Prywatne Okienko Wuja Mariana
Serdecznie witam na mojej witrynie

Wisłą w głąb Polski

Poprzednie rozdziały « Wisłą w głąb Polski » » Rozdział LVI » Rozdział LVII » Rozdział LVIII » Rozdział LIX » Rozdział LX » Rozdział LXI » Rozdział LXII » Rozdział LXIII » Rozdział LXIV » Rozdział LXV » Rozdział LXVI » Rozdział LXVII » Rozdział LXVIII » Rozdział LXIX » Rozdział LXX » Rozdział LXXI » Rozdział LXXII » Rozdział LXXIII » Kolejne rozdziały

Rozdział LVI

"Nie znajdzie tu wędrowiec emocyj sportowych"

O siódmej wieczorem na "Herbatniku" mieli spotkanie członkowie fundacji "Ja Wisła". Przyszło około dziesięciu młodych ludzi, bardzo zaangażowanych w to, co robią.
- Tak ich trochę podsłuchałem. Bardzo ambitne plany - ocenił potem Kazik.

Rzeczywiście, co tydzień na barce organizowane są koncerty, w pobliżu można obejrzeć fotograficzną wystawę plenerową dotyczącą dawnej Wisły, można wziąć udział w prowadzonych przez fundację spływach kajakowych po rzekach Mazowsza, a na plaży Desantu wypoczywać na leżakach. Dzięki tym leżakom znaleźliśmy się przy "Herbatniku". W najbliższych planach fundacji były rekonstrukcja drewnianego promu, spacery łódką na Bielany i urządzenie ścieżki spacerowej nad rzeką.

Po zebraniu Przemysław Pasek, szef fundacji, opowiedział nam o losach barki "Herbatnik" i porcie czerniakowskim.

Barka została zbudowana w latach czterdziestych XX wieku. Po wycofaniu z eksploatacji przemysłowej, służyła Warszawskiemu Towarzystwu Wioślarskiemu jako pomost. Skorodowała i zatonęła. Około piętnaście lat leżała na dnie. Fundacja kupiła ją za złotówkę. Po wydobyciu została umieszczona na obecnym miejscu, na terenie dawnej stoczni rzecznej. Służy odtąd za scenę koncertów, które co sobotę się na niej odbywają, gromadząc do dwustu - trzystu widzów.

Port czerniakowski jest najstarszym istniejącym dotąd portem stolicy. Prace nad nim zostały ukończone w 1904 roku. Przy kamiennych bulwarach cumowały statki. Dalej od Wisły znajdowała się pochylnia do wyciągania i wodowania barek i parowców. Zachowały się służące do tego szyny, zagłębione w wodzie. My mogliśmy swobodnie do ich betonowych cokołów burtą dobić. Wkrótce za tym miejscem kanał portowy rozszerza się. Dawniej było w tym basenie zimowisko statków. Obecnie odpoczywają na wodzie kaczki.

Na początku lat osiemdziesiątych Kazik był w Warszawie swoim jachtem, w zasadzie miniżaglowcem, dwumasztową brygantyną, "Karysem". Wejście do portu czerniakowskiego było wówczas zasypane. Kazik kotwiczył dwa dni przy przeciwległym, praskim brzegu Wisły.

Dzięki działalności takich ludzi jak poznani , jak to się dawniej mówiło, aktywiści z fundacji "Ja Wisła", port wrócił do życia. Ocalony został od zasypania, choć były takie plany.

Przed ósmą dopłynęli Agata z Markiem i Arek z Kasią. Zwłaszcza Arek z Kasią byli wymizerowani, przemarznięci.
- Nie spodziewałem się takiej Wisły - wyznał Arek.

Podczas nawiązanych wieczorem kontaktów telefonicznych dowiedzieliśmy się, że na Sanie utonęło tego dnia dwóch kajakarzy - wywrócił ich huraganowy poryw; na Zalewie Włocławskim przeszedł biały szkwał - wywróciło się piętnaście żaglówek na trzydzieści dwie biorące udział w regatach; na Mazurach wiatr osiągał osiem stopni w skali Beauforta i wszyscy żeglarze pozostali w portach.

"Szara, zapuszczona Wisła jest drogą do Bałtyku. Nie znajdzie tu wędrowiec emocyj sportowych, pozna za to Wisłę, spinającą niby klamrą kraj cały, od gór po morze! (...)"

Takimi słowy charakteryzował Wisłę "Tonny" Heinrich, autor pierwszego kompleksowego polskiego przewodnika kajakowego, wydanego w 1935 roku. Rzeczywiście, w normalnych warunkach pływanie największą z polskich rzek nie jest szczególnie emocjonujące, ale wiatrzysko na odcinku warszawskim dostarczyło nam emocji większych niż niejedna pomorska rzeka. Ścieśnione wskutek regulacji koryto na tym odcinku wyjątkowo sprzyja powstawaniu wysokiej fali. Na generowane zachodnim wiatrem falowanie dodatkowo nakładała się siła przeciwstawnego nurtu, wskutek zwężenia silnego i równomiernie wypełniającego całe koryto.

Nie można jednak powiedzieć, że Heinrich nie dostrzegał zagrożeń powodowanych wiatrem w swym przedwojennym przewodniku. W innym miejscu analizując tempo płynięcia podaje on:
"Szybkość spływu zależy od stanu wody i typu łodzi. Kajak na Wiśle pod Warszawą przy średniej wodzie przebywa 10 km/godz. (pod prąd 4 - 5 km/godz.). Etapy dzienne wynoszą około 50 km.
Wskazana jest rezerwa około 20% czasu na przeciwny wiatr i niepogodę. Jazda pod wiatr jest bardzo uciążliwa i powolna".

Nie jest Wisła szlakiem łatwym. Wymaga pewnej wiedzy nawigacyjnej i daleko posuniętej zdolności przewidywania, by bezpiecznie po niej pływać. Spokój wód wiślanych jest spokojem złudnym. Łatwiej pokonać Brdę od Wisły.

Piliśmy wódkę i rozmawialiśmy. Leszek wczoraj pił, dzisiaj pił, w ogóle nie odmawiał. Po przypłynięciu udał się do miasta na spotkanie ze znajomym. Długo go nie było. Wódki jednak nie kupił, a może kupił, ale nie postawił? Postawa Leszka rozdrażniła Marka i jego flaszeczkę wypiliśmy pomiędzy naszymi dwoma namiotami rozbitymi twarzą w twarz, albo wejście w wejście.

Marek opowiadał o ojcu. Pochodził spod Kościerzyny i w czasie I wojny światowej walczył jako żołnierz niemiecki pod Verdun. Po wybuchu drugiej wojny uciekł z rodziną do Starachowic, do krewnych. Bał się, żeby go ponownie do Wehrmachtu nie wzięli.

Marian opowiadał o swojej samotnej wycieczce do sklepu. Przeszedł parę kilometrów Warszawy z naszego położonego na uboczu biwaku i przyniósł oprócz zakupów obserwacje. Na słupie ogłoszeniowym znalazł cykl plakatów antynikotynowych. Bardzo mu zapadły w pamięć, bo po wielekroć hasła z nich zaczerpnięte cytował. "Papierosy są do dupy". "Palę więc śmierdzę". "Papieros służy do zabijania nie do szpanowania".

Wuja Marian palił kiedyś dwie paczki dziennie i woził ze sobą na spływy "wagon" papierosów, by mu broń Boże nie zbrakło. Kilka lat temu zerwał z nałogiem i nie pali. Mało osób z naszej grupy jest palaczami, co nie oznacza, że jesteśmy reprezentatywną częścią społeczeństwa. Oznacza to tylko, że zaszła wielka zmiana w tym zakresie w odniesieniu do przeszłości. Przed dwudziestu - trzydziestu laty niemal wszyscy dorośli na spływach palili, jeśli nie nałogowo, po kilkadziesiąt papierosów dziennie, to chociaż trochę, dla towarzystwa, popalali. Palenie należało do bon tonu. Nawet prezenterzy w telewizji siedząc z nogą założoną na nogę epatowali widza trzymanym w dłoni papieroskiem. Tak było wówczas modnie i na luzie. Dziś jest to nie do pomyślenia.

Rozdział LVII

Zanieczyszczenie Wisły

Na barce "Herbatnik" miała miejsce kilka dni temu konferencja Greenpeace z prezydentem Warszawy Hanną Gronkiewicz-Waltz, związana z odbywającym się w medialnym zamieszaniu spływem tratwą, który ścigaliśmy. Przedstawiciele Greenpeace zostawili właścicielom barki gazetki z raportem o stanie wód wiślanych, opatrzonym tytułem "Rzeka nie jest ściekiem". Dostaliśmy je rankiem od prezesa fundacji "Ja Wisła" wraz z płóciennymi, funkcjonalnymi torbami z nadrukiem Wiślanej Pani.

Z raportu wynikało, że Wisła jest rzeką straszliwie zanieczyszczoną. Oto kilka danych zaczerpniętych z tej publikacji.

Według obowiązującej w Polsce do 2004 roku trzystopniowej klasyfikacji wód na podstawie kryterium fizykochemicznego i bakteriologicznego wyróżnić można wody klasy I - zdatne do picia, wody klasy II - zdatne do hodowli zwierząt i wody klasy III - zdatne do nawadniania upraw. Pozostałe wody to wody pozaklasowe, nie odpowiadające normom.

Wisła według danych z 2003 roku jedynie na odcinku do Ustronia prowadzi wodę klasy III. Następnie aż do ujścia Iłżanki jej wody są pozaklasowe. Odcinek do granic Warszawy znów mieści się w III klasie czystości. Od Warszawy do Włocławka woda rzeczna znów nie mieści się w normach. Później jak w kalejdoskopie: koło Włocławka - III klasa, do ujścia Tążyny - pozaklasowa, do Bydgoszczy - III klasa, do ujścia Osy - pozaklasowa. Dopiero w ujściowym odcinku widać poprawę - od ujścia Osy aż do morza Wisła prowadzi wody oceniane na II klasę czystości.

Najważniejszymi sprawcami zatrucia wód wiślanych są miasta i zakłady przemysłowe. Kopalnie węgla kamiennego Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego emitują do Wisły rocznie 3,3 miliony ton soli, rozpuszczonej w odprowadzanych do rzek wodach kopalnianych. Miasta śląskie zrzucają do rzek dorzecza Wisły dziesiątki milionów metrów sześciennych nie oczyszczonych ścieków komunalnych. Ze składowisk odpadów poprodukcyjnych do wód przedostają się związki fenolowe, metale ciężkie, dioksyny i inne. Niektóre zakłady - w tym włocławskie zakłady chemiczne "Anwil" - odprowadzają też niedostatecznie oczyszczone ścieki. Według danych Greenpeace w ściekach "Anwilu" znaleźć można toksyczne związki organiczne zawierające chlor, takie jak silnie rakotwórcze chlorobenzeny, heksachlorobutadien i wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne: antracen i piren.

Po zapoznaniu się z gazetką Greenpeace Agata była oburzona.
- To nieprawda, to o "Anwilu". Z jakich lat oni mają te dane? Nie podali... A oczyszczalnia jest już dziesięć lat! Badamy przecież te ścieki!

Agata i Marek pracują w "Pro-Labie", laboratorium chemicznym przy "Anwilu".

Można było mieć zastrzeżenia do raportu Greenpeace. Informacje dotyczące czystości wód Wisły, opublikowane w sierpniowym numerze polskiego wydania National Geographic, prezentowały stan rzeczy w roku 2000 następująco: do Goczałkowic - woda I klasy czystości, dalej aż do ujścia Wisłoki - woda nie odpowiadająca normom, do ujścia Iłżanki - III klasa czystości, do Góry Kalwarii - II klasa, odcinek warszawski do ujścia Narwi - III klasa, do Wyszogrodu - II klasa, do Włocławka - III klasa, od Włocławka aż do ujścia - II klasa za wyjątkiem odcinka w rejonie Torunia - I klasa czystości.

Mieliśmy się przekonać już wkrótce, że dane Greenpeace są bardziej wiarygodne. Nie ulega wątpliwości, że bezpośrednio za Warszawą wody wiślane nie mogą odpowiadać żadnym normom.

Prezes fundacji "Ja Wisła" zreferował nam, że z lewobrzeżnej Warszawy około 25 procent ścieków jest dobrze oczyszczonych. To zasługa otwartej w 2005 roku oczyszczalni "Południe". Ścieki Warszawy prawobrzeżnej są oczyszczane przez działającą od 1991 roku oczyszczalnię ścieków "Czajka". To około 40 procent. Reszta ścieków, głównie z lewego brzegu, nie jest oczyszczana w ogóle, nie przechodzi nawet przez odstojnik, wpada wprost do rzeki. To około 50 milionów metrów sześciennych nieczystości rocznie. Czyni to Warszawę największym pojedynczym emitentem zanieczyszczeń do Wisły.
- Masakra! Sami zobaczycie!

Unia Europejska narzuciła Warszawie, że do 2010 roku musi uruchomić oczyszczalnię w pełni odpowiadającą jej potrzebom. Obecnie jest ona chyba jedynym ponadmilionowym miastem Europy, jedyną europejską stolicą, która swoje ścieki zrzuca do rzeki bez oczyszczenia.
- Pewnie się jak zwykle spóźnią, o rok, dwa, ale zrobią!

Rozdział LVIII

Wizje warszawskiego Powiśla

Marian i Kaziu poszli po wodę do Straży Miejskiej, mającej siedzibę w budynku odległym o dwieście metrów od "Herbatnika". Na murze dookoła rozwieszone były zdjęcia starej Wisły, sprzed stu lat, bardzo ciekawe wedle ich opinii. Ja nie poszedłem. Michał nie chciał iść, chciał się pakować i już płynąć. Chciał być jak codzień pierwszy na wodzie.

Postój w Warszawie spowodował, że popadliśmy w dwudziestokilometrowe opóźnienie w stosunku do ułożonego przed wyjazdem planu. Wypływałem zdeterminowany na co najmniej czterdziestokilometrowy etap.

W porcie minęliśmy kilka barek mieszkalnych, udekorowanych kwiatami a nawet tujami w donicach. Wpływając wczoraj nie zwróciłem na nie uwagi.

Przed pomnikiem Syrenki przy brzegu zacumowane stały dwie barki - hotele.
- To się kiedyś nazywało koszarki. Od koszar. Pracownicy, co na wodzie pracowali, w nich mieszkali - powiedział Kaziu.

Mijaliśmy kolejne mosty: ażurowe, betonowe, stalowe, linowe. Kolejowe i drogowe. Most Poniatowskiego, Średnicowy, Świętokrzyski, Śląsko-Dąbrowski, Gdański... Łomotały po nich przelatujące pojazdy, trzeszczały konstrukcje. Cicha u stóp filarów szemrała Wisła.

Istnieje polska wersja baśni o Syrenie. Od pasa kobiecie pięknej, do pasa zamiast nóg rybi ogon mającej. Śpiewała w noce księżycowe cudnie wśród brzóz, przy ruczaju i ludzie przebiegli i chciwi postanowili ją uwięzić, by przekazać w darze księciu na Czersku, oczekując w zamian za dziwo sporych beneficjów. Schwytali ją więc, związali i do rana oddali pod dozór pastucha Staszka. Nie powiedzieli tylko, by uszy zatkał sobie woskiem, bo śpiew syreny niewoli umysły i rządzi nimi. Syrena wykorzystała to, śpiewając cudnie i oszałamiająco nakłoniła Staszka, by rozciął krępujące ją postronki i powędrowała do wody, by tam wygłosić pożegnalną mowę.

"Kochałam cię, ty brzegu wiślany, kochałam was, ludzie prości i serca dobrego, byłam waszą pieśnią, waszym czarem życia!
Czemuż wzięliście mnie w niewolę, czemuż chcieliście, abym w pętach, w więzieniu, na rozkaz książęcy śpiewała?
Śpiewałam wam, ludzie prości, ludzie serca cichego i dobrego, ale na rozkaz śpiewać nie chcę i nie będę.
Wolę skryć się na wieki w fale wiślane, wolę zniknąć sprzed waszych oczu i tylko szumem rzeki do was przemawiać.
A gdy nadejdą czasy ciężkie i twarde, czasy, o których nie śni się ani wam, ani dzieciom i wnukom dzieci waszych śnić się jeszcze nie będzie, wtedy, w lata krzywdy i klęski, szum fal wiślanych śpiewać będzie potomkom waszym o nadziei, o sile, o zwycięstwie".

Syrena na zawsze zniknęła w rzece, z nią Staszek. Miasto wyrosłe w miejscu tego zdarzenia Syrenkę przybrało sobie za herb. Rzekę, w której syrena się skryła, miasto to niszczy i pęta, kontynuując tradycje prześladowców pół ryby, pół kobiety.

Taką wersję legendy spisał przed stuleciem Or-Ot. Bardziej odpowiednia do warszawskiej syrenki wydaje się jednak inna wersja, zgodnie z którą nadwiślańscy mieszkańcy zbrojnie uwolnili syrenkę i w zamian za to obiecała im ona pomoc w potrzebie. Wyjaśnia ona, dlaczego atrybutami godła Warszawy są tarcza i miecz.

W wybetonowanych nabrzeżach co chwilę czernią się czeluście kanałów burzowych, co chwilę wyzierają z nich rury, zapewne kanalizacyjne. Kapała z nich cienka ciecz.

Przypomniało mi się przejmujące zakończenie filmu "Kanał" Wajdy, w którym Wisła jest symbolem wolności. Bohaterowie filmu docierają do niej śmiertelnie znużeni, po długiej podziemnej wędrówce, by przekonać się, że dzieli ich od niej nieprzełamywalna krata.

Płynęliśmy wzdłuż starówki, oddzielonej od rzeki chwastami, brudnoszarym betonowym nabrzeżem, pasem zieleni i trasą szybkiego ruchu. Ze starówki nikt nad Wisłę nie dociera, tak skutecznie ją człowiek od miasta odgrodził.
- Bulwary to mają do tyłka - ocenił Arek.

Nie zrobiłem żadnego zdjęcia. Kościoły, dachy i wieże pojawiały się i znikały za krzakami i wierzchołkami drzew. Tu fragment, tam fragment. Nie miałem koncepcji, co i jak sfotografować.

Było pochmurno.

Warszawa zapomniała o tym, że leży nad rzeką, jak zauważył trafnie piszący przed pięćdziesięciu laty Jasienica, i ten stan świadomości nie uległ zmianie.

W XVII wieku przy zamku królewskim znajdował się kamienny taras, na którym para monarsza jadała w porze letniej lub grywała w bilard. Od tarasu ku rzece stopniami opadały dwa ogrody. "Górny, kwiatowy, zdobiły rzeźby oraz kryte pozłacaną miedzią baszty, skąd otwierał się piękny widok na Wisłę. Dolny ogród przypominał raczej park. Snuły się po nim jelenie i daniele, biły fontanny, istniała zasilana wodą bieżącą sadzawka".

Oprócz tego idyllicznego zakątka nad Wisłą były też miejsca cumowania statków i przeładunku. Umocnione palami i kamieniami nabrzeża, piaszczyste dróżki prowadzące do miasta, pływające przystanie i drewniane szopy. Istniały, nie zmieniając się zanadto, raczej tylko przystosowując do wymogów stawianych przez coraz to nowe środki transportu, zwłaszcza po erupcji żeglugi parowej. Przeobraziła biedne Powiśle dopiero budowa Wisłostrady w czasach nam bliskich, ale należących już do poprzedniej epoki, gdy krajem rządziła jedyna słuszna Partia - Przewodnia Siła Narodu.

Zygmunt Gloger, pierwszy wodniak-krajoznawca przy okazji swego spływu Wisłą w 1899 roku marzył: "Można mieć dopiero nadzieję, że w przyszłości wielki gród pozyska bulwary, które mu się należą. Gdzie indziej w miastach nadbrzeżnych ruch publiczny ześrodkowuje się nad wodą. U nas przeciwnie, jak u prawdziwych Polan, nawet zgiełk mieszczański uciekł od Wisły w pola".

Budowa Wisłostrady zlikwidowała biedne Powiśle definitywnie. Odcięła ona miasto od rzeki na amen, co jest wprost sprzeczne ze ziszczeniem się tęsknot Glogera. Nie o to mu chodziło. Myślał o bulwarach na wzór paryskich czy krakowskich, które zbliżyłyby do rzeki pałace, kamienice i kościoły miasta, malowniczo spiętrzone na wyżynie. Jeśliby dożył realizacji owej jednej z wielkich budów socjalizmu, jaką była Wisłostrada, pogłębiłaby jego frustrację.

Wojciech Zabłocki, polski znakomity szablista i architekt, lansował od dawna wizję organizacji w Warszawie olimpiady. Obiekty olimpijskie miałyby być usytuowane wzdłuż Wisły, połączone ciągami pieszymi i rowerowymi.

Koncepcja utworzenia nowoczesnego bulwaru, stanowiącego oś miasta, kierującego jego uwagę ku rzece, mimo całego cechującego ją polotu, wydaje się w realiach istniejącej Wisłostrady tylko pięknym mirażem, podobnie jak wizja Warszawy jako stolicy olimpijskiej.

Gdyby nie było takich wizjonerów jak Wojciech Zabłocki, nie byłoby wielu godnych podziwu rzeczy.

Rozdział LIX

Sztuka interpretacji historii

Wśród drzew za Śródmieściem dostrzec można z rzeki mury Cytadeli. Są jak migawki. Pojawiają się i znikają wśród zieleni.

Ta miejska twierdza została zbudowana po powstaniu listopadowym przez Rosjan w celu sprawowania kontroli nad miastem, które nastręczyło im tyle kłopotów. Oprócz militarnej funkcji nadzorczej stała się też miejscem więzienia i straceń polskich patriotów. Po odzyskaniu niepodległości Cytadelę we władanie objęło polskie wojsko i tak jest zasadniczo do dzisiaj.

21 sierpnia 1925 roku na stokach Cytadeli zostali powieszeni trzej komuniści: Władysław Hibner, Władysław Kniewski i Henryk Rutkowski. W ten sposób został wykonany wyrok sądu orzekającego w trybie doraźnym, którym zostali skazani za czyn sprzed niewiele ponad miesiąca wcześniej, uznany za akt terroryzmu, dokonany przez zasługujących na społeczne potępienie wywrotowców.

Hibner, Kniewski i Rutkowski z polecenia Komunistycznej Partii Polski zamierzali zabić Józefa Cechnowskiego, konfidenta policyjnego infiltrującego polskie środowisko komunistyczne. W czasie przygotowań do zamachu 17 lipca 1925 roku na ulicy zostali wylegitymowani przez policjantów, którzy stwierdzili fałszywość dokumentów Hibnera i zażądali, by zatrzymani udali się do komisariatu. Niedoszli zamachowcy wyciągnęli broń, otworzyli ogień, raniąc jednego z policjantów i rzucili się do ucieczki, wbiegając między przechodniów. Po długotrwałym pościgu - Hibner i Rutkowski uciekali porwaną dorożką, policjanci ścigali ich taksówką - i po strzelaninie wszyscy zbiegowie zostali schwytani. W trakcie zajścia zginął jeden policjant i jeden przechodzień, a kilka osób zostało rannych.

Po zakończeniu II wojny światowej trójka zamachowców została uznana za bohaterów przez władze komunistycznego państwa. Bardzo potrzebowało ono odpowiadających potrzebie chwili bohaterów, w historii Polski nie było wielu odpowiednich kandydatów. W parku na zboczach Cytadeli założonym w 1950 roku umieszczony został symboliczny grobowiec straconych tu "niezłomnych bojowników rewolucji", a wiele ulic w polskich miastach otrzymało od ich nazwisk nazwy.

Miejsce stracenia zostało zatem wybrane nieszczęśliwie. Umożliwiło ono propagandzie komunistycznej na budowanie historycznych paraleli. Obok siebie stawiano bojowników z czasów powstania styczniowego z Trauguttem na czele i trzech zamachowców z 1925 roku. Obok siebie stawiani byli też prześladowcy: zbrodniczy carat oraz siepacze z burżuazyjnej Polski. Czyli z jednej strony rzecznicy postępu, których ofiara nie poszła na marne, z drugiej obrońcy wstecznictwa, skazani na przegraną w wielkim pochodzie dziejów.

Propagandziści komunistyczni byli mistrzami kształtowania historii. Wszak ideologia marksizmu - leninizmu podporządkowała sobie całą historię ludzkości, logicznie tłumacząc jej rozwój od epoki wspólnot plemiennych poprzez kolejne ustroje niewolnictwa, feudalizmu, kapitalizmu, kolejne kamienie milowe na drodze do najdoskonalszego komunizmu. Podporządkowywała sobie też całą tradycję lewicy europejskiej, stawiając w gronie swych antenatów Wielką Rewolucję Francuską, Wiosnę Ludów, Czerwonych z polskiego Powstania Styczniowego, a nawet wielu poetów, jeśli tylko pisali o socjalizmie, jak czynił to przykładowo Norwid.

Nie ważne jest, jak było naprawdę. Ważne, jak się o tym opowie i aby ludzie w tę opowieść uwierzyli.

Naginanie historii do pozanaukowych, zwłaszcza politycznych, celów ma długą tradycję.

Nauka niemiecka, przodująca w dziedzinie badań prahistorycznych w XIX wieku, sformułowała tezę, że ziemie na północ od Sudetów i Karpat stanowiły "odwieczne" siedziby ludów germańskich. Odsunęły się one w kierunku granic Cesarstwa Rzymskiego w V - VI wieku, a tereny dotąd germańskie zajęte zostały przez dzikich Hunów i niewiele mniej dzikie plemiona słowiańskie. Z tego punktu widzenia dzieje późniejszej ekspansji niemieckiej na wschód, najpierw na Połabie, potem do Czech czy Polski, z rozbiorami tej ostatniej włącznie, były niczym innym tylko rekonkwistą tych obszarów, czymś w rodzaju narzędzia dziejowej sprawiedliwości.

W odpowiedzi poznański archeolog Józef Kostrzewski sformułował tezę odwrotną. To Słowianie na terenach między pasmami gór i Bałtykiem byli autochtonami. Taki stan rzeczy istniał co najmniej od czasów tzw. kultury łużyckiej, jednej z najwspanialszych kultur archeologicznych tzw. "barbarzyńskiej" Europy epoki brązu i wczesnej epoki żelaza, z czasów której pochodzi gród w Biskupinie.

Obie te tezy były możliwe do obrony, bo są archeologicznie nieweryfikowalne. Nie zachowały się żadne ślady świadczące o etnicznej przynależności wytwórców owych znalezisk, nie ma też źródeł pisanych odnoszących się do tych dalekich czasów.

Jednym z najlepiej znanych przykładów patrzenia na historię przez pryzmat współczesnych doświadczeń i wykorzystywania przeszłości dla realizacji celów aktualnych jest mit krzyżacki, który był wykorzystywany ideologicznie zarówno przez Niemców jak i przez Polaków.

W państwie niemieckim twierdzono, że Krzyżacy, nosiciele postępu, ucywilizowali zajęte ziemie, zakładając miasta, budując kościoły i zamki, wśród nich ten największy - Marienburg, odbudowany na fali historyzmu w XIX wieku. Zwycięstwo pod Tannenbergiem w 1914 roku było sprawiedliwym odwetem na Słowiańszczyźnie za Grunwald. Krzyże noszone na płaszczach przez rycerzy Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie posłużyły za wzór Krzyża Żelaznego, najbardziej znanego wojskowego odznaczenia w historii Niemiec.

W Polsce utożsamianie Krzyżaków z Niemcami spopularyzowało się dzięki Sienkiewiczowi. Niemcy - Krzyżacy byli postrzegani jako odwieczny wróg polskości. Śpiewano:
"Do krwi ostatniej kropli z żył
bronić będziemy ducha,
aż się rozpadnie w proch i pył
krzyżacka zawierucha".

Polityka historyczna, interpretowanie i przedstawianie historii w sposób odpowiadający z góry przyjętym założeniom, istniała od zawsze, od kiedy tylko pojawiły się państwa i człowiek nauczył się opisywać przeszłość. Funkcjonuje ona także teraz. Głośno było ostatnio o mającym powstać filmie dotyczącym obrony Westerplatte. Państwowa kinematografia odmówiła przyznania funduszy na ten obraz, gdyż scenariusz został oceniony jako nie dość heroiczny. Występujący w nim żołnierze przedstawieni zostali jako ludzie uganiający się za babami, pijący wódkę, mający różne zdania, tchórzliwi, nie dość patetyczni. Tymczasem takie zachowania obrońców są przecież prawdopodobne, byli tylko ludźmi. Scenariusz nie kwestionuje tego, że mimo wszystkich swych wad wytrwali na posterunku przez tydzień, wielekroć dłużej aniżeli tego od nich oczekiwano. Historia w nim opisana wydaje się ciekawsza aniżeli opowiadana z akademickiego koturna.

Bez odnoszenia się do teraźniejszości historia byłaby tylko igraszką umysłu. Świat wyłaniający się z lektury książek historycznych znaczyłby tylko tyle, co fikcyjny świat wykreowany przez Tolkiena. Historia opisuje przecież rzeczywistość, która nie istnieje.

Zarazem wszystko, czego się uczymy, jest historią. Uczniowie w szkole nie tyle uczą się matematyki, chemii, fizyki, co poznają historię matematyki, chemii, fizyki. Dowiadują się, że był ktoś taki jak Newton i uznają za własne jego prawo powszechnego ciążenia, jakże łatwo sprawdzalne. Później dowiadują się o tym, że istniał taki ktoś jak Einstein i w jego teorię także wierzą, jego równaniem się posługują. Dowiadują się, że niektóre teorie uważane dawniej za wyjaśniające istotę funkcjonowania świata nie okazały się prawdziwe i zostały zakwestionowane w całości albo w części. Może się tak stać i z aktualnie uznawanymi prawami.

Tak oto spełnia się w życiu łacińska paremia: historia magistra vitae est.

Rozdział LX

Wszystko płynie

W pobliżu odejścia na prawo Kanału Żerańskiego przy lewym brzegu było sporo zatopionych głazów. Akurat tamtędy płynęliśmy, był to brzeg zawietrzny. Utknęliśmy na czubkach kamieni, najpierw Marian, potem ja. Ostrożnie się zsuwaliśmy, by łódek nie uszkodzić.

Z lewej strony nad las na szczycie wzgórza wystają białe wieże kościelne. To klasztor kamedułów na Bielanach, drugi z kolei nad Wisłą, założony na odludziu, podobnie jak krakowski. Las przy nim to rezerwat "Las Bielański", pozostałość wschodniej części Puszczy Kampinoskiej.

Wypatrywałem ujścia osławionego kolektora. Pamiętałem sprzed lat, że najpierw ujrzymy kłębiącą się białą chmurę mewią; nic się nie zmieniło.

Mewy kołowały nad wylotem sporej wielkości kanału ściekowego i wyławiały sobie obiadek. Poczuliśmy smród, a później zobaczyliśmy to, co wabi mewy i nie tylko.

Tuż za wylotem kolektora stały dwie łódki, wędkarze moczyli z nich swe kije. Kasia była zszokowana.
- Naturalna zanęta tam wpływa - próbowaliśmy wyjaśnić jej postępowanie wędkarzy.
- Pewnie na sprzedaż łowią...
- Co ty! Tu po prostu duże sztuki biorą.
- I jedzą je?!
- Ryba jak to ryba. Jeśli złowi ją kilometr wyżej, to myślisz, że tego nie jadła?
- Ale że się im chce w tym szambie siedzieć.

Nie mogliśmy nadziwić się wędkarzom.
- Pierwszy raz płynę między kawałkami gówien i jestem zaskoczony - oznajmił Arek. - Co tu musi być w osadach?!
- Dlaczego ekologowie nie grzmią na alarm? - dziwiła się Kasia.
- Ależ grzmią. Nie czytałaś Greenpeace?
- Niepojęte, że takie wielkie miasto sobie na to pozwala. Boję się wiosłować, żeby na Marka nie chlapnąć - zaczęła Agata i kontynuowała:
- Był pomidor z cebulą, a teraz wacik pływa. Jak patrzę na wodę, to chyba się porzygam.

Opowiedziałem o spływie z 1995 roku, gdy za Warszawą zdobywaliśmy kilometry w ulewnym chwilami deszczu, przy wichrze podrywającym do góry pióra wioseł, wbrew przeciwnej fali. Nie mogliśmy się nie chlapać. Nie chlapać się nie dało.
- Dobrze, że ten deszcz padał, bo was opłukał - pocieszył mnie Kaziu.

Płynął wówczas z nami pewien kolega, który nie zabrał antydeszczu. W wielkim czarnym worze foliowym wyciął otwory na ręce i głowę, i tak płynął, siedząc w kajaku po turecku, bo tak mu było rzekomo najwygodniej. Na biwak dopłynął ostatni. Wyglądał z oddali jak mroczny krzyżowiec, w szarpanej wiatrem czarnej pelerynie.

Była wtedy fatalna pogoda. Pod datą 3 września 1995 zapisałem w pamiętniku:
"Zziębnięci i znużeni rozbiliśmy się na noc na wysokim brzegu pod topolami na 538 kilometrze. Wydawało się, że oprócz nas, wichury i dżdżu nie ma na świecie nikogo. Rankiem dopiero następnego dnia ujrzałem za powodziowym wałem dachy. Za nami całą noc czaiła się anonimowa nadwiślańska wioska".

Problem ścieków warszawskich jest problemem zadawnionym.

Zygmunt Gloger przed stu laty pisał ironicznie: "Że Warszawa jest już wielkim miastem, można to poznać nawet kilkanaście mil poniżej, idąc wzdłuż brzegiem Wisły i przypatrując się, co wyrzucają jej fale na piasek nabrzeżny. Jak wiadomo, wielki kanał ściekowy odprowadza do koryta Wisły pod Bielanami wszystkie śmiecie z wielkiego miasta, a wśród nich miliony korków od piwa i tutek z papierosów. Otóż to wszystko nie odpływa do Gdańska, ale pozostaje na wybrzeżach Wisły, tworząc rodzaj śmietnika na krawędzi wody, począwszy od Bielan i Jabłonny aż za Wyszogród".

Bronisław Jastrzębski w wydanym w 1960 roku przewodniku po wodach Polski podawał: "Niżej Bielan wylot kolektora ściekowego; woda b. silnie zanieczyszczona".

W ramach ciekawostki można dodać, że na kolejnej stronie tenże Jastrzębski, świadomy niewątpliwie skali zanieczyszczeń, podaje: "Na wysokości Rajszewa (12 km poniżej Bielan) ma być w ciągu planu pięcioletniego wybudowany stopień wodny, w wyniku czego powstanie jezioro sięgające do Wilanowa. Na zaporze zostanie wybudowana droga, elektrownia wodna, jazy, śluza dla ruchu statków. Powstaną duże ośrodki sportów wodnych i wczasów świątecznych".

Te ośrodki sportów wodnych i wczasów świątecznych nad tak zanieczyszczoną rzeką miałyby pewnie niesłychane wzięcie wśród "pracującego ludu robotniczej Warszawy". Szczęściem socjalistycznym planistom nie udawało się realizować wszystkich świetlanych planów...

Problem ścieków warszawskich nie jest problemem odosobnionym. Jest jednym z wielu dowodów niskiej świadomości ekologicznej społeczeństwa.

W 2000 roku płynęliśmy z Kazikiem i Bartkiem Pasłęką. Przy przenosce w Pierzchałach asystował nam chłopczyk, mieszkający na piętrze budynku elektrowni. Zapytałem, gdzie mógłbym wyrzucić śmieci.
- O tu, tu wszyscy wyrzucają - wskazał rzekę, która miała w tym miejscu może ze dwa metry głębokości, ale była tak klarowna, że ryby buszujące nad piaszczystym dnem między fantazyjnymi skrętami wodorostów wydawały się w zasięgu ręki.

Tacy chłopcy i ich rodzice (takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie!) potrafią sprawić, że nie będziemy mieli czego i jak obserwować w rzekach.

Nuciłem płynąc dalej piosenkę, którą, zasłyszaną w programie "Spotkanie z balladą", podzielił się z nami Wuja Marian w czasach, gdy zaczynał pływać:
"Wszystko płynie powiedziałeś Heraklicie
I o rzekach mówiąc prawdy byłeś blisko.
Dziś nam bardzo sens tych słów zmieniło życie
Dzisiaj wiemy w naszych rzekach płynie wszystko.
Wystarczy spojrzeć..

Mało cenzuralne ścieki komunalne
Puszki po konserwach, wędkarz cały w nerwach,
Kijanki, fenole, smary oraz olej
Różne detergenty, szczupak całkiem śnięty

Znalazł ktoś dopiero tlenu w wodzie zero,
Na pociechę pociech trzy zduszone płocie.
Czysta woda proszę bardzo wedle chęci
Zwykły kran i woda płynie, woda czeka
Lecz by można tak po prostu kran odkręcić.
Musi być gdzieś z czystą wodą czysta rzeka.
Z której znikną...

Mało cenzuralne ścieki komunalne
Puszki po konserwach, wędkarz cały w nerwach,
Kijanki, fenole, smary oraz olej
Różne detergenty, szczupak całkiem śnięty.
Ścieki sobie mogą płynąć inną drogą,
Jeśli naturalnie mamy oczyszczalnie".

Rozdział LXI

Ujście Bugu czy Narwi?

Zatrzymaliśmy się na plaży. Wśród wiklin popękany muł, pozostałość po wielkiej wodzie, tworzył twardą skorupę. Kruszyła się pod stopami.

Na wysepkach posiadywały gromady kormoranów, czasem po sto osobników, ściśniętych jeden obok drugiego.

Wiatr wiał jak zwykle w mordę. Nie tak silny jak wczoraj, ale uciążliwy.

Rzadko słońce przez chmury wyjrzało.

To stary spichrz forteczny, wzniesiony w widłach Wisły i NarwiZaraz za mostem między Nowym Kazuniem a Nowym Dworem Mazowieckim na prawym brzegu widać monumentalną budowlę. To stary spichrz forteczny, wzniesiony w widłach Wisły i Narwi, tak urządzony, że statki ze zbożem mogły przybijać od strony Narwi do schodów, prowadzących w korytarze gmachu. Według Glogera to najokazalszy obiekt, jaki wzniesiono w drugim ćwierćwieczu istnienia Królestwa Kongresowego. Robi wrażenie, zwłaszcza panoplia wokół olbrzymiej bramy i maszkarony zdobiące jeden ze szczytowych parapetów. Andrzej Wajda wykorzystał jego malowniczą sylwetę i w ekranizacji "Pana Tadeusza" spichrz zagrał rolę zamku Horeszków. Z sieni gmachu dostrzec można przez wysoki łuk bramy wodnej fortyfikacje centralnej części twierdzy Modlin, przemianowanej przez Rosjan po upadku Powstania Listopadowego na Nowogeorgijewsk. Znajdują się one po drugiej stronie Narwi, rzeki czystej, przezroczystej. Zeszliśmy, by zanurzyć w niej dłonie.

Cypel między rzekami przedłużony jest główkąCypel między rzekami przedłużony jest główką. Leszek nie ominął jej, wpłynął na kamienie i utknął. Musiał wysiąść, by sprowadzić kajak. Zdarzyło mu się to już po raz drugi tego dnia.
- Czy specjalnie tak pływasz po ostrogach?
- Zagapiłem się, wiesz, i potem mogłem już tylko starać się spływać.

Zatrzymaliśmy się na biwak wkrótce za mostem szosy prowadzącej z Warszawy do Gdańska. Było to niedaleko od połączenia rzek i wzdłuż brzegu płynęła wciąż czysta, narwiańska woda.
"Tam Narew leśna, którać zajdzie w oczy
Z prawego brzegu czarne wiery toczy (...)
Przy swoim lądzie daleko się wiesza,
Niźli się z wiślną macicą pomiesza".

Takimi słowy Klonowic opisywał w XVI wieku połączenie obu rzek i do dziś opis zachowuje aktualność. Narew ma wodę jakby ciemniejszą, bardziej przezroczystą od zbełtanej Wisły, dodatkowo zanieczyszczonej za Bielanami. Obie te wody wolno się mieszają.

Rzeka uchodząca w Modlinie do Wisły to jej największy dopływ. Nazywa się ją Narwią, tak było w wieku XVI i tak było w wieku XIX. Później pojawiła się teoria, że to Narew do Bugu uchodzi, a zatem do Wisły uchodzi Bug. Wiązało się to z rozwojem nauki. Zaczęto badać przepływy w rzekach, mierzyć ich długości i okazało się, że Bug jest dłuższy od Narwi w miejscu ich połączenia, natomiast Narew niesie średniorocznie więcej wody. Dla pogodzenia zwolenników teorii twierdzącej, że ważniejsza jest rzeka, która niesie więcej wody i teorii przekonującej, że ważniejsza jest rzeka dłuższa, ukuta została nazwa Bugonarew dla ostatniego prawie czterdziestokilometrowego odcinka połączonych Bugu i Narwi. Gdyby bowiem iść dalej tokiem myślenia zwolenników teorii dystansowej, należałoby przemianować także odcinek Wisły poniżej Modlina na Bug, albowiem w Modlinie Bug jest od dotychczasowego biegu Wisły dłuższy. Dopiero w 1962 roku kwestię tą rozwiązano, nadając urzędowo ujściowemu odcinkowi obu rzek do Wisły nazwę Narew. Względy historyczne przeważyły. Nazwa Bugonarew dla tego odcinka mimo to przetrwała. Dotąd niektórzy się nią posługują.

Rozbiliśmy namioty na trawach między wierzbiną i zająłem się obiadem, a tymczasem mój kajak odpłynął. Czy Michaś go zepchnął przypadkiem, bawiąc się na piasku, czy fala od płynącej motorówki go rozkołysała - nie wiadomo. Na szczęście utknął ze sto metrów niżej w gałęziach zatopionego drzewa, sterczących z wody. Wypatrzyłem go, pobiegłem do niego, wsiadłem i do biwaku z powrotem podpłynąłem.

Przy wieczornym ognisku Leszek postawił flaszkę. Marian przygadał mu wczoraj i Leszek zrozumiał, że jedna borovička przywieziona ze Slovenska to niepoważna ilość, jeśli chce się uczestniczyć w cowieczornych spotkaniach przy "wodzie rozmownej". Każdy z nas zasponsorował jej przecie nieco więcej.

Zatelefonował do mnie Igor, nasz przyjaciel z Płocka. Chciałby do nas za dwa dni dołączyć.

Rozdział LXII

Bździele, belchy, haki, łachy

Pierwsza zimna noc. Przysłowie uczy, że od Anki zimne wieczory i ranki, ale od 26 lipca, imienin Anny, minęło prawie dwa tygodnie, a noce jak dotąd były bardzo ciepłe.

Wstaliśmy z Marianem pierwsi. Obóz spał. Leszek leżał w śpiworze przy węglach wczorajszego ogniska. Jak zwykle spał na dworze, tym razem blisko żaru.

Wstawiłem wodę na kawę, rozpocząłem golenie. Z namiotu wysunął się Marek. Usiadł na stołeczku, wpatrzony w rzekę, milcząc zapalił papierosa. Zasyczało otwierane piwo.

Poranny rytuał.

Po goleniu zajrzałem do Michała. Oko dojrzałem otwarte.
- A ku ku!

A Michał w ryk. Ryczał dziesięć minut. Wszystkich pobudził. Potem tłumaczył się, że chciał jeszcze pospać, a ja go obudziłem.
- Zepsułeś mi wszystko! Nie lubię cię! - krzyczał.

Michał i Tomek za ModlinemWypłynęliśmy o wpół do dziesiątej. Było bezwietrznie i bezchmurnie. Szliśmy szlakiem żeglownym. Znaki żeglugowe to teraz boje czerwone i zielone. Racjonalizator jakiś wymyślił, by zamiast czerwonych bakenów metalowych używać pustych butelek pięciolitrowych po wodzie mineralnej, pomalowanych na czerwono. Nie był to dobry pomysł. Mniejsze od zwykłych boi, były trudne do zauważenia z większej odległości, zwłaszcza, że farba często odeszła lub wyblakła i nawet kolorem się od wody nie odróżniały.

Marian rozmawiał z wytycznym, ustawiającym pławy, ustalając na nowo przebieg szlaku żeglownego po przejściu wysokiej wody. Okazało się, że ten odcinek Wisły podlega już zarządowi dróg wodnych we Włocławku.

Z prawego tyłu za nami pozostał Zakroczym. Klonowic, który w swoim "Flisie" pozostawił dokładny opis odcinka od Warszawy do Gdańska, pisał:
"Tu bździelów ujźrzysz długą procesyją,
Co się na belchu ze wszytkich stron wiją;
Usłyszysz młyńskich (achcież mnie już na nie)
Kół narzekanie".

Bździelami w XVI wieku zwano pływające przybrzeżne wiślane młyny wodne. Przymocowane do brzegu, bywały mieszkaniem młynarza i jego rodziny. Zniknęły całkowicie z krajobrazu.

Na pomorskich rzekach takich jak Brda czy Wierzyca można spotkać jeszcze urządzenia działające na podobnej zasadzie co bździele: obracane nurtem, umieszczone przy brzegu koła wodne. Ich wały w przeciwieństwie do młynów niczego jednak nie napędzają; przy łopatkach mają zamocowane czerpaki z których wylewa się woda do rynien, a nimi prowadzona jest do domów i na łąki.

W przytoczonym krótkim fragmencie tekstu Klonowica występuje słowo "belch". Jest to jeden z wielu terminów, używanych wówczas przez flisów. Słowo to oznaczało nurt.

Dzieło Klonowica jest kompendium ówczesnej wiedzy i terminologii wodniackiej. Zmieniła się ona z latami, ale wcale nie tak bardzo, jak można byłoby się spodziewać. Wiele nazw wciąż jest w użyciu, chociaż czasem zmieniły swoje znaczenia.

Główny brzeg rzeki nazywano wówczas lądem.

Brzeg wysoki, podmywany przez rzekę, zewnętrzną stronę zakola, flisacy zwali ostrym. W okresie późniejszym określenie to zostało zastąpione wziętym z języka niemieckiego wyrazem "buchta", od "die Bucht", oznaczającego zatokę. Brzeg niski, wewnętrzną stronę zakola, zwali płaskim. Flisacy uważali go za zbyt miałki dla uprawiania żeglugi. Obecnie mawia się, że jest tu przymulisko.

Zwaloną do rzeki kłodę, osadzoną na dnie, niebezpieczną dla łodzi, zwali prądowiną lub krócej prądem. Kamienie podwodne, takie jak te, na których utknęliśmy przy Żeraniu, to rafy. Mielizny zaś - to haki.

Główną odnogę rzeki zwali samicą a boczne, przy niskiej wodzie wysychające lub zbyt płytkie dla żeglugi - łachami. Obecnie łachami zwie się też przybrzeżne płycizny o słabym przepływie wody, a także okresowo wystające na powierzchnię szczytowe części ławic, wędrujących nasypów usypywanych przez rzekę na dnie, przesuwanych przez nią zwolna w dół. Czasami porastają one roślinami i po pewnym czasie mogą stać się kępą.

Starorzecza nazywali wiśliskami.

Wyspy były dwojakie. Te porośnięte drzewami, "gdzie dębowe drzewo z topolowem z dawna porosło", to ostrowy. Te, "gdzie chróst abo piasek i drobny lasek", to kępy.

Nurt nazywano wartem a głębokie spokojne plosa - wannami.

Prawy brzeg był wysoki, lewy niski, pośrodku wyspy. Na lewym brzegu za wałem była gdzieś Puszcza Kampinoska, co było na prawym, dobrze widzieliśmy. Piaszczyste urwiska, na nich sosny. Żółte klejnoty wśród bujnej zieleni. Komin cegielni w Mochtach. Biała fasada dworu z centralnym ryzalitem zwieńczonym trójkątnym frontonem. Iglica kościoła w Smoszewie. Przy rzece liczne łódki, wąskie, o dziobach zadartych zawadiacko, wiślane.

Wiosłowałem, a Michał wkładał wiosło do wody i obserwował formy, które przybierała, przelewając się przez pióro.
- Różne rzeczy można rzeźbić w wodzie, prawda?
- Tak.
- Mógłbyś rzeźbić w wodzie, gdybyś został rzeźbiarzem. Takiej sztuki rzeźby wodnej jeszcze nie wymyślono.

Z każdym pociągnięciem wiosła bliżej było do Czerwińska.

Rozdział LXIII

Czerwińsk i Wyszogród: o sztuce budowania mostów

Czerwińsk nad Wisłą. Osada rybacka. Małe domki drewniane wzdłuż równoległej do rzeki ulicy, nad nią plątanina drutów elektrycznych i telefonicznych. Cisza. Nic się nie dzieje.

Nad wsią na wzgórzu wznosi się klasztor kanoników regularnych ze świetnym kościołem, w swoim zrębie romańskim. Wąwozem u podnóża kościoła prowadzi droga. Nad wąwozem tym jest pagórek, obecnie zwieńczony figurą dźwigającego krzyż Chrystusa. Jak utrzymywało zanotowane przez Glogera podanie, Jagiełło wraz z Witoldem z tego pagórka mieli przypatrywać się ciągnącym wąwozem zastępom rycerskim w czasie trwającej trzy dni przeprawy armii koronnej, zmierzającej na wojnę z Krzyżakami.

Podanie to nosi znamię prawdopodobieństwa. Rzeczywiście bowiem w okolicy Czerwińska w pierwszych dniach lipca 1410 roku po moście na łodziach, zbudowanym w lasach koło Kozienic i spławionym następnie do tego miejsca, na prawy brzeg Wisły przeprawiły się oddziały armii koronnej by połączyć się następnie z armią Wielkiego Księstwa Litewskiego. Panował przy tym dobry porządek, bowiem król "postawił przy moście wybrany zespół rycerstwa i wyznaczył zbrojnych towarzyszy, którzy by na przeprawie przez most przestrzegali od natłoku i nieporządku; a krańce mostowe opatrzył grubymi z drzewa oporami, które kobyleniami zowią, aby się nikt do brzegów nie przybliżał. Wchodziło więc wojsko na most równymi i porządnymi szyki, wraz z działami, pociągami, końmi i czeladzią obozową. A gdy już wszystkie wojska królewskie po owym moście przeszły szczęśliwie rzekę Wisłę, z rozkazu króla rozebrano natychmiast most i odwieziono do Płocka, zachowując go do późniejszej z powrotem przeprawy".

Wyprawa 1410 roku zakończyła się sukcesem, jakim było niewątpliwie zwycięstwo grunwaldzkie. Malborka jednak nie zdobyto i państwa krzyżackiego nie zlikwidowano. Czemu nie zdobyto Malborka, o to spierają się historycy. Czy gdyby został on zdobyty, można byłoby zlikwidować państwo zakonne w Prusach, dokonując jego podziału między zwycięzców?

W realiach XV wieku nie było to prawdopodobne, twierdzi profesor Stefan Kuczyński, a pierwszy pokój toruński, który zakończył wielką wojnę, przyniósł stronie zwycięskiej wszystkie cele, które Polska i Litwa po wybuchu konfliktu postanowiły uzyskać: Litwa odzyskała Żmudź, Polska Ziemię Dobrzyńską oraz odszkodowanie za szkody wyrządzone dotąd przez Krzyżaków.

Grono historyków prezentujących zdanie odmienne, uważających zakończenie wielkiej wojny lat 1409 - 1411 za polityczną klęskę Polski, jest szerokie. Już Długosz uważał, że pokój zawarto "na warunkach niesprawiedliwych i niekorzystnych dla Królestwa Polskiego". Nadarzała się bowiem okazja, by odzyskać Pomorze, ziemię michałowską i chełmińską. Współczesny historyk Piotr Derdej snuje wręcz wizję, że po dokonaniu rozbioru państwa krzyżackiego państwo polsko-litewskie stałoby się tak potężne, że stałoby się hegemonem całej Europy; "Rzeczpospolita Jagiellońska Wielu Narodów" sięgnęłaby "granicami i wpływami najskromniej od Odry po Wołgę". Powstałaby w ten sposób protounia europejska, nie byłoby rozbiorów Polski ani mocarstwowej Rosji.

W przeszłości pojawiała się teza, że gdyby Krzyżacy nie utworzyli swego państwa w pobliżu ujścia Wisły, nie byłoby rozbiorów, wojen światowych w XX wieku ani Hitlera. Wszystkiemu zatem winien jest Konrad Mazowiecki. To ten krótkowzroczny polityk, siedzący na książęcym stolcu, w XIII wieku zgotował swoim rodakom i całej Europie los, który dopełnił się po setkach lat. Tylko jak mógł to wszystko przewidzieć?

Łatwo snuć takie dywagacje, oceniać minione dzieje, siedząc w fotelu i znając, co nastąpiło później. Szczęściem, są one tylko niesprawdzalną igraszką umysłu. Na przeszłość nie mamy żadnego wpływu. Na jej opowiedzenie współczesnym - i owszem.

W 1410 roku Czerwińsk składał się z dwóch części: klasztornej i biskupiej; ta druga posiadała od 1373 roku prawa miejskie. Obecnie jest wioską na uboczu, w której jedynie obecność centralnego kwadratowego placu sygnalizuje miejską przeszłość.

Czerwińsk - klasztor kanoników regularnychZaszliśmy do kościoła. Mężczyźni szmatą trzymaną na drągu myli okna nawy głównej, stojąc na posadzce. Obejrzeliśmy pięknie wykrojone biforia na wieżach i bogato rzeźbiarsko opracowany portal. W swej obecnej postaci jest on destruktem; na miejscu zachowały się jedna para kolumienek z pierwotnie istniejących dwóch oraz archiwolty. Jakaż to jednak jest kamieniarka! Na kapitelach zachowanych kolumn wyobrażono: na lewej antycznego herosa ujarzmiającego smoki, na prawej tak zwaną maskę ulistnioną (z ust głowy o podobnie do oślich wykrojonych uszach wyrastają długie, kręte liście). Motywy o znaczeniu symboliczno-magicznym, przejęte przez rzeźbę romańską z antyku. Archiwolty z kolei pokryte są przeplatającą się wicią roślinną, a środkowa ma kształt spiralnie skręconego wałka. W lapidarium kościelnym zachowały się jeszcze fragmenty nadproża, z dwiema figurkami apostołów o wyrazistych twarzach i nieproporcjonalnie dużych stopach i dłoniach.

Portal czerwiński nawiązuje bezpośrednio do sztuki włoskiej drugiej ćwierci XII stulecia i został stworzony najprawdopodobniej przez przybyłego znad Padu artystę. Jest on dziełem na terenie Polski odosobnionym.

W barze przy ulicy schodzącej do rynku zjedliśmy obiad: szaszłyczek z frytkami i piwo, nawet dwa. "Kasztelan" z kija. To znak, że blisko już do domu, tylko sto kilometrów.

Gośćmi baru oprócz nas było kilkoro mieszkańców Czerwińska. Wspominali pobyt na plaży nad morzem, chwalili się opalenizną. Bledziuchna była, gdy porównałem ją z czarną skórą wuja Mariana.

Arek i Leszek dopłynęli półtorej godziny po mnie i Marianie. Poszli do miasteczka w ślad za Agatą i Markiem, a Marian wsiadł do kajak i wolno odpłynął, nie ruszając wiosłem.
- Upał straszny - rzekłem do Kazika, który został czekał ze mną przy kajakach.
- Na wodzie jest chłodniej - odpowiedział Kazik.

Bawiłem się z Michałem w dinozaury. On był triceratopsem a ja ankylozaurem. Zaśmiecony był brzeg przystani w Czerwińsku, a murek, na którym się bawiliśmy, jedyne zacienione przez rachityczną jabłonkę miejsce, śmierdział moczem.

Wypłynęliśmy o szesnastej i po godzinie osiągnęliśmy Wyszogród. Przy prawym brzegu zachowano przyczółek i przęsło starego drewnianego mostu, ustawiono na nim parasole, urządzono punkt widokowy.

W 1995 roku most ten, najdłuższy drewniany most w Europie, jeszcze istniał. Kończyliśmy przy nim deszczowy spływ Pilicą i Wisłą. Mieliśmy cztery kajaki, do Wyszogrodu dopłynęło nas czworo, ale kolega Mroczny Krzyżowiec musiał odjechać i zostaliśmy we troje: Beata, Bartek i ja, w strugach deszczu. Nie mieliśmy już szans, by dopłynąć do Włocławka.

Napotkany wówczas w Wyszogrodzie stary człowiek opowiedział nam historię mostu. Zbudowali go Niemcy w 1916 roku rękoma dezerterów i rosyjskich jeńców. Mierzył 1300 metrów długości i składał się z 60 przęseł, opartych na drewnianych, wbitych w dno filarach. Pomyślany jako tymczasowy, służył ponad osiemdziesiąt lat. Przekraczały nim Wisłę niemieckie kolumny pancerne. Był bombardowany przez radzieckie lotnictwo, bezskutecznie, mimo, że największa eskadra uczestnicząca w nalocie liczyła trzydzieści samolotów. Jedynie kra co pewien czas radziła sobie z tym, z czym nie potrafiły sobie poradzić bombowce: kilkukrotnie niszczyła most, ale nigdy go całkiem nie zerwała.

Nie ma już najdłuższego drewnianego mostu Europy, zastąpił go nowy, dziewięćset metrów niżej, o konstrukcji stalowej, zespolonej z żelbetową płytą współpracującą. Też jest długi, bowiem oprócz głównego koryta Wisły pokonuje jej boczne odnogi, do których uchodzi rzeka Bzura.

Za nowym mostem - najwyższe jak dotąd klify.

Linia wysokiego napięcia.
- Wsłuchajcie się!. Słychać ulot. Wyładowania niezupełne - powstrzymał nas od wiosłowania Arek. Pięknie skrzypiało.

Marian wypłynął z Czerwińska godzinę przed nami i dogonilismy go dopiero koło szóstej. Spływał, zdawszy się na nurt, kulasy wywaliwszy za burty.

Zabiwakowaliśmy na 596 kilometrze, na równej i rozległej łące. Rozstawiliśmy z Marianem namiot tuż przy wodzie, bo po co daleko rzeczy z kajaków nosić. Od wyjazdu Alinki Marian spał ze mną i Michałem w jednym namiocie. Nie było potrzeby, by rozbijał własny, skoro u nas zwolniło się miejsce. Tworzyliśmy męski, trzypokoleniowy zespół.

Leszek dowiedział się przez telefon, że pogoda jutro zacznie się psuć, a w sobotę i niedzielę będzie lało.

Na wał powodziowy wyszedł jeleń, zauważył obozowisko i zawrócił.

Zebraliśmy się z Agatą, Markiem, Marianem i Kazikiem przy zniczu, surogacie ogniska, i gwarzyliśmy.
- Czy mogę się dosiąść? - przywędrował do nas Leszek.
- Możesz, ale wódki i tak nie dostaniesz! - palnęła Agata i konsekwentnie Leszka w kolejnych kolejkach omijała.

Szczerze mówiliśmy Leszkowi, co o nim myślimy. O rozpierduchu, jaki ma wciąż wokół namiotu i wokół siebie, o indywidualistycznym zachowaniu, etc. Leszek nie bronił się.
- Każdy ma jakieś wady i moje są właśnie takie. Nigdy nie byłem porządny i już tego nie zmienię...
- Ale się żeście ujebali! Ale was było śmiesznie słuchać! - podsumował nas rankiem następnego dnia.

Rozdział LXIV

Wisła okiem przyrodnika

Jacka Zielińskiego poznałem przed piętnastu laty. Pewnego wieczoru w Nowej Słupi, gdy byliśmy na początku naszej znajomości, powiedział mi, że trzy są najcenniejsze przyrodniczo obszary w Polsce: Puszcza Białowieska, Biebrza i środkowa Wisła. Był wówczas jak i ja studentem. Czy teraz, jako doktor ornitologii i pracownik naukowy Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy, wciąż tak uważa?
- Tak, to chyba najbardziej unikatowe pod względem przyrodniczym obszary w Polsce. Pierwszy z nich, Puszcza Białowieska, a głównie Białowieski Park Narodowy, jest jedynym, stosunkowo dużym fragmentem pierwotnych lasów niżowych strefy umiarkowanej, nie tylko w Europie, ale na całej półkuli północnej. Celnego porównania użył ostatnio najbardziej znany polski ornitolog - profesor Ludwik Tomiałojć. Stwierdził on, że podobnie jak teleskop Hubble`a przenosi nas w odległe w czasie rejony Wszechświata, tak pierwotne lasy Puszczy Białowieskiej przenoszą nas w czasy, kiedy to lasy europejskie wolne były od ingerencji człowieka. Ten skrawek przyrody, niczym okno, przez które obserwować można przeszłość, pozwala nam badać ekosystemy i zależności jakie występowały pomiędzy tworzącymi je komponentami, zanim zakłócił je człowiek. W razie zniszczenia, narzędzie astronomiczne można jednak w krótkim czasie odbudować lub udoskonalić. Nie sposób jednak tak samo postąpić z naturalnym lasem, który zabliźnia rany przez kilkaset lat. Puszcza Białowieska swoją unikalność zawdzięcza wielowiekowej ochronie, która początkowo podyktowana była nie tyle świadomością jej potrzeby, lecz powodem czysto pragmatycznym - zachowaniem łowisk królewskich. Taka ochrona trwała nawet w czasach zaboru rosyjskiego, kiedy to w puszczy polował car i jego świta. Dopiero w czasach niepodległej zarówno drugiej jak i trzeciej Rzeczypospolitej, dziewicze lasy zaczęto wycinać. Mimo licznych protestów naukowców biologów i miłośników przyrody z całego świata ten stan trwa nadal, a Puszcza we właściwy sposób chroniona jest jedynie na niewielkich powierzchni. Powierzchnia pierwotnych lasów białowieskich staje się niestety coraz mniejsza i wkrótce okno, przez które cały czas jeszcze obserwujemy dawną przyrodę może zostać zamknięte na zawsze.

- A co z kolejnym z tych obszarów, bagnami biebrzańskimi?
- Dolina Biebrzy ma całkiem odmienną historię. To jeden z najbardziej rozległych i najlepiej zachowanych otwartych nadrzecznych terenów zalewowych w Europie środkowej. Swoją wartość przyrodniczą zawdzięcza harmonijnemu współistnieniu człowieka z przyrodą. To ludzie, dzięki tradycyjnemu rolnictwu, na obszarze dawnych lasów łęgowych stworzyli ten unikatowy ekosystem. Krucha równowaga, jaką przez wieki tworzył człowiek i przyroda może jednak przetrwać tylko wtedy, gdy zachowany zostanie ekstensywny sposób gospodarowania. Jego zachowanie to zadanie dla największego obecnie w kraju parku narodowego. Nie jest to zadanie łatwe, gdyż rolnikom przestało opłacać się gospodarowanie w sposób jaki czynili to ich przodkowie. Dziś zatem duże połacie najcenniejszych przyrodniczo otwartych terenów porzucone przez swych dawnych właścicieli zarastają drzewami i krzewami. Jak temu zapobiec?

- Nas najbardziej interesuje środkowy odcinek Wisły. Dlaczego właśnie ta część rzeki jest przyrodniczo najwartościowsza?
- Złożyły się na to zarówno czynniki hydrologiczne, jak też historyczne. Wisła staje się naprawdę dużą rzeką na wysokości ujścia Sanu. Dopiero wtedy duża ilość wody, jaka przepływa przez jej koryto umożliwia tworzenie się w nurcie znacznej liczby wysp decydujących o unikatowej wartości przyrodniczej. Czynniki historyczne zadecydowały natomiast o zachowaniu koryta środkowej Wisły w stanie zbliżonym do naturalnego.

- Ten odcinek rzeki znajdował się w granicach zaboru rosyjskiego...
- Czy może mieć jakieś znaczenie dla przyrody, który z zaborców podbił określoną część terytorium Pierwszej Rzeczypospolitej? Okazuje się, że tak. Osoba studiująca uważniej geografię Polski zauważy, że na obszarze dawnego zaboru pruskiego dokonano znacznie większych ingerencji w środowisko przyrodnicze. Uwidacznia się to szczególnie w dolinach rzek, w tym największej z nich - Wisły. W XIX wieku jej koryto, od ujścia rzeki Tążyny należące wówczas do pruskiego okupanta, zostało wyprostowane i pogłębione, a przy jego brzegach usypano kamienne ostrogi. Działania te doprowadziły do odcięcia większości dawnych odnóg i starorzeczy od głównego koryta oraz eliminacji prawie wszystkich stałych wysp w nurcie. Większe "szczęście" miały tereny należące wówczas do imperium rosyjskiego. Zapóźnienia cywilizacyjne w stosunku do krajów położonych na zachodzie naszego kontynentu okazały się zbawienne dla tutejszej przyrody. Nie dokonywano tu bowiem na taką skalę regulacji rzek czy melioracji odwadniających w ich dolinach. Dzięki temu, do dziś możemy cieszyć się pięknem biebrzańskich bagien czy właśnie środkowej Wisły.

- No i wymienionej już Puszczy Białowieskiej...
- Niestety, znaczna część unikalnego w skali kontynentu naturalnego koryta rzeki została zniszczona wskutek przegrodzenia go zaporą we Włocławku. Utworzony przez nią zbiornik unicestwił naturalne koryto mniej więcej do wysokości Płocka. Stąd dziś rozważając wartości przyrodnicze środkowej Wisły biolodzy mają zazwyczaj na myśli odcinek pomiędzy ujściem Sanu a Płockiem.

- Co jest przyrodniczo najcenniejszym elementem środkowej Wisły?
- Jak już wspomniałem, o wyjątkowym znaczeniu tego odcinka decydują przede wszystkim wyspy. Najliczniejsze z nich to pozbawione roślinności piaszczyste ławice, często wynurzone ponad powierzchnię jedynie podczas niskich stanów wody. Ponadto występują tu stałe wyspy - na poszczególnych z nich obserwować można wszystkie stadia sukcesyjne roślinności, poczynając od inicjalnych zbiorowisk roślinności zielnej poprzez wiklinowiska, skończywszy na fragmentach dojrzałych łęgów wierzbowych, topolowych oraz wiązowo-jesionowych.

- To wspaniałe siedliska dla zwierząt. Prawie nie odwiedzane przez ludzi, choć tereny przyrzeczne to od wieków ulubione przez nasz gatunek miejsca na zakładanie domostw.
- Rzeczywiście. W całej dolinie środkowej Wisły gniazduje około 50 gatunków ptaków wodno-błotnych, jednak najcenniejsze lęgowisko stanowią wyspy lub ich części pozbawione roślinności, bądź w niewielkim stopniu nią pokryte. To właśnie w takim siedlisku gniazdują największe krajowe populacje rybitwy rzecznej i sieweczki rzecznej, a szczególnie zagrożonych wyginięciem w Europie mewy pospolitej, rybitwy białoczelnej i sieweczki obrożnej.

- Wiele jest na Wiśle piaszczystych wysp, a na nich dziesiątki ptaków.
- Pozbawione roślinności wyspy tworzą idealne środowisko szczególnie dla rybitw i sieweczek. Ich gniazda posiadają bowiem najprostszą konstrukcję jaką można sobie wyobrazić. To po prostu wygrzebany w piasku dołek. Ochronę przed wzrokiem drapieżnika stanowi zatem jedynie doskonale zlewający się z otoczeniem kolor i deseń jaj. Z tego powodu czasami łatwiej w gniazdo wdepnąć niż zauważyć jaja. Ciekawy jest sposób obrony gniazda przez sieweczki. Ptaki te widząc zbliżającego się drapieżnika, mogącego zagrozić gniazdu, odgrywają przed nim pewien rodzaj "spektaklu" - udając łatwy do zdobycia posiłek. "Przedstawienie" to polega na symulowaniu uszkodzenia skrzydła, które ptaki ciągną za sobą po ziemi, uciekając biegiem prześladowcy. Dopiero, gdy drapieżnik znajduje się w znacznej odległości od gniazda zrywają się do lotu zostawiając wyprowadzonego "w pole" przeciwnika. Gniazdujące kolonijnie rybitwy i mewy bronią się natomiast gromadnie, wykorzystując zwinność lotu i przewagę liczebną. Zastępy tych ptaków pikują w stronę drapieżcy, od czasu do czasu zadając mu bolesne ciosy ostrym dziobem. Potrafią one w ten sposób przegonić dużo większe zwierzę lub na przykład zbyt wścibskiego ornitologa.

- Co się dzieje z takimi lęgowymi koloniami, gdy rzeka przybiera?
- To zależy od kilku czynników. Jeśli przybór wody jest niewielki i nie zalewa całej wyspy, to przynajmniej część lęgów może przetrwać. Najbardziej pożądane są w kolonii miejsca najwyżej położone, na ogół zajmują je też najsilniejsze ptaki. Jeśli przybór wody jest na tyle duży, że zalewa całą wyspę wszystkie lęgi przepadają. Ptaki do upadłego powtarzają jednak lęgi po stracie. Nie mają innego wyjścia. One nie zastanawiają się tak jak człowiek nad sensem życia. Wyznacza go za nie dobór naturalny: pozostawić po sobie jak najwięcej genów. W bardzo dużym uproszczeniu wygląda to tak, że "leniwe" ptaki, nie powtarzające lęgów do upadłego, nie zostawiają po sobie potomstwa lub zostawiają go mniej niż "pracowite". W ten sposób geny na "lenistwo" powoli stają się coraz rzadsze. Oczywiście prócz uporu trzeba mieć jeszcze dużo szczęścia. Jeśli przybór wody nastąpił późno to mimo ponownego wysiłku ptaków, często nie udaje się odchować młodych w odpowiednim czasie. Ich szanse na przeżycie są wtedy niewielkie. Ptaki przed wędrówką muszą bowiem uzyskać odpowiednią masę i siłę oraz zgromadzić wystarczające do przeżycia doświadczenie.

- Jakie są inne zagrożenia czyhające na gniazdujące na środkowej Wiśle ptaki?
- Temu ptasiemu światu zagrażają dużo większe niebezpieczeństwa niż drapieżniki. Coraz częściej odżywają bowiem pomysły przekształcenia tego odcinka rzeki w kanał żeglowny, podobny do stworzonego przed z górą stu laty przez Prusaków na dolnej Wiśle. Co pewien czas w mediach można usłyszeć utyskiwania nad naszym polskim zacofaniem, czego przejawem, zdaniem nieświadomych przyrodniczo siewców postępu, ma być rzekomo nieuregulowana duża rzeka w centrum Europy. Tymczasem w krajach położonych w zachodniej części naszego kontynentu coraz częściej znakiem postępu są kosztowne i czasochłonne programy renaturyzacji wcześniej uregulowanych rzek. My mamy szczęście: taką dziką rzekę jeszcze posiadamy i nie musimy odtwarzać jej walorów, a jedynie dbać o ich zachowanie.

- Polska wstąpiła niedawno do Unii Europejskiej. Czy może to mieć znaczenie dla zachowania naturalnego charakteru środkowej Wisły?
- Z chwilą wstąpienia Polski do Unii Europejskiej rzeczywiście pojawiła się nadzieja na uratowanie tego unikalnego środowiska. Podobnie jak wszystkie państwa członkowskie, zobligowani jesteśmy do ochrony najcenniejszych przyrodniczo obszarów w ramach tak zwanego programu Natura 2000. Takie obszary wyznaczone zostały między innymi na środkowym odcinku Wisły. Ta nowa forma ochrony, jak na razie, wydaje się być skuteczną barierą uniemożliwiającą prowadzenie inwestycji znacząco pogarszających stan środowiska na obszarach wyznaczonych do ochrony. Swoistym sprawdzianem i polem doświadczalnym były w ostatnich latach próby zatrzymania szkodliwych dla przyrody inwestycji w dolinie rzeki Rospudy. Narzędzie prawne, jakie stanowią zapisy programu Natura 2000 sprawdziły się tu w praktyce, dając zapewne sporo powodów do przemyśleń poprawiaczom przyrody, snującym plany przerobienia środkowej Wisły w kanał żeglowny.

- Oprócz programu Natura 2000 na Wiśle istnieje szereg rezerwatów przyrody, w tym chroniących wyspy, jak koło Kazimierza Dolnego czy poniżej Wyszogrodu. Czy to wystarczająca forma ochrony?
- W przyszłości najlepszą formą ochrony byłoby utworzenie parku narodowego na najlepiej zachowanych odcinkach środkowej Wisły. Plany takie istnieją od kilkudziesięciu lat. Swego czasu zostały nawet zapisane w strategii rozwoju województwa mazowieckiego. Ostatnio jednak postulaty ustanowienia parku narodowego pojawiają się coraz rzadziej, dlatego też trudno oczekiwać wiążących decyzji dotyczących powołania tej najwyższej formy ochrony w najbliższym czasie. Warto zauważyć, że spośród trzech najcenniejszych przyrodniczo obszarów, o które mnie zapytałeś, tylko środkowa Wisła nadal nie doczekała się swego parku narodowego.

- Czy są inne rzeki w Europie, które po względem przyrodniczym można byłoby porównać do środkowego biegu Wisły?
- Zbliżone do naturalnych, o podobnym charakterze jak Wisła środkowa fragmenty, oczywiście tu i ówdzie się zdarzają. Na wschodzie kontynentu dzikie odcinki można jeszcze znaleźć na przykład nad Dniestrem czy granicznym odcinku Dunaju między Rumunią a Bułgarią. Trudniej je znaleźć na zachodzie Europy, ale i tam nadal istnieją fragmenty mniej przekształconych koryt rzecznych. Chyba nigdzie prócz środkowej Wisły nie zachował się jednak tak długi kilkusetkilometrowy prawie naturalny odcinek. Generalnie na zachód od polski rzeki podobnej wielkości były regulowane, pogłębiane i zamieniane w kanały żeglowne. Na wschód od naszego kraju natomiast duże rzeki zostały w większości zamienione w kaskady zbiorników zaporowych.

- Niepowtarzalna jest nasza Wisła...

Rozdział LXV

Zbiornikowiec

Wstaliśmy z Marianem jak dwa budziki, o szóstej. Żurawie klangorzyły gdzieś daleko. Byliśmy ogoleni, gdy wstał Marek. Wystawił stołeczek i zapalił papierosa.
- Dzień dobry, panie Marku. Nie ma to jak sobie rano usiąść. Jedyna wolna chwila mężczyzny, gdy nie ma na głowie krzyczących dzieci i gderającej żony - przywitałem go.

Zmęczył mnie ten spływ. Brat powiedział wczoraj Leszkowi, że tylko siedzi w kajaku, woda sama niesie a brzuch rośnie. Nie miał racji.

Rano rybacy jechali ściągnąć sieci. Przywieźli łódkę traktorem, a po wykonanej pracy ją zabrali. Bali się, że zginie? Dziesiątki takich łódek widzieliśmy na wodzie i nikt ich nie zabierał na noc. Dziwaczne było ich zachowanie.

Archipelagi wiślane. Wyspy zadrzewione, o klifowych brzegach. Na nich pasące się krowy, czaple wypatrujące zdobyczy z wysokich gałęzi. Inne wyspy tymczasowe, piaszczyste, ledwo nad wodę wynurzone. Na nich kolonie mew i rybitw, gromady kormoranów odpoczywających przed kolejną wyprawą na połów.

Ten odcinek Wisły najbardziej obfituje w rezerwaty przyrody. Chronione są wyspy położone w korycie rzeki i ich najbliższe otoczenie. Na odcinku około dwudziestu kilometrów powyżej i poniżej Kępy Polskiej jest ich sześć: "Kępa Rakowska", "Kępa Antonińska", "Wyspy Zakrzewskie", "Wyspy Białobrzeskie", "Kępa Wykowska" i "Ławice Troszczyńskie".

604 kilometr. Tratwowaliśmy się, Kazik dobił.
- Która godzina?
- Też bym coś wypił.
- To powiedzenie z czasów Gierka, gdy sprzedawali wódkę od trzynastej.
- Nie ma wuja Mariana. To nie fair... - zasmucił się Michał.

Marian wypłynął jak zwykle pierwszy, kwadrans przed nami, za kwadrans dziewiąta. Niełatwo go wypatrzyć, nawet przez lornetkę. Kwadrans na Wiśle to dwa kilometry. Trudno też Mariana dogonić. Zwłaszcza, gdy wiatr wieje w plecy, prąd niesie. Jak można się spieszyć. Trzeba też poczekać na Arka i Kasię. Nie zdołali się jak zwykle zebrać wraz z innymi i nawet na horyzoncie ich nie widać. Ale Arek zawsze ma czas...

Kępa Polska. Niezauważalne ujście rzeczki Mołtawy. Woluta szczytu kościoła wśród trzepoczących topól. Białe spody ich liści i biały szczyt. Od zachodu nadciągały białe warstwowe chmury stratus, zasłaniając słońce.

Wiatr się odkręcił i nasilił. Na długiej prostej przed Dobrzykowem fale szły wprost na dzioby. Płynęliśmy trzymając się brzegu. Czasem zbyt blisko. Zahaczyłem nawet raz zatopioną ostrogę.
- Czuć już oddech morza. Oddech zalewu - rzekłem do Mariana.

Na wydatnym zakręcie w Dobrzykowie na środku stały zakotwiczone barki z piaskiem. Płynęliśmy zawietrznym, lewym brzegiem, z prawej mając dużą wyspę Ośnicą Tokarską. Ciemniały chmury. Coraz bliżej były pylony i liny, na których zawieszony jest nowy most w Płocku. Byle do mostu, byle się schronić. Nie udało się. Deszcz dopadł nas wcześniej. Niewiele wcześniej. Nieco tylko zmoczeni wpłynęliśmy pod zbawczy most. Zatrzymałem się tu, by zebrać grupę. Spotkaliśmy się prawie wszyscy, za wyjątkiem Leszka. Ktoś widział go przed Dobrzykowem, jak płynął prawym brzegiem, z przodu.
- Co robimy?

Agata wyjęła butelkę żołądkowej gorzkiej, nalewała do kieliszka i podawała po kolei.
- Ile ty tego masz! Wasz kajak powinien nazywać się Zbiornikowiec!
- A wasze tankowce. Swoją drogą, nazwy to on nie ma.

Kazik stwierdził, że nowy most płocki jest położony na uboczu. Popłyńmy do starego, stamtąd bliżej choćby do sklepu.

Pewnie miał rację. Nowy most w Płocku oprócz tego, że to największy most wantowy w Polsce (podwieszony do dwóch pylonów, o długości 1200 metrów), to zarazem most, do którego nie doprowadzono jeszcze drogi, więc mało kto nim jeździ. Nadto przy lewym brzegu, gdzie się zatrzymaliśmy, most przebiega nad terenem zalewowym, więc daleko trzeba by iść do cywilizacji.

Wyruszyliśmy dalej, opięci w antydeszcze i fartuchy. Między płockimi mostami na mieliznach Wisła osadza drzewa przyniesione podczas powodzi. Obsiadły je kormorany, jeden obok drugiego, w równych odstępach.
- Odstęp. Coś, czego ludzie nie potrafią zrozumieć - rzuciła Agata.
- Pięknie wyglądają.
- Jak wraki okrętów ze sterczącymi wręgami - zauważyła Agata.
- I ten Płock zamglony niczym morska forteca! Doskonałe porównanie! Zrobiłbym zdjęcie, ale jak, skoro deszcz pada - odpowiedziałem i zacząłem zastanawiać się, jak na wietrze rozpiąć i utrzymać parasol, by pod nim się zasadzić z aparatem. Kormorany rozwiązały mój problem. Zerwały się. Temat odfrunął.

Płock - lewy brzeg WisłyZatrzymaliśmy się przy lewym brzegu pod drugim mostem, też ciekawym, bo kolejowo-drogowym. Przestało padać. Arek i Marek poszli do sklepu, zebrawszy zamówienia od wszystkich. A gdzie Leszek? Pewnie po drugiej stronie rzeki, pod Wzgórzem Tumskim. Tam dzisiaj miała stać tratwa Greenpeace. Znając Leszka, zapewne postanowił odnaleźć tych, z którymi od początku spływu miał telefoniczny kontakt. Zlustrowałem przeciwległy brzeg przez lornetkę, ale żadnej tratwopodobnej łódki nie dojrzałem.
- Nie widać jej.
- Jej wcale nie ma - oświadczył Kazik. - Jest wirtualna.

Rozdział LXVI

Płock: tum nad pradoliną

W okolicy Płocka zaczyna się wielkie równoleżnikowe obniżenie sięgające od Polski po Niemcy - Pradolina Toruńsko-Eberswaldzka. Powstała ona podczas zlodowacenia bałtyckiego i wyrzeźbiły ją wody z topniejącego lodowca, spływające wzdłuż jego czoła ku zachodowi. Ciągnie się ona na przestrzeni około 450 kilometrów wzdłuż Wisły, Noteci, Warty, Odry po Eberswalde w Niemczech. Tędy płynęła Prawisła, docierająca tu z terenu dzisiejszej Puszczy Kampinoskiej. Pasy wydm przebiegających równoleżnikowo na terenie tej Puszczy to tereny dawnych wysp rzecznych; równoległe do nich pasy bagien to miejsca, gdzie dawniej rzeka toczyła swoje nurty.

W okolicy Płocka pradolina Wisły rozszerza się tworząc Kotlinę Płocką, zwaną też Kotliną Włocławską. Ograniczają ją wyższe tereny pojezierne: od północy Pojezierza Dobrzyńskiego, od południa Pojezierza Kujawskiego. Na grzbiecie skarpy wiślanej, którą to pierwsze opada ku rzece, leży Płock, w tym jego najstarsza część - Wzgórze Tumskie.

Nazwa "tum" oznacza wysokiej rangi świątynię i taką na płockim Wzgórzu Tumskim jest katedra, kolejna w tym miejscu. Zbudowano ją za czasów biskupa Aleksandra z Malonne, jednego z najważniejszych mecenasów sztuki romańskiej w Polsce. We wczesnym średniowieczu bywali nimi najczęściej książęta i biskupi, rzadziej możnowładcy w rodzaju Piotra Włostowica.

Biskup Aleksander urodził się na terenie dzisiejszej Belgii i po przyjeździe do Polski przeszczepił na jej teren idee artystyczne realizowane podówczas na pograniczu franko-flamandzkim oraz we Włoszech. Sprowadzeni przez niego kanonicy regularni zbudowali kościół w Czerwińsku, odwiedzony przez nas poprzedniego dnia; z jego inicjatywy powstała też katedra płocka. W pierwotnej swej postaci bez wież od strony zachodniej, zapewne z czworoboczną wieżą na przecięciu transeptu i nawy głównej, z częścią wschodnią na planie charakterystycznego trójliścia.

Akcentem głównym tak skomponowanej fasady zachodniej, bezwieżowej, z trzema portalami na osi każdej z naw, były wspaniałe drzwi z brązu, pokryte dekoracją figuralną, zbliżone do gnieźnieńskich, jedne z największych średniowiecznych podwoi. Obecnie w katedrze płockiej wisi ich kopia; już w XV wieku w nieznanych bliżej okolicznościach oryginał trafił do soboru Świętej Zofii w Nowogrodzie Wielkim. Warto przyjrzeć się tym drzwiom uważnie. Wyobrażony w jednej z kwater biskup Aleksander to jedna z najważniejszych postaci zasłużonych dla sztuki polskiego średniowiecza.

Katedra płocka w stanie obecnym w niewielkim stopniu przypomina swą pierwotną wersję. Jest efektem wielu późniejszych przebudów. Do jej fasady zachodniej dodano dwie wieże. W okresie renesansu przebudowano ją na świątynię kopułową, następnie zaadaptowano w duchu klasycyzmu, by w początku XX wieku przywrócić formę, jaką miała w końcu XVI wieku, oczywiście na tyle, na ile pozwalała ówczesna wiedza i ówczesne wyobrażenia.

Wyruszyliśmy dalej po powrocie Arka i Marka z zakupów. Przestało padać, nawet słonko zaświeciło. Wiatr ucichł, woda kołysała się miarowo, lekko. Minęliśmy wejście do stoczni rzecznej i portu przy olbrzymim ceglanym spichrzu, obsiadłe przez setki wielkich srebrzystych mew.
- Lubię tak płynąć. Taka spokojna woda, nie za ciepło, cisza - rzekł Kazik.

Uciekały kolejne kilometry, Płynęliśmy wiosłując spokojnie acz stale.

- Mam pomysł, że gdyby było tak samo jak teraz rano, to może jutro skoczymy do Klubu, tam biwak, wszystkich zawiadomimy i impreza.
- Mam pomysł, że gdyby było tak samo jak teraz rano, to może jutro skoczymy do Klubu, tam biwak, wszystkich zawiadomimy i impreza.
- Bartkowi by mina zrzedła! - poparła mnie Kasia. - Jestem za!
- A co, mówił, że tylko do Wyszogrodu dopłyniemy?
- Albo najdalej do Płocka - poinformował Arek.

Popłacin - biwakZabiwakowaliśmy na lewym brzegu w Popłacinie. To najładniejszy biwak ze wszystkich dotąd: łączka wśród drzew, piaszczyste dojście, pomost i ławki.

Leszek zatelefonował do Arka, że będzie nocował na tratwie Greenpeace. Naderwał sobie mięsień. Płynął przed Płockiem prawą stroną a tam fala była ponad metrowa. Na tratwie oczy ze zdumienia przetarli, gdy zobaczyli, jak płynie w takich warunkach.

Mi Leszek przysłał następującego SMS-a: "Tomku - co to za chore klimaty z tą wódką etc? W W-wie naprawdę nie miałem czasu + głowy jej szukać. Jak mogłem to dzień później postawiłem więc o co chodzi?"

Nie wiedziałem co mu odpisać. Nie odpisałem nic.

Igor zapowiadał, że chce z nami od Płocka płynąć. Zmienił plany, ale w zamian z córką i zięciem przyjechał w odwiedziny na biwak.

Zaśpiewałem koncert życzeń. Najpierw, jak codzień, piosenki, które Michał zna i lubi: "Dumkę" znaną lepiej od pierwszych słów refrenu jako "Hej sokoły", "Pedra", zwanego przez Michała "Pedronalo", "Chłopców A-hoj", "Krasnali", "Pijanego żeglarza", "Rolniczą dolę", "My jesteśmy krasnoludki", no i "Kajakową wycieczkę". Słowa tej ostatniej, napisane przez Andrzeja Waligórskiego, pasują jak ulał do każdego spływu. Opowiada ona o tym, jak grupa kajakarzy z pewnego socjalistycznego jeszcze zakładu pracy wybrała się na spływ kajakami. W pewnym momencie referent Dreptak zauważa, że płyną pod prąd. "Ja aluzji sobie nie życzę, proszę zmienić kierunek!" - krzyczy dyrektor. Wbrew uwadze przewodnika, że w dole rzeki jest wodospad, zawracają.

"I znikają w otchłani,
mocno uradowani,
że nikt mieć do nich nie będzie zastrzeżeń.
Jakoż nikt nie narzeka,
a już szczególnie rzeka,
która takie zasady ma mądre,
że obchodzi ją mało,
czy jakaś garść cymbałów
pod prąd płynie, czy zgodnie z jej prądem".

Po udaniu się przez Michała do namiotu śpiewaliśmy inne piosenki, w tym jedyną rockową piosenkę o Włocławku, piosenkę Kobranocki "Kocham cię jak Irlandię".
"Gdzieś na ulicy Fabrycznej spotkać nam się wypadnie..."
- Szukaliśmy kiedyś tej ulicy Fabrycznej - wtrącił Arek. - Okazało się, że to równoległa do Piwnej, gdzie jest nasz Klub. Ulica Fabryczna to dwa bloki i Wisła.

Rozdział LXVII

Zalew Włocławski

Poranek 9 sierpnia, przedostatniego dnia spływu, był pogodny i cichy. Wypływaliśmy jednak już pod wiatr. Posuwaliśmy się powoli tuż przy trzcinach. Setki łysek uciekały przed kajakami w głąb trzcinowisk, biegnąc po wodzie i machając skrzydłami. Z piaszczystych plaż umknęły w chaszcze dwie kuny.

Fale na środku Zalewu metrowe, przewalające się. Z ich pełnowymiarową postacią zmierzyliśmy się dwukrotnie, pierwszy raz przepływając miejsce, w którym z głównym plosem Zalewu łączy się zatoka, do której uchodzi Skrwa Gostynińska, drugi raz omijając wyłożony betonowymi płytami zjazd do jeziora za Brwilnem. Przy brzegu, wzdłuż którego płynęliśmy, nie miały już grzyw, ale wciąż były duże, a wiatr porywisty.

Wydawało mi się momentami, że stoję w miejscu mimo wiosłowania. Zdziwiłem się, gdy ujrzałem wieżę kościoła w Duninowie, a Marian poinformował mnie, że jest dopiero dwunasta. Mieliśmy świetne tempo płynięcia jak na te warunki: cztery kilometry na godzinę!

W porcie w Duninowie zatrzymaliśmy się na długi popas. Do piętnastej. Zakupy, rzut oka na neogotycki zameczek z okrągłą wieżą rozciętą dużymi ostrołukowymi oknami. Nie udaje przynajmniej obronnej.

Obiad w tawernie. Michał umówił się ze mną, że jeśli zje kotleta - a dostał wielką porcję! - to ja dziś pompuję materace. I zjadł!

Zza chmur wyszło słońce. Obserwowaliśmy, czy ucichł wiatr. Przeciwległym brzegiem od ujścia Skrwy Sierpeckiej w stronę żółtych urwisk przy Rokiciu powoli przesuwała się tratwa Greenpeace z Leszkiem na pokładzie. Tratwa, nie tratwa, bo napędzana silnikiem. Łódź motorowa także nie, bo prostokątna, z budą na pokładzie, zestawiona na butelkach plastikowych.
- Koromysło jakieś! - orzekł Kazik, odłożywszy lornetkę.

W wejściu do portu dziesiątki białych mew kołysały się na lekkiej tu fali, korzystając z osłony, jaką zapewnia cypel.
- Nikt mi nie powie, że na Zalewie nie ma ptaków. Są ich tysiące.
- Ale na rzece były inne. Nie było prawie kaczek i łabędzi, za to dużo więcej czapli, bocianów - zwróciłem uwagę Kazikowi. - Zmienił się rodzaj akwenu, zmieniła się awifauna.

Zalew Włocławski jest wielkim jeziorem, powstałym wskutek spiętrzenia wód Wisły zaporą we Włocławku. Porównywany jest czasem z przymorskim Zalewem Wiślanym. Choć mają różne pochodzenie, są do siebie podobne. Obydwa kiszkowate, dość wąskie, za to długie, obydwa dość płytkie. Na obydwu tworzą się duże fale. W lecie 1975 roku zatopiły one pod Dobrzyniem barkę z wiezionymi z Warszawy na eksport "fiatami". Od tego momentu wprowadzono na Zalewie sygnalizację sztormową i podwyższono obowiązującą wysokość "wolnej burty" w stosunku do reszty Wisły. Dlatego można czasem usłyszeć, że praktyka żeglarska na tych akwenach otwiera drogę do żeglowania po morzu.

Zalew Włocławski został utworzony wskutek spiętrzenia wód Wisły o 11 metrów. Mimo tej znacznej wysokości piętrzenia mieści się praktycznie w dawnym obrysie wód powodziowych, nawet między Modzerowem i Włocławkiem, gdzie w linii dawnego obwałowania powodziowego zbudowano wysoką zaporę boczną tak, że poziom zbiornika jest kilka metrów wyżej od poziomu terenu. Nie jest więc drastycznie szerszy od dawnego koryta Wisły. Niemniej szerokość 2200 metrów w rejonie Duninowa jest jak na polskie akweny śródlądowe szerokością znaczną.

Podwyższenie poziomu wody spowodowało inne istotne zmiany.

Cofka Zalewu sięga nominalnie Wykowa powyżej Płocka, ale naturalne zmiany poziomu Wisły notuje dopiero wodowskaz w Kępie Polskiej, usytuowany 67 kilometrów powyżej stopnia we Włocławku. Już stamtąd rzeka zaczyna zamieniać się w jezioro.

Zatopione zostały kępy istniejące dawniej powyżej Włocławka. Powstały w zamian wyspy nowe, z których przetrwała do dziś jedna, długości ponad dwóch kilometrów, nazywana Ptasią lub Brwileńską, powyżej ujścia Skrwy Prawobrzeżnej. Kolejna, w Soczewce, została połączona groblą z lądem. Wzdłuż niej płynęliśmy od rana. Inną rozmyły fale Zalewu. Była to najwyższa część cmentarza. Pamiętam, jak wędrując po Zalewie przed ćwierćwieczem znajdowaliśmy na niej ludzkie czaszki i piszczele.

Północne brzegi Zalewu to piękne klify. Osuwiska te istniały w znacznej części jeszcze w czasach, gdy u ich stóp płynęła rzeka. Obecna sytuacja jest o tyle inna, że zwieziony materiał nie jest już zabierany przez Wisłę i wleczony dalej, zamieniany w ławice i kępy. Pod wodą tworzy półkę o głębokości nie przekraczającej metra, sięgającą do dwudziestu metrów ku środkowi akwenu.

Inne pochodzenie mają mielizny w górnej części Zalewu. To skutek nieustannego dostarczania rumowiska przez Wisłę w ilości kilkuset tysięcy metrów sześciennych rocznie. Już w dziesiątym roku po spiętrzeniu rzeki stwierdzono miąższość zakumulowanych osadów dochodzącą do czterech i pół metra. Wymaga to ciągłego bagrowania Zalewu w tej części, by utrzymać żeglowność tego odcinka.

Spłycanie się jest procesem specyficznym dla całego Zalewu. Oprócz mielizn powstających wzdłuż brzegów i w strefie stożka napływowego na otwartym akwenie osadzają się osady drobne mułkowe. Ich gromadzenie się nie jest tak widoczne, ale za to ma największy wymiar. Osadów tych jest rocznie ponad trzy razy więcej niż osadów piaszczystych: tych przybrzeżnych i tych tranzytowych.

Osady denne Zalewu nie są czyste. Zalew pełni nie przewidywaną przez projektantów rolę oczyszczalni ścieków, zwłaszcza - ostatecznej oczyszczalni dla Warszawy. W okresie wcześniejszym oprócz ścieków komunalnych osadziło się również na jego dnie mnóstwo odpadów poprzemysłowych, w tym toksyn i metali ciężkich. To zatopiona bomba ekologiczna. Nie bardzo wiadomo, jak ją rozbroić.

To tyle pokrótce o Zalewie.

Rozdział LXVIII

Czy jest sposób na Zalew?

Zdaniem Kazika wiatr raczej usiadł, pozostał tylko rozkołys. Wyruszyliśmy.

Kazik nie miał racji. Wiatr wciąż dął i słał nam naprzeciw bałwany.

Posuwaliśmy się powoli. Patrząc na brzeg, wzdłuż którego płynęliśmy, można było zaobserwować, jak bardzo powoli. Odległy przeciwległy brzeg wydawał się stać w miejscu. Jaśniejsza plama na nim to polana przy Rokiciu. Biwakowałem na niej kiedyś z Bartkiem, z niej wyruszyliśmy na żaglu kajakiem do Zarzeczewa. Zajęło nam to cztery godziny. Wiatr wiał jednak wówczas dokładnie z przeciwnej strony, od wschodu. Dziś zajęłoby to nam pewnie godzin czternaście.

Niewielki kościół w Rokiciu to jedna z najstarszych ceglanych świątyń w tej okolicy. Gloger przytacza podanie ludowe dotyczące jego założenia. "Gdy raz do źródła miejscowego zgromadziło się ogromne stado dzikich koni, konie te wyłapane i sprzedane zostały, a szczęśliwi posiadacze zdobyczy, fundusz ten cały przeznaczyli na wybudowanie kościoła". Dlatego flisowie pływający dawniej Wisłą nazywali go "kobylim kościołem".

Wysoka fala uśpiła Michała653 kilometr. Nowa Wieś. Przy brzegu dwukondygnacyjna mieszkalna barka. Na skrajnych jej częściach dwa pomieszczenia o szerokości niemal całej łodzi, połączone węższym łącznikiem. Nad łącznikiem szersza od niego nadbudowa, kryta dwuspadowym dachem. Opodal barki - bar. Zostałem przy kajakach, bo Michał zasnął (pierwszy raz mu się to chyba zdarzyło na tym spływie, by w czasie etapu usnąć); reszta grupy poszła do baru.

W tym miejscu powstało w 1985 roku określenie WKW-Śruba. Zatoczka, nad którą jest bar i nad którą wówczas biwakowaliśmy, była względnie zaciszna, tak jak teraz. Zarośla hamowały porywy wiatru; fale docierały do niej wytłumione, leniwe i głucho rozbijały się o brzeg. Zalew, widoczny z piaszczystego cypla, wypełniony był inną fal odmianą: grzywiastych, stromych i ogromnych. Holownik płynący z Płocka w stronę Włocławka, obserwowany przez nas pewnego popołudnia, czasem między grzbietami fal niknął, by się wkrótce wynurzyć w jakimś dzikim przechyle.

Biwakowaliśmy i marzliśmy dwie noce i dwa dni. Rozłożyliśmy nawet kajaki w nadziei, że wichura przycichnie wieczorem i uda nam się wyruszyć na trasę. Wieczory jednak zaczynały się ulewą i kończyły tęczą. Minął czas przeznaczony na spływ. Złożyliśmy kajaki i po załatwieniu transportu wróciliśmy do miasta.

Podczas spotkania na przystani w celu wysuszenia składaków, nie rzeką zmoczonych lecz deszczem, świętej pamięci Alicja Staliś, zwana przez nas, dzieciaków, ciocią Alą, stwierdziła, że tak bezsensowny wyjazd mógł zorganizować tylko WKW-Śruba. Bardzo się to określenie wszystkim spodobało.

Nieudany ów spływ nie poszedł w niepamięć! Wierzę, że owa przysłowiowa Śruba jakby coraz silniej w głowach wiruje, na wszelkie wody nas napędza i coraz to nowe szlaki poznawać każe!

Płynęliśmy dalej. Wzdłuż brzegu Zalewu rosną pasy rdestnic, tak zwanych chęchów. Uwięzło w nich wiele patyków, kołyszących się wraz z liśćmi. Przemykaliśmy wolnymi od wodorostów kanalikami, unikając fal, które podwodne zarośla skutecznie tłumiły i spłaszczały.

Wiatr nie ucichał. Pod koniec jednego z bardziej uciążliwych odcinków wylądowaliśmy na zawietrznej plaży. Kazik poinformował, że była tu dawniej zatoka w Dębie Wielkim, ale została zamulona, odcięta mierzeją usypaną przez fale i obecnie jest to jeziorko nie połączone z Zalewem. Ciekawe, takie morskie zjawisko na śródlądowym akwenie.
- W pobliże tej zatoki ludzie często przyjeżdżali na biwaki. Powinniśmy coś tu znaleźć!

Brzegiem na poszukiwanie odpowiedniego miejsca udali się najpierw Arek z Kazikiem; ja podążyłem ich śladem po dłuższej chwili, gdy nie wracali. Znaleźli równe miejsce około dwustu metrów dalej, dość nisko nad wodą, wśród gęsto rosnących drzew, na terenie pokrytym zeschłymi liśćmi i rzadkim runem. Tyle, że na brzegu nawietrznym; o korzenie drzew tworzące coś na kształt umocnionego nabrzeża roztrzaskiwały się fale.

Kazik wrócił do łódek i wyruszył spenetrować dalszą część brzegu. Wrócił do nas po kilku minutach. Rozłożył ręce: nic nie ma!
- Ląduj tutaj!

Przytrzymaliśmy kanadyjkę przy dobijaniu, stanąwszy w wodzie, Arek z jednej burty, ja z drugiej. Kazik wysiadł, wówczas sprawnie wyciągnęliśmy kanu na brzeg. Lądowaliśmy potem po kolei, asekurowani przez stojących w wodzie Arka i Kazika, pilnujących, by kajak nie obrócił się i nie został zalany przez fale. Łódki opróżnione z załóg wyciągaliśmy z wody i układaliśmy obok kanadyjki. Jako ostatni wylądowali Arek z Kasią.

Rozbiliśmy namioty i okazało się, że na terenie tym roi się od pająków. Małych, dużych i wielkich; ukrytych pod suchymi liśćmi i spuszczających się z gęstych gałęzi na swych mocnych niciach.

Uruchomiłem telefon. Dzwonił do mnie kilkukrotnie Prezes, łączył się na pocztę głosową. Oddzwoniłem.
- Szukamy was od godziny - usłyszałem. - Gdzie jesteście?

Nie dogadałem się z Prezesem, gdy rozmawiałem z nim z Duninowa. Prezes powiedział mi wtedy, że chcą przyjechać na biwak. Zrozumiałem, że zrobią to dopiero, gdy się do nich odezwę, o ile w ogóle. A tymczasem byli już w drodze.

Ustaliłem, że wyjdziemy do szosy i tam postaramy się odnaleźć. Wyruszyliśmy z Kaziem i Michałem w jej kierunku. Najpierw wąską, bagnistą ścieżynką przez pokrzywy, potem leśną drogą do asfaltu. Nie było daleko, ze czterysta metrów.

Uczestnicy spływu WisłąPrzyjechali. Pełen bus. Za kierownicą Mirek, oprócz niego i Prezesa moja mamulka, Jurek, nie dość, że kolega, to jeszcze reporter z lokalnej gazety, dwie siostry Ula i Grażyna, kolejne kandydatki na dziewczyny Kazika. Natychmiast go otoczyły i wsłuchały w to, co mówi. Kazik ma ten dar, że łatwo znajduje wspólny język z młodszymi od niego o pokolenie dziewczętami.

Przywieźli ciasto i wódkę. Trochę przeklinali, gdy wędrowali przez błoto do naszego pajęczego obozowiska. Nie mieli ze sobą kaloszy...

Daliśmy Prezesowi stare wiosło od łodziDaliśmy Prezesowi stare wiosło od łodzi, wyłowione dziś z Zalewu. Kazik ofiarnie woził je przez pół dnia na plandece swej kanadyjki.
- To będzie pamiątka naszej wiślanej imprezy! - powiedział.


Śpiewy na biwakuZaśpiewaliśmy zestaw piosenek Michała, ten, co zwykle, każdego wieczora, niezmienny. Michał poszedł potem spać, goście udali się do domu, a my wdaliśmy się w pogawędkę. Co jutro robimy?
- Wstaniemy o świcie, gdy nie ma fali, i wyruszymy! - zaproponowałem.
- Dopłyniemy! Musimy dopłynąć! - poparła mnie Kasia.

Rozdział LXIX

Od powietrza, głodu, ognia i wojny...

Pobudka nastąpiła zgodnie z planem: przed świtem.
- To normalne na wczasach, podziwiać wschody słońca...
- Wstawaj, bąblu! Włocławek czeka! Wstawaj, najdzielniejszy mały kajakarzu!

Wczoraj babcia proponowała Michałowi, że zabierze go z biwaku do domu, ale Michał nie chciał jechać. Spływ się jeszcze nie skończył!

Mało jest dzieci, które przepłynęłyby połowę biegu Wisły, pięćset kilometrów, kajakiem w dwa tygodnie. Przepłynęłyby, a raczej przesiedziały, jak słusznie zauważyła Agata.

Wypłynęliśmy o siódmej. Przed nami ostatnie dwadzieścia dwa kilometry. Lekki watr wzbudzał drobną falę.
- Teraz już wierzę, że nam się uda - powiedział Arek.

Na horyzoncie na wodzie majaczyły setki białych punktów. Setki białych żagli? Skądże. To łabędzie, dryfujące po Zalewie. Biała ich flota rozstąpiła się, kierując na lewo w stronę mariny w Dobiegniewie lub w prawo, w stronę urwisk dobrzyńskiej Góry Zamkowej.

Góra Zamkowa w Dobrzyniu nad Wisłą jest zapewne najlepszym punktem widokowym nad Zalewem. Usytuowana mniej więcej w połowie jego długości, najszerszy daje wgląd na rozległość tego akwenu. Na jego krańcach trudno dopatrzeć się przy gorszej pogodzie linii dzielącej wodę od nieba; przy dobrych warunkach z kolei można dostrzec wieże dwóch katedr: w Płocku i we Włocławku.

Na Górze Zamkowej wznosił się zamek, w którym osadzono dawniej zakon Braci Dobrzyńskich. W 1409 roku, w chwili wybuchu wojny polsko-krzyżackiej, nazwanej później wielką, stacjonowała w nim polska załoga. W dniu 6 sierpnia wysłano z Malborka wypowiedzenie wojny, a już 18 sierpnia główne siły krzyżackie pod wodzą wielkiego mistrza zdobyły szturmem Dobrzyń, używając przy tym ciężkiej artylerii. Zamek został spalony, miasto złupione, a jego mieszkańcy i obrońcy wymordowani bez względu na płeć i wiek. Ścięto też dowódcę obrony, Jakóba z Płomian Chełmickiego. Tak nazywa go tablica w dobrzyńskim kościele, upamiętniająca te wydarzenia, opatrzona takim wezwaniem: "Niech Bóg będzie miłosierny zmarłym, a żywych niech krzepi na duchu i drogą obowiązku wiedzie".

Po zamku nie zachował się żaden ślad. Był to zapewne zamek drewniany. Częściowo wzgórze, na którym go wzniesiono, osunęło się do Wisły. Można jedynie w ukształtowaniu terenu dopatrywać się śladów fosy.

Brak wojen jest najważniejszym osiągnięciem naszych czasów. Wojny zdarzają się, ale gdzie indziej. Nie toczą się w Polsce ani w Europie, co najwyżej na obrzeżach tej ostatniej, jak na przykład niedawno na terenach byłej Jugosławii. Doświadczenie wojny przestało być dla Polaka doświadczeniem powszechnym, podobnie dla Niemca lub Francuza. Od 1945 roku trwa pokój i jest to zjawisko nowe, niespotykane dotąd w dziejach tej części świata. Przedtem nawet jeśli człowiek nie zetknął się z wojną osobiście, to osoby z jego najbliższego otoczenia brały w niej udział jako kombatanci: ojciec, wuj, syn; znał też osoby, które zetknęły się z wojną jako cywile.

Prześledźmy ostatni wiek wojen na ziemiach Polski: 1846 - rewolucja krakowska; 1848 - Wiosna Ludów; 1863 - 1865 - Powstanie Styczniowe; 1914 - 1918 - I wojna światowa; 1918 - 1921 - wojny o granice Polski odrodzonej z Niemcami, Ukraińcami, Sowietami; 1939 - 1945 - II wojna światowa. Wydawać by się mogło, że między rokiem 1865 a wybuchem I wojny światowej było spokojne pięćdziesięciolecie. Nie oznacza to jednak, że Polacy w tym czasie nie walczyli. Jako żołnierze armii zaborczych uczestniczyli w tym okresie w wojnie prusko-austriackiej z 1866 roku, wojnie niemiecko-francuskiej w latach 1870 - 1871 i w wojnie rosyjsko- japońskiej w 1905 roku.

"Wojna. Jakże mało zdawałem sobie niegdyś sprawę z tego, śpiewając w kościółku, razem z innymi, owe wszechpotężne w swej grozie słowa suplikacji: Od powietrza, głodu, ognia i wojny - zachowaj nas Panie..."

Jeszcze mniej niż Franciszek Beciński, poeta z Kujaw, żołnierz 1920 roku, autor tych słów napisanych w czasie ostatniej z wojen, zdajemy sobie sprawę z jej grozy.

Z lewej - przystań jachtowa w Wistce. Z prawej - klif u wejścia do zatoki w Kózkach. Świetnie widać na nim warstwicowy układ skał, z których zbudowane jest Pojezierze Dobrzyńskie.

W zatoce w Kózkach kończyliśmy kiedyś nocny etap z latarkami. Łąka nad nią, obecnie zapuszczona, stanowiła wówczas znane nam świetne miejsce biwakowe. Nie zdążyliśmy go osiągnąć przed zmrokiem. Pamiętam, jak przy sztucznym świetle wszystko wydaje się odległe, fale niewidoczne rosną w wyobraźni a kajak dziwnie się przechyla.

Kazik wspomina Kózki inaczej. Leżąc na kwietnej łące, czuł się tam jak w raju.

Zatrzymaliśmy się na postój naprzeciw Kózek na ładnej plaży z niewielką jak na Zalew Włocławski ilością muszli wodnych ślimaków i małży. Populacja mięczaków na Zalewie jest olbrzymia. W miejscach, gdzie fale wyrzuciły na brzeg duże ich ilości, gniją i tam brzegi Zalewu śmierdzą.
- Woda czystsza, niż na Mazurach - stwierdził Arek.
- Wiadomo, odstojnik. Dlatego pomimo Warszawy Wisła poniżej Włocławka mieści się w klasach czystości.

Niebagatelną rolę w oczyszczaniu wody odgrywają małże. Jedna szczeżuja wielka, największy słodkowodny małż występujący w Polsce, potrafi w ciągu godziny przefiltrować ponad dwadzieścia litrów wody.
- Czy jest cisza, czy jest fala, Kaziu równo zapierdala - wymyślił Arek. Dwuwiersz ten jest trafny. Bez względu na warunki, Kazik w równym tempie, nie za szybko, ale bezustannie, przewiosłował ponad siedemset kilometrów Wisły.

Malowniczy jest wysoki, północny brzeg Zalewu. Urwiska, strome trawiaste zbocza, równe rzędy sadów, wąwozy zakryte gęstymi czuprynami drzew.

Ceglany spichrz na skarpie w Tulibowie.

Port jachtowy w głębi zatoki, do której uchodzą dwie odnogi rzeczki Chełmiczki, i biała bryła dworu w kępie drzew na wzgórzu w Zarzeczewie.

Dwór w Zarzeczewie zbudował w 1906 roku właściciel tutejszego majątku Bronisław Olszewski. W 1935 roku został przekazany wraz z sąsiednim Nasiegniewem na rzecz Towarzystwa "Powściągliwość i Praca" pod wezwaniem Michała Archanioła. Z tą chwilą zmieniła się funkcja dworu z mieszkalnej na wychowawczo-oświatową. Po wojnie zaadaptowano go na szkołę podstawową, a od lat 80-tych XX wieku jest siedzibą Ośrodka Doradztwa Rolniczego.

Dwór zarzeczewski miał szczęście jak niewiele obiektów tego rodzaju. Przetrwał.

Wybuch II wojny światowej zapoczątkował początek zagłady ziemiańskiego świata. Ziemianie jako ludzie wykształceni, wychowani z reguły w tradycji polskości, zostali najpierw wzięci na celownik przez okupantów niemieckich i sowieckich. Byli wywożeni do obozów, mordowani, pozbawiani własności. Dopełnieniem działalności okupantów była dokonana przez władze komunistyczne reforma rolna. Towarzyszyła jej propagandowa kampania nienawiści do "obszarników". Do końca 1946 roku na ziemiach pozostających przed wojną w granicach Polski rozparcelowano ponad dziewięć tysięcy majątków i zniszczono ziemiaństwo jako klasę społeczną, przerywając raz na zawsze ciągłość tradycji historycznej. Zniszczeniu uległy dwory, zarówno jako ośrodki życia wiejskiego, propagujące kulturę, w tym także kulturę rolną, jak i budynki. Urządzano w nich szkoły, PGR- y, osiedlano w nich robotników rolnych. Większość zburzono.

Wszelkie ślady ziemiańskiej przeszłości starano się zatrzeć i w znacznym stopniu się to udało. W 1945 roku na terenach wiejskich w Polsce było około 30 000 rezydencji dworskich. W 1990 roku pozostało ich około tysiąca. Po wielu został tylko ślad w krajobrazie w postaci kępy starych drzew.

Rozdział LXX

Zapora we Włocławku: o kropkę nad "i"

My w wejściu do górnego awanportu włocławskiej śluzyZebraliśmy się w wejściu do górnego awanportu włocławskiej śluzy. - Udało się! We did it! - eksplodował radością Arek.
- Teraz tylko potrzebna nam kropka nad "i" powiedziałem.
- Żebyśmy dopłynęli do Klubu.

Kilka lat wstecz wprowadzono na śluzie we Włocławku zarządzenie, że nie wolno śluzować kajaków. Ewentualnie jest to dopuszczalne, jeśli towarzyszy im duża jednostka. Leszek proponował mi wczoraj wieczorem telefonicznie, byśmy zgrali się ze śluzowaniem z tratwą Greenpeace. Nie było to realne. Tratwowicze nie musieli zwijać rano namiotów, po prostu odcumowali się i o świcie odpłynęli. Nawet śniadanie mogli zjeść na tratwie. Prześluzowali się w dół kilka godzin przed nami.

Poszliśmy do śluzowego z Kaziem, Marianem i Michałem. Śluzowy powołał się na obowiązujące go zarządzenie, ale zastrzegł, że sam uważa je za nie do końca przemyślane. Gdy śluzuje się kajaki w górę, na środku komory tworzy się groźny wał wodny, ale śluzowanie w dół jest z gruntu bezpieczne.

Przed rokiem, 22 września 2007 roku, miał miejsce wypadek na śluzie we Wrocławiu. Wywróciło się kilkanaście kajaków. Zdarzyło się to jednak podczas śluzowania w górę; śluzowy pewnie gwałtownie wody napuścił, jakby statek śluzował, a nie kajaki. Może kajakarze nie umieli się dobrze ustawić, za blisko miejsca napływu wody się zatrzymali?

- To chyba jedyna śluza w Polsce, na której nie śluzuje się kajaków - argumentowaliśmy.
- Grzecznościowo was prześluzuję - zgodził się wreszcie śluzowy, po czym sprzedał nam bilety. Da każdego kajaka jeden, jak na każdej innej polskiej śluzie!

Kazik poinformował go, że na wszelki wypadek założymy na siebie kamizelki i udaliśmy się do łódek.

Najłatwiej jest wszystkiego zakazać. Utopili się kajakarze na jeziorze Łebsko - zakazano pływania po tym jeziorze. Utopił się młody człowiek w Nidzie - wójt gminy przy krzyżu zamieścił tablicę: ZAKAZ KĄPIELI MIEJSCE NIEBEZPIECZNE. Tymczasem jezioro Łebsko jest takim samym dużym jeziorem jak wiele innych jezior w Polsce, a plaża nad Nidą taką samą plażą jak dziesiątki innych na zakolach rzeki, na których się kąpaliśmy.

Kierując się taką logiką, należałoby zakazać pływania kajakami po Dunajcu, bo utopiło się już w nim parę osób, albo najlepiej zakazać pływania kajakami w ogóle - za wyjątkiem miejsc, w których jest tak płytko, że kajaki trzeba holować. Tam się chyba nikt nie utopi. Chociaż - w łyżce wody można...

Musieliśmy poczekać na swoją kolejŚluza przygotowana była do przyjęcia idącej z dołu rzeki jednostki. Musieliśmy poczekać na swoją kolej. Po półgodzinie wpłynął do śluzy pchacz z barką załadowaną potężnym zbiornikiem. Po jego prześluzowaniu my opuściliśmy się w dół, obserwowani z mostu przez obecnych tam gapiów. Wielu z nich przybyło tam specjalnie dla nas: Prezesostwo, siostra Agaty Ewa, Mirek...

Stan dolnej wody był już dość niski, ewidentnie uciekła nam powodziówka. Pod koniec wypuszczania wody odsłoniły się umieszczone w ścianach komory upusty. Każdy z nich tak duży, że kajak mógłby wessać. Woda znikała w nich jak w dziurach spustowych wielkiej wanny, z donośnym bulgotem. Bardzo się to podobało Michałowi.

Jesteśmy już na doleŚluza włocławska napełniana jest i opróżniana systemem podziemnych kanałów, których wyloty umieszczone są w pobliżu dna komory. Powinny one znajdować się poniżej lustra wody. Kiedyś tak było, w czasach, gdy śluzowaliśmy się kajakami również w górę bez żadnych utrudnień. Obecnie obniżenie się dna Wisły o parę metrów wskutek wzmożonej budową zapory erozji dennej spowodowało, że różnica poziomów między dolną wodą a górną jest o wiele większa niż planowane maksymalne 12,8 metra, wloty kanałów znalazły się na poziomie lustra wody, a przy jej niskim stanie próg dolnej głowy śluzy jest tak płytko, że żaden statek nie jest w stanie go pokonać. To efekt tego, że zaporę włocławską zaprojektowano jako jeden z elementów tzw. kaskady dolnej Wisły. Miała być podparta zaporą w Ciechocinku, która utrzymywałaby stały poziom wody i do erozji dennej by nie dochodziło. Stopień wodny w Ciechocinku jednak nie powstał.

Zapora wodna we Włocławku jest największym tego rodzaju obiektem w Polsce. Oprócz śluzy, w jej skład wchodzą hydroelektrownia o przełyku 2100 m3/s (tyle musi przyjąć, by osiągnąć maksimum mocy) i mocy 210 MW, zespół jazów dla przepuszczania wody powodziowej, przepławka dla ryb i zapora kamienno-ziemna; ponad wszystkimi elementami zapory poprowadzony jest most. Od kilku lat poniżej elektrowni i jazów usypywany jest próg z kamieni osadzonych w gabionach, którego celem jest podpiętrzenie wody u stóp zapory. Nie podpiętrza on jednak, co zrozumiałe, dolnej wody przy śluzie, nie ratuje więc Wisły jako drogi wodnej.

Mostem po zaporze wędrowałem 26 października 1984 roku wraz z grupką innych jedenasto i dwunastolatków oraz naszą nauczycielką, panią Kukucką. Wybraliśmy się szlakiem dwóch mostów, od zapory włocławskiej do mostu żelaznego przy katedrze, przez rezerwat "Kulin", chroniący roślinność kserotermiczną w tym aromatycznie woniejący (ale w czerwcu a nie w październiku) dyptam jesionolistny, zwany gorejącym krzakiem Mojżesza. W czasie wycieczki nasza opiekunka zaplanowała rozdanie nam, młodemu narybkowi członkowskiemu, legitymacji PTTK. Tak opisałem tę ekskursję bezpośrednio po jej zakończeniu:

"Idąc przez tamę widzieliśmy milicjantów, amfibię i nurków pływających pod wodą. Domyśliliśmy się, że szukają zaginionego księdza Popiełuszki. Następnie poszliśmy brzegiem Wisły przez las. Nagle ujrzeliśmy sad, a w nim ładnie utrzymaną chałupinę, siedem psów oraz dziadka i babcię. Z rozmowy z nimi wywnioskowaliśmy, że nic nie wiedzą o porwaniu księdza Jerzego. W czasie dalszej drogi ujrzeliśmy głaz narzutowy, a później nastąpiło wręczenie legitymacji PTTK".

Jak wiadomo, ciało zamordowanego księdza zostało odnalezione w wodach Wisły a faktyczni mordercy osądzeni. Czy w morderstwie maczali też palce ówcześni polityczni decydenci?

Wkrótce po odnalezieniu ciała na zaporze włocławskiej pojawił się krzyż. Wkrótce też zniknął. Znów się pojawił. Zniknął. Tak się zabawiali w kotka i myszkę opozycjoniści i SB-cy. Obecnie w miejscu tamtego krzyża jest niewielki krzyżyk na barierce przy jazach; wielki krzyż na cyplu między zaporą ziemną a jazami to już znak czasów obecnych, pozostałość po wizycie Jana Pawła II we Włocławku w 1991 roku.

Obecnie postuluje się beatyfikację a nawet kanonizację księdza Jerzego. Kto to jest - człowiek święty? Czy ustanowienie świętym księdza Jerzego nie będzie takim samym politycznym aktem jak kanonizacja biskupa Stanisława? Życie Jerzego Popiełuszki z okresu sprzed zabójstwa jest daleko lepiej znane aniżeli legendarne czyny świętego Stanisława i może ono ten zamiar usprawiedliwia. Niemniej gdyby nie zabójstwo na tle politycznym, o nimbie świętości dla księdza Jerzego nikt by zapewne nie mówił.

Rozdział LXXI

Obrazy Włocławka

W oddali WłocławekPo pokonaniu dolnego awanportu wyszliśmy na nurt, ale nie można było na nim polegać. Wiatr był już silny i w mordę. Bez wiosłowania byśmy do Klubu nie dopłynęli, prędzej by nas fale zepchnęły pod szklany krzyż Popiełuszki. Wiosłowaliśmy więc w kierunku, gdzie:
"Poniżej w lewo czerwieni się dawny
Włodsławek, księżą, cłem i piwem sławny;
Tam ci też pewnie zahamują statek,
Zapłać podatek.
Tamże u zamku Mintawa leniwa
W łakomą Wisłę nurcik swój wylewa".

Szesnastowieczny opis Klonowica stracił na aktualności, ale nie całkiem. Wciąż większość dachów na Starym Mieście we Włocławku uczyniona jest z czerwonej dachówki, wciąż działa seminarium duchowne a biskup jest jedną z najważniejszych osób w mieście, wciąż też u zamku, w swej obecnej formie będącego klasycystycznym pałacem, do Wisły uchodzi Mintawa, obecnie nazywana Zgłowiączką. Nie produkuje się tylko we Włocławku piwa i nie pobiera się cła od płynących rzeką statków.

Oskar Flatt w wydanym w 1854 roku przez Spółkę Żeglugi Parowej opisie Wisły, będącym plonem próbnego rejsu zbudowanego w 1853 roku parowca (zwanego podówczas paropływem) "Włocławek", tymi słowy sławił miasto, od którego statek wziął nazwę:
"Piękny Włocławek, gdy w dzień pogodny, przy pomyślnym wiatru powiewie, zwinne berlinki rozepną żagle i mkną po wiślanych wodach, aż w dali niknie ślad ich bandery, piękny, gdy po całodziennej pracy znużone słońce zatonie w zachodniej stronie: i ledwo zmierzch zapadnie, błyskają po Wiśle niby błędne ogniki - światła po tratwach i galarach, i jakoby całe miasto kołyszą do uśpienia przerywane często flisaków śpiewy.
Cudowny to widok, gdy parowiec wpływał do przystani zionąc po ciemnym tle nocy kłęby dymu i snopy iskier ze swojego łona, gdy ślizgał po nurtach Wisły, wśród odgłosów muzyki, oświetlenia rzeki i świątecznymi wstęgami powiewających masztów przystani włocławskiej".

Paradoksalnie, nie ma już takich widoków Włocławka jak opisane przez Flatta, choć jego tekst jest znacznie młodszy od Klonowicowego. Nie ma ani flisaków, ani tratw, ani żagli, ani statków, ani przystani przy bulwarach czy gdziekolwiek indziej.

Inaczej Włocławek widzieli bohaterowie "Pamiątki z Celulozy" Igora Newerlego, książki napisanej w 1953 roku, ale opisującej stan o ćwierćwiecze wcześniejszy, najsławniejszej książki o Włocławku. Opis to wprawdzie literacki, ale odpowiadający rzeczywistości.

"Szosa opasująca górę szpetalską, wychynęła z lasu nad skraj urwiska. Z tego niby balkonu ujrzeli nagle Wisłę pod nogami, a przed sobą, na przeciwległym brzegu, miasto biskupie - Włocławek.
Było rzeczywiście, jak im ludzie ze dworu przepowiedzieli: że najpierw zobaczą komin we Włocławku najwyższy, dymiący, obok niego cztery mniejsze razem związane, bez dymu, bo są z drzewa zrobione niczym kadzie, a te kominy i budynki stać będą na krawędzi czerwonawej hałdy przy samej wodzie; i to będzie właśnie pana Sztajnhagena Celuloza, którą w okolicy nazywają "Ameryką". Kto się tam dostanie, żyć może bez obawy do śmierci, jeszcze dzieciom coś niecoś zostawi.
- Żeby choć dali porobić, Matko Najświętsza, żeby choć dopuścili... - modlił się cieśla, schodząc po ratunek do miasta, do tego miasta wymarzonego, które spichrzami starymi, wieżami, cegłą czerwoną i białą, całym tłumem budowli nadbrzeżnych przeglądało się w lustrze cichej Wisły i dymne smugi z kominów, barwione na różowo, powiewały nad nim jak proporce (...).
Włożywszy buty szli na te dymy z kominów mostem drewnianym, pod którym woda wszystko głucho odbijała: głosy przekrzykujących się mleczarek, śpieszne kroki robotników z Dolnego Szpetala, idących do pracy, poskrzyp wozów - dzień widocznie wstawał targowy.
Pośrodku rzeki statek ryczał, żeby się przystań przygotowała na jego przyjęcie.
Tafle drzewa cicho sunęły pod filary. Retman pomachując czapką w lewo, za most, gdzie stał biały pałac, krzyczał z łódki do przednika:
- Wara, śtyborku, dupą do biskupa, dupą!
Wraz z drzewem płynęło Wisłą coś białego, jakby mydliny - pełno tego było wokół - i od wody bił w nos ostry kwaśnawy zapach ługu. A na brzegu, gdy poszli pod górę staroświecką uliczką Matebudy, zaleciało ich nagle czymś tak ciepłym i drażniącym, że przystanąwszy, nosy z wiatrem wystawili, by po chwili spojrzeć po sobie ze zdumieniem: całe miasto pachniało paloną kawą".

Z góry szpetalskiej do dziś można ujrzeć podobny widok. Tyle, że zamiast Celulozy stoją jej ruiny, coraz mniejsze, w miarę jak teren jest zajmowany przez nowo powstające mniejsze zakłady przemysłowe. Włocławska Celuloza nie sprawdziła się w warunkach gospodarki rynkowej. Nie ma wprawdzie drewnianego mostu, ale jest most stalowy. No i Wisłą nic nie płynie: ani statki, ani tratwy, ani brudna piana, którą Celuloza zanieczyszczała rzekę jeszcze przed dwudziestu laty, zupełnie, jak w czasach opisywanych przez Newerlego. Zapach kawy w niektórych miasta fragmentach pozostał.

Dominującym akcentem miasta pozostała do dziś katedra. Nie ona wysunęła się na pierwszy plan dla bohaterów komunizującej powieści Newerlego, gdyż nie dla niej tu przybyli: wszak do Włocławka przybyli za pracą, do sławnej "Ameryki". Niewątpliwie musieli ją jednak zobaczyć, gdyż zdecydowanie wybija się ponad tłum domów. Płynie przez ich równinę, równinę pobrużdżoną dachami, unosi się na nich jak statek na morzu. Boska nawa.

Rozdział LXXII

Nawet na wiosło nie spojrzę

Włocławek. Tu każdy kamień przemawia swojsko.

Pod kulińskie wzgórza odgałęzia się łacha wiślana, otaczająca dużą kępę porośniętą wikliną. Obniżanie się dna koryta rzeki po zbudowaniu zapory spowodowało, że łacha ta wyschła, zaczęła być drożna jedynie w czasie wysokich stanów wody. Pomogła w tym procesie betonowa opaska. Kępa stawała się częścią stałego lądu. Okazało się wówczas, że nurt płynący jedynie głównym korytem podmywa filary mostu, grożąc im zawaleniem. W ciągu ostatnich dwóch lat udrożniono zatem dawną łachę, wybagrowano setki ton żwiru, znów kępę opłynąć można dookoła. Zmiana kierunków przepływu wody ma ustrzec most przed katastrofą.

Z lewej strony za osiedlem mieszkaniowym, zespołem niewysokich bloków, jest ujście kanału lateralnego, zbierające wodę przesiąkającą przez zaporę boczną Zalewu w rejonie Modzerowa i docierającą do niego strugą z jeziora Rybnica. Między rzeką a ulicą ciągną się odtąd stare domki, silosy zbożowe, a potem tereny poprzemysłowe, tereny dawnej fabryki papieru - Celulozy, zwanej przez starszych mieszkańców miasta "Celojzą". Pozostały po niej stare kominy i mury prześwietlone pustkami okien. Mniejsze zakłady biorą sobie teraz ten obszar w posiadanie.

Wylot ku Wiśle ulicy Ogniowej kończy tereny przemysłowe i zaczyna starą część miasta. Wzdłuż rzeki ciągną się odtąd Bulwary. Ich zakładanie rozpoczęto w 1846 roku. Usypano kamienny wał, podniesiono poziom terenu, wybrukowano równoległą do Wisły ulicę Nadbrzeżną. Wzdłuż niej zamocowano metalową barierę.

Przy Bulwarach były pływające przystanie statków, embarkadery, na których sprzedawano bilety i oferowano transport bagaży na pokład. Przy Bulwarach cumowały też barki, ciągnięte w górę albo w dół rzeki.

Płynąłem z ostatniej z tych przystani ze szkolną wycieczką statkiem do Płocka.

Żegluga upadła, bulwary zmieniły swój wygląd. W latach osiemdziesiątych XX wieku poszerzono je, tworząc pas zieleni, przecięty alejkami, a od strony wody wylano betonowe spadki, kończące się przy wodzie pionowym progiem z pali Larsena.

Dawne Bulwary były przyjazne ludziom, można było zejść z nich po trawie i kamieniach do samej wody. Obecne, mimo że większe, takie nie są. Utrudniony jest dostęp do stojących na wodzie na kotwicach łódek rybackich, a alejki i nabrzeże Bulwarów są martwe, bezludne. Jest na nich dość miejsca na kawiarenkę, lodziarnię, piwiarnię, ale obiektów takich na nich nie ma i spacerowiczów nie ma także.

Przy Bulwarach stoją masywne gmachy dwóch szkół: Zespołu Szkół Technicznych, wzniesiony w 1924 roku i Liceum Marii Konopnickiej, dawnego gimnazjum żeńskiego, wzniesiony w 1932 roku. Uczniem tej szkoły był Prezes, a nauczycielami Tadeusz Tyszkowski i Euzebiusz Smarzyński, którzy zaszczepili w nim wodniackiego bakcyla.

Między szkołami znajdował się hangar Koła Przyjaciół Harcerstwa, poświęcony w 1933 roku. Z niego włocławscy harcerze wyruszyli na spływ Wisłą do morza. Przed dziesięciu laty schron ten spłonął i już nie istnieje. Drogi ludzi w nim bywających rozeszły się.

Zaczyna się część miasta sięgająca korzeniami średniowiecza. Spichrze ustawione szczytami do wody. Ulokowane w kwartałach ulic domy. Ulokowane przestronnie, bo wiele z nich już nie istnieje, a ich miejsce zajęły niezagospodarowane skwery. Przysadzista fara. Nigdy nie była strzelista, tym bardziej nie jest taką teraz, odkąd schodzi się do jej wnętrza po schodkach, odkąd zagłębiono ją w ziemi podczas usypywania Bulwarów.

Fara włocławska to tak zwany gotyk nadwiślański. Gotyk późny, miękki w formie, niewertykalny, romanizujący. To kościół jednonawowy, zamknięty między masywną, ale niewysoką, kwadratową wieżą a absydą. Plątanina profilowanych żeber na sklepieniu powiela niespokojny rysunek sterczyn i łuków na tle białych blend szczytu prezbiterium. W 1538 roku, w chwili budowy był już budowlą anachroniczną. Istniała już wówczas w sąsiednim Płocku kopułowa nowa katedra w stylu włoskim, a w samym Włocławku z katedry do kapitularza od kilku lat prowadził renesansowy portal, wymurowany przez włocławskiego muratora Kokoszkę. Anachronizm fary był zabiegiem zamierzonym. Służyć miał przydaniu kościołowi przymiotu "starożytności". Dlatego także dostawionej do fary na początku XVII wieku absydzie bliżej do absyd romańskich aniżeli do powstających równolegle w Polsce absyd wczesnobarokowych świątyń jezuickich, wzorowanych na modelowym kontrreformacyjnym rzymskim kościele Il Gesu.

Panoramę zamykają odwrócone arkady żelaznego mostu drogowego. Oddany do użytku w 1937 roku, zastąpił most drewniany z 1915 roku. Resztki drewnianych pali wśród kamiennego rumowiska do dziś odsłaniają się przy niskich stanach Wisły poniżej mostu obecnego.

Przed mostem, w miejscu, gdzie z głównym korytem łączy się odnoga opływająca włocławską kępę, a do rzeki od szosy szpetalskiej schodzi ulica Cysterska, znajdowała się niewielka stocznia rzeczna Aleksandra Paruszewskiego. Obecnie na jej terenie znajduje się wał powodziowy, usypany w czasie budowy mostu żelaznego. W 1912 roku zwodowano w niej holownik o nazwie "Poljak", istniejący do dziś. Złożony został we Włocławku z elementów sprowadzonych koleją z Sankt Petersburga jako jeden z trzech bliźniaczych statków, zamówionych przez ówczesnych potentatów na światowym rynku ropą naftową braci Emanuela i Ludwika Nobel, właścicieli rafinerii w Baku. Przeznaczeniem holowników było ciągnięcie barek z naftą i ropą na trasie Gdańsk - Warszawa. Nazywano je "nafciakami", gdyż siłę potrzebną do obracania osłoniętych tamborami bocznych kół zapewniał niskoprężny silnik naftowy. "Poljak" był zatem jednym z pierwszych statków o napędzie spalinowym w Polsce. W niepodległej Polsce był przebudowywany, przemianowano go na "Lubeckiego", a po wojnie otrzymał nazwę "Warmia". Pływał aż do 1972 roku, kiedy to znalazł się na Zalewie Zegrzyńskim jako część przystani wodnej. W 2005 roku statek został odkupiony dzięki staraniom Towarzystwa Miłośników Włocławka i obecnie przechodzi remont, mający przywrócić mu dawny wygląd. Są plany, by stanął przy włocławskich Bulwarach albo w porcie, planowanym poniżej ujścia Zgłowiączki, i pełnił funkcję muzealną. Na ile są realne, czas pokaże.

W oddali WłocławekPrzy Bulwarach ujrzeliśmy tratwę Greenpeace. Zacumowany był do niej kajak Leszka, a sam Leszek siedział na pokładzie w towarzystwie kilku młodych ludzi, studentów na oko.
- Nająłem się na przewodnika z Torunia do Bydgoszczy! - pochwalił się.

Konstrukcyjnie tratwa miała formę prostokątnej drewnianej ramy, obejmującej sześć tysięcy butelek plastikowych typu "pet", zabezpieczonych przed wypadnięciem od strony dna siatką. Na pokładzie tratwy stała buda sześcienna, stanowiąca noclegownię załogi; nad wodę z budy wysuwał się kibelek. Podejrzewaliśmy, że ekolodzy oddają z niego wprost do wody to, co im zbędne w organizmach, ale Leszek uświadomił mnie, że we wnętrzu wychodka jest ekologiczny pojemnik, opróżniany w miastach do kanalizacji.

Skromne i ciasne były warunki do życia na tratwie. Na "Lubeckim" nie były o wiele lepsze. Tylko kapitan i główny mechanik mieli mieszkania składające się z kilku kabin. Reszta załogi musiała zadowolić się pojedynczymi kajutami, zwykli marynarze mieszkali nawet w kilku w jednej. Nie było to wygodne, jeśli pamiętać, że spędzali tak całe życie. Statek był ich domem, nie opuszczali go nawet zimą, gdy stał w porcie, najczęściej praskim w Warszawie albo w Bydgoszczy. Wraz z rodzinami (kapitan Metody Przybytkowski, dowodzący statkiem od 1935 do 1945 roku, mieszkał na nim z żoną, dwiema córkami i czterema synami) oczekiwali wówczas, zapewne z niecierpliwością, nadejścia wiosny i wznowienia żeglugi.

Spływ tratwy Greenpeace odbywał się pod hasłem "Rzeka nie jest ściekiem". Towarzyszyła mu wystawa fotograficzna transportowana lądem i prezentowana w kolejnych miastach w czasie, gdy przystawała w nich tratwa.

Przepłynąłem pod mostem, minąłem pałac biskupi, widoczną za nim katedrę, ujście Zgłowiączki i dobiłem do plaży w pobliżu naszej klubowej przystani. Michał histeryzował. W czasie, gdy konferowałem z załogą tratwy i Leszkiem, inni uczestnicy wyprawy wyprzedzili nas i przed nami osiągnęli metę. A Michał nie lubi być ostatni...
- Wiosło odłożę teraz do wiosny i nawet na nie nie spojrzę - zapowiedział Marian.
- Gdyby nie pogoda, nie dopłynęlibyśmy.
- Brakowało choć jednego dnia odpoczynku...
- Mieliśmy dużo szczęścia.
- Szczęście sprzyja odważnym, wuju Marianie.

Rozdział LXXIII

Z początków włocławskiego kajakarstwa

Włocławski Klub Wodniaków PTTK powstał na skutek przekształcenia się Sekcji Turystyki Wodnej przy Oddziale Kujawskim PTTK, Sekcję tą stworzyli z kolei ci sami ludzie, którzy przed II wojną światową tworzyli we Włocławku wodniactwo harcerskie.

Przystań wioślarska na WiśleKajak na Wiśle widywany był już w końcu XIX wieku. Świadczy o tym stara fotografia wykonana przez B. Sztejnera, przedstawiająca osadę wioślarską na tle znajdującej się jeszcze na włocławskich Bulwarach przystani założonego w 1886 roku Włocławskiego Towarzystwa Wioślarskiego. W jej rogu widoczny jest płynący kajakiem mężczyzna.

Udokumentowane początki kajakarstwa turystycznego - czyli związanego z przemieszczaniem się kajakiem w celach rekreacyjno-poznawczych - wiążą się z datą znacznie późniejszą: 5 lipca 1931 roku. W tym dniu dwaj włocławscy harcerze, dwudziestoparoletni Witold Pomianowski i Czesław Bobrowski wyruszyli na dziewiczy samodzielny spływ z Brześcia nad Bugiem Muchawcem, Bugiem i Wisłą do Włocławka. Po tym spływie we Włocławku powołana została Sekcja Wodna Koła Przyjaciół Harcerstwa. W jej utworzeniu brali udział oprócz Witolda Pomianowskiego oficer stacjonującego w mieście 14 pułku piechoty Józef Koziński i pracownik Starostwa Powiatowego Feliks Korycki. W czerwcu 1932 roku jej członkowie popłynęli wykonanymi przez siebie w lokalu Państwowej Szkoły Rzemieślniczo-Przemysłowej kajakami na zlot harcerski w Ciechocinku, zaś w lipcu udali się do Garczyna na Międzynarodowy Zlot Skautów Wodnych. Zaczął się okres ożywionej działalności wodnej - tak kajakowej jak i żeglarskiej. Organizowano imprezy popularyzujące kajakarstwo, takie jak pokaz akrobacji kajakowych na jeziorze Łuba w czasie zlotu harcerzy w 1933 roku, obozy szkoleniowe na Kępie Zarzeczewskiej oraz uczestniczono w dalekobieżnych spływach Wisłą: w 1933 roku w ogólnopolskiej imprezie "Przez Polskę do morza" i w 1937 roku z Krakowa do Włocławka. Ważnym momentem dla kajakarzy było też otrzymanie w 1932 roku od władz miasta terenu nad rzeką pod przystań kajakową. Wybudowano na nim schron Koła Przyjaciół Harcerstwa, który spłonął przed dziesięciu laty.

Lata powojenne były dla harcerstwa trudne. Władze starały się je sobie podporządkować także ideologicznie, ostatecznie likwidując ZHP w roku 1950 i wcielając jego członków do Związku Młodzieży Polskiej. Harcerscy wodniacy próbowali kontynuować swą pasję w inny sposób: prawie wszyscy znaleźli się w utworzonej w sobotę 22 października 1949 roku Sekcji Turystyki Wodnej Oddziału Kujawskiego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Oprócz nich wśród założycieli Sekcji był też Zbigniew Błażejewski, późniejszy "Stryjo", mieszkający później w Warszawie jeden z najbardziej legendarnych kajakarzy polskich XX wieku, Przodownik Turystyki Kajakowej posiadający legitymację oznaczoną numerem 2.

Zawirowania polityczno-organizacyjne sprawiły, że przez pierwsze lata Sekcja nie funkcjonowała. Dopiero w 1954 roku jej odtworzenia dokonał Feliks Korycki i w tymże roku odbyły się pierwsze spływy Sekcji, a jakże, na Wiśle: do Gdańska i z Płocka. Dwa lata później przejęła ona w użytkowanie przystań wodną położoną przy ulicy Piwnej nad Zgłowiączką w pobliżu jej ujścia do Wisły. Użytkował ją dawniej Klub Sportowy "Budowlani", wznosił się na niej drewniany hangar wzniesiony w latach 30-tych XX wieku dla potrzeb Kujawskiego Klubu Wioślarskiego Rzemieślniczego. Nie ma go już, ale przystań wciąż jest naszą Przystanią. Hangar spłonął w 1997 roku, podpalony przez nie ustalonych dotąd sprawców, niewiele miesięcy przed pożarem schronu dawnej Sekcji Wodnej Koła Przyjaciół Harcerstwa przy Bulwarach. W miejscu naszego starego hangaru jest nowy, mniejszy, metalowy. W miejscu schronu przy Bulwarach nie ma nic.

W dniu 14 maja 1962 roku Sekcja Turystyki Wodnej PTTK zmieniła nazwę na Włocławski Klub Wodniaków PTTK. Z Wisły, będącej początkowo głównym akwenem, na którym koncentrowało się pływanie, przenieśliśmy się na inne rzeki i jeziora w kraju i za granicą a nawet morza. Wisłą rzadko ostatnio pływamy nawet w ramach krótkich spacerków na parę godzin. W latach siedemdziesiątych XX wieku takich wypływów notowano po pięćset i więcej rocznie. Sam na takim wypływie nawiązałem znajomość z kajakiem, a na łasze za mostem, przy bezpiecznej głębokości nie przekraczającej kolan ojciec wsadził mnie nawet do jedynki i dał wiosło do łapki, która z trudem je uniosła. Teraz rocznie zdarza się maksymalnie kilkanaście takich kilkugodzinnych wycieczek w roku.

Spływ Wisłą jest w jakimś sensie powrotem do Klubowych korzeni.

Przejdź dalej

Copyright © Prywatne Okienko Wuja Mariana

Wybierz z listy: