnym roku zorganizował spływ dla większej grupy ludzi i z roku na rok impreza się rozrastała i zyskiwała popularność.

Na ostatnim spływie zimowym na Brdzie, który Jerzy Korek organizował, w 2000 roku, płynąłem z nim jeden etap. Poproszono mnie o to; czuł się słaby i zmęczony. Opowiadał, jak podczas jednego z pierwszych spływów, może pierwszego, zauważyli wiszącą we wnyku sarnę. Odcięli ją, ale nie potrafiła samodzielnie wstać. Zostawili ją na śniegu. Nie wiadomo, co się z nią stało.

Ujściowy odcinek Brdy jest początkiem drogi wodnej prowadzącej w stronę Niemiec. Droga ta powstała wskutek połączenia dorzeczy Odry i Wisły, a dokładniej dolnej Brdy i środkowej Noteci, Kanałem Bydgoskim. Zbudowały go w latach 1773 - 1774 władze pruskie z zamiarem przejęcia za jego pomocą części handlu polskiego, który prowadzony był tradycyjnie za pośrednictwem Gdańska, oraz stworzenia równoleżnikowej drogi wodnej biegnącej przez znaczną część terytorium państwa, które zyskało większą jednolitość terytorialną w wyniku pierwszego rozbioru Polski.

Kilka lat wcześniej projekt kanału w tym rejonie przedstawił na posiedzeniu polskiej Komisji Skarbu Koronnego kapitan artylerii i geograf królewski Franciszek Florian Czaki. Argumentował on:
"Ci, którzy dotąd żadnego z Gdańskiem nie prowadzą handlu i którzy wszystko od Wisły aż na granicę szląską na osiach prowadzić muszą, poznają, jaką mieć będą ulgę, jeżeli projekt do skutku przyjdzie. Województwa sieradzkie, poznańskie, kaliskie i wszystkie inne powiaty, przez które Warta, Gopło i Noteć płyną, mogą tym sposobem tak łatwo z Gdańskiem prowadzić handel, jak i wszystkie inne województwa i powiaty, przez które Wisła, Narew i Bug i San płyną, owszem, tę jeszcze nadto mieć będą korzyść, że do dwóch miejsc mogą prowadzić towary, równie prawie od Polski odległych, to jest do Gdańska i do Szczecina".

Propozycja Czakiego polegała na połączeniu Brdy i Noteci w miejscu, gdzie przepływają one najbliżej siebie. Jest w tym miejscu między nimi jednak znaczna różnica poziomów, którą Czaki proponował zniwelować budując sześć śluz. Realizacja pruska nastąpiła w innym miejscu, dnem Pradoliny Toruńsko-Eberswaldzkiej. Powstał kanał dłuższy, ze stanowiskiem górnym zasilanym wodą doprowadzoną z górnego biegu Noteci i jest on najstarszym kanałem żeglugowym na terenie obecnej Polski

Budowa Kanału Bydgoskiego była ważnym wydarzeniem dla mieszkańców ówczesnych Prus, w tym niedawnych obywateli Rzeczpospolitej. W pałacyku w Lubostroniu, wzniesionym niedaleko Bydgoszczy nad Notecią dla rodziny Skórzewskich około 1800 roku, na ścianach stanowiącej jego centrum rotundy, jednego z najświetniejszych wnętrz klasycystycznych na terenie Polski, przedstawiono w formie czterech płaskorzeźb ważne zdaniem fundatorów zdarzenia z dziejów Wielkopolski. Bitwa pod Płowcami, bitwa pod Koronowem, królowa Jadwiga przyjmująca Krzyżaków w Inowrocławiu, to zdarzenia z odległej, także wówczas, historii, gdy istniała jeszcze Polska. Zdarzenia z czasów, które nie budzą emocji, można by rzec. Do czasów współczesnych budowie pałacu odnosi się tylko jedna płaskorzeźba. Wyobrażono na niej Fryderyka Wielkiego zatwierdzającego plany budowy Kanału Bydgoskiego.

Zaraz za ujściem Brdy pozostałości po czasach Wisły żeglownej. Potężny elewator, a na nabrzeżu ruiny żurawia, którym przeładowywano zboże. Za elewatorem na trawiastym wzniesieniu krzyż. Leszek domniemywał, że to miejsce dawnego zamku, tak zwanego wyszogrodzkiego.
- Nigdy tu nie byłem, ale jest w tym rejonie ulica Zamkowa.

Most w FordonieMost w Fordonie. Tu kończy się długie zakole Wisły, którym zmienia ona kierunek swego płynięcia na północny, by przez przełom pomorski podążyć do Bałtyku. Za mostem z lewej port, w nim barki i pchacze, nawet w dobrym stanie. Nad portem zabudowania miasta Fordonu, obecnie dzielnicy Bydgoszczy. Na pierwszym planie zwarty kompleks zakładu karnego, na drugim biała wieża barokowego kościoła.

Na wieżyczce obserwacyjnej na murze oddzielającym teren więzienia od portu stał skulony strażnik. Marzł zapewne, ale jak nas zobaczył, to zrobiło mu się cieplej.
- Pewnie jak zaczynał pracę, to myślał, że wypadł mu chujowy dyżur, ale teraz może się pocieszyć, że inni mają chujowe wczasy.

Leszek postawił hipotezę, że gdyby ktoś uciekł z więzienia Wisłą na łodzi lub kajaku, to nikt by go w tym kierunku nie szukał.

Wiatr dął z północy. Najchłodniejszy dzień jak dotąd. Zapiąłem na wiosła łapawice, schowałem w nie ręce. Łapawice mam od kilku lat, ale dopiero teraz się przydały. Nie były potrzebne na zimowych spływach. Nie były potrzebne na norweskich fiordach. Nieocenione okazały się na Wiśle latem, bo przecież piętnasty września to kalendarzowe lato.

Wzgórza z lewej i prawej, zalesione, w pewnym oddaleniu, za przybrzeżną wiciną. Wśród koron drzew dopatrzyłem się dachu pałacu w Ostromecku.
- Jest tam taki taras widokowy. Dobrze widać z niego budynki Fordonu. Wisły nie widać. Schowana za drzewami.
- Nie doszedłbyś do niej łatwo. Kiedyś próbowałem z niego dotrzeć do rzeki, ale nie udało mi się. Starorzecza, rowy z wodą, krzaki. Kluczyłem, kluczyłem, w końcu zrezygnowałem.

U podnóży urwistych zboczy doliny z lewej strony przycupnięte są rzędem chaty kolejnych wiosek. Wśród nich są Strzelce, znane z wytwarzanych tu powideł śliwkowych, wpisanych niedawno na Listę Produktów Tradycyjnych prowadzoną przez Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Powidła kreuje się tu jako produkt regionalny, promujący Dolinę Dolnej Wisły. Prawda jest pewnie taka, że smaży się je z węgierek tak samo jak my to robimy. Najlepiej przez kilka dni, by odparowała woda. A potem można je łyżkami jeść.

Niedaleko mojej babci w czasach mojego dzieciństwa w małym sklepiku pani Kowalska sprzedawała "żurek sławny ze swojej dobroci". To też był produkt regionalny, mimo, że nie wpisany na żadną ministerialną listę.

Znaki żeglugowe od Torunia to znowu znaki brzegowe, jak w górnym biegu. Żółte krzyże nabieżnikowe, proste i ukośne, oraz czerwone kwadraty i zielone romby.

Kanadyjkarze zostali z tyłu. Zniknęli z pola widzenia, nawet się nie zorientowałem, kiedy.
- Poszli pewnie w Fordonie do sklepu. Czekamy?
- Nie mamy na to czasu. Czas nas goni. Skąd wiesz, kiedy nas dogonią? Dorośli są poza tym.

Dla Prezesa to ostatni dzień spływu. Zdołał się wyrwać tylko na trzy dni. Umówił się z Mirkiem, że ten odbierze go w Świeciu po południu.

Na długiej prostej dziesięć kilometrów za Fordonem dostrzegłem na horyzoncie biały punkt. Zbliżał się. Była to motorowa łódka turystyczna. Szła szlakiem żeglugowym, a my trzymaliśmy się zawietrznego lewego brzegu. Minęliśmy się daleko od siebie.

Na łasze siedziały dwa bieliki. Skierowałem kajak w ich stronę, by lepiej im się przyjrzeć. Poderwały się po kolei, majestatycznie odfruwając.

Doktor Tadeusz Mizera, pasjonat ptaków drapieżnych i współzałożyciel Komitetu Ochrony Orłów, uważa, że polskie godło przedstawia właśnie bielika. To on był częściej od orła przedniego spostrzegany przez Polan w czasach Mieszka. Mieszkali przecież w kraju nad wodami, zatem tam, gdzie bieliki mają swe rewiry łowieckie i gdzie są największymi spośród skrzydlatych drapieżców. Najstarszy wizerunek orła zachował się na srebrnym denarze z czasów Bolesława Chrobrego, ale zarys ptaka, narysowanego z profilu, jest tam bardzo uproszczony. Można dopatrywać się w nim podobieństwa do bielika z powodu grubego dziobu i nieopierzonych łap. Są jednak badacze, którzy ptaka owego poczytują za... pawia. Takie skojarzenia są ewidentne, jeśli zważyć jego rozłożysty ogon.

Z drugiej strony, ornitolodzy nie uważają bielika za prawdziwego orła. To gatunki z różnych rodzin: orły należą do rodziny Aquila, a bielik nie; bielik po łacinie to Haliaeetus albicilla, z rodziny Haliaeetus.

Z punktu widzenia heraldyka znak orła w polskim herbie to zapewne import z zachodu. Trzymający w szponach pęk piorunów orzeł był godłem cesarstwa rzymskiego. Głównym insygnium władzy cesarskiej było berło z kości słoniowej zwieńczone złotym orłem. Znak orła przejął od Rzymu Karol Wielki (od którego imienia pochodzi polski wyraz "król"), a następnie cesarze niemieccy i wiele innych księstw i królestw środkowej Europy: od Modeny, Tyrolu, Krainy i Serbii na południu, przez Czechy i Morawy, aż po Polskę. Heraldycy nazywają ten jej rejon strefą akwilarną, w odróżnieniu od zachodu i północy kontynentu, gdzie wiodącą rolę wśród godeł herbowych odgrywał lew. Polskie godło nie zawiera zatem zapewne odniesienia do konkretnego gatunku ptaka, ale jest adaptacją symboliki monarchicznej, która swe źródła miała w starożytności. Wskazuje na to choćby pierwsza wzmianka o znaku orła. Znajduje się ona w kronice Wincentego Kadłubka, który pod datą 1182 roku zapisał, że w bitwie z wojskiem ruskim pod Brześciem Kazimierz Sprawiedliwy walczył "pod znakiem zwycięskiego orła, symbolem królewskiej dostojności".

Każdy Polak zna opowieść, która wiąże pochodzenie herbu z konkretnym zdarzeniem i konkretnym ptakiem. Legendę o Lechu, który rozbił obozowisko pod orlim gniazdem, nazywając od niego miejsce Gnieznem. Zawdzięczamy ją jednak dopiero żyjącemu dwieście lat po Kadłubku Długoszowi. Gdyby znano ją wcześniej, Kadłubek nie omieszkałby jej zanotować. Tak czy owak, trzeba ją w całości, jak tyle innych, potraktować jako piękną, ale tylko bajkę.

Rafał zrobił ostatnie zdjęcie i pożegnał się z aparatemPółnocny wiatr posyłał nam na wprost fale. Kryliśmy się za główkami, tam woda była dość płaska. Mijając ostrogi, trzeba było jednak wypływać na spotkanie fal. Były w tych miejscach krótkie, strome, potęgowane silniejszym w tych miejscach nurtem rzeki. Nakładały się na tworzące się za kamiennymi nasypami główek wiry i chyżki.

Postój gdzieś około 790 kilometra, w głębokiej zatoczce miedzy tamami. Pod wiklinami nie było wcale czuć wiatru. Posililiśmy się, podreperowaliśmy morale herbatką z rumem. Doznaliśmy z Prezesem omamów.
- Wiatr jakby usiadł?
- Też mi się tak zdaje.

To była złuda. Wypłynęliśmy z zacisza i fale wcale nie były mniejsze, ale na odwrót, jakby większe. Na zakolu przeszliśmy na prawy brzeg. Ten stał się teraz zawietrznym. Odtad popłynęło się nam w miarę gładko.
- Wisła to piękna rzeka. Surowa w tym momencie, ale piękna - rzekł Leszek.
- Gdybym tak nie uważał, to byśmy tu nie płynęli. Piękna jak cały ten kraj. Pytają się mnie czasem w pracy: Dokąd pan jedzie? Do Polski, odpowiadam. To taki piękny kraj w środkowej Europie.
- Nie chciałbym, by ktoś zamienił ją w jezioro zaporowe.
- Nawet na tym odcinku, uregulowanym ostrogami? - Nawet na tym. Byłaby nudna, nie jak rzeka.

Rozdział LXXXII

Miasto wzorcowe, miasto zakochanych

Chełmno długo nie dawało się zauważyć. Leszek mentorskim tonem szlakowego oświadczył, że jest ono mitem, takim samym jak Atlantyda. Przed nami pojawił się most. Byliśmy blisko niego. Dopiero, gdy ponownie przeszliśmy na lewy brzeg, w całej okazałości ukazało się miasto, wieżami i strzelistymi dachami kościołów wieńczące wzgórze niczym korona. Brudnoczerwona korona na szarej zieleni, pod nawisem smutnych chmur.

Na ścianie ratusza w Chełmnie wmurowana jest żelazna sztaba o długości 435 centymetrów, czyli tak zwany pręt chełmiński, służący jako jednostka miary przy rozplanowywaniu miasta. Wraz z układem urbanistycznym Chełmna, do opracowania którego posłużył, jest on trwałą pamiątką po czasach średniowiecza, kiedy to Chełmno i Toruń zostały założone i zaprojektowane jako modelowe miasta państwa krzyżackiego. Założyciele obdarzyli obydwa miasta jednym przywilejem lokacyjnym a ich delimitację oparli na tożsamych zasadach. Do dziś przetrwały plan i zabudowa obu miast, ale dla ówczesnych osadników ważniejsze było to, co nie dotrwało: prawa, jakimi ich obdarzono.

Wiek XIII to moment przełomowy w dziejach krajobrazu osadniczego Polski. Wówczas to zaczęto planowo pokrywać teren kraju siecią wsi i miast. Poprzednio istniejące osady były raczej niestabilnymi zespołami gospodarstw, a ich nazwy pochodziły najczęściej od zajęć ludzi w nich mieszkających. Przy grodach powstawały zespoły podgrodzi. Na terenach Krakowa było przeszło dziesięć takich osad. Nazywano je czasem "miastami" (arabski geograf z XII wieku al-Idrisi opisał Kraków jako "miasto o wielu targach"), nie były jednak wyodrębnione prawnie, nie miały uprawnień wyróżniających je od innych osiedli. Osady zakładane (lub przekształcane z wcześniej istniejących) w wieku XIII przez książąt, biskupów czy możnowładców różniły się tym od istniejących dotąd, że określano im stałe granice, nadawano ich mieszańcom określony areał gruntu mierzony w łanach, czyli obszarach mogących być zagospodarowanych przez rodzinę dysponującą sprzężajem, a ponadto wyposażano w prawa, w tym mniej lub bardziej rozbudowany samorząd.

Na terenie Ziemi Chełmińskiej rola organizatora sieci osadniczej przypadła Zakonowi Krzyżackiemu. Jego rycerze wsparci przez oddziały księcia Konrada Mazowieckiego pokonali Prusów, którzy krótko przed przybyciem Krzyżaków opanowali Ziemię Chełmińską. Zbudowali pierwsze dwa grody, w Toruniu (czyli w okolicach dzisiejszego Starego Torunia) i w Chełmnie (czyli obecnym Starogrodzie).

Tu ciekawostka: kronikarz Piotr z Duisburga podaje, że gród toruński zbudowano wraz z blankami i murem "na pewnym drzewie dębowym", co wydawało się legendą, dopóki współcześni badacze nie ustalili, że w średniowieczu często wykorzystywano stare drzewa do celów militarnych: obwiedzione wałem pełniły rolę wież wartowniczych. Przekaz Piotra z Dusburga okazał się zatem dość prawdopodobny.

Herman Balk, pierwszy mistrz krajowy, rozumiał, że przedkrzyżackie próby opanowania Prus spełzły na niczym, gdyż za akcją militarną nie szła akcja organizacyjna. Kierowanemu przez niego podbojowi towarzyszyła więc kolonizacja podbitych ziem, przy czym szczególną wagę przykładał do zakładania miast.

Najtrudniejsze było założenie pierwszych miast: Torunia i Chełmna. Trzeba było obdarzyć je takimi prawami, by skusić kolonistów do osiedlenia się na tym terenie, pozostającym areną ciągłych akcji militarnych, leżącym na uboczu dotychczasowych szlaków imigracyjnych, którymi wędrowali oni najczęściej z przeludnionych Niemiec. Z drugiej strony Krzyżacy tak chcieli ukształtować swobody przyszłych mieszkańców, by nie uszczuplić zanadto swego władztwa i zapewnić sobie wsparcie militarne. Te założenia miał zrealizować dokument lokacyjny dla miast Chełmna i Torunia, wystawiony w Chełmnie 28 grudnia 1233 roku przez wielkiego mistrza Hermana von Salza i preceptora na Słowiańszczyznę i Prusy Hermana Balka.

Dokument ten oparty był o prawo magdeburskie, zmodyfikowane jednak tak, że kolonistom przyznano w nim więcej swobód. W odróżnieniu od Magdeburga przyznano więc kolonistom prawo wybierania sędziego, który jednak musiał cieszyć się zaufaniem Zakonu. Powołano też w Chełmnie instytucję sądu wyższego, który tworzyć mieli rajcy Chełmna, gdyż, jak zaznaczone zostało, Chełmno miało pełnić rolę stołeczną dla innych miast na terenie państwa krzyżackiego. W praktyce oznaczało to, że nie można było odwoływać się do sądu ławniczego w Magdeburgu. Kary za przewinienia miały być ustalane w oparciu o prawo magdeburskie, ale z obniżeniem ich o połowę. Wprowadzono swobodę obrotu w odniesieniu do wszelkich artykułów, które kupuje się zwykle na targu, zwolniono też mieszczan do ceł na obszarze całego państwa. Były to ważne przywileje z punktu widzenia rozwoju handlu. Krzyżacy obiecali też, że będą bili monetę jedynie z dobrego srebra i że będą ją odnawiali tylko raz na dziesięć lat, pobierając wówczas przy wymianie nie więcej niż 14 starych denarów za 12 nowych. Było to ważne w kontekście częstej praktyki ówczesnych władców, którzy z ciągłego psucia pieniądza i przymusowych wymian po niekorzystnych kursach czynili istotne źródło swoich dochodów. Zwolniono też mieszczan od przymusowego podejmowania gości, tzw. służebności stanu i podwody, niezwykle uciążliwych a powszechnych wówczas obowiązków, polegających na udzielaniu gościny i dostarczaniu świeżych koni podróżującemu księciu, jego orszakowi a także jego urzędnikom i posłom. Określono też wysokość dziesięciny w formie zryczałtowanej, przy czym Zakon zobowiązał się bronić praw swoich poddanych na drodze sądowej, gdyby jakiś biskup zmuszał ich do płacenia wyższej dziesięciny.

Obu miastom nadano dobra ziemskie, nazywane później patrymonium miejskim. Toruń otrzymał pięć dużych wysp wiślanych, a Chełmno 300 łanów flamandzkich, czyli około 5040 hektarów. Oba miasta otrzymały też prawa do określonych odcinków Wisły "ze wszystkimi korzyściami za wyjątkiem wysp i bobrów" oraz prawo swobodnego przewozu przez Wisłę.

Koloniści w zamian mieli służyć zbrojnie Zakonowi przeciwko Prusom, a w dalszym okresie w ramach obrony terytorialnej, mieli też płacić podatki. Zakon zastrzegł też dla siebie prawo posiadania eksterytorialnych warowni w obu miastach oraz szereg regaliów, czyli praw gwarantujących Zakonowi częściową lub całkowitą wyłączność uprawiania szczególnie dochodowych gałęzi gospodarki, takich jak bicie pieniądza, zakładanie młynów, łowienie bobrów.

Toruń i Chełmno uzyskały w ten sposób bardzo szerokie jak na ówczesną dobę przywileje, będące solidnym fundamentem rozwoju, który szybko nastąpił. Umożliwiły one też, trochę wbrew intencjom założycieli, prowadzenie przez miasta własnej polityki, której konsekwencją było założenie Związku Pruskiego i zrzucenie władzy Zakonu.

Przywilej chełmiński spełnił rolę wzorca, jakim miał być. Prawo chełmińskie posłużyło do założenia ponad dwustu miast, ostatni raz pod koniec XVIII wieku. Jest częścią dziedzictwa kulturowego, które łączy różne rejony Europy, i przykładem udanej, twórczej adaptacji wcześniejszych wzorców do nowych warunków.

Chełmno tak jak Toruń i wiele innych miast zbudowanych w średniowieczu są zaprzeczeniem tezy o panującym wówczas rzekomo zacofaniu. Przestronne ulice, zaprojektowane w oparciu o szachownicowy regularny schemat tak, by cień kamienic nie przesłaniał domów stojących naprzeciwko, są zaprzeczeniem romantycznej wizji gęstwiny wąskich i ciasnych uliczek, wijących się wśród chaotycznej zabudowy, z czym kojarzy się myślącym stereotypami gotyk.

W starej farze chełmińskiej w siedemnastowiecznym relikwiarzu przechowywane są relikwie głowy świętego Walentego. Kim był święty Walenty, dokładnie nie wiadomo. Nie wiadomo nawet, czy był jeden, czy kilku świętych o tym imieniu. W Niemczech został on patronem epileptyków, a do Polski jego kult przywędrował właśnie stamtąd. Jego wizerunki wieszano nad łóżkami chorych i modlono się:
"O święty Walenty, pobożny kapłanie
Niechaj ma niemoc zginie na twe zawołanie".

Relikwiarz chełmiński jest właśnie wotum za pomoc w chorobie, ufundowanym przez Jadwigę z Czarnkowskich Działyńską.

W Anglii z kolei już w średniowieczu Walenty stał się patronem zakochanych. Pojawiła się wówczas tradycja wysyłania 14 lutego do ukochanej osoby kartek, czyli walentynek. W końcu dwudziestego wieku tradycja ta dotarła do Polski i wówczas zapomniane przez wieki relikwie świętego Walentego z chełmińskiej fary odkurzono. Chełmno teraz chlubi się nimi i reklamuje się jako Miasto Zakochanych.

Walentynki oraz Halloween, mające korzenie w celtyckim obrządku pożegnania dusz zmarłych w minionym roku, przywiezione do Stanów Zjednoczonych przez irlandzkich imigrantów, to dwa święta o anglosaskim rodowodzie, które ostatnio zadomowiły się w kraju nad Wisłą. W odróżnieniu od świąt tradycyjnych, obrosłych w znaczenia i symbolikę, nowe święta są zasadniczo tylko pretekstem do zabawy.

Z drugiej strony, dawne święta, nawet takie jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie, też uległy znacznym zmianom, zwłaszcza w ostatnim stuleciu. Na pierwszy plan w ich obchodzeniu wysunął się aspekt wspólnego świętowania, cementującego rodzinę, na dalszy zeszły aspekty magiczne, o pogańskich jeszcze korzeniach, a nawet religijne. Kto wierzy dziś w andrzejkowe wróżby, kto w magiczną moc święconego. Wiele zwyczajów, które odprawiali nasi dziadowie, odeszło w niebyt a ich nazwy nie kojarzą się z niczym. Kto wie, kim byli pueri albo potrafi powiedzieć, na czym polegał dyngus (bynajmniej nie na oblewaniu wodą panien!). Pamiętać też warto, że tak zdaje się tradycyjna symbolika wigilijna, jak choinka i Święty Mikołaj ma rodowód stosunkowo niedługi. Zwyczaj strojenia jodełki lub sosenki przejęty został od Niemców w Warszawie w latach 1795 - 1806, ale na Podbeskidziu choinka pojawiła się dopiero przed stu laty. Wcześniej w całym kraju wieszano u pułapu gałęzie i ucięte wierzchołki sosny, które zwano najczęściej podłaźniczkiem. Powieszone wierzchołkiem w dół, strojone były orzechami, jabłkami i "światami" - wycinankami zrobionymi z opłatków. Zwyczaj obdarowywania się prezentami również przybył do nas z Zachodu, a w połowie XVIII wieku pojawił się też Święty Mikołaj. Przybywał w Mikołajki, 6 grudnia, z długą siwa brodą, ubrany w czerwone płaszcz i czapę, z pastorałem w dłoni, w towarzystwie aniołów i diabła ciągniętego na łańcuchu, i egzaminował dzieci ze znajomości katechizmu i umiejętności godnego zachowania się wobec starszych. Nim rozdał prezenty, trzeba było sobie na nie zasłużyć! Dopiero później przychodzenie Świętego Mikołaja do domów przesunęło się na Wigilię, w okresie obowiązywania w Polsce socjalizmu zmieniono też jego imię na Gwiazdora albo Dziadka Mroza. Dziś znów przychodzi bez kamuflażu, zarówno w Mikołajki jak i w Wigilię, choć już bez towarzystwa i pastorału. Można powiedzieć, że towarzyszy nam przez cały grudzień, jeśli wierzyć temu, co widzimy w sklepach. Wszystkie święta zostały bowiem zawłaszczone przez handlowców, którzy dzięki nim zwiększają swoje zyski.

Nie można jednoznacznie negatywnie oceniać recepcji nowych świąt z Zachodu, potępiać społeczeństwa polskiego jako wyzutego z korzeni, kierującego się tylko zapatrzeniem na Zachód i ślepo akceptującego wszelkie przychodzące stamtąd wzorce. Dawne rolnicze, pogańskie rytuały utraciły rację bytu. Czasem, przetrwałe, stały się wynaturzeniem tak jak niektóre z zabaw weselnych. Naturalnym rzeczy biegiem stare zwyczaje zastępowane są przez nowe.
"W odmianach czasu smak jest".

Rozdział LXXXIII

O pochodzeniu Diabelców

Przed mostem świeckim na Wiśle z lewej strony znajduje się żwirownia. Pracuje w niej być może najstarszy do dziś czynny statek wiślany, holownik "Nur". Zwodowano go w 1930 roku w Państwowej Stoczni Modlińskiej jako statek inspekcyjno-holowniczy, jeden z trzech zamówionych przez Dyrekcję Dróg Wodnych w Toruniu. Statek skonstruował inżynier Jerzy Cwingman, znający realia nawigacji na dolnej i środkowej Wiśle, dzięki czemu powstała doskonale przystosowana do nich seria jednostek. Małe zanurzenie, ułatwiające pokonywanie przemiałów, zdolność do ruchu w lodach, zapewniający dość dużą prędkość kształt kadłuba i zdalne sterowanie statkiem ze sterówki, zastosowane w nich po raz pierwszy w Polsce - to były ich główne cechy.

"Nur" po zakończeniu służby państwowej ostatecznie trafił do żwirowni Krzysztofa Neringa i tu odremontowany, nadal pracuje. Jak ocenia jego obecny armator, emerytowany kapitan żeglugi, jego własności nautyczne przewyższają inne, nowsze holowniki: "To bardzo zwrotna jednostka, którą się doskonale pływa".

- Gdzieś tu jest ta słynna rura...
- Rura?!

Leszek opowiedział mi historię rury ściekowej z celulozy świeckiej, obecnie funkcjonującej pod firmą Frantschach Świecie S.A. W czasach, gdy Polska podzielona była na czterdzieści dziewięć województw, Wisła w tym miejscu dzieliła województwa bydgoskie i toruńskie. Przez wiele lat celulozownia płaciła kary za spuszczanie ścieków do kasy województwa bydgoskiego. Działo się tak, dopóki ktoś się nie zorientował, że wylot kolektora jest na terenie gminy Chełmno, której enklawa nie wiedzieć czemu znajdowała się na zachodnim brzegu Wisły. Wojewoda toruński wystąpił wobec tego o to, by opłaty wpływały do jego kasy. Po latach procesów wojewoda toruński spór wygrał. Wówczas celulozownia przeniosła kolektor w inne miejsce, na terenie województwa bydgoskiego. Po paru latach oba województwa weszły w skład jednego, większego, województwa kujawsko-pomorskiego. Spór o ścieki pozostał tylko jako anegdota o idiotyzmie ludzkich sporów.

U ujścia Wdy umówiliśmy się z Mirkiem. Prezes tu zamierzył opuścić nas i wrócić do Włocławka. Dotarliśmy kilkanaście minut później niż zakładaliśmy, ale Mirka nie było. Spóźnił się bardziej od nas. Korki na toruńskich ulicach go zatrzymały.

Prezes był cały mokry. Zwłaszcza mokre miał spodnie.
- Czy mam dobrze zapięty fartuch? - spytał się mnie przed Chełmnem. Sprawdziłem, z tyłu nie miał, zapiąłem fartuch Prezesa jak należy. Nie pochwalił się wtedy, że ma w kajaku kilkadziesiąt litrów wody, która przelewając się z burty na burtę, od dziobu do rufy, dokładnie go płucze.

Wisła przy ujściu WdyPrzepakowaliśmy się. Prezes zabrał zbędne rzeczy, między innymi namiot Leszka, który odtąd będzie spał ze mną. Po pożegnaniu przepłynęliśmy z Leszkiem na ostry cypel między Wdą a Wisłą. Tam rozbiliśmy namiot.

Kanadyjkarze nadpłynęli, zziębnięci i zmoczeni, gdy z latarką na czole gotowałem obiadokolację. Byli cieniem na ciemniejącej rzece.

Tak jak myśleliśmy, w Fordonie wysiedli do sklepu. Gotowali też i jedli grochówkę na trasie, stąd opóźnienie. Nie mówiąc o falach, które dla kanadyjki są większym utrapieniem.

Rafał niezwłocznie po wylądowaniu udał się na poszukiwanie drewna. Poszedłem za nim. Nie było o nie łatwo. Wiadomo, łąka, tylko na obrzeżach nad rzekami topole i wierzby, ciemność. Wspinaliśmy się na drzewa, obłamując suche gałęzie.

Rozpalaliśmy ognisko, gdy do cypla dobiła łódka z dwoma rybakami. Wybrali się na nocny połów, złapali dotąd łososia i sandacza. Gawędziliśmy z pół godziny, nim odpłynęli. Powiedzieli, że u podnóża Diabelców jest miejsce ze stołami dębowymi, gdzie ładnie wśród lasu można zabiwakować. Odludne miejsce, ale przecież diabłów już nie ma. A w każdej parowie jeden albo i dwa strumienie ze świeżą wodą płyną...

Jeden z rybaków opowiadał o pochodzeniu Diabelców. Oczywiście nie diabeł je przywlókł. To Wisła je stworzyła, wypłukując ziemię między nimi a górami Wabcza, usuwając słabsze osady. A góry z gliny są zrobione. To nie skała, ale łatwo wymyć się nie da.

Na odcinku od Brdyujścia do Nogatu Wisła tworzy ostatni swój przełom, zwany Doliną Dolnej Wisły. Obejmuje ona Dolinę Fordońską, Kotlinę Grudziądzką i Dolinę Kwidzyńską. Jej szerokość wynosi od 2 do 10 kilometrów, a zbocza doliny, pocięte przez liczne parowy, wznoszą się do 60 metrów.

Kilkanaście tysięcy lat temu Pra-Wisła dopływała do okolic dzisiejszego Modlina z południa i kierując się na zachód zbierała wody licznych rzek spływających do niej z obciążającego obecny pas pojezierzy lądolodu. Pra-Wisła płynęła równolegle do czoła lodowca, przez Pradolinę Toruńsko-Eberswaldzką dążąc do Morza Północnego. Lodowiec stopniowo ustępował, by ostatecznie opuścić tereny Polski trzynaście - czternaście tysięcy lat temu. Zaczął się wówczas formować Bałtyk.

Przed trzynastoma - dwunastoma tysiącami lat doszło do zdarzenia, które zdecydowało o dzisiejszym biegu rzeki. Oto rzeczka spływająca z okolic dzisiejszego Chełmna do Pra-Wisły wycięła kanion przecinający pozostałe po lądolodzie zwały morenowe. Pra-Wisła, tak jak dzisiejsza rzeka, miała tendencję do podcinania prawego swego brzegu. Spowodowane to było jej przebiegiem, równoległym na tym odcinku do przebiegu zasadniczych jednostek geologiczno-tektonicznych, które mają wyraźny kierunek ukośny, z południowego wschodu na północny zachód. Jedną z takich jednostek jest wał kujawsko-pomorski, ulegający ciągłemu wypiętrzaniu pas rozciągający się od klifowych brzegów Bałtyku w rejonie Trzęsacza przez okolice Bydgoszczy po początkowy odcinek przełomu Wisły pod Annopolem i Roztocze. Ruchy wypiętrzające spychają wciąż Wisłę ku prawej stronie doliny i jak się coraz śmielej przypuszcza, są odpowiedzialne za przerwanie istniejącego niegdyś naturalnego połączenia hydrograficznego pomiędzy dorzeczami Wisły i Odry w rejonie Bydgoszczy i utworzenie tu działu wodnego. Mianowicie Pra-Wisła, spychana na północny wschód przez ruchy górotwórcze, wlała się w dolinkę swego spływającego spod Chełmna dopływu i przełamała tędy drogę do tworzącego się wówczas na uwolnionym od lodów terenie Bałtyku. Tak powstał przełom fordoński i dalsza dzisiejsza dolina rzeki, zbudowana z węższych odcinków stricte przełomowych oraz kotlinowatych basenów, będących wytworem erozji bocznej Wisły, w których dolina rzeki rozszerza się do dziesięciu kilometrów. Takie baseny są koło Unisławia i Chełmna; największy z nich, określany mianem Kotliny Grudziądzkiej, mieliśmy pokonać nazajutrz.

Rozdział LXXXIV

Święta Barbara, patronka flisaków

O poranku powędrowałem przez łąkę rozświeconą bladymi żółciami mikołajków, przez ściernisko ze zbelowaną słomą, po wale powodziowym nad Wdą do odległego o ponad kilometr zamku w Świeciu. Obszedłem zachowane skrzydło i dwie okrągłe wieże, jedną z charakterystycznym krenelażem na machikułach. Drzwi zamknięte były na głucho.

Leszek pamięta, jak dziesięć lat temu czysta Wda wpływała w tym miejscu do brudnej Wisły. Teraz między wodami obu rzek nie ma dostrzegalnej różnicy. Są tak samo przezroczyste.

Rafał żałował, że nie kupiliśmy od rybaków ryb.
- Myślisz, że chcieli nam je sprzedać?
- A po co by dopłynęli? Mamy sandaczyka, łososia... - przedrzeźniał rybaków Rafał.
- Może dobili z ciekawości, chcieli tylko dowiedzieć się, kto się szwenda po ich rzece.
- Może chcieli ci te ryby dać... Na Welu kiedyś na biwak przynieśli nam wędkarze pstrągi i nam dali. Nie warto było ich zdaniem tych kilku rybek do domu wozić, bo by ich baby obśmiały. Że to cały dzień siedzą, a trzy ryby złowili. Kazik miał ruszt i żeśmy sobie je upiekli nad ogniem.
- We dupie to mom!

Wypłynęliśmy o dziesiątej. Z lewej Diabelce, Czarcie Góry, rozkwitające jesiennymi barwami pod szarym niebem. Zasłoniły nas od wiatru klifami, trzymanymi wyrastającymi poprzez nie korzeniami drzew niczym diabelskimi szpony.

Przedłużeniem Diabelców jest skarpa, na której mieszczą się Sartowice, miejsce kultu świętej Barbary, patronki flisaków. Jej relikwie przechowywane były w tutejszym grodzie, należącym do księcia pomorskiego Świętopełka. Skąd się tu wzięły, nie wiadomo. Pojawiało się wiele wersji. Krzyżacy rozpowszechniali tą, że zrabowano je pielgrzymom wracającym z Rzymu. Nadawało to pozór legalności grabieży dokonanej przez nich samych, gdy po zdobyciu Sartowic w 1242 roku relikwie dostały się w posiadanie krzyżackie. Odebraliśmy łup złodziejowi, mogli się chwalić. W ręce polskie trafiły po przejęciu Malborka w czasie wojny trzynastoletniej. Od tamtego czasu większa ich część przechowywana jest w kościele w Czerwińsku w pięknym wczesnogotyckim relikwiarzu w kształcie hermy (popiersia). Pozostała część kości świętej został zniszczona w Gdańsku w czasach reformacji.

Kaplica świętej Barbary, zbudowana na miejscu zburzonego przez Krzyżaków grodu pomorskiego, powstała według tradycji z drewna modrzewiowego przywiezionego przez flisów. Mieli oni zwyczaj zatrzymywania się w Sartowicach i ofiarowywania się swojej patronce.
"Tam Sarkawice, gdzie więc on wiek stary
Ofiarował się do świętej Barbary;
Tam wstępowali naszy pradziadowie,
Dawni szyprowie.
Tam mądry rotman, siedząc na swej barce,
Złożył onę pieśń o świętej Barbarce;
Tej pieśni, jadąc imo Sarkawice,
Nauczał frycze".

Rzeźbionym wizerunkiem świętej Barbary zdobiono "przody strug wiślanych", jak podaje Kolberg. Ludzie rzeki nie ruszali się nigdzie bez takiej "barbarki".

Święta Barbara czuwa nad wszystkimi narażonymi na nagłą i niespodziewaną śmierć. Oprócz rybaków, flisaków, marynarzy patronowała również więźniom, architektom, cieślom, murarzom, kamieniarzom, artylerzystom, wytwórcom sztucznych ogni, tajnym drukarzom z czasów wojny, no i górnikom, z którymi jest obecnie przede wszystkim kojarzona.

Za pałacykiem i kościółkiem w Sartowicach, wzniesionym w XIX wieku w miejscu dawnej kaplicy flisackiej, trudnymi do zauważenia wśród gęstwy drzew, wysokie zbocza z lewej strony oddalają się od rzeki. Z doliny między nimi na równinny teren przywiślański wypływa Mątawa, skręca ku północy i pomyka równolegle do Wisły przez trzydzieści kilometrów aż do Nowego.

Rozdział LXXXV

Pejzaż ze spichrzami

Daleka prosta, na jej końcu jedenastopiętrowce grudziądzkiego osiedla Strzemięcin, osadzone na grzędzie zalesionego wzgórza. Z ich pobliża widać już długi most grudziądzki, składający się z ponad dziesięciu łukowatych elementów, a za nim mury starówki.

Niepowtarzalna jest panorama Grudziądza od strony Wisły. Rząd masywnych, czerwonych spichlerzy o małych okienkach, spichlerzy, które na tym odcinku były też częścią murów obronnych średniowiecznego miasta. Niewiele ponad nie wystają wieże kościołów.

Grudziądz nad WisłąZespół spichrzów grudziądzkich jest ewenementem architektonicznym. W innych miastach Pomorza, Kujaw, ale także w Amsterdamie czy Lubece budowano spichrze w pozycji szczytowej, szczytem do rzeki albo do ulicy. W zwieńczeniu szczytu budowli umieszczany był żuraw, służący do wciągania worków z towarami, głównie ze zbożem, a w osi fasady pod żurawiem na każdej kondygnacji drzwi, przez które towary były transportowane do wnętrza spichrza. W Grudziądzu potrzeba wciągnięcia spichrzów w ciąg murów obronnych spowodowała odwrócenie o 90 stopni przyjętego zwyczajowo ustawienia. Spichrze grudziądzkie ustawione są kalenicowo, wzdłuż Wisły, a ich dachy stapiają się w jedną bryłę. Zbudowano je na skarpie nadrzecznej i to również wpływa na ich konstrukcję. Od strony miasta, od biegnącej wzdłuż nich ulicy Spichrzowej są jedno - dwukondygnacyjne. Nic nie zapowiada widzowi monumentalności masywu, który spichrze tworzą od strony Wisły. Podparte licznymi skarpami, liczą sobie tu po sześć i więcej kondygnacji. Dawniej opadały bezpośrednio do rzeki. Płynącym nią, musiały wydawać się twierdzą ze zbożem, oddziaływać na widzów jako znak bogactwa rolniczego kraju. Obecnie Wisła odsunięta od miasta, płynie w odległości stu, dwustu metrów od kompleksu, a spichrze pełnią głównie funkcje mieszkalne.

Spichrze grudziądzkie to najlepiej zachowany zespół spichrzów tranzytowych (czyli służących do magazynowania zboża w celu wywozu i odsprzedaży, a nie do przechowywania zboża na własne potrzeby) nad Wisłą. Zachowało się ich dwadzieścia sześć, ale w czasach świetności żeglugi wiślanej nie było ich wiele więcej.

W Gdańsku czy Elblągu spichrze tworzyły osobne dzielnice, oddzielone kanałami od reszty miasta. Na wyspie spichrzowej w Gdańsku było ich w 1756 roku 518; w Elblągu w XIV wieku zajmowały obszar równy 2/3 powierzchni miasta i było ich 250. W tych miastach odbywała się wymiana między kupcami rodzimymi i zagranicznymi, dlatego powierzchnie magazynowe były tak rozbudowane. Do dziś jednak w Gdańsku zachowało się zaledwie kilkanaście spichrzów, a w Elblągu nie przetrwały do naszych czasów. W innych miastach, takich jak Toruń, Włocławek, Bydgoszcz, spichrze były rozrzucone po terenie miasta, nie wydzielone w osobny kompleks, zatem, choć się w części zachowały, nie mogą być porównywane z doskonale zachowanym zespołem grudziądzkim.

Podstawową funkcją spichrzy było magazynowanie zboża. Już w starożytności obserwowano, że ziarno w czasie przechowywania pobiera z powietrza tlen, "oddycha", wydziela zaś dwutlenek węgla i wodę oraz wytwarza ciepło. Na skutek tego traci część swojej masy. Ponadto wysoka temperatura powietrza i wysoka wilgotność powodują pleśnienie ziarna i sprzyjają działaniu szkodników: wołka zbożowego, mola ziarniaka, myszy. Początkowo usiłowano zabezpieczać ziarno przed wpływami zewnętrznymi, starając się je przechowywać w sposób możliwie hermetyczny, na przykład w glinianych kadziach. Później zauważono, że dobre wyniki daje też przechowywanie zboża w obszernych pomieszczeniach, jeżeli są suche, niezbyt jasne, a zboże jest dobrze przewietrzone. Spichrze były budowlami zapewniającymi takie właśnie warunki. Strome dachy ograniczały możliwość przeciekania wody opadowej do minimum. Niewielkie otwory w ścianach zapewniały przewiewność, zarazem nie dopuszczając zbyt wiele światła. Zboże w spichrzach przechowywano w kopcach usypanych na podłogach, zostawiając między nimi przejścia do kontroli i przesypywania; co pewien czas przesypywano bowiem zboże szuflami.

Także na statkach ziarno przewożone było w kopcach, zwanych "ryszpami". W kopcach tych tkwiły "stróże" - drążki z łopatką na końcu, służące do kontroli, czy spodnia warstwa się nie zagrzała podczas podróży. Kopce te nie były przykrywane, by zapewnić dostęp powietrza. Jedynie w czasie deszczu okrywano je matami słomianymi bądź płótnem żaglowym. Po dotarciu do miejsca przeznaczenia zboże ładowano w worki, należące do właściciela spichrza i służące tylko do celów przeładunkowych. Następnie wciągano je przy użyciu liny i bloczka umieszczonego w żurawiku na elewacji budynku ze statku bezpośrednio do budynku. Czasem worki wnoszono też do wnętrza spichrza, by tam wciągać je na poszczególne kondygnacje wewnętrzną windą. Dlatego tak ważne było sytuowanie spichrzów przy samej wodzie. Gdy ta oddalała się, do czego doszło wskutek zmian koryta Wisły w Kazimierzu i Grudziądzu, spichrze i miasta traciły na znaczeniu.

Krótki odpoczynek w GrudziądzuLeszek poszedł do miasta, a ja zostałem, by pilnować łódki i czekać na naszych towarzyszy. Kanadyjką poruszają się o wiele wolniej od kajaka. Przypłynęli godzinę po nas, Leszek wrócił z obiadu i z kolei ja z Bartkiem i Rafałem wzięliśmy kurs na centrum: zjeść obiad, zrobić zakupy, rozejrzeć się po zabytkach.

Obok schodów wznoszących się z błoni nadrzecznych przy największym ze spichrzów na ścianie znajduje się tablica:
"22 czerwca 1927 roku u brzegu Wisły zatrzymał się na jedną noc statek wiozący trumnę z prochami Juliusza Słowackiego".

Tablicę ozdobioną płaskorzeźbionym popiersiem Wieszcza ufundowało na pamiątkę tego wydarzenia społeczeństwo Grudziądza.

Przeróżne przedmioty wędrowały rzeką, tak dziś cichą i milczącą.

W pobliżu barokowego zespołu pojezuickiego zaszliśmy do pizzerii. Wilgotni i potargani, z błotem na butach, inni byliśmy od schludnej reszty klienteli. Tak wiatr się od powiewu różni. Po jedzeniu na dworze zaczerpnąłem powietrza. Duszno było w tym pachnącym strawą wnętrzu.

Gotycka fara o rzadko spotykanej konstrukcji pseudobazylikowej. Uliczka Spichrzowa, nie zapowiadająca swym wyrazem malowniczego masywu jakim spichrze opadają od strony Wisły. Brama Wodna, niewielka, prowadząca w stronę nabrzeża. Pomnik flisaka u podnóża dawnego opactwa benedyktynek. Taka była trasa naszego spaceru.

Pomnik flisaka znajduje się nad Trynką, kanałem o długości dziesięciu kilometrów, którym doprowadzono z rzeki Osy do Grudziądza wodę pitną, o czym świadczy jego nazwa. Według legendy zaprojektował go Mikołaj Kopernik; niewątpliwie powstał on w XVI wieku.

Wisła za Grudziądzem. Cytadela wśród drzew. Na zalesionym zboczu opuszczony domek o pustych oknodołach. Za ujściem Osy kopuła kolorowego od przebarwiających się jesiennie liści wzgórza. Jego kształt przypomniał mi ostaniec przed Tyńcem, na którym rzekomo swój gródek miał Walgierz Wdały.

Osa wlewała brudnożółtą wodę.

- Jestem zdumiony, że dopływ jest bardziej brudny od Wisły - oświadczył Leszek.
- A znasz rzekę Latrynę? - opowiedziałem mu historię naszych zmagań z rzeką Osą i przestał się dziwić.

W latach 1998 - 1999 pokonaliśmy Osę w ramach dwudniowych wypadów od Osówka powyżej jeziora Płowęż do Wisły, do Zakurzewa. Czterdzieści kilometrów powyżej ujścia Osa przyjmuje z lewej strony przepływającą przez Jabłonowo Pomorskie (i zabierającą wszelkie ścieki jego) Lutrynę i od tego miejsca staje się taka jak jej dopływ: nieprzejrzysta, biaława i śmierdząca. "To Latryna, a nie Lutryna!", skwitował wówczas z obrzydzeniem Bartek. Jakże trafne to było określenie!

Biwak znaleźliśmy z Leszkiem na 847 kilometrze, na prawym wysokim brzegu, na łące urozmaiconej rzadko rozrzuconymi kępami wiklin. Za wałem powodziowym widać kalenice dachów Rusinowa. Długi prosty odcinek Wisły, na którym się znaleźliśmy, zakończony jest z jednej strony Grudziądzem, z drugiej Nowem, miastami wybudowanymi na wzgórzach.

Zajęcia własne na biwakuNisko nad łąką, na wysokości oczu, fruwały jaskółki. Górą przeleciały kluczem żurawie, klangorząc, najpierw ku naszemu zdumieniu na północ, później jak pan Bóg i natura przykazali na południe.

Przy wieczornym ognisku - śpiewy i wspomnienia. Czasów i spływów odległych, ale również bardzo świeże.

Rafał z Barkiem opowiadali o małej wywrotce Prezesa. Drugiego dnia, za Solcem, wysiadał z kajaka "na ryzykownie płytkiej wodzie" i do niej wpadł. "Podparłem się łokciem", krzyknął wtedy, a Rafał dopowiedział: "To się nie liczy!"

Prezes miał tego roku wyjątkową predylekcję do niechcianych kąpieli. Najpierw w marcu na Wełnie, potem dwa razy, w maju i we wrześniu na Wiśle.

Rafał z Bartkiem opowiadali o epitetach, jakimi obdarzali nas, to znaczy mnie i Leszka, gdy znikaliśmy na horyzoncie.

- A potem płyniemy i płyniemy przez Grudziądz, najpierw do mostu, potem za mostem, a was nigdzie nie ma.
- Po prostu stanęliśmy przy starówce...
- A my o was: Ślepe szklanookie ropuchy! Zezowaci pederaści! Ślepe kurwy!
- My też sobie na was używaliśmy: Co za pizdy! Piją tylko i nie wiosłują!
Józiek schlał się i śpi! Rafał zamiast wiosłować, to filmy kręci!
- Na przyszły raz w takich wypadkach trzeba zabierać takie same łódki.
- Może tak.
- Jedynie Piotr Sutorowski świętej pamięci uważał, że kanadyjka jest szybsza od kajaka.
- Dziwny gość jakiś...
- Mylisz się, Leszku. W tym jednym przypadku tylko nie miał racji. Choć gdy byli z Kazikiem na Odrze, Piotr zabrał tak długiego pagaja, że był równy mu wzrostem, i podobno z reguły byli pierwsi. Kazik opowiadał, że wciąż się z nim kłócił, gdyż Piotr chciał płynąć szlakiem żeglownym bo tam nurt lepiej ciągnie, a Kazik wolał ścinać zakręty.
- Co to był za człowiek?
- Piotr był największym zawodnikiem we Włocławku. Chciał zapisać się kiedyś na studencki spływ na Białce. Jak usłyszeli, że stuknęła mu już pięćdziesiątka i polietylena nie ma, odmówili. Sam wówczas pojechał i sam Białkę przepłynął. Na Wełnie skończył się etap, trzeba było czekać dwie godziny za autobusem. My czekaliśmy i piliśmy piwo, a Piotrek się nie napływał, popłynął na kwaterę do Jaracza pod prąd i był tam przed nami. A jak jechałem z nim na Liwę, zbłądziliśmy do gospodarstwa. Piotr spytał się chłopa, jak dojechać do jeziora. Chłop mu na to, że trzeba się cofnąć, przez miasto jechać, tere fere. Od chałupy taka droga w stronę jeziora prowadziła. Piotrek zapytał: Ciągnikiem przejedzie? Przejedzie... To tym też przejadę! I pojechaliśmy jego fiatem, koleiny były do kolan, jechaliśmy jednym kołem po krawędzi a drugim środkiem, ale dojechaliśmy. - Czemu go nie poznałem?
- Rak. Odszedł pięć lat temu.

Deszcz do namiotów nas rozesłał.

Rozdział LXXXVI

Refleksja na dzień agresji

Dziś 17 września 2008 roku. Rocznica odzyskania przez ZSRR odwiecznie rosyjskch ziem Białorusi i zachodniej Ukrainy. Niewiele dni później "wyzwolono" w oparciu o pakt Ribbentrop-Mołotow także kraje nadbałtyckie i rumuńską dotąd Besarabię. Stalin komunikował:
"Rozszerzamy front budownictwa socjalistycznego; jest to korzystne dla ludzkości: za szczęśliwych uznają się przecież Litwini, zachodni Białorusini, mieszkańcy Besarabii, których wybawiliśmy od ucisku obszarników, kapitalistów, policjantów i wszelkiej innej swołoczy".

W dniu 8 sierpnia 2008, gdy kończyliśmy letni odcinek Wisły, Rosja zaatakowała Gruzję. Rosja odbudowuje swoje imperium, a może tylko realizuje własne sny o potędze - nieważne. Reakcja świata była mizerna, albo mówiąc eufemistycznie "wyważona".

Incydent gruziński uwidocznił bezsilność Unii Europejskiej, do której Polska od kilku lat należy, w sytuacjach kryzysowych. Każde z państw zareagowało osobno, bo każde uprawia własną politykę. Konieczna jest większa polityczna centralizacja Unii, jeśli oczekiwać od niej, aby stała się liczącym się podmiotem stosunków międzynarodowych. Jak dotąd jednak znaczenie na arenie międzynarodowej mają raczej poszczególne państwa wchodzące w jej skład a nie Unia.

Unia dzisiejsza przypomina przedrozbiorową Rzeczpospolitą. Podobieństwem między nimi są liczne partykularyzmy oraz trudność szybkiego i skutecznego reagowania. Taka jest cecha federacji. Rzeczpospolita była tylko dalece bardziej sprawna.

Ukształtowana po unii lubelskiej i pierwszych bezkrólewiach Rzeczpospolita, rządzona przez króla i sejm, składała się formalnie tylko z dwóch państw: Korony i Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale w ich ramach istniały organizmy dysponujace znaczną samodzielnością.

Osobny ustrój miały Prusy Królewskie. Jego podstawą był tamtejszy sejmik generalny, bez którego akceptacji nie mogła być wprowadzona na ogół żadna uchwała sejmu Rzeczpospolitej; posłowie pruscy biorąc udział w podejmowaniu uchwał sejmowych wyrażali z reguły na nie zgodę warunkowo. Znaczącą rolę w przeciwnieństwie do innych dzielnic odgrywali w nim przedstawiciele największych miast: Gdańska, Elbląga i Torunia.

Województwa, na które dzieliła się reszta państwa, również posiadały znaczną samodzielność. Zygmunt III skarżył się w 1621 roku: "co województwo, to rzecząpospolitą być chce". Całe niemal ówczesne codzienne życie publiczne skupiało się w ramach województwa: posiadało ono aparat administracyjny,zwłaszcza podatkowy, w jego ramach działały sądy, ono też w razie niebezpieczeństwa organizowało obronę w postaci zebrania pospolitego ruszenia szlachty bądź wystawienia zaciężnych chorągwi wojewódzkich. Co najważniejsze, w województwie zbieraly się też sejmiki, bardzo istotny element parlamentaryzmu. Sejmiki obejmujące ogół miejscowej szlachty osiadłej decydowały o wszystkich sprawach dotyczących swego terytorium (acz wymagało to późniejszego zatwierdzenia przez sejm), wybierały też posłów na sejmy, których wyposażały w instrukcje, odnoszące się do przedsejmowych propozycji króla albo zawierających własne żądania.

Jedną z podstaw federacyjności Rzeczpospolitej była zasada pełnej równości między województwami: żadnemu z nich nawet większość nie mogła nic narzucić. Z tej przyczyny w sytuacji, gdy związani instrukcjami posłowie niektórych województw nie mogli zaaprobować podjętych przez większość decyzji, sejmy zwracały się do sejmików tych województw z prośbą, by na dodatkowo zwołanym sejmiku posejmowym zaaprobowały uchwałę, rewidując swe stanowisko. Mawiało się wówczas, że posłowie "wzięli sprawę do braci". Często do tego dochodziło; rozpowszechnianie się tej praktyki prowadziło do przesuwania ciężaru decyzyjnego z sejmu, którego rola w państwie była podważana, na sejmiki.

Na tą strukturę nakładały się magnackie "państwa", rządzące się osobnymi prawami miasta, rozległe włości Kościoła...

Z historii Rzeczpospolitej można wywieść twierdzenie, że federacyjna struktura może być źródłem słabości państwa, zwłaszcza w konfrontacji z państwami scentralizowanymi. Są jednak państwa federacyjne na świecie, które uważane są za mocarstwa. Celem federacji jest zapewnienie jedności działania przy zachowaniu samodzielności części składowych. Chodzi o to, by wypracować zasady, które umożliwią osiągnięcie tego celu.

Utworzenie z Europy federacyjnego organizmu państwowego jest konieczne, jeśli Unia Europejska ma stać się trwałym związkiem, odgrywającym znaczącą rolę w stosunkach międzynarodowych i potrafiącym skutecznie reprezentować interesy jej członków. W przeciwnym razie może ją spotkać los Hanzy, organizmu gospodarczego i politycznego, będącego luźną federacją miast kupieckich i jednego władcy feudalnego - wielkiego mistrza Zakonu Krzyżackiego. Na przełomie XIV i XV wieku Hanza odgrywała dużą rolę w północnej Europie, dbała o stworzenie jak najlepszych warunków handlu i o uzyskanie jak największych zysków przez swych członków, a nawet prowadziła wojny. Pozbawiona suwerenności państwowej (poszczególne miasta podlegały różnym feudałom świeckim i duchownym) i stałych finansów, w dobie organizowania nowożytnych, coraz lepiej scentralizowanych państw utraciła całkowicie na znaczeniu.

Dziś możemy podróżować po niemal całej Europie, nie będąc narażonymi na kontrole graniczne; jej mieszkańcy posiadają swobodę wyboru na jej terenie miejsca pracy; w wielu jej rejonach ludzie posługują się tą samą walutą; Europa zmierza ku zjednoczeniu. To korzystne dla Polski. Silna Unia leży w polskim interesie, tak jak leży w interesie Europy. Chciałbym wierzyć w to, że historia przekonała Europejczyków, iż współpraca jest korzystniejsza od rywalizacji, zwłaszcza rywalizacji zbrojnej. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje, jak mawia pewien znany mi adwokat.

Przejdź dalej

Copyright © Prywatne Okienko Wuja Mariana

Wybierz z listy: