Prywatne Okienko Wuja Mariana
Serdecznie witam na mojej witrynie

Wisłą w głąb Polski

Poprzednie rozdziały « Wisłą w głąb Polski » Rozdział XLII » Rozdział XLIII » Rozdział XLIV » Rozdział XLV » Rozdział XLVI » Rozdział XLVII » Rozdział  XLVIII » Rozdział XLIX » Rozdział L » Rozdział LI » Rozdział LII » Rozdział LIII » Rozdział LIV » Rozdział LV » Kolejne rozdziały

Rozdział XLII

Piotrawin, Solec, Kłudzie

Wodowaliśmy się przez gałęzie, które wynurzyły się przez noc spod opadającej wody.

Wapienne urwiska.Z prawej - kamieniołom wapienia. Rozległy, odkryty, urwisty teren. Naprzeciwko niego powinno być ujście rzeki Kamiennej. To dość duża rzeka, 138 kilometrów długości. Wypatrywałem jej, podobnie jak przed Annopolem ujścia Sanny, ale nie zdołałem go umiejscowić wśród zatopionych wierzb.

Piotrawin. Najgorsze wyjście jak dotąd na trasie, na zalaną drogę polną, bardzo śliską od błota. Ciekawy byłem tej miejscowości, więc mimo to wysiadłem. Z Piotrawinem wszak związane jest drugie z najważniejszych wydarzeń w życiu patrona Polski, świętego Stanisława - wskrzeszenie rycerza Piotra. O ile jednak pierwsze z nich - śmierć w 1079 roku - jest faktem historycznym, o tyle drugie jest tylko legendą.

Zanotował ją w połowie XIII wieku - zatem prawie dwieście lat po śmierci biskupa - Wincenty z Kielc w sporządzonym na potrzeby procesu kanonizacyjnego "Żywocie mniejszym". Przedstawiona w nim została historia sporu, jaki powstał między biskupem krakowskim a spadkobiercami komesa Piotra co do prawa własności wsi Piotrawin. Krewni zmarłego komesa nie uznali transakcji sprzedaży tej wsi i zażądali od Stanisława jej zwrotu, pozywając go przed sąd królewski. Król orzekł, że Stanisław musi oddać wieś, jeśli nie dowiedzie swoich praw przedstawiając odpowiedni dokument kupna albo stawi na świadka tego, który sprzedał swoją własność. Stanisław poprosił o odroczenie rozprawy i udał się do Piotrawina. Tu, po odprawieniu mszy, w stroju pontyfikalnym, rozkazał otworzyć grób Piotra i wezwał go do zmartwychwstania. Rycerz wstał i prowadzony przez biskupa udał się przed oblicze króla, gdzie poświadczył zawarcie umowy, po czym Stanisław odprowadził go do miejsca spoczynku. Niezwykłość tej opowieści wyklucza jej wiarygodność.

Z grupką towarzyszy zaszliśmy do gotyckiego kościoła. Obok niego wznosi się kaplica ufundowana przez Zbigniewa Oleśnickiego w miejscu rzekomego grobu komesa Piotra. Pod murem kościelnym spoczywają kapitele kolumn kościoła projektowanego w XVIII wieku, który nigdy nie został zbudowany. Kościół ten zamierzał wznieść biskup krakowski Kajetan Sołtyk, oponent ostatniego z polskich królów, ale został w 1767 roku zaaresztowany przez Rosjan i wywieziony wraz z trójką innych magnatów do Kaługi. Było to jedną z iskier, które przyczyniły się do zawiązania "Konfederacji prawowiernych chrześcijan katolickich rzymskich", nazwanej od miejsca zawiązania konfederacją barską. Skierowana przeciwko królowi, reformom i Rosji, okazała się kosztowną ruchawką - jej wynikiem był pierwszy rozbiór Polski. Sołtyk z Kaługi powrócił w roku obrad sejmu rozbiorowego, który mimo heroicznych gestów Tadeusza Rejtana zatwierdził dokonane już zabory. Budowanie kościołów poświęconych narodowym patronom nie było już na czasie.

Kolejną większą miejscowością za Piotrawinem jest Solec nad Wisłą. Nazwa ta wprowadza w błąd. Miasteczko to leży bowiem raczej nad Krępianką, a nie nad Wisłą. Musi być to ciekawe miasteczko. Przewodnik pracowicie wylicza liczne zabytki: ruiny zamku sięgającego korzeniami XIV wieku, kościół parafialny w zrębach gotycki, zespół klasztoru Reformatów z krużgankiem wokół dziedzińca, ruiny XVIII - wiecznego kościoła na Kępie, kościół cmentarny, dwie figury przydrożne z 1784 i 1859 roku. Warto byłoby je zwiedzić.

Krępianka tworzy u ujścia do Wisły rozległy zalew. Solec był za nim ledwo dostrzegalny, a ujście tak zarośnięte, że nawet przy wysokiej wodzie niedostępne. Nie podpłynęliśmy do Solca. Zatrzymaliśmy się w Kłudziu przy promie. Pełno było błota po wysokiej wodzie. Stopy ślizgały się po nim jak po lodzie.

Leszek przewrócił się i ubrudził się. Skoro tak, nałożył sobie maseczkę błotną na twarz i wyglądał jak aborygen.

Leszek chciał z Kłudzia iść do Solca, ale zaoponowałem. W jedną stronę trzeba by wędrować ze dwa kilometry, trochę czasu na miejscu, razem - dwie godziny. Nie mieliśmy czasu na takie skoki w bok, jeśli chcieliśmy dotrzeć do Kazimierza.

Przy promie był bar z piwem i frytkami.
- Taki bar z widokiem na rzekę jest dla mnie lepszy niż najlepsza restauracja - oznajmił Kazik.

Siedzieliśmy w cieniu i orzeźwialiśmy się zimnym piwem.

Rozdział XLIII

O nazwach wiślanych

Kłudzie położone jest na stromej skarpie z wapieni kredowych. Nazwa osady pochodzi od słów: "ku łodziom". Dawniejsza pisownia nazwy miejscowości bliższa była etymologii: jeszcze czterdzieści lat temu pisało się o Kłudziu "Kłódzie". To przedmieście Solca - ośrodka handlu solą i zbożem - było jednym z ważniejszych portów rzecznych w pierwszej połowie XVII wieku.

Nazwa miejscowości mówi zawsze wiele o samej miejscowości, o jej pierwotnych mieszkańcach i jej historii.

Wiele nazw związanych jest bezpośrednio z rzeką, jej topografią i występującymi na niej naturalnymi zjawiskami: Łęg, Ostrówek, Błota, Piaski, Odmęt, Zawisełcze czy wszelakie Kępy - Podwierzbiańska, Skurecka, Konarska, Gliniecka, Pijarska...

Inną proweniencję mają nazwy związane z ingerencją ludzką w środowisko rzeki. Przewóz oznacza miejsce, gdzie istniała przeprawa łodzią. Przewłoka to miejsce, gdzie w poprzek koryta budowano przegrody pod powierzchnią, mające utrudniać lub uniemożliwiać żeglugę, w postaci na przykład kamienistych grzęd czy rzędów pali; konieczne było wówczas "przewłóczenie" statków lądem. Binduga to miejsce, gdzie "drzewo do spławu w tratwy wiążą". Mianem Szkutniki określano plac przeznaczony do budowania lub naprawy statków rzecznych.

Jeszcze inne nazwy pochodzą od zajęć, jakim oddawała się mieszkająca w nich ludność. Takie jest pochodzenie nazw osad służebnych dawnych grodów: Bobrowniki to osada ludności zobowiązanej do odłowu bobrów, a Korabniki to osada ludności trudniącej się budową korabi, owych znanych z wczesnego średniowiecza statków rzecznych. Rybitwy i Rybaki to miejsca zamieszkane przez rybaków.

Nazwy miejscowości związane są z dominującym na danym obszarze językiem i zmieniają się wraz ze zmianą stosunków etnicznych. Nazwy wodne, a zwłaszcza - rzeczne - mają tę cechę, że na ogół wykazują się zadziwiającą trwałością.

Nazwa Wisły, zapisywanej jako "Vistla", "Vistula", "Viksla" pojawiła się po raz pierwszy u starożytnych geografów i historyków, żyjących w I i II wiekach naszej ery. Uważali ją oni często - jak Agryppa, który jako pierwszy zanotował tę nazwę - za wschodnią granicę Germanii, za którą leży Dacja albo Sarmacja. "Z mniejszych zaś ludów - pisał jeden z tych autorów, Ptolemeusz - siedzą w Sarmacji Gytonowie koło rzeki Wistula, poniżej Wenedów; następnie Finnowie, następnie Sulonowie; niżej od nich Frugundionowie, następnie Awarinowie koło źródeł rzeki Wistula". Późniejsi pisarze, tacy jak piszący w VI wieku Jordanes, umiejscowili nad nią siedziby Wenedów. Istotne jest jedno - w czasach, gdy istniała już nazwa "Wisła" lub nazwy do niej zbliżone, na terenach Polski nie było jeszcze Polaków, co więcej, nie było też Słowian (nie znali ich starożytni Rzymianie!), z których Polacy dopiero w przyszłości mieli się wyodrębnić. Nazwa ta jest nazwą starodawną i sięga czasów, gdy w Europie żyli Staroeuropejczycy, posługujący się zbliżonymi dialektami, stosunkowo niedawno wyodrębnionymi z indoeuropejskiego pnia. Było to zaledwie około 4000 lat temu i tyle lat może mieć nazwa rzeki. Z ludów staroeuropejskich zaczęły się wyłaniać kolejne, częściowo istniejące do dziś (Tocharowie na przykład wywędrowali w stronę dzisiejszych Chin i tam wymarli), grupy językowe. Jedną z nich była grupa północna, z której wyłonili się Pragermanie, Bałtowie i Prasłowianie. Współcześnie znane języki nie są wcale stare. Uczeni uważają, że Słowianie aż do X - XII wieku, a więc czasów rozbicia dzielnicowego w Polsce, mówili jednym językiem, różniącym się jedynie drugorzędnymi cechami typu dialektalnego.

Językoznawca Jan Rozwadowski w 1920 roku w pracy wydanej w ramach firmowanej przez Polskie Towarzystwo Krajoznawcze "Monografii Wisły" wywiódł jej nazwę od rozpowszechnionego w językach indoeuropejskich pierwiastka "veis", które to słowo oznacza różne rodzaje cieczy i płynięcie. To jedno jest pewne.

Rozwadowski wskazał, że istnieją dwa gniazda, gdzie często funkcjonują nazwy podobne do słowa "Wisła". Są to Małopolska (oprócz Wisły mamy tu Wiślicę, Wisłokę, Wisłok) i Polesie (tu w dorzeczu Prypeci są rzeki Wisła i Wiślica, bagno Wisło koło Czernobyla oraz rzeka Świsłocz). Rzadziej z podobnymi nazwami można spotkać się na obszarze pomiędzy Smoleńskiem a Niemcami; Wezera nosiła dawniej nazwę "Wissula" a w dorzeczu Nekaru płynie Wieslauf. Takie rozmieszczenie nazw może być argumentem za słowiańskim rodowodem nazwy.

Notowane również w starożytności nazwy "Wiskla" - "Wiksla" wskazywać mogą na genezę bałtyjską. W takim brzmieniu używali by nazwy Bałtowie; od nich zapożyczyli ją Germanie, tworząc swoją "Weichsel". Za ich pośrednictwem poznał tę nazwę świat starożytny. Słowianie nad Wisłę dotarli już, gdy jej nazwa była ugruntowana i ją jedynie adaptowali.

Każde z wyjaśnień może być prawdopodobne. Źródeł pisanych z tego okresu nie ma, dlatego są to tylko przypuszczenia.

Nazwy wiele mówią nam o tym, kim jesteśmy i skąd przychodzimy. Wiele mówi nam o tym też prześledzenie ewolucji prób wyjaśnienia pochodzenia nazwy, podejmowanych przez przodków. Pierwszą baśniową próbę podjął w średniowieczu Wincenty Kadłubek, tworząc nazwę rzeki od imienia Wandy. Próbę paranaukową z kolei zawdzięczamy Janowi Długoszowi. Wywiódł on nazwę Wisły od górnego jej biegu, w którym spada ona kaskadami z gór, czyli z nich "zwisa". Resume dawniejszej owej wiedzy zawarł Benedykt Chmielowski w dziele o przydługim tytule, który jako świadectwo epoki przytoczyć warto w całości: "Nowe Ateny albo Akademia wszelkiej scjencji pełna, na różne tytuły jak na classes podzielona, mądrym dla memoriału, idiotom dla nauki, politykom dla praktyki, melancholikom dla rozrywki erygowana". Dzieło to jest uważane niesłusznie potocznie jako dowód ciemnoty. Któż nie pamięta wziętej z niego definicji konia: "koń jaki jest każdy widzi". Czy nie oznacza to jednak tylko tego, że koń był wówczas istotą tak pospolitą, iż opisywanie go wydało się autorowi zbędnym? Obecnie dzieło Chmielowskiego stanowi cenne źródło wiedzy o ówczesnym świecie.

Notka poświęcona Wiśle w "Nowych Atenach" jest następująca:
"Wisła, najsławniejsza Polska rzeka, Princeps Fluviorum Poloniae, Navigabilis albo spustna, nie złote piaski, jak Tagus i Ganges mająca, ale za zboża i różny frukt cudzym krajom kommunikowany, wiele Polakom przynosząca złota. Po łacinie się zowie Vistula, Vistillus, Visela, Bisula, Vzsula, Justula, Lstula, od Tatarów i Turków Biła Woda rzeczona, od Niemców Weizel, Wisłą się zaś zowie, że albo ze skały wysokiej na dół spada i niby wisi z góry na dół, albo od wiosła, do którego się flisi często zwołują: Do wiosła, do wiosła.
Vandalus się zaś nazywa od mieszkańców starożytnych Wandalów ponad tę rzekę, albo od Wandy Xiężny Polskiej, na ofiarę Bożków oraz ochronę panieństwa swego w Wiśle się topiącej pod Krakowem.
Exundacja Wisły barzo fatalna Polakom, bo wszystko zalewa i zabiera. Roku 1575 pod Toruniem trzy dni, jak krwią, czerwoną płynęła wodą".

Rozdział XLIV

Miasto dla turystów

Dojazd do promu w Kłudziu urządzony jest tak, że przy wyższej wodzie prowadzi wyższą groblą, użytkowaną obecnie, a przy niższej groblą niższą, obecnie zatopioną. Wypływając spod baru spłynęliśmy bystrzem nad zalaną szosą wiodącą owym drugim zjazdem. Było płytko. Zahaczyłem stewą rufową o krawędź grobli. Niedługo później po raz pierwszy od Odmętu zetknąłem się z wiślaną mielizną - dotknąłem jej wiosłem. Pojawiły się pierwsze plaże, jeszcze nieznaczne, niewielkie. Widomy znak odpływania powodzi ku bałtyckiemu niebytowi. Na wynurzonych ławicach posiadywały chmary rybitw, mew i czapli, wśród tych ostatnich także będących rzadkością czapli białych. Za ujściem Iłżanki i my wylądowaliśmy na żółtym piasku na kąpiel i chleb ze smalcem.
- Ale ciekawe, że na tych plażach się w ogóle szlam nie osadza - zauważył Leszek.

Zamek w Janowcu.Na wzgórzach w oddali pojawiła się jasna bryła zamku w Janowcu. Ponad godzinę pokonywaliśmy dzielące nas od niego dziesięć kilometrów. W rejonie tego zamku zaczyna się ostatni i najwęższy odcinek Małopolskiego Przełomu Wisły. Dolina rzeki zwęża się do około półtora kilometra, z lewej ograniczona skarpą z nieco oddalonym od wody zamkiem, z prawej urwiskiem spadającym do wody z pierwszym i jedynym nad Wisłą drewnianym wiatrakiem. To Męćmierz. "Z pejzażu wyszły stare wiatraki", nasuwają się słowa piosenki Wolnej Grupy Bukowina. Przysadziste budowle do mielenia zboża zostały zastąpione w krajobrazie przez smuklejsze wieże ze skrzydłami, produkujące energię elektryczną. Znak czasu.

Przy promie w Janowcu, nieczynnym z powodu wysokiego stanu wody, byliśmy o szesnastej. Za późno, by udać się na zwiedzanie. Od promu do zamku jest ponad kilometr, czyli przeliczając na czas - ponad dwie godziny. Kiedy indziej będzie nam dane obejrzeć kolejną budowlę, na której odcisnął swe piętno Santi Gucci.

W oddali Kazimierz.Popłynęliśmy do widocznego dobrze Kazimierza: trzech świetlistych dominant wieży strażniczej, zamku i fary na zielonym stoku wzgórza. Wiedziałem już wcześniej, że w porcie jachtowym w Kazimierzu Dolnym można biwakować, więc zawinęliśmy tam. Trawka pod drzewkami była równiutka, ale wyjście błotniste (pozostałość po przyborze), a opłaty dość wysokie. Miało to być jedyne miejsce na całej Wiśle, gdzie zapłaciliśmy za nocleg czy dobicie do brzegu. Zapłaciłem za całą grupę 162 złote. Bosman na moją uwagę odpowiedział, że i tak jest tanio. Gdy pójdziemy do sklepu, to przekonamy się, co oznacza wyraz "drogo". W sklepach ceny warszawskie, o złotówkę wszystko droższe niż w Puławach. Dlatego na zakupy jeździ do Puław, a w Kazimierzu kupują tylko turyści. A piwo? Piwo na rynku jest dwukrotnie droższe.

Prawdę mówił, o czym się wkrótce przekonaliśmy.

Udałem się z Alinką i Michałem na miasto w poszukiwaniu miejsca rokującego zjedzenie smacznego obiadu. Zlądowaliśmy w knajpie "U fryzjera". Dotarli tam też inni spływowicze. Wziąłem czulent z gęsiną, a Alinka zamówiła kreplach z gribenesem na farfelkach z cymesem. Inni inne dania wzięli i wszystko było smaczne. "U fryzjera" serwowano posiłki stylizowane na żydowskie; restauracja ta była emanacją mody na kulinarną żydowskość. Na ścianach wisiały stare fotografie świata, którego już nie ma i którego nikt z nas nie pamięta. Świata pochłoniętego przez holocaust. Migawki z targu pełnego Żydów, handlujących i spierających się ze sobą. Targu całkiem innego od obecnego rynku kazimierskiego, nastroszonego parasolami restauracji i kawiarni, między którymi przewijają się tabuny kolorowo ubranych turystów.

Wspięliśmy się na Górę Trzech Krzyży. Słońce zachodziło za Wisłę, odcieniami czerwieni, pomarańczu i różu malując wodę, dachy miejskie i mury.

Nocą wybrałem się z Alinką na bulwar. Michał spał już. Tak samo spały statki wycieczkowe zacumowane przy przystaniach, oświetlone rzadkimi żarówkami. Jeden był tylko zwykły stateczek pasażerski tak zwanej "białej floty". Poza nim - dwa stylizowane na pirackie, jeden - na drakkar wikingów. Wszystkie napędzane silnikami, bez żagli, nieprawdziwe, nie na miejscu.

Jedno z ogłoszeń zachęcało do przejażdżki batami, wąskimi i długimi, płaskodennymi łodziami wiślanymi. Napędzanymi w przeszłości wiosłami, ale czasem także żaglem, a obecnie motorkiem. Używane one były na Wiśle już za czasów Rzeczpospolitej szlacheckiej, zarówno przez ludzi z niższych warstw społecznych jak i przez szlachtę a nawet królów. Władysław IV używał baty do rejsów na polowania w Nieporęcie; zarówno on jak i inni władcy zabierali też baty w czasie swych podróży wiślanych odbywających się między Gdańskiem, Warszawą i Krakowem. W czasie tych wędrówek władcy mieszkali na ożaglowanych galerach wyposażonych w pokoje; baty pełniły rolę jednostek pomocniczych, gdyż z uwagi na małe zanurzenie można było nimi dotrzeć prawie wszędzie.

Przyjemnie było wyruszyć na przejażdżkę batą, zwłaszcza gdy dzień był słoneczny.
"I owo piękna, gdy w pogodną chwilę
Zażyć z rozkoszą kto chce krotochwile,
Stateczne serce mając przy umyśle,
Puści się w bacie z muzyką po Wiśle!"

Zostać przewiezionym batą jest obecnie równie przyjemne, co w czasach Kaspra Twardowskiego, autora przytoczonego fragmentu wiersza. Ale ja wolałbym zobaczyć zamiast baty szkutę - dawną królową wiślanych statków. Zapewne nikt jej jednak nie zrekonstruuje. Nie nadawałaby się do wożenia wycieczkowiczów. Jako statek żaglowy stanowiłaby zbyt wielkie wyzwanie dla przewoźników.

Rozdział XLV

Państwa i narody

Przez stulecia państwo składające się z Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, w akcie unii lubelskiej określone jako "nie różna, ale jedna wspólna Rzeczpospolita", było państwem zamieszkiwanym przez wiele narodów. Niektóre z nich żyły w określonych rejonach tego państwa. Tak było z najważniejszymi w państwie: Polakami, Litwinami, Rusinami; formalnie ci ostatni nie byli jednym z członów federacji, ale zdawano sobie sprawę z ważkości ich istnienia, czego wyrazem była m.in. ugoda w Hadziaczu. Tyle, że przez cały okres trwania Pierwszej Rzeczpospolitej nie zdołano wypracować odpowiadających znaczeniu Rusinów, zwanych później Ukraińcami, ram prawnych, w których mogliby funkcjonować. Dopiero w czasie Powstania Styczniowego, zbyt późno, położono nacisk na równorzędną rolę trzech narodów. Wyrazem tego był ustanowiony 10 maja 1863 roku herb państwowy, składający się z trzech pól. Polskę reprezentował na nim orzeł z mieczem i krzyżem w szponach, Litwę - Pogoń a Ruś - Archanioł Michał, godło guberni kijowskiej. Lwowska "Gazeta Narodowa" tak wyjaśniała symbolikę tego herbu:
"Jeżeli więc dzisiaj Rząd Narodowy obok Orła i Pogoni postawił świętego Michała Archanioła, symbol Rusi, to uczynił tym wyznanie wiary narodowej, to wykazał, że naród z błędów dawnych się dźwiga i sprawiedliwość wymierza, że na swobodzie i równouprawnieniu nie tylko pojedynczych obywateli, lecz i wszystkich żywiołów Rzeczypospolitej opiera byt swój przyszły. Jedna korona to jedna Rzeczpospolita Polska; trzy herby obok siebie pod koroną to trzy ludy dobrowolnie połączone jak równi z równym, to uznanie rozwoju historycznego Rzeczypospolitej; to nie nowy wymysł, ale wyrażenie od dawna żyjącej, walczącej, łamiącej z przeciwnościami, lecz w końcu zwycięskiej idei".

Powstanie Styczniowe jak wiadomo upadło, a w realiach budzących się wówczas ruchów nacjonalistycznych idea Trojga Narodów była zbyt anachroniczna albo, mając na uwadze obecną tendencję do zjednoczenia Europy, zbyt daleko wybiegająca w przyszłość.

Na obrzeżach Rzeczpospolitej mieszkali Łotysze czy Słowacy. Inne narody pojawiały się w rozproszeniu na różnych terenach objętych granicami państwa, tworząc własne enklawy pośród trzech głównych. Tak było z Żydami, Niemcami, Ormianami, Tatarami, osadnikami holenderskimi. Zdarzali się też często reprezentanci innych nacji, nie tworzący odrębnych środowisk: Włosi, Francuzi czy Szkoci. Wszyscy ci ludzie tworzyli tygiel kulturowy, w którym mieszały się narodowości, światopoglądy i wyznania. Jak był twórczy, świadczy to, że wyrośli z niego Kopernik i Chopin. Wielonarodowość Rzeczpospolitej miała jednak dalsze konsekwencje, które ujawniły się po śmierci obu wielkich - Polaków? A może Niemca i Francuza? Tego rozstrzygnąć się nie da w sposób możliwy do zaakceptowania przez wszystkich.

Mikołaj Kopernik przez całe życie związany był z Polską i za nią się opowiadał (także w trakcie konfliktu z niewątpliwie niemieckim Zakonem Krzyżackim), przez sobie współczesnych traktowany był też jako polski astronom. Urodził się jednak z matki Niemki, Barbary z domu Watzenrode, a jego ojciec pochodził z Krakowa i jakiej był narodowości, trudno dociec. To przesądziło, że Niemcy starali się go przypisać sobie jako niemieckiego uczonego.

Fryderyk Chopin z kolei był synem Mikołaja Chopina, spolonizowanego francuskiego guwernera, zamieszkałego w Polsce od szesnastego roku życia, i Polki Tekli Justyny z Krzyżanowskich. Owo pochodzenie i fakt, że większość utworów skomponował we Francji, bywało przyczyną określania go jako kompozytora francuskiego.

Określenie przynależności narodowej danej jednostki zależy od koncepcji, jaką się przyjmie. Zgodnie z pierwszą z nich, przynależność narodowa jest dziedzictwem - kultury albo "krwi". Zwolennikami tej koncepcji są ci, którzy uważają Kopernika za niemieckiego astronoma a Chopina za francuskiego kompozytora. Drugie stanowisko uzależnia przynależność narodową od wyboru człowieka. Z tego punktu widzenia Kopernik i Chopin byli Polakami. Obie koncepcje nie oddają jednak złożoności problemu. Rację mają bowiem zarówno jedni, jak i drudzy.

Próbę odpowiedzi na pytanie, czym jest polskość, starał się dać największy spośród współczesnych Polaków, Papież Jan Paweł II:
"Historycznie polskość ma za sobą bardzo ciekawą ewolucję. Takiej ewolucji nie przeszła prawdopodobnie żadna inna narodowość w Europie. Naprzód, w okresie zrastania się plemion Polan, Wiślan i innych, to polskość piastowska była elementem jednoczącym: rzec można, była to polskość Ťczystať. Potem przez pięć wieków była to polskość epoki jagiellońskiej: pozwoliła ona na utworzenie Rzeczpospolitej wielu narodów, wielu kultur, wielu religii. Wszyscy Polacy nosili w sobie tę religijną i narodową różnorodność. Sam pochodzę z Małopolski, z terenu dawnych Wiślan, silnie związanych z Krakowem. Ale nawet i tu, w Małopolsce - może nawet w Krakowie bardziej niż gdziekolwiek - czuło się bliskość Wilna, Lwowa i Wschodu.
Niezmiernie ważnym czynnikiem etnicznym w Polsce była także obecność Żydów. Pamiętam, że co najmniej jedna trzecia moich kolegów z klasy w szkole powszechnej w Wadowicach to byli Żydzi. W gimnazjum było ich trochę mniej. Z niektórymi się przyjaźniłem. A to, co u niektórych z nich mnie uderzało, to był ich polski patriotyzm. A więc polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Wydaje się jednak, że ten Ťjagiellońskiť wymiar polskości, o którym wspomniałem, przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym".

Podobnie pojmował pojęcie polskości mieszkaniec Kruszynian, podlaskiej wioski, zamieszkałej przez potomków Tatarów osiedlonych w tym miejscu za czasów Jana III Sobieskiego. Rozmawiałem z nim w 2005 roku jadąc nad Supraśl:
"Czujemy się wszyscy Polakami, Polakami tatarskiego pochodzenia. Tu żyliśmy i tu umrzemy. Między nami i naszymi katolickimi i prawosławnymi sąsiadami nie ma tolerancji, jest normalność. Na takiej wiosce, gdy wiatr śniegiem drogi zawieje, nie można liczyć na Rejon Dróg Publicznych, można liczyć tylko na pomoc sąsiada".

Polskość, jak i narodowość, są to pojęcia nieokreślone, podobnie jak pojęcie narodu. Badacze operujący tym pojęciem najczęściej jawią się albo jako zwolennicy rozumienia narodu jako wspólnoty długiego trwania, albo jako zwolennicy tezy, że narody w rozumieniu współczesnym powstały dopiero w XIX wieku, w wyniku różnych ruchów nacjonalistycznych. W obu przypadkach opierają się jednak na założeniu, że naród jest tam, gdzie jest świadomość narodowa. Naród jako taki bowiem nie istnieje, jeżeli nie ma osób uważających się za członków tego narodu. Świadomość narodowa jest sposobem przeżywania, czego przejawem jest dążenie do segregowania świata według narodowych kryteriów. Świadomość wpływa na rzeczywistość, czego dobrym przykładem jest idea narodowego dzieła sztuki: w fazie tworzenia to myśl ludzka kształtuje to dzieło, a w fazie recepcji dzieło oddziałuje narodowo na myśli odbiorców.

W wieku XIX historiografia uczyniła narody głównymi aktorami dziejów. Narody zostały upodmiotowione a jednostki zepchnięte na dalszy plan. Narody muszą gdzieś żyć - świadomość musiała znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości materialnej. Pojawiła się więc idea państw narodowych, obejmujących terytoria, "bez których naród nie może żyć, tak jak człowiek nie może żyć bez ciała". Terytoria te to zwykle terytoria etniczne; próby dokładnego określania ich granic pojawiły się w latach 80-tych XIX wieku. Efektem zwycięstwa tych koncepcji są przemiany, którym uległa Europa. Ich etapami były m.in. zjednoczenie Włoch i Niemiec oraz rozpad wielonarodowej monarchii habsburskiej, a wynikiem są aktualne granice państw europejskich, w tym Polski, której granica wschodnia jest właśnie granicą wyznaczoną w oparciu o kryterium etniczne, zaproponowaną przed około stu laty przez lorda Curzona. Polacy, kierując się sentymentami do wielkiej obszarowo Rzeczpospolitej, inaczej pojmowali od niego granice swojej ojczyzny. Wystarczy prześledzić dzieła narodowych artystów z XIX wieku, by zauważyć, że opisywane krainy to najczęściej litewskie bory, ukraińskie stepy i Mazowsze; pod koniec wieku jako kolejne terytorium ojczyźniane Polaków dołączyły Tatry. Obudzenie się świadomości narodowej na Litwie i Ukrainie było początkiem końca takiego rozumienia ojczyzny, ale nawet zmiany terytorialne będące wynikiem II wojny światowej procesu tego nie zakończyły.

Nacjonalizm święcący triumfy w Europie prowadził do konfliktów. Apogeum stanowiła II wojna światowa, do której doszło w wyniku opanowania Niemiec przez partię kierującą się będącą wynaturzeniem nacjonalizmu doktryną Hitlera z jego ideą wyższości niektórych ras nad innymi, ideą aryjskości. Mniejsze konflikty narodowościowe towarzyszyły odradzaniu się Polski po okresie zaborów; przejawem ich były zarówno walki o Lwów, do którego rościło sobie prawa proklamowane w październiku 1918 roku państwo ukraińskie, jak i opanowanie Wilna w wyniku wyprawy generała Żeligowskiego. W wyniku tych działań miasta te pozostały w granicach Polski, ale ugruntowało to ujawniające się już wcześniej antagonizmy polsko-litewskie i polsko-ukraińskie, będące wynikiem rosnącej świadomości narodowej Litwinów i Ukraińców.

Mniej widoczny był stosunek do polskiego państwa pozostających w jego granicach w okresie międzywojennym Białorusinów. Nawet intelektualiści tacy jak Marian Brandys nie zdawali sobie sprawy z rzeczywistego stanu rzeczy. "Walczyliśmy na Polesiu - wspominał. - Bolesnym zaskoczeniem było dla mnie, że po wyjściu z macierzystego garnizonu mego pułku w Słonimiu, znaleźliśmy się w obcym, nieprzychylnym nam kraju. Pierwszym widokiem tej wojny była paląca się wieś białoruska, z której do nas strzelano".

W polonizacji Litwini, Ukraińcy, Białorusini widzieli największe zagrożenie dla własnych aspiracji i spowodowało to ostateczny rozbrat między narodami tworzącymi przez wieki jedno wielonarodowe państwo. Bolesnym epizodem w historii, wynikiem konkurencji argumentów etnicznych z względami natury historycznej lub gospodarczej, były działania UPA skierowane przeciwko ludności polskiej i odwetowe w swym charakterze Akcja "Wisła" oraz polskie obozy koncentracyjne dla Ukraińców. Dopiero wieloletnie trwanie ładu pojałtańskiego uładziło poprzez upływ czasu wzajemne stosunki. Mimo to są wciąż tacy, którzy uważają Wilno i Lwów za polskie miasta, lekceważąc emocjonalny stosunek do nich Litwinów i Ukraińców. Są to jednak coraz bardziej odosobnione przypadki.

Animozje wygasną, jeśli nie rozniecą ich na nowo żonglujący emocjami i resentymentami ideologowie i politycy.

Rozdział XLVI

Spacerkiem przez Kazimierz

Kazimierz.Przy kazimierzowskiej ulicy Puławskiej, dawnym Trakcie Gdańskim, równoległej do Wisły, zachowało się kilka spichrzów. Wolno stojących, przysadzistych, z wielkimi poddaszami pod stromymi dachami, ozdobnymi renesansowymi szczytami i przybudówkami od frontu z podcieniem w przyziemiu, opiętych skarpami. Są one charakterystyczne dla Kazimierza, reprezentują lokalny styl swymi bryłami nadmiernie masywnymi w stosunku do potrzeb. Jeden z nich mieści muzeum przyrodnicze. Drugi, odrapany, z odpadającym tynkiem - nie ma nikt pomysłu na to, co z nim zrobić. Trzeciemu ocalały tylko mury przyziemia i szczyt, przez oczodoły okien bluszcz przerasta. To pozostałości dawnej handlowej świetności miasta, które w pierwszej połowie XVII stulecia było ważnym portem przeładunkowym i obracało większymi ilościami zboża niż Warszawa. Obsługiwało ono olbrzymie zaplecze, żyzną ziemię lubelską, ale także chełmską i ziemie ruskie. Przez Kazimierz spławiano na przykład potaż z ukraińskich dóbr Szczęsnych - Potockich. Na wywozie wyrosły fortuny miejscowych kupców, takich jak rody Przybyłów i Celejów. Upadek zapoczątkowało odsunięcie się na zachód koryta Wisły w XVIII wieku. Odtąd przeładunki odbywały się w ten sposób, że beczki z potażem trzeba było przetaczać, a zboże przewozić na statki ze znacznej odległości. Projekt ratowania portu upadł wskutek sprzeciwu władz austriackich; odcięcie dostępu do portu w Gdańsku granicą zaboru pruskiego stopniowo znaczenie handlowe Kazimierza redukowało, tak, że stał się on kolejną podupadłą mieściną, w której większość mieszkańców stanowili Żydzi. Renesans Kazimierza spowodowało dopiero odkrycie go jako wyjątkowo malowniczego miejsca przez artystów i turystów.

Ulica Puławska jest miejscem, w którym spotykają się ze sobą upadłe miasteczko i zaciszna arkadia. Są przy niej domy ukwiecone, zadbane, oazy spokoju i ciszy w bok od głównej drogi. Są przy niej też domki rujnujące się, rozpadające, rozkładające.

Na wzgórzu nad ulicą Puławską wznoszą się ruiny zamku kazimierzowskiego i wieża strażnicza, oddalona od zamku, posadowiona w najwyższym punkcie. Według tradycji palono na niej ognie dla żeglarzy.
- Nie wydaje mi się to prawdą, panie Bartku. Nocą po Wiśle nikt nie pływa, przy niskiej wodzie mielizny, przy wysokiej wikliny zatopione. Nawet tratwy, gdyby w wiklinie utknęły, to byłby problem.
- Za daleko ta wieża od brzegu i za wysoko.

Pomiędzy zamkiem a rynkiem znajduje się najpiękniejszy z zabytków Kazimierza - fara określana jako jedna z najbardziej typowych świątyń polskiego renesansu. Jest ona wynikiem symbiozy tradycyjnych pierwiastków gotyckich - planu jednonawowego kościoła z węższym, wydłużonym prezbiterium, podparcia szkarpami, wysokich spadzistych dachów - z elementami renesansowymi. Renesansowe są detale dekoracyjne, renesansowe są sklepienia, kolebkowe z lunetami, pokryte siatką żeber wykonanych ze sztukaterii, żeber owalnych, kwadratowych, prostokątnych, gwiaździstych, sercowatych... Fara była zamknięta i nie było nigdzie informacji, w jakich godzinach bywa otwierana. A szkoda, bo to piękne wnętrze. Czemu proboszcz o odwiedzających miasto przechodniach nie pomyślał?

Rynek jest najbardziej znanym miejscem Kazimierza. Podobnie jak wiele innych części miasta, został częściowo zburzony w 1944 roku w czasie walk, jakie tu się toczyły. Odbudowa miasta w latach 50-tych była częścią odbudowy kraju po zniszczeniach wojennych, w czasie której ukształtował się swoisty sposób postępowania, określany później mianem polskiej szkoły konserwatorskiej. Wobec bezmiaru ruin i częstego braku wyczerpującej dokumentacji, wbrew zasadzie obowiązującej dotąd w środowisku konserwatorskim zdecydowano się na stylowe uzupełnianie braków, uzupełniając czasem odbudowywane zespoły nawet nowymi budynkami, których przed odbudową nie było. Drugim odchyleniem od dotychczasowych zasad było nie zachowywanie śladów wszystkich epok występujących w obiekcie, ale wybieranie z nich formy uznanej za najbardziej wartościową. Zasady te, zastosowane mądrze przy odbudowie Kazimierza, podobnie jak przy odbudowie warszawskiej starówki, dały dobry efekt. Patrzącym wydaje się, że to, na co patrzą, jest autentyczne. Mało kto powie, że Dom Pracy Twórczej przy kazimierzowskim rynku nie pochodzi z dawnych epok i został zaprojektowany w 1955 roku. Przy odbudowie wielu miast na ziemiach nazywanych oficjalnie Odzyskanymi doszło jednak do wynaturzenia, polegającego na odbudowie jedynie najcenniejszych obiektów i wypełnieniu przestrzeni pomiędzy nimi mieszkalnymi blokami, ustawionymi w sposób abstrahujący od historycznych układów urbanistycznych. Ich śródmieścia bezpośrednio po zniszczeniach wojennych były krwawiącą raną; obecnie są to rany zasklepione zmutowaną komórką rakową. Te miasta, takie jak Sławno czy Stargard Szczeciński, zachowały w sobie trwale pamięć wojny.

Przy rynku znajdują się dwie kamienice, których odpowiednika nie ma na całym świecie: kamienice Przybyłów. Mówi się o nich, że są to kamienice renesansowe, ale tak nie jest, mimo, że mają attyki i mają podcienia. Renesansowe są kamienice Zamościa: ciosowe w swych formach, tworzące przemyślany monumentalny zespół. Renesans był powrotem do klasycznych korzeni, odwoływał się do antyku rozumianego jako epoka architektury przemyślanej, opartej na ładzie i architektonicznych porządkach. Kamienice Przybyłów są przeciwieństwem renesansu, to piernikowe domki, oblepione wykonaną w zaprawie, niezbyt przemyślaną w formie - ale nie w treści, która jest wyrazem nieskomplikowanej, kontrreformacyjnej postawy religijnej! - dekoracją. Jest tu wielka postać świętego Krzysztofa i mniejsza świętego Mikołaja - patronów obu właścicieli kamienic. Są sceny religijne, postacie fantastycznych zwierząt, tablice z religijnymi i moralizującymi sentencjami, a jedną z attyk zwieńczono wielkimi, ślepymi portalami donikąd. "Obie kamienice uderzają swym niezwykłym charakterem artystycznym: mamy tu do czynienia ze sztuką naiwną, niemal ludową, a zarazem pełną szczerości i fantazji - piszą Helena i Stefan Kozakiewiczowie, znawcy polskiego renesansu. - Wszystko traktowane jest zdobniczo i stanowi doskonały przykład tak zwanego horror vacui (lęk przed pustką) w ujęciu elewacji architektonicznej".

Bracia Przybyłowie wartość sztuki oceniali według ilości zdobnictwa i jego dydaktycznej wymowy. Ich kamienice, jak cały Kazimierz, są emanacją polskiej prowincji czasów nowożytnych, której średniowieczne zręby pokryte zostały jedynie zewnętrznym renesansowym, zatem nowoczesnym wówczas, polorem.

Na rynku - ku memu zdumieniu dzień targowy! Zjechali się rolnicy, kwitła sprzedaż warzyw i owoców wprost z platform samochodów lub z przenośnych stolików. A wczoraj wydawało mi się, że rynek kazimierski to teraz tylko martwa, turystyczna przestrzeń.

W kafejce zjedliśmy lody i wypiliśmy kawę. Odwiedziliśmy kilka galerii. Wszak Kazimierz to miasteczko artystów - a raczej producentów turystycznych pamiątek i landszaftów. Alinka nakupowała prezentów dla rodziny, dla nas też kupiła pamiątkę, i była szczęśliwa. Dla babci Basi, opiekującej się naszą córką, dostanie się wisior z krzemienia pasiastego. Kamienia, który występuje tylko w Polsce, w okolicach Iłży, Krzemionek Opatowskich i Śródborza. Kamień ten, używany przez neolitycznych myśliwych do wyrobu narzędzi, od chwili zastąpienia go w tej roli przez brąz i żelazo, przez lata używany był jako tłuczeń do utwardzania dróg. Ponownie dla sztuki odkrył go w 1972 roku sandomierski złotnik, Cezary Łutowicz. Odtąd krzemień tryumfalnie wędruje po świecie jako tworzywo biżuterii, polski wkład w jej historię.

Rozdział XLVII

Puławy: kręte ścieżki losów

Kazimierz DolnyOpuszczaliśmy Kazimierz w południe. Za nami zostały wycieczkowe statki, z lewej zjawił się kamieniołom z portowym nabrzeżem u podnóża.
- Acha, będzie prom! - oznajmił Michał, widząc niebieski znak żeglugowy z białą sylwetą statku.
- Acha, kapownik! - wykrzyknął Bartek, mijając mnie i widząc, jak notuję.

Promu nie było, pozostały tylko dojazdy. Przez lornetkę wypatrywałem na wzgórzach ruin zamku w Bochotnicy. Nie doszukałem się.

W czasach licealnych uczestniczyłem w olimpiadzie historycznej. Jej finał odbywał się w Kazimierzu Dolnym. Namówiłem kolegów z pokoju, w którym byliśmy zakwaterowani, na spacer do Bochotnicy. Po kilku kilometrach przez wąwozy lessowe i senne, zamglone sioła dotarliśmy do ruin i jeden z mych towarzyszy powiedział, że są to ruiny ruin. Jedna ściana tylko, w dodatku z potężną wyrwą pośrodku, a w tej jednej ścianie jeden detal, jedna rzeźbiona głowa - tyle pozostało po zamku, który Kazimierz Wielki, jak twierdzi legenda, dla Esterki, swej żydowskiej kochanicy, zbudował. Piękna i nieprawdziwa legenda, bowiem zamek bochotnicki to zamek rycerski i król nie miał z nim nic wspólnego.

- W Puławach zatrzymujemy się koło mostu!
- Którego? - spytał Bartek.
- A są dwa?
- No. Jeden to najnowszy w Polsce. W tym roku chyba go oddali.

Pod pierwszym mostem było twarde dojście, kamienisto - piaszczyste. Siedziało przy nim trzech młodzieńców.
- Dwieście metrów dalej jest port. Tam lepiej popłyńcie, bo jest lepsze wyjście na miasto - pospieszyli z radą.

Posłuchałem i nie było to dwieście metrów ale cztery razy więcej. Przy wejściu do portu lądowanie w błocie, teren ogrodzony, bez przejścia w stronę miasta. Dobiliśmy poza płotem. Wyjście było tu wyjątkowo fatalne. Oślizgły brzeg, kilkumetrowy pas świeżego błota. Jeszcze niedawno tu płynęła woda i co niosła, w trawie osadziła. Długie i krótkie powiesiłem na młodzieńcach spod mostu i na własnej naiwności, że się im dałem zmanipulować.

Obiad w PuławachPrzeklinałem w najlepsze, buksując stopami przy wydobywaniu się z kajaka. Między palcami stóp przeciskały się strużki na pół płynnej gliny. Tymczasem Leszek wspiął się do góry i wkrótce ujrzeliśmy, jak paraduje z kuflem piwa za drewnianym płotkiem. Wylądowaliśmy pod restauracją, a w zasadzie, by być w zgodzie z nazwą przybytku - Tawerną. Kelner wyniósł wiadro z wodą, gdy dobrnęliśmy do wejścia na jej taras. Opłukaliśmy stopy i poczuliśmy się jak ludzie. Poczucie identyfikacji ze świnkami wytaplanymi w błocku minęło bezpowrotnie zwłaszcza, gdy otrzymaliśmy zamówione jedzenie. Było wyjątkowo smaczne i nadzwyczaj obfite. Dobre były kotlet po lubelsku, smażony z płatem boczku, obficie obtoczony w jajku, karp w pierogu, naleśniki z owocami i lodami... Jedzenie było tak sycące, że do odległego o ponad kilometr parku i pałacu Czartoryskich dotarliśmy tylko ja, Alinka i Michał. Jako jedyni wybraliśmy się tam przed posiłkiem. Ci, co planowali to zrobić po nim, nie zdołali. Leszek tylko usiłował, ale wybrał złą drogę. Opowiadał po powrocie, że przeskoczył przez mur, ale dostał się na teren zamknięty. Ponownie wierzchem bramę forsował.
- Na trzeźwo bym nie podołał, bo było wysoko i niebezpiecznie. To piwo taką mi siłę jednak dało...!

W parku przy pałacu w Puławach znajduje się rotunda z dookolną koryncką kolumnadą, nazwana Świątynią Sybilli. Jedna z najpiękniejszych budowli polskiego klasycyzmu. Zbudował ją około 1801 roku Chrystian Piotr Aigner dla księżnej Izabeli z Flemingów Czartoryskiej w celu przechowywania cennych pamiątek narodowej przeszłości. Podkreślał to napis nad wejściem do górnej sali: "Przeszłość Przyszłości".

Izabela Fleming była córką saskiego ministra i jako piętnastolatka wyszła za mąż za księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego - członka rodu wywodzącego swe pochodzenie od brata Władysława Jagiełły, mimo to rodu, który dopiero w ostatnim stuleciu istnienia Rzeczpospolitej szlacheckiej stał się rodem znaczącym. Wkrótce potem księżna zaczęła prowadzić ożywione życie erotyczne, acz nie z własnym małżonkiem. Gościli w niej: król Stanisław August, ambasador rosyjski Nikołaj Repnin, diuk Armand Louis de Lauzun, przyjaciel króla Francji Ludwika XV i wychowanek sławnej pani de Pompadour, hetman Franciszek Ksawery Branicki. Po każdym z nich pozostał miłosny owoc w postaci dziecięcia. A ilu było mniej szczęśliwych strzelców...?

Czartoryscy w czasach panowania Augusta III promowali program współpracy z Rosją i stronnictwo wokół nich utworzone nazwano "Familią". Po koronacji swego protegowanego, ale zarazem nuworysza, Stanisława Augusta, poróżnili się wkrótce z królem. Zakiełkowała wówczas w głowie księżnej Izabeli myśl o utworzeniu z Puław własnej stolicy i ostatecznie w 1785 roku stały się one główną siedzibą rodu i ośrodkiem politycznej opozycji. Wtedy to park przypałacowy zaczęto na zlecenie księżnej przekształcać, nadając mu charakter krajobrazowo-sentymentalny. Była to w sztuce doba klasycyzmu, opierającego się na harmonii, symetrii i rytmie, tak silnie powiązanych, że wywołują wrażenie ładu, równowagi i spokoju. Nowy twórczy nurt w ogrodnictwie, który zaistniał w tym samym okresie, był z teorią klasycyzmu sprzeczny, gdyż propagował w rozplanowaniu ogrodów układy nieregularne, asymetryczne, naśladujące naturę. Mimo, że drzewa nie miały być już sadzone pod sznurek, uznawano, że człowiek powinien naturę organizować, czyli odpowiednio planować założenia parkowe. Zwolenniczką takiego angielskiego ogrodu pejzażowego była księżna Izabela, do tego stopnia, że napisała nawet książkę "Myśli różne o sposobie zakładania ogrodów", wydaną w 1805 roku. Park w Puławach był zastosowaniem myśli księżnej w praktyce.

W 1794 roku książę Czartoryski wspomagał pieniężnie powstanie kościuszkowskie. W zemście za to caryca Katarzyna nakazała nie szczędzić jego majętności. W połowie czerwca dotarł do Puław korpus rosyjski dowodzony przez Ottona Derfeldena i jak wspominał jego oficer Lew Engelhardt, "Puławy zniszczone i zburzone zostały do szczętu, ogród i park tego pięknego miejsca, nie ustępujący bynajmniej Carsko-Sielskim: bogato i wytwornie ozdobiony pałac zburzono zupełnie, ryciny, obrazy rozszarpano i zdarto; bibliotekę, liczącą więcej 40 tysięcy tomów, całą zniszczono tak, że nikt potem żadnego zupełnie nie mógł dobrać dzieła. Jeden tylko pułkownik Szczerbaczew schwycił dwie całe paki (zapewne przygotowane do wywiezienia) pełne kosztownych wydań francuskich i te sobie przywłaszczył. Gabinet historii naturalnej, znakomity i rzadki zbiór skamieniałości, wszystko to zostało zdruzgotane i zniszczone".

"Barbarzyńska rozpusta zwycięzców nie miała granic - pisał z kolei Niemcewicz. - Jest na środku dziedzińca puławskiego obszerna z wytryskiem wody sadzawka. Bibikow, dowódca wszystkich rabantów, kazawszy zebrać wszystkie zapasy cukru, cytryn i kilku ofsetów rumu, wszystko to wrzuciwszy w sadzawkę, całą dywizję zaprosił na ten poncz".

Powstanie upadło, Polska została rozdzielona między zaborców, a Puławy zasekwestrowane. Adamowi Kazimierzowi i Izabeli Czartoryskim udało się je odzyskać; księżna nie zawahała się wystąpić w tej sprawie o protekcję do Repnina ani wysłać dwóch synów do Petersburga w charakterze quasi-zakładników. Nastąpiła odbudowa pałacu i parku; ten ostatni stał się głównym ośrodkiem zainteresowań księżnej i nabrał nowego wyrazu - miał odzwierciedlać uczucia patriotyczne i przywiązanie do ojczystych tradycji. Dlatego obok altany chińskiej, bramy w kształcie rzymskiego łuku triumfalnego, grupy rzeźbiarskiej "Tankred i Klorynda", chatki rybackiej pojawiły się Świątynia Sybilli, wzniesiona dla pomieszczenia pamiątek narodowych i Domek Gotycki, wzniesiony jako lokum dla zbiorów dzieł sztuki i pamiątek z różnych krajów Europy. Pierwsze polskie muzea.

Jednym z dwóch młodych Czartoryskich wysłanych do Petersburga był Adam Jerzy, naturalny syn Izabeli Czartoryskiej i Mikołaja Repnina, jednego z głównych wykonawców egzekucji Pierwszej Rzeczpospolitej. Przedtem w 1792 roku brał udział w wojnie z Rosją w szeregach armii litewskiej; w Petersburgu zaprzyjaźnił się z wielkim księciem Aleksandrem (a jeszcze bliżej z jego żoną) i gdy ten został carem, pełnił przez kilka lat funkcję ministra spraw zagranicznych Rosji. Był orędownikiem odbudowy Polski pod berłem rosyjskim, ale czas przyniósł inne rozwiązanie - Księstwo Warszawskie pod protekcją francuską.

Po upadku Napoleona w czasie kongresu wiedeńskiego okrojone Księstwo Warszawskie pod nazwą Królestwa Polskiego przekazane zostało "na wieczne czasy" we władanie "Najjaśniejszego Cesarza Wszechrosji, Jego Dziedziców i Następców ". Część Polaków była zadowolona ze "wskrzeszenia imienia Polski ". Śpiewano skomponowaną w 1816 roku pieśń:
"Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki
Otaczał blaskiem potęgi i chwały,
I tarczą swojej zasłaniał opieki
Od nieszczęść, które przywalić ją miały,
Przed Twe ołtarze zanosim błaganie
Nasze Królestwo zachowaj nam Panie!"

Dopiero po 1860 roku pieśń ta, ze zmienionym nieco tekstem, miała stać się jedną z najpopularniejszych polskich pieśni patriotyczno - religijnych. Początkowo była wyrazem serwilizmu ludzi śpiewających w zakończeniu kolejnej zwrotki:
"Naszego Króla (tj. cara Aleksandra) zachowaj nam, Panie!"

Adam Jerzy Czartoryski brał udział w opracowaniu liberalnej, jak na owe czasy, konstytucji Królestwa Polskiego. Wkrótce, jak inni, przekonał się, że Aleksander I pała coraz mniejszą chęcią, aby jej przestrzegać. Po aresztowaniach w środowiskach filomacko–filareckich ustąpił z funkcji kuratora władz oświatowych na Litwie i wycofał się z życia publicznego, podróżując wiele po Europie. Wziął udział w powstaniu listopadowym, stając na czele Rządu Tymczasowego. Po jego upadku, skazany przez cara na śmierć, udał się na emigrację, gdzie przewodniczył konserwatywnemu stronnictwu Hôtel Lambert, popierającego antyrosyjską politykę państw europejskich.

Puławy po upadku powstania listopadowego zostały skonfiskowane przez władze rosyjskie i przemianowane na Nową Aleksandrię. Mieściły się w nich instytut wychowania dziewcząt, Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, a podczas pierwszej wojny światowej były miejscem formowania polskiej siły zbrojnej, mającej wspierać wojska rosyjskie - Legionu Puławskiego.

Kręte były losy rodu Czartoryskich, wywodzących się z Litwy polskich patriotów, i ich puławskiej rezydencji.

Rozdział XLVIII

Gdzie te plaże obiecane?!

Nasze jednostki na wodziePoniżej Puław Wisła opuszcza pas wyżyn i wypływa na niziny środkowej Polski. Odcinek ten aż do Warszawy zachował najbardziej naturalny charakter. Koryto rzeki osiąga czasem ponad kilometr, jej dolina jest dziesięciokrotnie szersza. Rzeka tu meandruje, rozwidla się, tworzy wyspy i wysepki.

W okolicy nowego mostu w Puławach, przekraczającego rzekę jednym śmiałym łukiem, minęliśmy położone z prawej zakłady azotowe. Przy Wiśle zaczęły pojawiać się ładne miejsca na biwak, zwłaszcza na lewym brzegu.
- Ale płyńmy, bo im więcej zrobimy, tym bliżej będzie do Dęblina!
- Płyńmy do trzysta osiemdziesiątego kilometra, do zakrętu i od tamtąd poszukamy - poparłem Alinkę.

W pewnym oddaleniu od rzeki z prawej pojawiły się wieże kościoła w Gołębiu. To piękny obiekt, łączący w swej architekturze elementy renesansowe z wczesnobarokowymi, zwłaszcza w dwuwieżowej fasadzie, która w początku XVII wieku zaczynała po dwustu latach przerwy ponownie stawać się popularna. Indywidualną jego cechą, niespotykaną w centralnej Polsce, są kamienne białe detale na tle czerwieni nieotynkowanych ścian. Tak ozdabiane były budynki wznoszone w Niderlandach, w Gdańsku, a stamtąd importowane w górę Wisły. Dzięki tym detalom kościół przywodzi na myśl zdobną w liczne okucia skrzynię, w której przechowuje się kosztowności. Skrzynię do przechowywania Pana Boga.

Na polach gołąbskich nad Wisłą 18 lutego 1656 roku Stefan Czarniecki stoczył jedną ze swych wielu bitew ze Szwedami, jak wiele innych - przegraną, ale bez poniesienia większych strat. Skuteczniejsza od szwedzkich zwycięstw okazała się praktyka "wojny szarpanej" i ona przyniosła polskiej stronie w czasie "potopu" ostateczny sukces.

Nie mieliśmy czasu, by oglądać kościół w Gołębiu ani szukać śladów pobojowiska. Zaczynaliśmy rozglądać się za biwakiem. Jak na złość ładnego miejsca nie było. Wysiadaliśmy na plażach, by przekonać się, że wyżej prócz wiklin i piachu nie ma nic, żadnej łączki, żadnej trawki. Leszek zaproponował, by zabiwakować na jednej z łach.
- Nic lepszego nie znajdziemy!

Zaoponowaliśmy z Bartkiem. Musi coś być!

Na horyzoncie pojawił się most w Dęblinie. Zbliżaliśmy się do niego. Czy nie mieliśmy z Bartkiem racji?

Przez lornetkę wypatrzyłem piaszczystą skarpę na lewym brzegu. Pokonaliśmy dzielącą nas od niej mieliznę i dobiliśmy. Na trawie między kępami wiklin u góry było mało miejsca, ale namiotów też nie mieliśmy wiele. Miejsca było dość, akurat tyle płaskiego, aby nas pomieściło. Krzykiem naprowadziliśmy na miejsce noclegu spływającą z tyłu resztę grupy.
- Gdzie te plaże, co mi je Arek obiecywał! - sarkała trochę Kasia. - Nie narzekaj! To najlepsze dojście ze wszystkich dotąd!

Michał namówił mnie i Arka na wodospad. Półtorametrowe urwisko przerżnęliśmy wykopanym saperką korytem i wlewaliśmy w nie wodę z miski i wiaderka. Kipiała gwałtownie, rzeźbiąc wąwóz w piachu i usypywała z zebranego materiału stożek napływowy u ujścia do Wisły.

Pośpiewaliśmy trochę z Michałem. Poszedł spać, a gdy go położyłem i wróciłem na brzeg z gitarą, zastałem tylko Leszka i Kasię. Reszta wędrowców zaszyła się w namiotach. Wyczerpujący był ten upalny dzień.

Rozdział XLIX

Nie napływałam się

Woda w nocy znów opadła. Wyruszyliśmy w stronę Dęblina, nad którym kołowały samoloty mieszczącej się tu od 1927 roku wojskowej uczelni lotniczej, zwanej "Szkołą Orląt".

Wspominany już mój kolega Jacek po ukończeniu studiów został powołany do zasadniczej służby wojskowej i skierowany do szkoły podoficerskiej. Poznał w niej kilkunastu innych niechętnych adeptów sztuki wojennej, którzy trafili do wojska, bo nie mieli innego wyjścia. Wysłuchał kilkunastu nudnych wykładów; ich słuchacze troszczyli się najbardziej o to, jak się zdrzemnąć. Nauczył się czołgać i uciekać "na lewiznę" do sąsiedniego miasta, na piwo i nie tylko. Raz był na poligonie i wystrzelił z karabinu cztery naboje. Ukończywszy szkołę, w Dęblinie odbywał praktyki jako członek obsługi naziemnej lotniska. Sprowadzały się one do tego, że raz w tygodniu musiał odmeldować się w Dęblinie na apelu. Przyjeżdżał dzień wcześniej i z kolegami sprowadzał stan spirytusu do wymaganej normy. Nie wszystkie samoloty były sprawne, ale, jak to w wojsku, środowisku zbiurokratyzowanym, przydział spirytusu niezbędnego do czyszczenia szyb samolotów na dużych wysokościach był odpowiedni do ilości wszystkich maszyn według ewidencji. Trzeba było tę nadwyżkę spirytusu wypijać, aby i jego stan ewidencyjny się zgadzał.

Po apelu Jacek chodził w widły Wieprza i Wisły podglądać ptaki. Na łasze przy ujściu Wieprza ja też widziałem rząd czapli.

Aktualnie trwa debata, czy armia polska powinna być armią zawodową, czy też opierać się jak dotąd na przymusowym poborze. Przypadek Jacka przemawia za reformą i ustanowieniem armii zawodowej. W taką też stronę przechyla się szala owej debaty.

Dęblin - twierdzaZa mostem kolejowym minęliśmy kaponierę cytadeli twierdzy dęblińskiej i zatrzymaliśmy się przy moście drogowym. Bartek i Alina zwinęli kajak. Nie mogli pozwolić sobie na dłuższy urlop. Taksówką odjechali na dworzec.
- Nie napływałam się - powiedziała Alinka. - Mogłabym sobie jeszcze powiosłować. Ale dla Zosi byłaby to za długa rozłąka.

Na 402 kilometrze Arek i Michał zbudowali na plaży zamek z piasku. Pierwszy z zamków piaskowych na szlaku Wisły, która zaczynała wreszcie przypominać rzekę znaną nam na codzień. Pełną żółtych plaż, mielizn, niełatwą nawigacyjnie.

Gęste, parne powietrze. Wykluwała się z niego burza. Dobiliśmy do brzegu. Jedna burza została za nami, druga przechodziła przed nami. Obserwowaliśmy z wału błyskawice rozcinające pociemniałe niebo. Burza odeszła, ale płynąc dalej, wciąż zbliżaliśmy się do deszczowej chmury, wciąż przekropywał deszcz. Niebo poszarzało. Mimo wczesnej godziny poszukaliśmy biwaku i rozbiliśmy namioty na lewym brzegu, pośród wierzbiny, na piasku porośniętym rzadką trawą. Naprzeciwko wznosił się wśród drzew kościół, zapewne we Wróblach - Wargocinie.

To musiało się przydarzyć. Upał i słońce nie mogły trwać wiecznie. Pogoda się zepsuła. Deszcz zabębnił po tropikach.

W przerwie w opadach zjedliśmy kolację i za poduszczeniem Michała rozpaliliśmy ognisko. Nie posiedzieliśmy przy nim długo. Kolejna fala ulewy rozgoniła nas do namiotów. Zaśpiewaliśmy z Michałem kilka piosenek, siedząc w przedsionku, po czym poszliśmy spać.

Rozdział L

Maciejowice: w tym miejscu zginęła Ojczyzna moja

Była jesień 1794 roku. Powstańcom udało się odeprzeć atak wojsk pruskich i rosyjskich na Warszawę, w Wielkopolsce powstanie rozszerzało się, ale w Wielkim Księstwie Litewskim dogorywało a ze wschodu nadciągał kolejny korpus interwencyjny pod dowództwem Suworowa. Operujący na lewym brzegu Wisły rosyjski generał Fersen otrzymał polecenie połączenia się z wojskami działającymi na brzegu prawym. Zebrał swe siły i 4 października naprzeciwko wsi Wróble i Wargocin przystąpił do przeprawy przez Wisłę. Baterie rosyjskie zaangażowały w walce ogniowej polską artylerię. Dwa pułki kozackie wpław i batalion jegrów jekaterynosławskich w trzynastu łodziach sforsowały rzekę, atakując polską placówkę w Czerwonej Karczmie. Po jej rozproszeniu zaatakowały z flanki punkt umocniony na wiślanym brzegu między Wróblami i Wargocinem. W tym czasie desantu na polskie umocnienia przez rzekę dokonały roty dowodzone przez Tormasowa. Atakowani z kilku stron powstańcy pierzchli; przyczółek został opanowany. Po zbudowanym naprędce moście i łodziami na prawy brzeg Wisły przeprawił się cały korpus Fersena.

Wieść o przeprawie dotarła do Kościuszki już w nocy. Obmyślony plan przeciwdziałania był planem dobrym: zebranie przeważających sił w postaci cofającej się od strony Brześcia dywizji Sierakowskiego, posiłków z Warszawy i stojącej nad Wieprzem dywizji Ponińskiego, rzucenie ich przeciwko korpusowi Fersena i zniszczenie go. Zawiodła realizacja: Fersen zaatakował, zanim wszystkie polskie jednostki skoncentrowały się. Dywizja Ponińskiego nie zdążyła nadciągnąć na pole bitwy pod Maciejowicami także w jej trakcie; polski korpus został zniszczony a ranny Naczelnik dostał się do niewoli. Jego adiutant, Julian Ursyn Niemcewicz, zapisał: "Niestety, w tym to dniu zginęła ojczyzna moja".

Takie były też odczucia ludu. "Spotykano na ulicach mężczyzn i kobiety, którzy załamywali ręce, uderzali głową w mur, powtarzając z wyrazem rozpaczy: Nie ma Kościuszki, Ojczyzna zgubiona" - relacjonował Michał Kleofas Ogiński.

Polacy przeżywali już przed rokiem 1794 koniec Ojczyzny. W 1646 roku śmierć hetmana Stanisława Koniecpolskiego była odczytywana jako wróżba wielkiego nieszczęścia. Nie brakło takich, którzy nazwisko zmarłego tłumaczyli jako Finis Poloniae. Wkrótce potem Rzeczpospolitą wstrząsnęło powstanie Chmielnickiego a następnie uległa zalewowi wojsk rosyjskich i szwedzkich. Wówczas jednak państwowości polskiej udało się otrząsnąć z klęsk i przetrwać, acz już bez złudzenia mocarstwowości. Gdy zabrakło Kościuszki, powstanie upadło a tereny Rzeczpospolitej zostały ostatecznie rozdzielone pomiędzy zaborców.

Przypadek konsekwencji klęski maciejowickiej pokazuje, jak ważne są dla innych ludzi autorytety i jak ważny jest w życiu pierwiastek irracjonalny.

Wynikiem powstań polskich, od kościuszkowskiego po warszawskie bez wyjątku przegranych, jest apoteoza klęski, ukazywanej często jako moralne zwycięstwo. Z powstaniami wiążą się też powracające często w społecznych dyskusjach pytania: jakie miały szanse i czy było warto?

Insurekcja kościuszkowska była czynem zaplanowanym precyzyjnie, z ustalonym wcześniej Naczelnikiem i programem. Miała na celu odzyskanie niepodległości i dokonanie reform społecznych w kraju; oparciem dla niej miała być rewolucyjna Francja. W jej toku zmobilizowano więcej wojska i zasobów kraju, aniżeli w okresie przed i podczas wojny 1792 roku, toczonej jeszcze przecież przez państwo dysponujące całym aparatem władzy. Dowodzi to sprawności organizacyjnej Kościuszki i jego współpracowników. Niestety, wojsko polskie w tym czasie pozbawione było wodza na miarę potrzeb. Nie był nim sam Kościuszko, doskonały inżynier wojskowy ale nie najlepszy strateg. Przeciwnicy byli w tym zakresie w lepszej sytuacji. Dość wspomnieć, że powstanie stłumił ostatecznie Aleksander Suworow, zapewne największy z dowódców w historii Rosji. Mimo to Kościuszko, według oceny Niemcewicza, "jeżeli nie zapobiegł zgonowi ojczyzny, wybawił nas jednak od wstydu zginienia bez chwały".

Powstania listopadowe i styczniowe wybuchły dość spontanicznie. Ich inicjatorzy nie mieli planów ich rozwoju. Były to typowe czyny romantyczne podjęte na zasadzie: trzeba nawiązać walkę, a potem się zobaczy. Nie miały przywódcy. Napotkani w noc listopadową generałowie z reguły wzdragali się przyłączyć do powstania, co kilku z nich przypłaciło śmiercią z rąk zrewoltowanych podchorążych. Kierujący następnie powstaniem listopadowym politycy i dowódcy, zmuszeni do tego przez rozwój sytuacji, nie wierzyli w możliwość pokonania Rosji, byli kunktatorami i odnoszonych sukcesów nie potrafili wykorzystać. Powstanie upadło więc, mimo, że walczyła w nim armia, której sprawność przeszła do legendy. Powstanie styczniowe z kolei było już tylko partyzancką ruchawką bez większych szans, naznaczoną tragizmem losów jej uczestników.

Ostatecznie żadne z powstań nie odniosło sukcesu, nie doprowadziło do uzyskania niepodległości. Na odwrót, skutkiem każdego z nich było ograniczenie wolności w stosunku do jej zakresu istniejącego przedtem.

Najwięcej emocji budzi obecnie czwarte z powstań, wprawdzie nie o zasięgu ogólnopolskim, zaistniałe w innej politycznej sytuacji, ale najbardziej tragiczne i najbliższe w czasie. Powstanie warszawskie, którego uczestnicy jeszcze żyją. Zainicjowane przez dowództwo podziemnej Armii Krajowej, jak i wcześniejsza akcja "Burza", w celu udokumentowania wobec wkraczających Rosjan istnienia Rzeczpospolitej oraz zaprzeczenia tezie, stawianej przez Sowietów, jakoby legalne władze polskie są niejawnymi sojusznikami Niemców. Teza ta była absurdalna, ale stawała się prawdopodobna w kontekście przyjętej przez kierownictwo polskiego państwa podziemnego koncepcji "czekania z bronią u nogi" aż nadejdzie odpowiedni moment na akcję zbrojną.

W toku powstania Warszawa została niemal całkiem wyzwolona, po czym zaczęła się agonia. O ile wcześniej, w przypadku Wilna i Lwowa, Rosjanie skorzystali ze współdziałania z Armią Krajową przy wyzwalaniu tych miast, o tyle pod Warszawą wstrzymali się i zza Wisły przyglądali, jak Niemcy stopniowo, przez długie dwa miesiące zajmują i burzą kolejne dzielnice, a powstańcy i ludność cywilna giną w nierównej walce. Nie zgadzali się nawet na lądowanie na własnych lotniskach samolotów aliantów zachodnich, zmierzających nad Warszawę z pomocą materiałową. Władze radzieckie pragnęły doprowadzić do klęski powstania i osiągnęły swój cel.

Niektórzy historycy twierdzą, że w wyniku powstania zginęły tysiące młodych ludzi, których zabrakło następnie do budowy nowej Polski. Ich śmierć obciąża dowództwo Armii Krajowej. Ale czy wydając decyzję o powstaniu można było przewidzieć jego skutek?

Podobne opinie formułowane były po klęsce powstania styczniowego. Potępiano je, nazywając "lekkomyślną awanturą". Lamentowano: "Niech przed Bogiem, krajem i potomnością odpowiedzą sprawcy tych nieszczęść. Niech spadnie na ich sumienie krew najzacniejszej polskiej młodzieży, niech odpowiedzą za wykorzenienie żywiołu polskiego".

Historia nie jest nauką ścisłą. Opisuje przeszłość, nie umożliwia jednak ustalenia, co by było, gdyby pewne decyzje w przeszłości nie zostały podjęte. Ma tego świadomość uczestnik powstania warszawskiego Władysław Bartoszewski, stwierdzając: "Nie wiem, co by było, gdyby powstanie nie wybuchło. Nikt nie wie. Jałowe rozważania! Wiem, co było!"

Rozdział LI

Polska w bok od drogi

Obudziłem się i nie padało. Tylko osika bezustannie szeleściła. Niebo zasnute było szarymi nawisami chmur. Woda szara, pomarszczona podmuchami wiatru. Brzegi zamglone, poszarzała zieleń.

Wypływaliśmy, gdy chmury nabierały barw, acz słońce nieznacznie tylko przez nie przeświecało.
- Jak to jest, Tomek, że zawsze stajemy w takich nieciekawych miejscach, a za chwilę są takie, jak to, jak marzenie? - spytał się mnie Marian.
- Trzeba być zdeterminowanym i płynąć, zamiast bać się deszczu - odparłem.

Na prawym brzegu wkrótce po starcie w lasku były śliczności miejsca biwakowe, łączki wśród drzew, piaszczyste łagodne wyjścia.

Za nimi gdzieś za lasem - Maciejowice.

Czarny bocian wśród czapli stał na łasze.

Wisłą pod KozienicamiZbliżaliśmy się do promu i elektrowni Kozienice. To wielki zakład. Zgrupowanie słupów energetycznych i cztery kominy orały niebo, które stawało się coraz pogodniejsze. W końcu zajaśniało błękitem.

Kazik powiedział, że za elektrownią z lewej strony będzie betonowe nabrzeże, a za nim slip. Stamtąd jest najbliżej do sklepu. Dobiliśmy z Marianem do slipu i poszliśmy szosą w głąb wioski. Na tablicy informacyjnej odczytaliśmy, że to Wilczkowice Górne. Sklep nie był oznaczony jakimkolwiek szyldem i minęliśmy go. Dopiero napotkana tubylczyni wskazała nam, gdzie jest sklep. Mieścił się w domu mieszkalnym odgrodzonym płotem od jezdni. Tubylczyni zaprowadziła nas do bramy i wywoływała sprzedawczynię, ale bezskutecznie. Z budynku nikt nie wyszedł.
- Pewnie do kościoła pojechali!

Odeszliśmy. Po parunastu metrach Marian obejrzał się - w otwartej furtce stał mężczyzna.
- Na rybach byłem. Trzeba było wołać!

Zawróciliśmy. Piwko piliśmy, Michał jadł loda, robiliśmy zakupy. Sprzedawczyni zapytała się nas, skąd jesteśmy.
- Z Włocławka - poinformował ją Marian.
- Byli tu rok czy dwa temu bardzo mili panowie z Włocławka. Pracowali przy rzece.
- Jeden z nich zaraz przyjdzie. Taki z brodą - odpowiedzieliśmy.

Kazik dotarł do sklepu wkrótce potem. Kobieta go jednak nie poznała.

Pilnowałem kajaków z Michałem, gdy reszta grupy dopłynęła i buszowała po sklepie. Rysowaliśmy mapę trasy naszego spływu, portret naszej rodziny, mapę świata.

Przemierzaliśmy Polskę nie opisywaną w przewodnikach i folderach. Polskę położoną w bok od drogi. Kraj na poboczu historii, w którym ludzie żyją własnym życiem. Miejscowości zatrzymane w czasie, senne, bez ruchu, w których można usiąść na ławce rano i wstać wieczorem, i nic się nie straci, bo nic się nie dzieje. W takich miejscach przybysz jest ciekawostką, gościem. Chce się z nim porozmawiać a nawet zaprosić na wódkę. Może też postawi?

Polska w bok od drogi nie jest krajem położonym daleko. Może być tuż za wzgórzem widocznym z szosy krajowej albo na peryferiach miasta. Jest wszędzie tam, gdzie nie ma atrakcji, jest tylko codzienne życie. Polski tej jest w Polsce najwięcej.

Za ujściem Radomki na łasze - kąpiel. Prócz nas po rozległej piaszczystej przestrzeni paradowały mewy i gołębie.

442 kilometr. Z prawej ujrzeliśmy miejscowość wśród lasu, u ujścia rzeczki. Zerknąłem na mapę.
- Jak myślisz, Marian, co to za miejscowość? Według mnie to Ruda Tarnowska.
- Według mnie też. Będzie wędkarz, to go zapytam.

Upłynęliśmy czas jakiś osobno, nim się znów zbliżyliśmy.
- Co tak daleko płynąłeś? - spytał się mnie Marian.
- Normalnie. A co?
- Nie śmiałem się zapytać. Ujeżdżalnia tam była. Ona taka speszona zeszła...

W korycie wciąż wyspy. Zadrzewione jak i te tymczasowe, piaszczyste, nazywane łachami.

Michał bawił się wiosłem, robił z przelewającej się przez pióro wody namiot, sunąc szybko ślizgiem po wodzie zamieniał wiosło w motorówkę. Znudziło go to w końcu.
- Chciałbym już być na biwaku...
- Jeszcze musimy płynąć. Chcesz dopłynąć do Włocławka?
- Tak. A, tata, będzie dziś padać?
- Nie.
- Skąd wiesz?
- Trzeba mieć nadzieję.
- A po co?
- Wiesz, Michał, w historii tego kraju były takie momenty, że uznano go za wymazanego z mapy Europy. Ale żyli w nim ludzie, którzy mieli nadzieję i dzięki ich wysiłkom możemy dziś płynąć przez cały ten kraj jedną rzeką, Wisłą. Wisłą w głąb Polski.

Szlak wyznaczały inne niż w górnym biegu znaki żeglugowe. Zaczęliśmy je dostrzegać niedawno. Wyłoniły się spod powodziowej wody. Były to tyki malowane naprzemian w czerwone i białe pasy - oznaczające prawą stronę szlaku - i tyki malowane na zielono-biało, ustawiane z lewej strony.

Długo szukaliśmy biwaku. Nerwówka. Wrąbałem się na mieliznę, usiłując dopłynąć do jednego z wypatrzonych z oddali miejsc potencjalnego biwaczku. Wypłycała rzekę niemal do zera. Z pięć minut kajak z niej ściągałem, tak się przyssał.

W końcu na kępie za linią wysokiego napięcia - jest! Ładne piaszczyste dojście, na wzniesieniu miejsce pod namioty na skrzypach. Dość piaszczyste, bo skrzypy to nie zwarta łąka. Piasek rozpanoszył się więc wszędzie, na butach, na materacach, w śpiworach.

Przy wieczornym ognisku nie pobyłem długo. Zasnąłem wraz z Michałem, gdy odszedłem, by położyć go do snu.

Rozdział LII

Wisła militarnie

Biwaczek nad WisłąPoprzedni biwak mieliśmy w miejscu, w którym rosyjskie wojska przeprawiały się przed bitwą pod Maciejowicami. Obecny - w rejonie, w którym w 1944 roku wojska radzieckie i polskie zdobywały przyczółek magnuszewski. Tu forsowali rzekę filmowi - i książkowi - czterej pancerni i pies.

"Z obu brzegów otworzyła ogień artyleria (...). Prom płynący po Wiśle zamknięty był w krechach świetlnych i w huku jak na dnie klatki. U szczytu jej narodził się gwizd, opadł w dół i wcześniej niż wybuch trysnęła za promem woda, runęła całym ciężarem na pomost, rozleciała się bryzgami (...).
Od mostu, który bez przerwy naprawiali saperzy, niosły się krzyki i łoskot toporów. Płonęła jasnym ogniem trafiona przy wschodnim brzegu ciężarówka".

Ileż to razy przez Wisłę przeprawiały się armie...

Wisła to ważny element polskiego teatru wojny. Jest on częścią znacznie rozleglejszego obszaru wielkich nizin europejskich, rozciągającego się od depresji Holandii przez Nizinę Niemiecką, niż polski po bezkresne równiny Europy wschodniej, które swym bezmiarem pochłonęły armie Napoleona i niemiecką. Granicami polskiego teatru wojny są od południa pasma górskie Sudetów i Karpat, a od północy Morze Bałtyckie. Głównymi przeszkodami terenowymi dla armii są na tym terenie - jak w całym obszarze wielkich nizin - rzeki, zwłaszcza te główne, płynące południkowo. Najważniejszą z nich jest Wisła i jej dopływy. Największe z nich: Pilica, Narew, Bug uchodzą do Wisły w rejonie Warszawy, położonej niemalże pośrodku linii łączącej góry z Bałtykiem. Na dodatek na przedłużeniu dolnego odcinka Bugu ciągną się aż po Dniepr mokradła Polesia, terenu nie nadającego się do prowadzenia operacji wojennych w wielkim stylu, izolującego bardziej nadające się do tego równiny Ukrainy od litewsko-białoruskiego obszaru operacyjnego. To zwornikowe położenie czyni rejon wokół Warszawy szczególnie ważnym z punktu widzenia wojskowego, predestynującym go do działań z położenia wewnętrznego na wschód lub zachód. Niebagatelna jest przy tym rola Wisły, zwłaszcza Wisły środkowej, traktowanej jako tarcza w czasie toczonych walk. Możliwość wykorzystania tej rzeki w charakterze zasłony jest jednak zmienna. Zależy od poziomu jej wód oraz zlodzenia. W okresie jesiennej niżówki rola Wisły jako przeszkody wodnej bywała niewielka.

Już w średniowieczu doceniane było wojskowe znaczenie Wisły. W miejscach szczególnie dogodnych dla przeprawiania się powstały grody ich strzegące, takie jak Kraków, Opatowiec, Sandomierz, Solec, Kazimierz, Zakroczym, Wyszogród. Dzieło wznoszenia fortyfikacji wzdłuż biegu Wisły było kontynuowane aż do XX wieku. W czasie I wojny światowej najważniejsze z twierdz na terenach polskich położone były nad Wisłą. Były to w kolejności: Kraków (austro-węgierska), Dęblin, Warszawa, Modlin (rosyjskie), Toruń, Grudziądz, Gdańsk (niemieckie).

Kilka przykładów roli, jaką pełniła Wisła, z historii wojskowości.

Rok 1410. Wisła odegrała rolę tarczy osłaniającej marsz oddziałów polskich na miejsce koncentracji pod Czerwińskiem; podobną osłonową rolę odegrały zabagnione doliny Biebrzy i Narwi w stosunku do dążącej na spotkanie Polaków armii litewskiej.

Rok 1656. Przed bitwą pod Gołębiem rola Wisły jako przeszkody terenowej okazała się znikoma. Dywizja Czarnieckiego przeszła ją po prostu po lodzie. Sytuacja diametralnie zmieniła się po puszczeniu lodów. Dowództwo polskie wyznaczyło wówczas widłom Sanu i Wisły rolę pułapki, w której miały utknąć wojska Karola Gustawa. Szwedzi zdołali się z niej wymknąć forsując San. Kampania ta uwidacznia jeszcze jeden aspekt znaczenia wojskowego Wisły: jako drogi wodnej, którą wykorzystywano dla przewozu wojsk i zaopatrzenia. Po przedostaniu się przez San dalszy ciąg odwrotu ku Warszawie lądem kontynuowała tylko szwedzka kawaleria. Piechota i artyleria załadowane na szkuty dotarły tam rzeką.

Rok 1809. Po bitwie pod Raszynem i oddaniu Warszawy Austriakom Wisła odegrała znaczącą rolę w wygraniu całej kampanii przez wojska Księstwa Warszawskiego. Jej środkowy bieg osłaniał prawą flankę wojsk Józefa Poniatowskiego dążących w stronę Galicji, by przenieść wojnę na teren przeciwnika. Manewr ten, wiążący się z ruchem patriotycznym Polaków tam zamieszkujących, skutkujący zagrożeniem linii komunikacyjnych wojsk austriackich, skłonił ich dowódcę do wycofania się ze stolicy Księstwa.

Powstanie listopadowe. Wisła stanowiła wówczas osłonę powstańczego zaplecza, jakim była lewobrzeżna część Królestwa Polskiego. Wiosenna próba sforsowania rzeki przez wojska rosyjskie dowodzone przez Dybicza została udaremniona wskutek udanej ofensywy polskiej podjętej od Pragi w kierunku Siedlec. Przejście przez Wisłę armii dowodzonej przez Iwana Paskiewicza, co nastąpiło pod Osiekiem w pobliżu granicy pruskiej w lipcu 1831 roku, oznaczało początek końca powstania. Jego zaplecze ograniczyło się w tym momencie do najbliższego otoczenia Warszawy i jedynie poszerzenie tego zaplecza w wyniku udanej akcji militarnej mogło przedłużyć szanse powstańców. Do takiej akcji jednak nie doszło, a Paskiewicz ostatecznie zdobył Warszawę szturmem podjętym 6 września 1831 roku.

Rok 1920. Bitwa warszawska. Michaił Tuchaczewski dowodzący Frontem Zachodnim Armii Czerwonej zamierzał dokonać dalekiego obejścia Warszawy od zachodu i sforsować Wisłę w tym samym rejonie, w którym dokonał tego Paskiewicz. Manewr ten miał doprowadzić do opanowania korytarza pomorskiego, odciąć Polskę od Bałtyku i zmusić ją do kapitulacji. Wydłużał on jednak zarazem znacznie własne linie komunikacyjne, narażając je na odcięcie. Dowództwo polskie nie odgadło tego planu, założono bowiem, że zamiarem Tuchaczewskiego jest szturm Warszawy. Szczęśliwie jednak polscy dowódcy, a zwłaszcza głównodowodzący armią Józef Piłsudski, wykazali zdecydowanie większą inicjatywę aniżeli w roku 1831. Udana kontrofensywa podjęta znad Wieprza - według planu na rosyjską flankę a w rzeczywistości na rosyjskie tyły - doprowadziła do klęski armii Tuchaczewskiego, a w dalszej konsekwencji do wygrania wojny. Bez znaczenia było to, że pojedyncze jednostki sowieckie dość łatwo przekraczały Wisłę w jej biegu miedzy Płockiem a Toruniem.

Wojna obronna Polski, wrzesień 1939 roku. Polski plan "Zachód" przewidywał jako główną linię oporu Biebrzę, Narew, Wisłę do ujścia Brdy, górną Noteć, górną Wartę, dalej przez Śląsk do Żywca i wzdłuż przełęczy karpackich. Niemiecki "Fall Weiss" zakładał koncentryczny atak z terenu Prus, Śląska i Słowacji w kierunku Warszawy. Niemieckie zamiary zostały, mówiąc najogólniej, zrealizowane. Nie spełniły się nadzieje pokładane przez polskich sztabowców w rzekach jako liniach oporu. Niskie stany wód także na Wiśle obniżyły ich wartość jako przeszkód wodnych. Powstało wiele dodatkowych, łatwych do pokonania brodów i przejść. Sprzyjało to forsowaniu rzek przez Niemców i tworzeniu na przeciwległym brzegu obszernych przyczółków.

Ostatnia z operacji wojennych. Lato 1944. Niemieckie plany operacyjne przewidywały dla Wisły - głównie środkowego jej łuku - znaczącą rolę jako oparcia dla armii. Wojskom radzieckim i wspierającym je oddziałom polskim udało się jednak wedrzeć na zachodni brzeg i utworzyć przyczółek magnuszewski, którego mimo wielu kontrataków nie udało się Niemcom zlikwidować. Tu pod Studziankami zdobywała swe bojowe szlify załoga czołgu "Rudy", którą autor powieści poprowadził następnie w głąb środkowoeuropejskiego teatru wojny, aż do Berlina.

Obecnie w Mniszewie można obejrzeć skansen wojskowy nawiązujący do tych wydarzeń.

Rozdział LIII

Wielebne głupstwo?

Parny i duszny poranek. Na odnodze Wisły, nad którą biwakowaliśmy, przez noc wypiętrzyła się mielizna. Każdy z nas utknął na niej, przedzierając się w stronę głównego nurtu.

Ujście Pilicy, błękitnej i przejrzystej. Takimi epitetami określił ją Kazik po zajrzeniu w głąb ujścia. Tymczasem w Wiśle zawiesina, która charakteryzowała ją przed tygodniem, wytrąciła się już. Woda zrobiła się zielonkawa, przezroczysta, też można rzec - czysta.
- Jak zdrowie, panie Kazimierzu? - Dobrze. Odkąd zaczęły się łagodniejsze podejścia, w ogóle jej nie czuję.

Kazik wybrał się na spływ z przepukliną. Operację planowaną na termin kilka dni przed wyjazdem przełożył na własną prośbę na czas po powrocie. Obawiał się, że rekonwalescencja uniemożliwi mu udział w wyprawie.

Kąpiele na plażach żółtych jak w piosence: "żółty wiślany piach..."

Wiatr powiał w plecy. Zaimprowizowałem żagiel z antydeszczu Michała, rozpiąwszy go na połówce wiosła. Michał trzymał żagiel a ja wiosłowałem.

Płynąc przed laty tym odcinkiem Wisły, zapamiętałem wieże zamku w Czersku, widoczne nad wiklinami. Wypatrywałem ich teraz, ale dostrzec nie potrafiłem.

Od Pilicy do Góry Kalwarii spływało trzech motorowodniaków. Silniki mieli wygaszone, spływali z nurtem, wędkując. Czasami pomogli sobie w utrzymaniu kierunku, odpychając się od dna długą tyką. Byli to pierwsi wodniacy - turyści napotkani w czasie letniej części naszego spływu Wisłą, czyli od Odmętu.
- Też bym tak chciał... - pozazdrościł mi jeden z nich, gdy powiedziałem mu o naszej marszrucie z Baraniej Góry do Gdańska.

W Górze Kalwarii zatrzymaliśmy się na postój w porciku motorowodniaków, prostopadłym do rzeki kanale, wykopanym przed mostem drogowym. Jeden z mężczyzn napotkanych na rzece podwiózł mnie, Mariana, Marka i Michała do miasta.

Góra Kalwaria to miasto założone w 1670 roku jako katolicki ośrodek kultowy przez biskupa Stefana Wierzbowskiego, który nadał mu wówczas nazwę Nowego Jeruzalem. Wiek później mogłoby ono być miejscem akcji "Monachomachii".
"W mieście, którego nazwiska nie powiem,
Nic to albowiem do rzeczy nie przyda;
W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem,
W godnym siedlisku i chłopa, i Żyda,
W mieście - gród, ziemstwo trzymało albowiem
Stare zamczysko, pustoty ohyda -
Było trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki".

Pierwotnie w Górze Kalwarii zbudowano pięć klasztorów, sześć kościołów i trzydzieści pięć kaplic. Dzisiaj w Górze Kalwarii istnieją: dawny zespół klasztorny bernardynów z kościołem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, kaplica św. Antoniego, kościół Podwyższenia Krzyża Świętego zwany Ratuszem Piłata, kościół Opatrzności Bożej zwany Wieczernikiem, kaplica Zwiastowania Maryi i jedna z kaplic kalwaryjskich. Reszta barokowych obiektów sakralnych uległa zniszczeniu.

Książę biskup Ignacy Krasicki pisząc "Monachomachię" drwił z ignorancji i pijaństwa współczesnych sobie mnichów, nazywając ich "wielebnym głupstwem" i "świętymi próżniakami". Klasztory, średniowieczne instytucje, które pełniły kiedyś szczytną misję cywilizacyjną, nie odpowiadały oświeceniowym ideałom postępu i cnót, których głosicielem był Krasicki.

Kościół w czasach Krasickiego gwałtownie tracił na znaczeniu. Ludzie światli nie znajdowali w jego nauce odpowiedzi na nurtujące ich pytania i odchodzili. Opieranie się z kolei na dewotach nie jest metodą zapewniającą rozwój, może być tylko receptą na liche przetrwanie. Podobnie bywa i współcześnie.

O stanie religii i religijności decyduje postawa i działalność pasterzy: księży parafialnych, tych, których kazań wysłuchuje w kościołach, u których spowiada się i z którymi spotyka się w czasie kolędy szary parafianin, ale także biskupów, w tym biskupa Rzymu. Zasadnie jest oczekiwać, by byli sumieniem ludzkości i reagowali na zło, by byli mądrzy życiowo a także, by ich czyny nie stały w sprzeczności z głoszoną nauką.

Po drugiej wojnie światowej wielu młodych intelektualistów przystąpiło do Partii, zwabionych mirażem budowania nowego, sprawiedliwego świata. Niebagatelną rolę odegrało tu zrażenie się tych ludzi do Kościoła i jego nauki. Jacek Trznadel tak o tym pisze:
"Kościół był nadal formacją opierającą się komunizmowi, ale jego autorytet pozostawiał wiele do życzenia. Nasi katecheci nie byli zbyt ciekawi w nauczaniu etyki, nie mówiąc już o jej zastosowaniach społecznych. Nauka Kościoła na poziomie maluczkich była na ogół anachroniczna i ciasna, a przecież wojna dokonała wstrząsów moralnych, obaliła sztywne hierarchie w społeczeństwie, zmieniła bardzo sferę obyczajową. Anachronizm obyczajowości Kościoła powodował często wzruszenie ramion chłopców i dziewcząt, którzy widzieli za dużo śmierci i chcieli upajać się życiem bez obsesji grzechu i kary, zwłaszcza, że chodziło o zmysły, które przedtem chłonęły tylko przerażenie. Pamiętam, jak (...) w tym dramatycznym roku `44, kiedy konało Powstanie, grzmiały filipiki przeciwko krótkim sukniom i ukazywaniu podbrzuszy..."

Byliśmy pewnego roku w Łupawie w kościele na mszy. Kazanie było o tym, że rodzice zabraniali dziecku chodzić do kościoła. Dziecko tak przejęło się tym zakazem, że popełniło samobójstwo. Kaznodzieja spuentował: każdy proboszcz chciałby mieć w swojej parafii choć jedno albo dwoje takich dzieci.

Człowiek potrzebuje kapłana, który potrafi rozmawiać i jest przewodnikiem po świecie duchowym a nie buchaltera, rozliczającego parafian z oddanych karteczek od spowiedzi i z kwot wpłaconych podczas kolekty. Kogoś takiego jak Karol Wojtyła, traktującego rozmowę z drugim człowiekiem jako najważniejszą część swego powołania. Karol Wojtyła, Wujek, Jan Paweł II, Papież - Pielgrzym.

Na spływie Drawą w 1955 roku "Wujek był kapitanem kajaka - weterana noszącego pieszczotliwą nazwę Kalosz. Często jednak przesiadał się na któryś z innych kajaków, dzięki czemu wszyscy uczestnicy wyprawy mieli możność podyskutowania z nim o sprawach religijnych, etycznych, filozoficznych czy jakichkolwiek innych".

Dobra rozmowa jest więcej warta niż księga pełna mądrości.

Rozdział LIV

To tylko burza!

Postępy nasze można mierzyć markami lokalnych piw. Zaczynaliśmy w regionie, w którym o palmę pierwszeństwa walczą browary w Żywcu i Tychach; występuje tam też warzone w Cieszynie piwo "Brackie". W okolicach Szczucina rolę miejscowego piwa odgrywa "Okocim" z Brzeska. W Józefowie można kupić piwo zwierzynieckie, a w Puławach z nalewaka lano lubelskie piwo "Perła". Później wpłynęliśmy w rewir piwa z Warki, a w Górze Kalwarii podstawowym piwem było już "Królewskie" z Warszawy. Gdy zacznie przeważać sierpecki "Kasztelan", będzie to niechybny znak, że Włocławek już blisko.

Po zakupach zeszliśmy ulicą Świętego Antoniego, obok barokowej kaplicy pod tymże wezwaniem, położonej w połowie zbocza wiślanej doliny, do kajaków.

My zbieraliśmy się do wypłynięcia, a nad nami zbierało się na burzę. Pod mostem drogowym nie było miejsca na dobicie do brzegu, trzeba byłoby przeczekiwać ją na wodzie. Przepłynęliśmy pod most kolejowy, wyciągnęliśmy kajaki na plażę i zaczęło się. Chochół, dujawica, piaskiem posiekły po nogach. Po czym - ulewa. Zalegliśmy w dołku pod wierzbą, trzymając kaptury, szargane wiatrem. Łopot kajakowych fartuchów - żywioł je prawie zdarł. Wezbrane nagle grzywy, walące w filar i brzeg. Pioruny bijące blisko, może i w most. Ciemno, nagle jasno i huk - Kasia piszczała, a Michał ją uspokajał.
- Nie bój się! Przecież to tylko burza!

Deszcz ustał, ale zagrożenie nie ustąpiło. Za mostem drogowym zbierała się kolejna czarnogranatowoszara chmura. Wypiliśmy po kielichu - co dalej?
- Dwa warianty: czekamy albo uciekamy!
- Uciekamy!

I uciekliśmy. Burza nas nie dogoniła. Sprawnie "rumaliśmy", jak to się drzewiej wśród krakowskich wodniaków mawiało.

Biwaczek nad WisłąBurza przeszła bokiem, ale chmury wciąż nas prześladowały. Zaczął padać deszcz, zegarki wskazywały piątą po południu, za nami było kolejne siedem czy osiem kilometrów. Czas na biwak. Marian i Leszek wybrali miejsce na lewym brzegu, na wysokiej i stromej skarpie. Wąską ścieżyną, ślizgając się w błocie, wciągnęliśmy na nią kajaki. Rozpakowanie ich nastąpiło dopiero u góry. Namioty - Leszka i nasz, to jest mieszczący w sobie jako lokatorów mnie, Michała i Mariana, stanęły między kałużami. Reszta grupy zatrzymała się ze sto metrów dalej, na skarpie równie wysokiej, ale mniej stromej. Przekonaliśmy się o tym, gdy przestało padać.

Gotowaliśmy obiad, gdy pojawiły się dwa pieski. Bardzo nieufne, ale zarazem wielką żywiące ochotę na posiłek. Posądziliśmy wędkujących opodal, że zwierzęta ze sobą przywieźli, ale żarcia dla nich nie zapewnili. Później dowiedzieliśmy się, że wędkarze zarzucili nam to samo, że psy wozimy z sobą w kajakach, ale ich nie karmimy.

Psiaki były najwidoczniej miejscowe, z niewidocznej z brzegu rzeki wsi jakiejś anonimowej. Daliśmy im do wylizania kochery po posiłku i wyczyściły je, aż aluminium zalśniło. Głodne były.

- Papier zamókł? - Marian przystąpił do rekapitulacji strat poniesionych w deszczu. - A nie! - zauważył z radością.
- Najlepszy jest mech - oświadczył Leszek. - Nie dość, że wytrze, to jeszcze umyje. Byleby mrówek nie było, bo raz mnie pogryzły i kilka dni je czułem.
- Taki deszcz to nie deszcz. Płynąć w deszczu jak cię mogę, mogę. Zwłaszcza jak jest fartuch. Najbardziej nie lubię zwijać się w deszczu. W 1995 roku biwakowałem naprzeciwko Siekierek. Musieliśmy następnego dnia dopłynąć do Warszawy, bo Monika musiała tego dnia wrócić do domu. A tu leje. Fatalnie było zwinąć się ze wszystkimi mokrymi tobołami do kajaka i płynąć. I ten mokry piach wszędzie. Na szczęście miałem ćwiartkę wódki "Nie" i wypiliśmy ją pod mostem do obiadu. No, wuju Marianie!

Marian polał, ja wspominałem dalej:
- To był mój najbardziej deszczowy spływ. Na dziewiętnaście dni dwanaście nam padało. To wtedy koleżanka Beata powiedziała, że namiot pachnie lasem z dużą ilością grzybów.
- Zbutwiał?

Gawędziliśmy z Marianem i Leszkiem, siedząc przed namiotem i delektując się panamarianową gorzałeczką.

Każdy podobóz żył własnym życiem tego wieczoru.

Rozdział LV

Ja Wisła

Rano holownik ciągnął w stronę Warszawy ogon refulerowy. Wstawało słońce. Samoloty huczały nad głowami, podchodząc do lądowania na nieodległe stąd Okęcie.

Po śniadaniu Michał "dorobił wódkę". Michał podpatrzył wuja Mariana, który kupuje spirytus i miesza go z wodą i miodem lub cytryną albo też zalewa nim przeróżne owoce, produkując w ten sposób różne nalewki. Michała receptura była podobna: nasypał do butelki opróżnionej wczoraj kwiatów nawłoci i rumianu, zalał wodą i starannie wymieszał.

Wypłynęliśmy po wysuszeniu rzeczy. Zmoczyły się wczoraj głównie podczas rozpakowywania łódek. Były to w większości rzeczy podręczne: ręcznik, odpięte nogawki od spodni, kapelusz. Zamokła mi też niestety jedna z książek - przewodnik po świecie roślin. Kartki posklejały się i już jej chyba nie uratuję. Książka była w chlebaku i dopóki wszystko było spakowane w kajaku, chlebak był suchy. Wysunął się ze swego miejsca przy siedzisku, spod burty, gdy wyciągałem namiot i leżał na deszczu przez czas, gdy namiot rozstawiałem.

Wypłynęliśmy z Marianem jako pierwsi o dziewiątej czterdzieści. Reszta miała uczynić to po nas. Przy wsiadaniu zjechałem do wody ową śliską ścieżką, którą wyciągaliśmy łódki na brzeg. Wpadłem po szyję. Przepłynąłem wpław z kajakiem na pobliską lepszą plażyczkę. Tam zaokrętowałem Michała. Marian mimo kłopotów z biodrem jakoś suchą nogą zdołał wsiąść ze stromizny.

487 kilometr. Na łasze wielka kolonia mew srebrzystych. Wysiadywały jaja, siedząc nieruchomo. Przez lornetkę podziwiałem ich posępne profile.

Zerwał się porywisty wiatr. Na nurcie wystrzępił białe bałwany. Lawirowaliśmy pośród łach, wybrawszy mielizny nad zmagania z falami. Mewy i rybitwy wzlatywały z piasku, rzucając się na wiatr i szybując, tak, jak to czynią nad morzem. Gdzieś z prawej było ujście Świdra.

Za ostatnią z mielizn przez krótki czas trzeba było przedzierać się pod strome fale do zawietrznego brzegu. Z plaży wicher zrywał tumany piasku, niosąc go nad wodę i siekąc po twarzach. Na spokojniejszej wodzie stanęliśmy na odpoczynek. Tam dogonił nas Leszek. Namioty reszty grupy stały jeszcze rozbite, gdy wypływał.

Płynęliśmy dalej, kryjąc się skutecznie przed wiatrem po zawietrznej. Zajrzeliśmy pod most w ujściu Jeziorki, wyglądaliśmy kominów Siekierek i iglicy Pałacu Kultury.

Siekierki, elektrociepłownia. Zatrzymaliśmy się na sikanie przy zrzucie wody z zakładu. Leszek, wykorzystujący jak zwykle każdą okazję na kąpiel, zanurzył się po szyję i wykrzyknął:
- Słuchajcie, źródła termalne, jak na Słowacji! Wykąpcie się!
Ale nam się nie chciało.
- Ona ma ze trzydzieści stopni, jak nie więcej! Uczucie niesamowite! - zachęcał nas.
- Jednak wejdę. Taki relaks. Tego nie doznam nigdy więcej - Marian zbadał temperaturę wody stopą i dał się namówić. - To jest jedyne w swoim rodzaju!
Też dałem się skusić. Było bardzo przyjemnie. Po wyjściu tylko trzęsło nas z zimna, taka była różnica temperatur, potęgowana przez wiatr.

Most Siekierkowski. Wiatr - wicher raczej - słał naprzeciw grzywiaste fale, przed mostem na środku Wisły stał zacumowany refuler, a rurociąg na pomarańczowych bakenach łączył go z lewym brzegiem - tym, wzdłuż którego dotąd bezpiecznie płynęliśmy. Konieczne było wyjść na środek rzeki i refuler ominąć. Fale były jak na morzu, długie i wysokie. Za mostem długo wracaliśmy do zawietrznego brzegu. Trzeba było sztormować, nie było możliwe popłynięcie burtą do fal.

Zatrzymaliśmy się w zatoczce za półtamką. Leszek otrzymał od Arka telefoniczną wiadomość, że fala nie daje im dalej płynąć, stoją z Agatą i Markiem na prawym brzegu - a więc nawietrznym! - a Kazia nie ma, jest z przodu - czyli między nami a nimi.
- Trzeba zaczekać. Może by poszukać tu biwaczku? - zaproponowałem nieśmiało.

Wyszliśmy w wiklinę, ale miejsce było fatalne.
- Popłyńmy do zamku, tam zaczekamy. Chociaż pójdziemy do sklepu - rzekł Leszek.

Popłynęliśmy wzdłuż zawietrznego brzegu w stronę wspaniale prezentującej się nad grzywami fal iglicy Pałacu Kultury i Nauki, dawniej noszącego imię Stalina "daru narodu radzieckiego", i otaczających go znacznie młodszych wieżowców ze szkła i stali. Żaden z tych nowoczesnych wieżowców nie przewyższył jak dotąd zbudowanego przed pięćdziesięciu laty Pałacu.

Na wysokich tych budowlach z daleka widoczne są bilboardy, a może nawet raczej megaboardy. Olbrzymie reklamy marek Goodyear i Lumix.

Billboardy to to, co szpeci Polskę. Olbrzymie plansze ustawiane są wzdłuż szos, rozwieszane na budynkach. Czasem tak gęsto, że trudno zdążyć je wszystkie zauważyć w czasie jazdy samochodem. Należałoby zabronić takiej formy reklamy. Nie dość, że przytłacza krajobraz, to zasłania znaki drogowe i rozprasza uwagę kierowców.

Minęliśmy Grubą Kaśkę, przysadzistą wieżę usytuowaną w korycie rzeki, czyli studnię miejską miasta Warszawy. Systemem drenów pobiera ona wodę spod dna rzeki, które pełni rolę filtra. Wleczony wciąż przez rzekę piasek i żwir zapewnia, że filtr ten jest zawsze świeży i się nie zamula. Oryginalny to pomysł, jedyny w swoim rodzaju. W przypadku ujęć wodnych na rzekach regułą jest bowiem budowanie ich na brzegach.

Za Mostem Łazienkowskim dobiliśmy do plaży, posiadającej wypożyczalnię leżaków. Chociaż było wpół do drugiej, wczesne popołudnie, chętnych na plażowanie nie było. Wietrzna pogoda odstraszała skutecznie. Młody mężczyzna wypożyczający leżaki zainteresował się nami. Leszek przedstawił mu naszą sytuację i mężczyzna zasugerował, że możemy zabiwakować na terenie portu czerniakowskiego przy barce fundacji, w imieniu której prowadził wypożyczalnię, fundacji "Ja Wisła". Uznaliśmy, że to dobry pomysł. Tylko jak płynący za nami Kazik dowie się, że należy wpłynąć do portu?
- Powiem mu - rozwiał nasze obawy młodzieniec. - Będę tu jeszcze kilka godzin.

Biwak przy barce HerbatnikWpłynęliśmy za wrota powodziowe, kanałem około trzysta metrów w głąb lądu. W kotlince z drzewami, zagłębionej w ziemi, stała wyciągniętą na brzeg metalowa barka, nakryta drewnianym daszkiem na słupach, z wypisaną na burcie nazwą "Herbatnik". Rozbiliśmy namiot przed jej dziobem.

Zza drzew dobiegał nieustanny szum dwujezdniowej ulicy Czerniakowskiej, ale miejsce było tak ustronne, tak ukryte, że pewnie nawet niektórzy z mieszkańców pobliskich domów o jego istnieniu nie wiedzą.

Umówiłem się poprzedniego dnia telefonicznie z Moniką, tą samą, którą niegdyś odstawialiśmy w deszczu do Warszawy na pociąg, pod zamkiem królewskim. Monika w ubiegłym roku wyszła za mąż, wiosło odłożyła do szafy, przeprowadziła do stolicy i odtąd jej nie widziałem. Zmiana okoliczności sprawiła, że zamku nie osiągnęliśmy. Zadzwoniłem do Moniki i ściągnąłem do portu czerniakowskiego. Dotarła wraz z mężem po dłuższym czasie. Z trudem miejsce naszego postoju odnaleźli.

Piliśmy kawę, gdy dopłynął Kazik. Zdziwił się, gdy mu powiedziałem, że grupa Agaty i Arka siedzi na brzegu i nie wiadomo, czy dopłynie.
- Taki był wiatr, że wyrzuciło mnie na buchtę. Nie odkładałem wiosła. Nie mogłem się nawet obejrzeć, a gdy już mogłem, to ich nie było - relacjonował.
- Widziałeś Pomnik Sapera? - spytał się mnie.
- Ten przy wejściu do portu, tych trzech żołnierzy trzymających nie wiadomo co w rękach?
- A wiadomo co! Babę!
- Przypominało beczkę...
- Bo to był taki gruby pień drzewa z uchwytami. Brało go czterech ludzi i wbijało nim pale w dno.

Zaledwie Monika i Zbyszek odjechali, gdy zadzwonił mój telefon.
- Dzień dobry, tu Bartek. Wiozę rzeczy Agaty. Gdzie jesteście? - W porcie czerniakowskim - odpowiedziałem zaskoczony. Co za Bartek? Jakie rzeczy Agaty? Może zaraz i Agata z kajakiem brzegiem przyjedzie? - Ale jaki to adres? Podaj mi adres, a ja trafię! - indagował głos z telefonu.

Wytłumaczyłem tajemniczemu Bartkowi, gdzie jesteśmy, topograficznie. Że w pobliżu most Łazienkowski, ulica Czerniakowska, wpływa się z Wisły przy Pomniku Sapera. Adresu jednak nie znałem. Po kilku dodatkowych telefonach Bartek dojechał. Wiedziałem już, kto to i z czym jedzie. Agata przekazała nam wiadomość, że to znajomy, wiezie pizzę, piwo etc. Oni starają się dopłynąć, ale czy zdołają, nie wiadomo.

Przejdź dalej

Copyright © Prywatne Okienko Wuja Mariana

Wybierz z listy: