Prywatne Okienko Wuja Mariana
Serdecznie witam na mojej witrynie

Wisłą w głąb Polski

Poprzednie rozdziały « Wisłą w głąb Polski » Rozdział XXX » Rozdział XXXI » Rozdział XXXII » Rozdział XXXIII » Rozdział XXXIV » Rozdział XXXV » Rozdział XXXVI » Rozdział XXXVII » Rozdział XXXVIII » Rozdział XXXIX » Rozdział XL » Rozdział XLI » Kolejne rozdziały

Rozdział XXX

Powódź? Bedziemy szybciej płynąć!

Powódź w górach.
Rzeki w dorzeczu Wisły występują z koryt.
Ulewny deszcz pada już trzeci dzień z rzędu.
Most w Nowej Białej zwalony przez wzburzoną Białkę.
Rzeką płyną wyrwane z brzegów drzewa.
Niektóre domy zostały ewakuowane.
Pozalewane są piwnice i przyziemia.
Linie energetyczne zostały zerwane.
Nie ma wody pitnej. Ujęcia wody zostały zamulone.
Ulice zamieniły się w potoki.
W Zakopanem w sklepach zabrakło kaloszy. Turyści kupują je na potęgę, bo bez nich nie da się chodzić po ulicach.
TOPR odradza wycieczki w góry.
Osobom planującym wyjazd na południe kraju zaleca się pozostanie w domu.

Takie były doniesienia medialne z 24 i 25 lipca 2008 roku.

25 lipca 2008 roku stan wody Wisły w Szczucinie według komunikatu Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej znajdował się w strefie stanów wysokich, stan wody: 486, w ciągu ostatniej doby przybyło 266 centymetrów.

Następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać do Odmętu na start kolejnego etapu Wisły.

Zatelefonował do mnie Leszek.
- Może warto byłoby rozważyć zmianę planu? Popłynęlibyśmy na przykład z Warszawy do Gdańska. Kiedyś miałem też taką sytuację. Jechaliśmy w Tatry, a tam załamanie pogody. Ludzie nawet bilety mieli pokupowane. Zdecydowałem, że pojedziemy na Pojezierze Drawskie. Tak zrobiliśmy i mieliśmy tydzień ładnej pogody.

Przekazałem obawy Leszka Kazikowi. Sprawdziłem też, że stan alarmowy dla Szczucina wynosi 660 cm, zatem mimo alarmistycznych doniesień wcale nie jest tak źle: Wisła mieści się w korycie.
- Co sądzisz, Kaziu, o tej powodzi? - spytałem.
- Będziemy po prostu szybciej płynąć - odpowiedział Kazik.

Rozdział XXXI

Odmęt po raz drugi

Planowałem, byśmy w czasie jazdy do Odmętu zwiedzili Sandomierz i Baranów. Zatelefonowałem do Baranowa w celu uzyskania informacji o godzinach otwarcia. Dowiedziałem się, że w sobotę cały zamek jest wynajęty na wesele i nawet na dziedziniec nie wejdziemy. Może tak miało być, będziemy mieli więcej czasu w Sandomierzu? A swoją drogą, ciekawe, kogo stać na wynajęcie na wesele całego zamku...

Mieliśmy wyjechać o poranku. Zbierałem się do wyruszenia do Klubu, gdy zadzwonił Mirek, kierowca, z którym zwykle współpracujemy.
- Mam awarię alternatora, muszę go naprawić.
- Ile zajmie to czasu, panie Mirku?
- Półtorej godziny, powinniśmy się obrobić.

Ładujemy sprzęt na wyprawę.Naprawa się powiodła, ale wyjechaliśmy o dziesiątej. Aby zwiedzić Sandomierz, trzeba było nadłożyć sto kilometrów drogi. W Kielcach obliczyłem, że wskutek opóźnienia w wyjeździe w Sandomierzu moglibyśmy być tylko godzinę, później trzeba byłoby gnać do Odmętu, by zdążyć tam przed zmrokiem. Zdecydowałem, by jechać prosto do Odmętu.

Przy drodze z Kielc do Szczucina, dziesięć kilometrów przed mostem na Wiśle, stoi figura koziołka w czerwonych spodenkach. Zaprasza do zjazdu w stronę widocznej nad drzewami kościelnej wieży. Pokazałem ją przez okno Michałowi.
- Kozioł Matoł! - wykrzyknął.
- To Pacanów! To miasteczko istnieje naprawdę! Pamiętasz, Michał, czemu tu koziołek Matołek wędrował?

Michał nie pamiętał. A przecież polskie kozy uchwaliły kiedyś taką rzecz:
"W sławnym mieście Pacanowie,
Tacy sprytni są kowale,
Że umieją podkuć kozy,
By chodziły w pełnej chwale.
Przeto koza albo kozioł,
Jakaś bardzo mądra głowa,
Aby podkuć się na próbę,
Musi pójść do Pacanowa.
A gdy wróci ten wędrowiec,
Już podkuty, ale zdrowy,
Wszystkie kozy się dowiedzą,
Czy to dobrze mieć podkowy".

W drogę wybrał się koziołek, na którego wołano Matołek. Po wielu przygodach, które opisał Kornel Makuszyński a zilustrował Marian Walentynowicz, Matołek dotarł do celu i dowiedział się, że:
"W Pacanowie kóz nie kują,
Lecz się Kozy zwą kowale.
Jest tu kowal Maciej Koza,
Jan i Wojciech, dwaj bratowie,
Stąd na świecie powiadają:
Kują Kozy w Pacanowie".

Wyglądałem Wisły. Drzewa, wał, w końcu most. Pod nim - ona. Rozlana szeroko, przy brzegu wystawały ponad wodę zatopiony taśmociąg i czubki drzew.

W Szczucinie zatrzymaliśmy się na zakupy. Zaszedłem na rynek, przy którym stoi kościół barokowy, a w zasadzie wielostylowy, gdyż fasada nosi jeszcze cechy renesansu. Przy przejściu dla pieszych zauważyłem obelisk. Podszedłem, zaciekawiony, czy to kolejny pomnik znaczący miejsce uświęcone krwią Polaków. Okazało się, że nie. Napis na pomniczku był zaskakujący: "Wojewódzki Program Unieszkodliwiania Azbestu na przykładzie Gminy Szczucin (2001 -...)". Napis był nie ukończony. Upamiętniał inicjatywę rozpoczętą i - jak mniemam - w toku.
- Czego to lokalne władze nie uświetnią pomnikiem...
- Myślę, że dla lokalnej społeczności to ważny pomnik - oświadczył Arek.

Po czasie dowiedziałem się, że w Szczucinie od 1959 do 1993 roku istniała wytwórnia materiałów budowlanych, cementowo-azbestowych. Odpady z wytwórni wykorzystywane były do utwardzania dróg, podwórzy, boisk... Powstało w ten sposób wiele źródeł emisji pyłu azbestowego do atmosfery, a z niej do dróg oddechowych. Zakazano stosowania tego mogącego powodować nowotwory materiału, ale pozostał problem zalegających odpadów. Gmina Szczucin postanowiła poradzić sobie z azbestem zalewając betonem albo asfaltem drogi biegnące po jej terenie. Ich nawierzchnia była głównym źródłem emisji włókien azbestu do atmosfery. Jest to najtańsza ale skuteczna metoda. Odpady azbestowe nie rozpuszczają się w wodzie i nie przemieszczają w ziemi, zatem wystarczy je tylko odizolować od powietrza. Systematycznie od 2001 roku zaczęto utwardzać drogi w gminie asfaltem, ale dotąd prace nie zostały zakończone. Na terenie gminy trzeba zabezpieczyć w ten sposób ponad 100 kilometrów dróg, ponadto nowa nawierzchnia wymaga regularnego uszczelniania.

Szczucin jest siedzibą Okręgowego Muzeum Zabytków Techniki Drogownictwa przy Rejonie Dróg Publicznych. Bartek był w nim przed rokiem i bardzo mu się podobało zarówno samo muzeum, jak i jego kustosz o radykalnych poglądach, którymi szczodrze obdarowywał zwiedzających. Poglądy te można streścić w paru słowach: drogi muszą być, bez względu na to, co sobie ekolodzy albo rozmaici inni gadają!
Navigare necesse est, vivere est non necesse!

W odległych o kilometr od Odmętu Delastowicach mieszczą się warsztaty remontowe szczucińskiego muzeum. W muzeum nie byłem, ale w warsztatach tak. Zgromadzono tam na placu wiele starych, jeszcze nie wyremontowanych pojazdów, w tym walce parowe i lokomobile. Michałowi najbardziej podobały się spalinowóz kolejki wąskotorowej i dwa radzieckie spychy śnieżne z wentylatorami do odrzucania śniegu na pobocza.

Miejsce w Odmęcie, w którym stały nasze namioty wiosną.Miejsce w Odmęcie, w którym stały nasze namioty wiosną, było pod wodą. Położona powyżej tego miejsca łąka aż do podnóża wału powodziowego była podtopiona.
- Jeszcze wczoraj rano Wisła mieściła się w korycie - poinformował nas pan Antoni.
- Przez dzień i noc tak przybrało. Ale teraz powoli opada.

Wysoka woda nie przeszkodziła Leszkowi w kąpieli. Leszek pływał kiedyś z warszawskimi "Habaziami" i otrzymał od nich miano "Bóbr". Rzeczywiście, kąpie się codziennie, bez względu na warunki.

Pan Antoni zaproponował, byśmy rozbili namioty przy domu.Pan Antoni zaproponował, byśmy rozbili namioty przy domu, odgrodzeni od rzeki wałem powodziowym, pod jabłonką, i tak zrobiliśmy. Pełno było pod nią na wpół zgniłych spadów i co chwilę rozdeptywaliśmy je z nieprzyjemnym chrupnięciem.

Spacerowałem wzdłuż rzeki, gdy dostrzegłem mężczyznę, zstępującego z wału. Niósł na ramieniu długi drąg zakończony krzyżakiem, na którym rozpięta była sieć trzy na trzy metry, a w ręku okraczkę. Udał się w stronę dzieci, wędkujących przy wierzbinie, a ja poszedłem za nim. Ciekaw byłem praktycznego użycia podrywki.
- Była tu straż rybacka i mówili, że ja kłusuję - zaczął opowiadać mężczyzna.
- A ja im mówię, że łowię na swojej łące. Oni, że woda jest Państwa. To zróbcie tak, żeby ta woda nie płynęła po moim gruncie. No i poszli sobie. - Płynęliśmy Wisłą wiosną i wędkarzy wielu widzieliśmy, ale takiego urządzenia nigdy. - Ja na wędkę łowić nie umiem. I za to się nie biorę. - Ale dzieci pana wędkują...

Zamilkliśmy. Mężczyzna zanurzył sieć, poruszał drągiem, starając się ustawić ją ukośnie względem nurtu.
- Wie pan, to taki zamierający sposób łowienia. Tak jak ościenie, które tylko w muzeum etnograficznym można zobaczyć. - Co to ościenie? - To takie włócznie, co ryby na nią nabijają. - Takie piki?! W Kupieninie sporo takich jest, co nocą wypływają i pikami łowią. To jest kłus!

Mężczyzna zasadził się z podrywką w miejscu, w którym rów przecina łąkę. Był zalany wodą. Gdy powódź opada, ryby powinny tędy ku Wiśle uciekać. Żadna jednak w sieć nie puknęła, mimo, że wielekroć ją zanurzał, kołysząc drągiem wspartym na okraczce.

Pan Antoni wypije ale tylko jednego.Wieczorem spotkaliśmy się przy zniczu z panem Antonim i jego rodziną. Przekazaliśmy przywiezione prezenty, w tym album o Włocławku z dedykacją od nas - wodniaków i nawozy wyprodukowane w laboratorium chemicznym, w którym pracują Marek i Agata.

Śpiewaliśmy. Pan Antoni znał niektóre stare wodniackie piosenki i też śpiewał.

Wiele rozmawialiśmy. Pan Antoni opowiedział o nas proboszczowi, co tu czasem na ryby przyjeżdża, że tacy byliśmy, że ani razu wyrazu brzydkiego nie usłyszał.
- A jak młodzi nad rzekę na romans przyjeżdżają, to co chwilę słyszy się wyrazy na "k" i na "ch"...

Proboszcz obiecał, że przyjedzie się z nami spotkać, jak następnym razem przyjedziemy. Pomimo, że uprzedziłem pana Antoniego o dokładnej dacie naszego przyjazdu, wielebny na spotkanie nie dotarł.

Pan Antoni ubolewał nad upadkiem obyczajów.
- Obchodzimy tu tradycyjne wianki nad Wisłą, na świętego Jana. Najpierw pieśni śpiewamy stare, obrzędowe, potem przyjęcie w domu kultury, potem festyn. Tam takie młode panny skaczą i te dwa słowa tylko... Jakby ktoś przyjechał i sfilmował, to dzicz, państwo, duża! Dawniej różnie bywało, ale nie słyszało się takich wyrażeń.

Wianki rzucane były dawniej, jeszcze w XIX wieku, na nurty Wisły przez panny a młodzieńcy puszczali się za nimi w pogoń i łapali je; jeśli wianek został schwytany, wróżbą było to dobrego męża i rychłego zamążpójścia. W 1823 roku wedle relacji Kuryera Warszawskiego w Warszawie "jedna panna ledwie nie zemdlała z rozpaczy, że rzucony przez nią wieniec, nie mógł być ujęty przez zręcznych kawalerów, tylko pudel przywykły do aportowania wskoczył w wodę i uchwyciwszy wianek przyniósł go na brzeg. Uspokoiła się jednak właścicielka wianka, gdy ją przekonywano, że pies jest godłem wierności i że to zdarzenie wróży najszczęśliwsze powodzenie".

Czy teraz też tak bardzo we wróżby panny wierzą?

Gospodarstwo pana Antoniego niedawno przejął syn. Darzy mu się dobrze, ale wszystkie inne dzieci, które opuściły dom, mają od niego lepiej. Rolnik to taka niewdzięczna, ale i wdzięczna praca. Trzeba mieć do niej powołanie. Trzeba ją lubić, tak jak ciszę codzienną i rytm pór roku.

Syn pana Antoniego wspomniał całkiem nieodległe zdarzenie.
- Przyjechali tu tacy młodzi ludzie ze Szczucina wczoraj. Zjechali nad rzekę i zaczęli łowić. Tych, co do mnie na ryby przyjeżdżają, znam, a oni mnie znają. Ale tych, co wczoraj byli, nie znałem. Poszedłem do nich i mówię, że u mnie jest taki zwyczaj, że pierwsza złowiona ryba należy się gospodarzowi. Bardzo im zrzedły miny, bo złowili królewskiego karpia, siedem i pół kilo. Nie potrafili mi nic powiedzieć. W końcu przyznałem się, że żartowałem.

Rozdział XXXII

Połaniec a sprawa chłopska

Państwo jadą już? - spytał się pan Antoni retorycznie, widząc, jak nosimy łódki za wał.Woda przez noc opadła o pół metra.
- Państwo jadą już? - spytał się pan Antoni retorycznie, widząc, jak nosimy łódki za wał.
- Niestety, do Włocławka daleko. Ale jeszcze kiedyś przyjedziemy.

Wisła niosła wodę nieprzejrzystą, nasyconą osadem. Żółta rzeka. Wodując kajaki kilkakroć do niej wszedłem. Po wyschnięciu nogi wyglądały, jakbym naciągnął srebrzyste skarpety, tyle zebrało się na nich mułu.

Oczekiwanie Mariana na wypłynięcie.Woda opadła, ale wciąż była wysoka.

Przed mostem w Szczucinie zalana piaskarnia. Wynurzające się z wody taśmociągi do sypania piachu, wierzchołki hałd, barki i pchacze oddalone od lądu.

Przed mostem w Szczucinie zalana piaskarnia. Wynurzające się z wody taśmociągi do sypania piachu, wierzchołki hałd, barki i pchacze oddalone od lądu.

Fala powodziowa szybko niosła Bartka, Alinę, Tomka, Michałka i resztę uczestników.Pierwszych dziewięć kilometrów pokonaliśmy w godzinę. Ucieszyłem się, że w tym tempie osiągniemy przed zmrokiem Baranów. Nasilił się jednak wiatr, ciepły i ze wschodu, zwiastun słonecznego i stałego wyżu, jednakże równocześnie klasyczny wmordewind, i tempo naszego płynięcia spadło.

Prom w Winnicy.W Winnicy przed elektrownią Połaniec jest prom linowy. Słupy podtrzymujące linę stały w wodzie i prom kołysał się, bezużyteczny, kilkadziesiąt metrów od brzegu. Dobiliśmy w miejscu, gdzie szosa z wału powodziowego zanurzała się we wnętrzu rzeki. Na poboczu stał opancerzony transporter - prom samobieżny. Szyby powybijane, wnętrze zdewastowane. Kto zostawił ten pojazd wojskowy na zjeździe, czemu, kiedy?

Dziwny pojazd przy promie pod Połańcem.Połaniec nie leży nad Wisłą, ale nad jej lewym dopływem Czarną. Elektrownia wzięła nazwę Połańca, bo to największa miejscowość w okolicy.

Połaniec znany jest z wydanego tu 7 maja 1794 roku przez Kościuszkę "Uniwersału urządzającego powinności gruntowe włościan i zapewniającego dla nich skuteczną opiekę rządową, bezpieczeństwo własności i sprawiedliwość w komisjach porządkowych". Był on uwieńczeniem podjętej przez Naczelnika, z przekonania demokratę i republikanina, próby pozyskania chłopów dla sprawy powstania. Z doświadczeń wojny amerykańskiej i obserwacji rewolucji francuskiej wiedział on, że chłopi wolni, świadomi obywatele swego kraju, walczący w jego obronie, są lepszymi żołnierzami niż pędzeni do bitwy pałkami kaprali. Wiedział również, że dla zwycięstwa powstania konieczne jest także poparcie szlachty.

Uniwersał był zatem próbą kompromisu, umiarkowaną reformą. Nawiązywał do Konstytucji 3 Maja, stwierdzając, że "podług prawa lud pozostaje pod opieką rządu krajowego". Był jednak istotnym krokiem naprzód w stosunku do tej ustawy. Ustanawiał bowiem wolność osobistą włościan, którzy mogli przenosić się, gdzie chcą, byleby wywiązali się ze swych długów w poprzednim miejscu zamieszkania. Ograniczał wymiar pańszczyzny. Zakazywał usuwania chłopów z gruntu, chyba, że dziedzic dowiódłby, "że włościanin obowiązkom swoim zadosyć nie uczyni". Uciskający chłopów ekonomowie i rządcy, mieli być stawiani przed sądami kryminalnymi. W zamian za ulgi zobowiązywał chłopów do posłuszeństwa zwierzchności i do pilnego odrabiania pozostającej w mocy pańszczyzny.

Uniwersał miał być ogłoszony z ambon i przez cywilnych obwoływaczy. Niektórzy wykonali to zadanie z większą od oczekiwanej gorliwością, agitując z własnej inicjatywy chłopów do pójścia do powstania a zatem do porzucenia roli swych panów. Jednym z nich był dominikanin Czesław Loga, zastępca wikariusza w Babicach. Komisja Porządkowa Księstwa Mazowieckiego oskarżyła go o to, że w czasie czytania w kościele Uniwersału użył "wyrazów stan szlachecki pokrzywdzających i włościan przeciwko temu stanowi oburzających", w wyniku czego "złe skutki wynikły, bo włościanie zwierzchności dworskiej posłuszni być i robić nie chcieli". W wyniku oskarżenia władze zakonne odwołały Logę z parafii w Babicach, zabroniły przez czas trwania insurekcji wygłaszania kazań i nakazały "cały miesiąc jak najściślejszej samotności i rekolekcji duchowej" w klasztorze warszawskim, z obowiązkiem modlenia się za Ojczyznę, samobiczowania i postu o chlebie i wodzie.

Reforma Kościuszki nie przyniosła trwalszych rezultatów, gdyż powstanie upadło. Trzeba było lat, by pańszczyzna została zniesiona, a chłopi uzyskali świadomość własnej narodowości.

Dzieło zmiany stosunków agrarnych przypadło w udziale państwom zaborczym, każde z nich rozwiązało tą sprawę odmiennie i skutki tych poczynań są czytelne na polskiej wsi do dzisiaj choćby w postaci struktury gruntów.

W państwie pruskim uwłaszczenie chłopów opierało się na zasadach dobrowolnych umów między dziedzicem a chłopem i było procesem długotrwałym. Trwało lat pięćdziesiąt i zakończyło około 1865 roku. Odbywało się ono na zasadzie pełnego odszkodowania dla dziedzica ze strony uwłaszczanych chłopów. Musieli oni zapłacić równowartość powinności, które świadczyli dotąd na rzecz dworu, by uzyskać własność zajmowanej ziemi. Dzięki odszkodowaniom folwarki uzyskiwały środki na wynajem robotników rolnych. W wyniku tego procesu na terenach zaboru pruskiego powstała struktura agrarna opierająca się na folwarkach i dużych gospodarstwach chłopskich, w których posiadaniu znalazła się większość gruntów. Ponadto powstało dużo małych gospodarstw, także karłowatych, będących raczej działkami przyzagrodowymi, niezdolnych do zapewnienia utrzymania swym właścicielom. Rekrutowali się z nich pracownicy najemni konieczni dla funkcjonowania większych gospodarstw, a także do pracy w rozwijającym się w tym okresie przemyśle.

W Galicji i na terenie zaboru rosyjskiego uwłaszczenie chłopów nastąpiło na podstawie odgórnych decyzji władz, w latach 1848 i 1864. Chłopi otrzymali ziemię będącą w ich użytkowaniu bez wykupu na własność; odszkodowania na rzecz dziedziców wypłacało później państwo, stopniowo, przez wiele dziesięcioleci. W Królestwie Polskim ziemię, pochodzącą np. z dóbr kościelnych, otrzymali nawet chłopi bezrolni. Wynikiem tych reform było utrwalenie stanu posiadania, ale nie doprowadziło to do radykalniejszych zmian położenia materialnego rodzin chłopskich. Utrzymała się znaczna liczba gospodarstw małorolnych, niezdolnych do wprowadzania zdobyczy agrotechniki z uwagi na brak środków, zachowała się też forma użytkowania gruntów w postaci szachownicy niewielkich poletek. Reformy austriackie i rosyjskie okazały się katastrofalne dla wielu dotychczasowych właścicieli ziemskich. Wprawdzie w ich rękach pozostała znaczna ilość gruntów, ale z trudem zdobywali fundusze na opłacenie siły najemnej a nie mieli ich już na wprowadzanie nowinek agrotechnicznych.

Pod koniec wieku widocznym skutkiem odmiennego sposobu przeprowadzenia reformy było powstanie znacznych różnic w zakresie wzrostu wydajności gospodarstw. Przykładowo w Wielkopolsce przed I wojną światową plony czterech zbóż i ziemniaków z hektara były ponad dwukrotnie większe niż przed trzydziestu laty; w pozostałych dwóch zaborach plony te były większe jedynie o czterdzieści procent; podobnie było jeśli chodzi o pogłowie świń i krów.

Konsekwencją uwłaszczenia było przyznanie chłopom praw w zakresie współdecydowania o losach kraju. W Galicji chłopi, nie wszyscy, ale tylko ci opłacający najwyższe podatki, uzyskali prawo wybierania swych przedstawicieli do Sejmu krajowego. Jako jedyni wybierali ich dwustopniowo, najpierw dokonując wyboru właściwych wyborców w tzw. prawyborach, którzy to dopiero dokonywali ostatecznego aktu głosowania. Administracja państwowa i autonomiczna, szermując hasłem obrony polskich interesów narodowych, dbała o to, by wybrani zostali właściwi kandydaci. Jak to się działo? Jędrzej Moraczewski, późniejszy premier odrodzonego państwa polskiego, opisywał, jak przed oddaniem głosów do urn grupę wyborców usadzono na ławach rozstawionych przed lokalem wyborczym, zastawionych z inicjatywy władz jadłem i napojami, "wśród których królowały wianki kiełbasy i gorzałka". Z tego okresu właśnie pochodzi określenie "kiełbasa wyborcza". Nic dziwnego, że w latach osiemdziesiątych XIX wieku żaden chłop nie zasiadał w ławach Sejmu galicyjskiego.

Swoją drogą, ze świadomością narodową chłopów nie było najlepiej. Franciszek Bujak twierdzi, że "można było w niektórych stronach Galicji zostać solidnie pobitym za nazwanie chłopa - Polakiem. Pojęcie to bowiem było przezeń utożsamiane z pojęciem pana - szlachcica lub mieszczanina". A więc nikim dobrym. Wincenty Witos z kolei wspominał: "Kościuszko, Mickiewicz to jacyś panowie, o których mało kto wie, czy żyją, czy umarli i co komu dobrego zrobili, (...) powstaniec, to u wielu jeszcze ludzi zbój, złoczyńca, słowem najgorszy człowiek".

Długa była droga chłopów do uzyskania świadomości własnej narodowości. Wyraz "naród" w czasach Pierwszej Rzeczpospolitej odnosił się wszak tylko do szlachty. Trzeba było Kościuszki, demokratycznych armii z czasów napoleońskich, uwłaszczenia, oświaty, powstania partii chłopskich, wyniesienia do roli patrona ugrupowań chłopskich Bartosza Głowackiego, który krakuską zakrył zapał armaty pod Racławicami, wszystkich przemian, jakie dokonały się w wiekach XIX i XX, by wyraz "Polska" zaczął być utożsamiany przez większość mieszkańców kraju z czymś własnym. Rządzący zmartwychwstałą, ale stojącą w obliczu klęski Polską zdawali sobie sprawę z wątłych fundamentów, na jakich opierała się chłopska świadomość narodowa. Odzwierciedleniem tego jest data uchwalenia ustawy o wykonaniu reformy rolnej: 15 lipca 1920 roku. Wskutek ofensywy bolszewickiej załamaniu uległ wówczas front polski i przyczyną uchwalenia reformy w tej właśnie dacie była "przede wszystkim chęć aktywizacji wsi po stronie niepodległej Polski. Chodziło o zadokumentowanie ludowego charakteru państwa", jak podaje Andrzej Albert. We wszystkich zaborach w tym czasie większość mieszkańców wsi miała bardzo małe gospodarstwa albo nie miała ich wcale. Stronnictwa chłopskie postulowały, by te wielomilionowe rzesze włączyć w życie społeczne i ekonomiczne państwa uwłaszczając je. Ustawa postulat ten realizowała.

A później? Nikt nie wątpił już w samoświadomość chłopów. Wywierali oni coraz realniejszy wpływ na zamieszkiwany przez siebie kraj, pojawili się Witos i Mikołajczyk, a kolejna reforma rolna przeprowadzona w 1944 roku przez komunistów nie miała już na celu utożsamienia mieszkańców wsi z Polską, ale powodowana była chęcią zdobycia akceptacji nowej władzy przez chłopów i służyła zdementowaniu pogłosek o przymusowej kolektywizacji na wzór sowiecki, której się obawiano.

Rozdział XXXIII

Lokalni patrioci z Turska

Przy elektrowni Połaniec jest próg, ale czy przy takim wysokim stanie wody konieczna będzie przenoska? Spytałem się wędkarzy o opinię. Powiedzieli, że próg jest napełniany wodą i piętrzy rzekę tylko przy niskich stanach, by umożliwić pracę ujęcia zapewniającego wodę dla elektrowni. Teraz przepłyniemy.

Syn pana Antoniego twierdził, że czynne będzie dawne koryto Wisły i obok elektrowni nie będziemy musieli płynąć. Miał rację. Nie przekonaliśmy się, płynąc, jak ów próg wygląda. Pomknęliśmy na prawo szerokim starorzeczem, elektrownia została z boku, tylko kominy widywaliśmy między wiklinami.

Próg w Połańcu to próg przeponowy. Nigdy jeszcze takiego progu nie widziałem, więc nie zaspokojony doświadczalnie, zwróciłem się do Kazika o wyjaśnienie zasad jego działania. Jest to jakby gumowy rękaw, umocowany do betonowych nabrzeży, napełniany wodą pod ciśnieniem. Obły kształt progu powoduje, że woda zasysana jest pod spód. Wskutek tego tworzy się pod nim odwój o bardzo głębokiej cyrkulacji. Jest to więc próg bardzo niebezpieczny dla kajakarzy, gdyż odwój jest niewspółmiernie silny w stosunku do wysokości progu, jeśli porównać go ze zwykłym progiem betonowym.

Próg nas ominął, czyhały na nas inne niebezpieczeństwa - wielkie wiry poniżej połączenia starorzecza z głównym korytem. Pojawiały się niespodzianie, zasysały wodę, rozpędzały, tworząc gwałtownie obracający się lej, o średnicy zdecydowanie większej od długości kajaka, po czym zanikały, by pojawić po chwili znów. Były doskonałym unaocznieniem twierdzenia, że woda w rzece nie płynie równoległymi strugami, ale porusza się ruchem śrubowatym. Sądzę, że skala tego zjawiska w tym miejscu wynikała z zetknięcia się dwóch nurtów o różnej prędkości: nurtu ożywionego starorzecza z nurtem głównego koryta.
- Co mam zrobić, gdy znajdę się w takim wirze? - spytał się mnie Leszek. - Poradniki uczą, że należy wiosłować, by się z niego wyrwać, ale tylko wtedy, gdy kajak będzie ustawiony dziobem w dół rzeki. Taka jest teoria. Ja osobiście się na takiej wielkiej karuzeli nie kręciłem.

Zdażało się że Bartek nam robił obiad na biwaczku.Przy lewym brzegu zauważyliśmy pchacze i barki przy betonowym slipie. Port remontowy. Dobiliśmy, by rozejrzeć się za biwakiem. Na wybetonowanym placu postawienie namiotów było niemożliwe, ale wędkarze łowiący w górze rzeki ryby wskazali nam miejsce ze dwieście metrów niżej. Poszedłem tam z Marianem i dziewczynami i miejsce okazało się akceptowalne. Niedawno była na nim woda, ale już zeszła, a słońce trawę całkiem osuszyło. Spłynęliśmy do niego kajakami i wyciągnęliśmy je poprzez czubki wiklin na łąkę. Stały już namioty, gdy od strony wału, brodząc po poletkach, na których utrzymywały się jeszcze rozległe kałuże, nadeszła kobieta.
- Jest wam dobrze tak w mule spać? - zagaiła.

Porozmawialiśmy. Nie miała nic przeciwko naszemu biwakowaniu. Bylebyśmy tylko żyłek nie zostawili, bo jak żyłkę krowa zje, to są kłopoty.
- My nie łowimy - uspokoiliśmy ją.

Michał namówił mnie na zrobienie medali z papieru dla wszystkich dzielnych kajakarzy. Narysowałem kółka i wpisałem w nie imiona zawodników oraz liczby podyktowane mi przez Michała - niebanalne, na przykład dla mnie przypadło 34, dla Michała 212 a dla Agaty 1012. Następnie Michaś medale pokolorował i wszystkim po kolei wręczył.

Leszek udał się do sklepu. Nawiązał w nim kontakty z miejscowymi. Wkrótce po powrocie Leszka dwóch z nich przyjechało do nas rowerami w odwiedziny. Spotkałem ich na drodze pod wałem, gdzie spacerowałem z Alinką i Michałem. Zsiedli z rowerów i spytali, co w tak dziwnych okolicznościach nad rzeką porabiamy.
- Płyniemy do Gdańska, jak Bóg pozwoli - odparłem.
- A widział pan zamczysko na Tursku?
- Nie widziałem.
- Było tu grodzisko z szesnastego wieku. Wie pan, gdzie Rytwiany, Sandomierz? Dojść tam można było pod ziemią. Można poszukiwać, nie odszukane jeszcze, nie udokumentowane.
- Są tam jakieś korytarze nie odnalezione?
- Ano tak! Pan możesz przyjechać i szukać.

Zdziwiłem się. Czyżbym wyglądał na poszukiwacza skarbów?
- Na Tursku też bitwa z Tatarami była. Wiedział pan?

To akurat wiedziałem. W czasie pierwszego najazdu mongolskiego na ziemie polskie w 1241 roku właśnie pod Turskiem miało dojść do pierwszego większego starcia w polu. Nastąpiło to według relacji Długosza w Popielec. Rycerstwo krakowskie odniosło początkowo sukces, rozbijając przeciwnika, ale później zajęło się plądrowaniem obozu wroga, co umożliwiło mu przegrupowanie sił i kontratak, w którego wyniku ostatecznie Polacy ponieśli klęskę. Relacje Długosza dotyczące najazdu mongolskiego bywają podważane - sporządził on je wszak dwieście lat po opisywanych zdarzeniach i wiele rzeczy zmyślił, choćby użycie przez Tatarów pod Legnicą, w największej z bitew wówczas stoczonych, gazów bojowych. Bitwa pod Turskiem i przyczyna porażki znajdują jednak potwierdzenie w innych źródłach - w "Roczniku kapituły krakowskiej" przykładowo jest wzmianka o nie zlokalizowanej bliżej bitwie, w której rycerstwo krakowskie poniosło klęskę "przede wszystkim z powodu chciwości łupów, która jest Polakom wrodzona w bitwie" - zatem uważa się, że rzeczywiście miała ona miejsce.

Mieszkańcy Turska starali się nas zainteresować swą miejscowością, jak tylko umieli. Dla ułatwienia pogawędki przywieźli ze sobą nawet flaszkę wódki i wypili ją z Leszkiem i Arkiem, którzy najbardziej byli do rozmowy skorzy.

Wieczorem, gdy śpiewaliśmy nad rzeką, nie mogłem odpędzić natrętnej myśli, że nazywanie takich ludzi tubylcami, autochtonami lub - chyba najgorzej - lokalesami przez ludzi z miasta (celują w tym zwłaszcza mieszkańcy Warszawy) zawiera w sobie ładunek protekcjonalnej i aroganckiej a nie zasłużonej pogardy.

Chroń nas, Panie, od pogardy.

Rozdział XXXIV

Baranów i migranci

Woda opadła przez noc o kolejne pół metra. Wodowaliśmy się po kolei i spływaliśmy.

Ujście Wisłoki. Uchodziła leniwie albo niezauważalnie. To Wisła raczej wciskała się w swój dopływ masą swych wód.

Zaduszniki, most kolejowy. Był w trakcie piaskowania. Hałas długo nam towarzyszył. Agatę z Markiem obsypał czerwonawy pył. Wiatr tak zawiał.

Bociany zbierały się do odlotu. W gromadach szybowały w kominach termicznych coraz wyżej i wyżej. Rybitwy przemykały nad wodą. Pojawiły się cumulusy, by po południu zaniknąć. Piękny to był dzień.

Po kilku kilometrach w kępie drzew wypatrzyłem czubki wieżyc Baranowa. Po dalszych kilku wpłynąłem w wąski kanał między wiklinami, prostopadły do nurtu i po dobrych stu metrach dopłynąłem nim do podnóża wału powodziowego. Dobiłem w miejscu, gdzie droga zanurzała się w rzece. Kanał był zatopioną szosą, prowadzącą do nie kursującego obecnie promu.

Przespacerowaliśmy się do zamku w Baranowie, zasłużenie zwanego perłą polskiego manieryzmu, klejnociku zwłaszcza po niedawnym remoncie. Był poniedziałek i muzeum było nieczynne. Nie ono jest jednak najistotniejsze.

Baranów Sandomierski - Zamek.Zamek w Baranowie zbudowany został na planie prostokąta, flankowanego narożnymi okrągłymi wieżami, zdawałoby się, planie banalnym. Ale - oddajmy tu głos historykowi architektury Adamowi Miłobędzkiemu:
"Wchodzący w czeluść monumentalnej bramy - ujętej w monstrualne przekucia łamiące się z wielkimi guzami - nie spodziewa się, że zamiast przejazdu zastanie w niej schody, które zaprowadzą go na poziom dziedzińca. Tu wychodzi wprost na skąpo przeprutą oknami ścianę skrzydła mieszkalnego, która zmusza go do odwrócenia się - staje zaskoczony i zdumiony widokiem wspaniałej kolumnady krużganków z wachlarzem schodów okalających otwór, którym wyszedł. Chęć oddziaływania na widza podbudowuje tu całą architekturę od ogólnej koncepcji przestrzennej poczynając, a na detalu kończąc; świadczą o tym akonstrukcyjne obramienia drzwiowe, łączące rozpasanie dekoracji z elegancką wstrzemięźliwością linearnych profili, czy formy krużganków, których nikłe archiwolty kontrastują z ciężkimi guzami, a podkolumnowe cokoły zieją paszczami maszkaronów".

Wyniesienie wewnętrznego dziedzińca na poziom pierwszego piętra tłumaczone jest też względami praktycznymi - zamiarem uniknięcia wdzierania się Wisły do środka zamku w czasie wylewów. Jak by nie było, zamek robi wrażenie. Docenili go filmowcy. To z jego schodów w filmie "Czarne chmury" zbiegała aktorka Elżbieta Starostecka w pamiętnej scenie powitania z ukochanym Dowgirdem.

Projekt baranowskiego zamku przypisuje się Santi Gucciemu, architektowi i rzeźbiarzowi, z pochodzenia florentczykowi, który przybył na ziemie polskie w połowie XVI wieku, osiadł ostatecznie w Pińczowie i Janowcu, organizując wpływowy warsztat kamieniarski, i tu umarł. Sztukaterie, zachowane częściowo, bo tylko w jednej z baszt, wykonał Giovanni Battista Falconi, również Włoch, czynny przez większość życia na terenach Polski. Galerię na arkadach, dobudowaną prawie sto lat później do zachodniej elewacji zamku, zaprojektował Tylman van Gameren, Holender, jedna z najważniejszych postaci polskiego baroku. Zamek w swej obecnej formie powstał więc dzięki trzem imigrantom, którzy przybyli do Polski, tu stworzyli dzieła swego życia i tu zmarli. Wiele lat tu przebywając, spolonizowali się, a ostatni z nich został obdarzony indygenatem i zmarł nosząc oficjalnie nazwisko Gamerski.

Historia sztuki polskiej aż do czasów rozbiorów zawiera nazwiska wielu obcokrajowców. Bywali wprawdzie i twórcy - Polacy, ze współczesnych Santi Gucciego i Tylmana Gamerskiego choćby Samuel Świątowic, który w Pińczowie wykuł kaplicę dla włocławskiej katedry, Jan Michałowicz z Urzędowa, znakomity rzeźbiarz, którego dzieła zdobią katedry wawelską, poznańską i wiele innych świątyń, Kacper Bażanka, architekt krakowskich i podkrakowskich kościołów. Polacy stanowili jednak mniejszość. Dawało to w przeszłości polonofobom asumpt do supozycji, że Polacy to naród nietwórczy, nie posiadający wyrobionego zmysłu artystycznego. Z drugiej strony, trwała obecność w polskiej sztuce obcokrajowców świadczy o tym, że Polska była dla nich atrakcyjna, tu mogli znaleźć twórcze spełnienie i dlatego tu przybywali. Architektura w Polsce Wazów nie odstawała artystycznie od prekursorskich Włoch.

Imigranci byli ważnym elementem oddziaływującym na życie kraju już od XIII stulecia. Wówczas to książęta, biskupi i opaci śląscy zaczęli zagospodarowywać kraj na nowych zasadach, w sposób planowy organizując nowe wsie i miasta, które wyodrębniano także w sposób prawny, nadając im określone z góry prawa i zakreślając obowiązki, z reguły pieniężne, jakie ich mieszkańcy mieli świadczyć na rzecz właściciela gruntu. Panowie gruntowi zorganizowanie wsi lub miasta zlecali specjaliście, zwanemu zasadźcą, zawierając z nim odpowiednią umowę. Zasadźca sprowadzał osadników i następnie zostawał sołtysem lub wójtem - przywódcą samorządu oraz reprezentantem pana we wsi lub mieście. Często nowi mieszkańcy pochodzili z zachodu Europy, posiadającego w tym czasie nadwyżki demograficzne. Ludzie przemieszczali się stamtąd na wschód jakby dwoma nurtami. Jeden rozpoczynał się na terenach Flandrii i późniejszej Holandii, drugi we Frankonii. Wynikiem tego procesu były osady niemieckie w węgierskim Siedmiogrodzie, a także osadnictwo Walonów i Flamandów na Śląsku oraz miasta w Małopolsce na czele z Krakowem, w których zgermanizowane były zwłaszcza warstwy najbogatsze. W 1311 roku patrycjat Krakowa wraz z wójtem krakowskim Albertem "rozpalony wściekłością niemieckiego szału" stanął na czele wystąpienia części małopolskich poddanych przeciwko Władysławowi Łokietkowi. Woleli oni mieć za władcę pretendującego do korony polskiej Jana Luksemburskiego. Bunt zakończył się porażką. Po opanowaniu miasta rycerze Łokietka przeprowadzili swoistą ankietę narodową. Schwytanym mieszczanom kazali powtarzać słowa: "soczewica, koło, miele, młyn". Mający trudności z prawidłową wymową uznawani byli za wrogów księcia, który od chwili poskromienia buntu bez przeszkód mógł realizować ideę zjednoczenia podzielonego na dzielnice państwa.

Przez wieki przybywali do Polski Niemcy, Żydzi, Holendrzy, wzbogacając jej kulturowy krajobraz i ulegając stopniowej polonizacji w nowej ojczyźnie. Polscy osadnicy z kolei zasiedlali tereny państwa krzyżackiego. Od przybyszów z Mazowsza - czyli Mazurów - powstała obecna nazwa znacznej części tych ziem - Mazury, czyli kraina zamieszkała przez Mazurów. Ludność polska kolonizowała także wschodnie krańce Korony, zarówno jako chłopi osadzani w latyfundiach magnackich na Zadnieprzu, jak i jako jedni z ludzi luźnych, zbiegów, tych wszystkich amatorów niezależnego i wolnego życia, z których na Dzikich Polach powstała Kozaczyzna.

W XIX wieku kierunek migracji uległ odwróceniu. Proces zapoczątkowała emigracja polityczna, z reguły kierująca się do Francji; później na znacznie większą skalę doszło do emigracji zarobkowej. W tym czasie najpoważniejszym problemem, z jakimi borykał się ogół Polaków, był głód. Wielu z nich było w zasadzie stale głodnych. Zdarzały się nawet przypadki kanibalizmu, jak ten zapisany w księgach parafii Barcice: "W roku 1847 wielki głód był na ludzi. W Piwnicznej parobek z głodu ukradł dziecko, zarżnął w krzakach i po kawałku pieczone zajadał". Częste były przypadki śmierci z głodu na przednówku, z niedożywienia brały się liczne choroby. Rozpowszechnienie się upraw ziemniaków na początku XIX wieku polepszyło wyżywienie rodzin chłopskich, stały się one "chlebem nędzarzy", podstawowym ich pokarmem. Mimo tego, mimo przeprowadzonych przez zaborców reform rolnych bytowali oni na granicy wegetacji. Szansą okazał się dopiero rozwój przemysłu - i to nie tylko na ziemiach polskich. Do miast przeprowadziło się wielu biedniejszych mieszkańców wsi, zaczęli oni też wyjeżdżać na roboty sezonowe do Niemiec, na tzw. "saksy", popularna była bowiem Saksonia. Następnie zaczęły się wyjazdy na stałe za ocean, do Brazylii i Ameryki Północnej. Najsilniej proces ten dotknął Galicję, w której przemysł rozwijał się powoli i nie umożliwiał zagospodarowania wolnych rąk na miejscu. Ocenia się, że do 1914 roku wyemigrowało z ziem polskich prawie 4 miliony ludzi.

Emigracja była udziałem ludzi ubogich, ale była też koniecznością dla jednostek wybitnych. Zwłaszcza władze carskie i pruskie utrudniały rozwój polskich placówek oświatowych i badawczych. Brak możliwości normalnej pracy naukowej i artystycznej w kraju kierował te osoby za granicę. Tak postąpiła Maria Skłodowska, zamieniając stanowisko guwernantki na paryskie laboratorium. Zubożenie umysłowe ziem polskich było poważną zawadą w odbudowie państwa po 1918 roku. W zasadzie jedynie w Galicji istnieli wówczas wykształceni fachowcy, obyci w parlamentach politycy, dlatego wiele osób budujących odrodzony, niepodległy kraj z Galicją właśnie było powiązanych.

Niedawno, na przestrzeni kilku poprzedzających lat, z Polski wyszła kolejna fala emigracyjna, tym razem zwłaszcza w kierunku Wielkiej Brytanii. Znaczące bezrobocie w kraju, brak perspektyw na godziwe zarobki były impulsem tego procesu, gdy otworzyły się nowe możliwości pracy po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Różnicą miedzy obecnym zjawiskiem a emigracją z wieku XIX jest to, że w XIX wieku państwa polskiego nie było, a teraz jest. Bolesna jest zwłaszcza emigracja ludzi młodych i wykształconych, którzy w kraju nie widzą dla siebie miejsca. Tymczasem Ojczyzna powinna zapewniać możliwości rozwoju swym obywatelom, a zwłaszcza - najlepszym spośród nich, tym, w których wykształcenie najwięcej zainwestowała. Powinna wynagradzać godziwie obywateli, którzy na jej rzecz działają i pracują.

Można było oczekiwać bezinteresownych zachowań patriotycznych w czasach zaborów czy okupacji. Wówczas obowiązkiem moralnym było działanie na rzecz Ojczyzny bez oczekiwania splendorów w zamian; zapłatą były przecież często cierpienie i śmierć, jeśli nie liczyć satysfakcji własnej z tego, że jest się w zgodzie z własnym sumieniem. Jednak już w zaraniu tych czasów Kościuszko rozumiał rolę, jaką dla ofiarnego obywatela odgrywa odpowiadająca zasługom nagroda. Dlatego ustanowił dla najwaleczniejszych odznakę w postaci złotej obrączki z napisem "Ojczyzna Obrońcy Swemu". Tym bardziej od Ojczyzny wolnej, a konkretnie jej włodarzy, należy oczekiwać za wierność odpowiedniej gratyfikacji.

Rozdział XXXV

Biwak na skarpie

Po powrocie z Baranowa Wisła okazała się płytsza.Powróciwszy z Baranowa do kajaków, musieliśmy niektóre z nich zanieść do wody. Przez dwie godziny tak opadła, że mój kajak na przykład osiadł w całości na lądzie.

Wykąpaliśmy się. Zatopiona szosa podobna była do łagodnie schodzącego dna basenu, a woda nagrzana w zastoisku między wiklinami była bardzo ciepła, choć nieprzezroczysta.

Chmielów, dwa mosty obok siebie. Po pierwszym, prowizorycznym, wspartym na palach, powoli przemieszczały się ciężarówki. Drugi, właściwy most, drogowo-kolejowy, był w remoncie. Za mostami na prawym brzegu znajdują się elektrociepłownia i kopalnia siarki.
- Czy te kopalnie jeszcze działają? - zapytał się mnie Leszek ze zdziwieniem.
- Sadzę, ze tak. Zamek w Baranowie jest przecież w zarządzie jakiegoś przedsiębiorstwa siarkowego. Czemu pytasz?
- Kopalnictwo siarki przestało się opłacać w ostatnim okresie. Otrzymuje się teraz siarkę w procesie odsiarczania gazu ziemnego. W Stanach są pełne hałdy siarki i rząd federalny dopłaca tym, którzy chcą tą siarkę do czegoś wykorzystać. Siarka, która była kiedyś ważnym bogactwem naturalnym, obecnie stała się bezwartościowa.

Leszek jako naukowiec, doktor chemii, wiedział, co mówi.

Tarnobrzeg widziany z rzeki to zieleń, a nad nią bloki i dorównujący im wysokością kościół z wieżą, barokowa finezja hełmu i szczytów wśród monotonii płaszczyzn.
- Dobijmy z lewej przy promie, może znajdziemy tam miejsce na biwak!

Prom był, o dziwo, czynny, a łączki nie było. Leszek znalazł łąkę pod wałem z prawej strony, niedaleko miasta, ale zignorowaliśmy Leszka i popłynęliśmy dalej. Za blisko miasta nam się zdawało, nie chcieliśmy się cofać albo coś w tym guście było przyczyną naszego postępku. Leszek, pewnie słusznie, miał do nas pretensje o to, że głupio postąpiliśmy.

Szukaliśmy biwaku, lornetowaliśmy brzegi, sprawdzaliśmy i w końcu na skarpie z prawej
- jest! Skarpa była stroma, Bartek z Leszkiem z trudem się wyskrabali.
- I jak tam, chłopaki?
- Tak sobie. Do łączki ze dwadzieścia metrów.
- Ale co, stajemy?
- Sam zobacz.

Wspiąłem się na brzeg, podawszy przedtem Michała Alince, która wywędrowała na ląd w ślad za swym kapitanem. Bartek wyszarpnął kajak z wody i zaczął go rozpakowywać. Poślizgnął się, zsunął po trawie i nadwerężył bark. Inni czekali na wodzie. Nie było dość miejsca, by wszyscy na raz mogli choćby wysiąść.

Kazik nie był zadowolony z tego, co widział z poziomu rzeki. Wstawał w swej kanadyjce, spoglądał krytycznie na poczynania penetrujących zarośla chłopaków i nurt odrzucił go od brzegu. Tuż poniżej był krzak, targany prądem. Aby nie utknąć w nim, Kazik wyszedł bardziej ku środkowi i wnet za krzakiem zniknął. Wkrótce usłyszeliśmy, że sto metrów niżej jest dogodniejsze miejsce, o łagodniejszym zejściu i z łączką tuż przy wodzie. Spłynęliśmy tam, Bartek trochę poprzeklinał schodząc ponownie na wodę, i po kolei wyciągnęliśmy kajaki. Zejście było łagodniejsze, ale błotniste. Przy każdym kolejnym wyciąganym kajaku robiło się bardziej błotniste i bardziej lepkie. Ładnie się umorusaliśmy, co i rusz ślizgając i upadając. Dobrego wyboru dokonała Alinka, przechodząc z Michałem na nowe miejsce ścieżynką między nawłociami, mimo, że momentami musiała przedzierać się przez wyższą od dorosłego człowieka gęstwinę.

Wydobyty spod pokładów łódek, rozkwitł obóz.

Na baldachach kwiatów przy namiocie Agaty i Marka rozgrywała się miłość chrząszczy. Wonnice piżmówki kopulowały. Ona uciekała przed nim, on jej nie popuszczał. Prącie wciąż miał zanurzone w odwłoku partnerki, przytrzymywał ją odnóżami, i choć ona umykała, on wciąż był w niej. Wędrowali sobie we dwoje po kwiatostanie, najpierw po jego wierzchu, później po spodniej części, a więc pokrywami skrzydeł w dół, nieustannie połączeni.

Leszek miał ochotę na Tarnobrzeg i nie odpuścił - poszedł do niego piechotą. Zdziwiło go to miasto, relacjonował po powrocie. Przed laty zapyziałe, szare, brudne, robotnicze, a teraz przy rynku knajpki, muzyka gra, życie tętni.

Wieczorem przez telefon - z Włocławka niewesołe wieści. Zepsuł się mój samochód i trzeba go naprawić. Zostawiłem Prezesowi samochód i okazało się, że sprawiłem mu tym kłopot. Poza tym na Wiśle w Annopolu - a więc niewiele przed nami - powódź! Do Wisły dotarła woda z Sanu, który zatopił uprzednio Sanok, Przemyśl i wiele mniejszych miejscowości.

Przed spływem Leszek nawiązał kontakt z ekipą Greenpeace, płynącą tratwą z butelek pet i prezentującą wystawę o Wiśle w mijanych miastach. Zatelefonował teraz do nich i uzyskał alarmistyczne informacje. Wypłynęli dziś za ujście Sanu. Jeden z nich powiedział Leszkowi, że Wisła przypomina górską rzekę, a woda w niej ma konsystencję kaszy.

Co robić? Moi towarzysze nie ulegli panice. Popłyniemy do Sandomierza, potem się okaże. Jeśli będzie straszna powódź, to odczujemy cofkę.

Rozdział XXXVI

Człowiek a powódź

"Makarze (...) objawiła się woda wspaniała i bezwstydna, wypełniająca rozlewisko od wału do wału (...).

Ujawnił mu się początek świata: legendarny potop, szalejący żywioł, po którym nastała epoka życia i ładu.

Taki będzie i koniec świata - myśli ogarnięty szaleństwem wody uderzającej o mózg. Dunajec atakował bezbronną Wisłę, pastwił się nad wsiami, przesadzał wały. Kiedy na zmierzwionej rzece poczęła ukazywać się biała piana, ludzie rzucili się do modlitwy. To był znak, że idą wody z gór. Dopiero teraz będzie wezbranie, kiedy nadejdą spienione grzywy, awangarda powodzi. (...)

Widok naokół - zaprawdę potworny. Fale niosą pnie drzew, belki, deski z jakiegoś tartaku położonego w górze rzeki, zebrane z pól snopy zboża i części nieruchomości. Szum i ryk fal jest chwilami ogłuszający. Od czasu do czasu słychać gwałtowny trzask i łomot. To woda łamie drzewa przybrzeżne i wyrywa je z korzeniami. (...)

W pewnej chwili most wydął się w środkowym przęśle i z krótkim trzaskiem zgłuszonym przez ryk fali spadł w odmęty rzeki przełamany w połowie.

W pięć minut potem nie pozostał po nim nawet ślad. Wymyło nawet oba przyczółki z okrąglaków. (...)

Patrząc ze wzgórza, na którym stoi kościół, widziało się od południa do północy jakby morze, w którym pływały domy, konie, krowy, świnie, snopy, drzewa, a nawet ludzie na belkach, czyniący rozpaczliwe wysiłki, aby ratować się. Widziano całe rodziny płynące na dachu porwanej przez fale chałupy. Potem gdy chata zetknęła się z wyższą, lepiej zakonserwowaną, choć również porwaną przez wodę sadybą, rodziny w pędzie przesiadały się z dachu na dach. A gdy i ten dach zaczynał tonąć, chwytały się wierzb, które jeszcze stały, i na nich czekały ratunku.

Bunt wody wytworzył nowe ukształtowanie powierzchni. Szerokie jeziora, raz płytkie, raz kłębiące się wirem, upstrzone kępkami drzew, proste, zatopione po szyje aleje drogowe, szczytami zieleni spod wody wytyczające swój szlak, spienione międzymorza wśród wzgórz, rozmyte domy, chaty zalane po okna, drogi stopniowo tonące i wynurzające się z topieli, wykropkowane szeregi stogów zboża - oto nowy krajobraz".

Dwie cegły na absydzie włocławskiej fary świadczą o o powodzi w tych latach.Literacka wizja powodzi Jalu Kurka powtarza znacznie wcześniejsze relacje średniowiecznych kronikarzy, ale nie odbiega od prawdy. Podobne obrazki co pewien czas można zobaczyć w telewizji. Ostatnia z katastrofalnych powodzi, dotycząca dużego obszaru, także nad Wisłą, zdarzyła się w Polsce w 1997 roku. W miastach pamięć o przyborach przechowywana jest w formie wmurowanych tu i ówdzie tabliczek. W Warszawie w XIX wieku woda sięgała czasami niższych punktów korony skarpy. Na absydzie włocławskiej fary odnaleźć można dwie cegły z wyrytymi datami "1745" i "1758". Wyznaczają one zasięgi powodzi i świadczą o tym, że w tych latach we wnętrzu kościoła można było pływać jak w basenie, a woda wchodziła ulicami na rynek Starego Miasta. Na Bramie Mostowej w Toruniu najwyższy znak pochodzi z 18 lutego 1570 roku. Wówczas stan Wisły wynosił 10,74 metra i ocierała się ona o miejskie mury obronne. Wprost z nich można było do niej wskoczyć.

Literacka wizja powodzi Jalu Kurka powtarza znacznie wcześniejsze relacje średniowiecznych kronikarzy, ale nie odbiega od prawdy. Podobne obrazki co pewien czas można zobaczyć w telewizji. Ostatnia z katastrofalnych powodzi, dotycząca dużego obszaru, także nad Wisłą, zdarzyła się w Polsce w 1997 roku. W miastach pamięć o przyborach przechowywana jest w formie wmurowanych tu i ówdzie tabliczek. W Warszawie w XIX wieku woda sięgała czasami niższych punktów korony skarpy. Na absydzie włocławskiej fary odnaleźć można dwie cegły z wyrytymi datami "1745" i "1758". Wyznaczają one zasięgi powodzi i świadczą o tym, że w tych latach we wnętrzu kościoła można było pływać jak w basenie, a woda wchodziła ulicami na rynek Starego Miasta. Na Bramie Mostowej w Toruniu najwyższy znak pochodzi z 18 lutego 1570 roku. Wówczas stan Wisły wynosił 10,74 metra i ocierała się ona o miejskie mury obronne. Wprost z nich można było do niej wskoczyć.

Powódź jest to takie wezbranie wody w rzece, które powoduje wystąpienie jej z koryta - czyli tej części doliny rzeki, w której ma miejsce stały przepływ wody - na tereny okoliczne, zalewane czasowo, zwane też tarasem zalewowym lub równiną zalewową. Mówi się wówczas, że rzeka zajmuje całe swoje łożysko. Czasami, przy szczególnie katastrofalnych wezbraniach, potrafi nawet to łożysko zmienić.

Powódź jest normalnym zjawiskiem występującym na Ziemi, zatem i w Polsce. Jest zjawiskiem niszczącym, ale i życiodajnym. Wylewy rzek spowodowały powstanie w ich dolinach żyznych gleb - madów, zachęcając do osiedlania się w ich pobliżu. Coroczne wylewy Nilu umożliwiły powstanie cywilizacji egipskiej. Użyźniały wykorzystywaną pod uprawy terasę zalewową akumulując na niej cześć niesionej zawiesiny, dzięki czemu plony na tych terenach były wyższe niż w sąsiedztwie, a więc kraj był bogatszy.

Rzeki dawały ludziom ryby i ułatwiały transport. Osiedlając się w ich pobliżu, człowiek narażał się jednak na powodzie. Ilość osad nad Wisłą świadczy o tym, że w rachunku zysków i strat zyski przeważały. Ludzie starali się zminimalizować niebezpieczeństwo mieszkania nad dużą rzeką budując wały. Nad Wisłą pojawiły się one już we wczesnym średniowieczu. Ludzie przyczyniali się z drugiej strony do spotęgowania niebezpieczeństwa powodzi. Czynili to nieświadomie, obniżając zdolności retencyjne dorzeczy. Wycinali lasy, wskutek czego woda z odkrytej przestrzeni szybciej spływała do rzek. Zamieniali lasy łęgowe na terasach zalewowych na łąki i pola. Osuszali torfowiska, meliorując je. Nieprzypadkowo do najbardziej katastrofalnego wezbrania na Dunajcu (w 1934 roku, nazwanym później "rokiem Noego") doszło po likwidacji na Orawie i Podhalu znacznej części puścizn, czyli torfowisk wysokich zbierających znaczną część wód opadowych i oddających je później powoli rzece. Nawet działanie ludzkie z założenia mające zapobiegać powodziom, jakim jest budowa obwałowań, niesie potencjalne zagrożenie. Zawęża obszar, na którym może rozlać się woda. W przypadku szczególnie katastrofalnego wezbrania pozostawiony polder może okazać się zbyt mało obszerny. Wały ulegają wówczas przerwaniu, czy też przelaniu, i straty gospodarcze dla terenów uważanych za chronione, a położonych przecież na terasie zalewowej, są znacznie bardziej dotkliwe.

Rozwój ludzkiej cywilizacji, wyrażający się w osuszaniu bagien, zamienianiu lasów w użytki rolnicze, regulacji rzek polegającej na opasaniu ich główkami spowodował, oprócz wzmożenia zagrożenia powodziowego, również skutek przeciwstawny: zmniejszanie się ilości wody spływającej rzekami w okresach suchych. Rzekami uregulowanymi woda płynie szybciej i szybciej dociera do morza, a brak jest naturalnej retencji. Jest to przyczyna tego, że wiele rzek, którymi dawniej spływały śródlądowe statki, obecnie nie nadaje się do tej roli: stały się zbyt małe i zbyt płytkie. Tak się stało z Pilicą czy ze Zgłowiączką. Twierdzi się, że w średniowieczu można było prowadzić po tej ostatniej i przekopanym w czasach piastowskich Kanale Bachorze żeglugę od Wisły do jeziora Gopło. Obecnie Zgłowiączkę można pokonać tylko kajakiem i to tylko wiosną, gdy wody jest dość, zaś w Bachorzy na większości biegu wody nie ma wcale.

Przed stuleciem w Polsce pojawiły się nowa koncepcja ochrony przed powodziami: budowanie zbiorników retencyjnych, które zatrzymają wielką wodę i następnie oddadzą ją w okresie niżówki. Obecny system ochrony przed powodziami opiera się właśnie na nich.

Nie jest to rozwiązanie doskonałe. Brak corocznych wylewów powoduje ubożenie nadrzecznych siedlisk, a nawet kompletne wyjałowienie łąk i pastwisk w dolinie. Dochodzi do tego, że - jak pod Inowłodzem nad Pilicą - dawne terasy zalewowe zalesia się sosną, gatunkiem sucholubnym, gdyż tracą one znaczenie gospodarcze dla rolnictwa, a wymagające większej zasobności gleb gatunki drzew już na tej terasie nie urosną. Zjawisko to potęgowane jest wcinaniem się rzek w podłoże, które jest wynikiem regulacji polegającej na prostowaniu koryt i ścieśnianiu nurtu ostrogami. Nasila się wówczas erozja denna i rzeki szybciej niż dotychczas obniżają dna swych koryt. Dostrzec można tego zaletę. Dzięki erozji rzeki oddalają się od człowieka, zagłębiając w terenie. Należy pamiętać o tym, stojąc w świetle Bramy Mostowej czy przy włocławskiej farze. W czasach uwiecznionych na tablicach przyborów Wisła miała do miast znacznie bliżej, bo o metr czy dwa. O tyle teraz płynie głębiej.

Powódź w powieści Jalu Kurka była katalizatorem wewnętrznej przemiany. Walcząc z wielką wodą podchorąży Makara ukształtował się jako człowiek, odnalazł sens własnego istnienia. Nie doszłoby do tego, gdyby ludzie rozumnie wznosili swe domostwa w bezpiecznej odległości od rzek i żyli w zgodzie z przyrodą, zamiast starać się ją przechytrzyć.

Rozdział XXXVII

Spacerkiem przez Sandomierz

Przed wyjazdem na spływ grałem z Michałem w grę, znajdującą się w książeczce Czesława Janczarskiego "Płynie Wisła, płynie..." Książeczkę wydano w 1977 roku i była moją pamiątką z dzieciństwa. Oprócz gry zawierała wiersz, zaczynający się od strofy:
"Płynie Wisła, płynie po polskiej krainie, wiatr szeleści cicho w nadbrzeżnej wiklinie..."

Wiersz ten był parafrazą znanej piosenki, zaczynającej się od zwrotki:
"Płynie Wisła, płynie
po polskiej krainie,
a dopóki płynie,
Polska nie zaginie".

Piosenka ta nie mogła zostać przytoczona w całości w książeczce dla dzieci z epoki socjalizmu, zawierała bowiem także takie słowa: "Nad moją kolebką matka się schylała i mówić pacierza wcześnie nauczała. ŤOjcze naszť i ŤZdrowaśť, i skład apostolski, bym do samej śmierci kochał naród polski".

Posłużenie się parafrazą zaadaptowało operującą schematem Polaka - katolika popularną piosenkę dla potrzeb socjalistycznego wychowania.

Gra zawarta w książeczce polegała na pokonywaniu kartonową żaglówką Wisły i zdobywaniu premii za najszybsze dopłynięcie do siedmiu najważniejszych miast.

Granie było formą przygotowywania Michała do spływu a jednym z premiowanych miast był Sandomierz.

Sandomierz pojawia się na horyzoncie jako skupisko dachów i wież wśród bujnej zieleni. W podziemiach sandomierskich, adaptowanych na szlak turystyczny, na jednej z tablic dotyczących historii miasta, przeczytać można następujące zdania:

"Miejscowość ta jest nadzwyczajnie piękna i przyjemna. Są tam uprawiane winnice. Wszędzie rozciągają się sady, tak iż sądziłbyś, że zewsząd lasy otaczają miasto".

Zapisał je w XVI wieku Stanisław Sarnicki w dziele "Opisanie Polski" i trafnie opisują Sandomierz także dziś. Tyle tylko, że domostw przybyło i stał się on bardziej rozległy.

Sandomierz - przystań statku wycieczkowego.Zatrzymaliśmy się na postój przy przystani statku wycieczkowego i grupkami zwiedzaliśmy miasto, dbając o to, by zawsze ktoś był przy kajakach.

Idąc od rzeki w stronę miasta, dochodzi się wkrótce do krzyżówki, z której obok zamku można dojść do katedry i rynku; można też pójść w lewo w stronę kościoła dominikanów. Wybrałem ten drugi wariant dla mojego rodzinnego - składającego się z żonki, syna i mnie - zespołu.

Kościół dominikanów noszący wezwanie świętego Jakuba jest jedną z najstarszych ceglanych budowli w Polsce, w swym duchu jeszcze romańską. Zdobią go ceramiczne detale, fryzy oparte na motywie plecionki, a nawet cegły opracowane rzeźbiarsko. Wejście do wnętrza prowadzi przez przedzielony słupem, podwójny portal. Trzy nawy, na które dzieli się przestrzeń świątyni, są surowe, niewiele w nich śladów artystycznego bogactwa. To efekt reromanizacji sprzed stulecia. Panował wówczas silny trend przywracania obiektom zabytkowym dawnego wyglądu, wyglądu z czasów budowy. Dotknął on również kościół świętego Jakuba, z którego pozbyto się późniejszych, głównie barokowych, naleciałości. Przetrwały one jedynie w postaci ołtarza i stiukowej dekoracji w kaplicy Męczenników Sandomierskich, poświęconej zakonnikom zamordowanym w czasie najazdu tatarskiego w 1260 roku. W tejże kaplicy zachowała się gotycka płyta nagrobna księżnej Adelajdy, córki Kazimierza Sprawiedliwego, fundatorki kościoła, w nim pochowanej. Szczątki zmarłej w 1676 roku przeniesiono do prezbiterium i spoczywają tam do dziś, w dębowym sarkofagu, na którym przedstawiono leżącą postać księżnej.

Sandomierz - ratusz i stojący łańcuch u kotwicy.Lessowym wąwozikiem zeszliśmy do szerokiego, napęczniałego latem, z wiejskimi w swym wyrazie domkami, wąwozu Piszczele. Nazwa ta to nazwa mówiąca. W sielskim tym wąwozie znajdowano liczne kości, należące według tradycji do pomordowanych przez Mongołów, zwanych w Polsce popularnie a nieprecyzyjnie Tatarami, mieszkańców miasta. Z Piszczeli schodami przez wąską furtę Ucha Igielnego przedostaliśmy się na pochyły rynek ze zdobnym attyką ratuszem.

Sandomierz - podziemia.Obiecałem Michałowi podziemia, więc nie mogliśmy do nich nie zejść. Są to połączone ze sobą dawne piwnice mieszczańskich domów. Ich obudowy są najczęściej współczesne. Są one sandomierską atrakcją turystyczną głównie ze względu na wiążące się z nimi legendy. Przewodniczka po podziemiach opowiadała najważniejszą z nich, o Halinie, sandomierzance, która uszła śmierci ukrywając się w podziemnych chodnikach w czasie najazdu tatarskiego w 1260 roku. Gród został wówczas zdobyty a ludność wyrżnięta. W czasie kolejnego najazdu w 1287 roku Sandomierz został ponownie oblężony. Halina udała się wówczas do chana i zarysowała przed nim wizję podstępnego wtargnięcia do miasta, drogą przez podziemia. Zwiedziony pokusą łatwego sukcesu, chan uwierzył w bajeczkę Haliny o nienawiści, jaką darzy współziomków, i na czele swych wojowników wkroczył pod miasto. Wówczas jego mieszkańcy zawalili wejścia do lochów i wszyscy - zarówno Tatarzy jak i ich przewodniczka - zginęli. Tak Halina zemściła się za śmierć ojca i męża, co uprzednio życie z rak mongolskich postradali. Tyle legenda. Faktem jest, że Sandomierz w czasie ostatniego średniowiecznego najazdu tatarskiego pozostał nie zdobyty.

Michałowi podziemia bardzo się podobały.
- Tata, chodzimy do góry i na dół, do góry i na dół! - powtarzał zachwycony.

Z prawej strony ulicy wiodącej od rynku do Bramy Opatowskiej wśród fasad domów ukryte jest wejście do kościoła Świętego Ducha. Zajrzałem przez drzwi. Na wprost wejścia iluzjonistyczny ołtarz, namalowany na ścianie prezbiterium, imituje ołtarz rzeźbiony. Zaskakujące są zawsze takie kompozycje, jeśli wykonano je z kunsztem. Są emanacją późnego baroku, lubującego się w niespokojnych i zaskakujących układach. Jednym z najwspanialszych obiektów tego typu jest ołtarz w położonym w środkowym biegu Wisły, niedaleko Dęblina, Sieciechowie. Warto zajrzeć do takich położonych w bok od drogi - czy to będzie główna ulica miejska, czy przelotowa szosa - choć przecież tuż przy niej - miejsc.

Za wieżą bramną - kolejny kościół, do którego rzadko trafiają przyjezdni. To świątynia dawnego zespołu klasztornego benedyktynek. Eksplozja ekspresyjnych rzeźb i powyginanych wolut, zwłaszcza na dziedzińcu od strony ulicy.

Wracając ku rynkowi, zjedliśmy pierożki w barze poleconym przez Arka, zrobiliśmy zakupy i nabrali wody z miejskiego kranu przy fontannie na Małym Rynku.

W drodze do kajaków zaszliśmy do katedry. Jej halowa, trójnawowa konstrukcja to rzadkość na terenie Małopolski. Ściany naw bocznych pokryte są boazeriami z obrazami świętych męczenników, patronów wszystkich dni roku. Pogrupowani są miesiącami, po trzydziestu na jednym obrazie. Te olbrzymie płótna, namalowane w pierwszym trzydziestoleciu XVIII wieku przez Karola de Prevot, to przygnębiający i oddziaływujący silnie na wyobraźnię wytwór barokowej religijności. Niepojęta ofiara poddanych torturom męczenników, która przeraża. Niepojęta jak Krzyż. Jak można tak kochać, aby dobrowolnie przyjąć na siebie tak straszne cierpienie.

Wnętrze katedry angażuje zmysły. Zwłaszcza zmysł wzroku. Jest takim nagromadzeniem rzeźby i malarstwa, że brak w nim miejsca, by cokolwiek tam dodać.

Po zamku sandomierskim pozostało jedno skrzydło, dwie niskie narożne wieże i przyziemie innych budowli. Zamek wysadzili Szwedzi wiosną 1656 roku. Po opanowaniu miasta przez żołnierzy Jerzego Lubomirskiego dalsza obrona zamku była bezsensowna. Nie zapewniał on wystarczającego przyczółka dla zorganizowania przeprawy wycofującej się spod Przemyśla głównej armii szwedzkiej. Karol Gustaw nakazał wobec tego ewakuację zamku oraz rozmieszczenie w nim i zdetonowanie ładunków wybuchowych, gdy Polacy rzucą się do szturmu. Tak też się stało. "Jako ptactwo, jedni bez rąk, drudzy bez nóg, bez głowy po powietrzu latać musieli, aż się w pół Wisły opierali" - opisywał los nieszczęsnych Mikołaj Jemiołowski. Imć pan Pasek z kolei żartobliwym bajaniem wspominał, że "Pan Bóg obronił od śmierci, kogo miał obronić; wyrzuciły prochy pana Bobolę, szlachcica tamecznego, i z koniem aż za Wisłę na drugą stronę, a przecie zdrowy został".

Sandomierz - urokliwe uliczki.Zajęcie Sandomierza przez Lubomirskiego było jednym z elementów planu osaczenia Szwedów w widłach Wisły i Sanu. Plan zniszczenia armii szwedzkiej nie powiódł się. Dowodzona przez Karola Gustawa, zdołała zbudować most na Sanie i przeprawić się. Wojna trwać miała jeszcze cztery lata.

Na przystani zagaiłem do człowieka, który pływa stateczkiem wycieczkowym po Wiśle, dorabiając do emerytury. Zauważyłem, że mało turystów było w mieście, choć to przecież sezon, wakacje. Odpowiedział, że to wynik słabej promocji Sandomierza. Większy ruch jest tyko w soboty i niedziele. Wówczas stateczek jego pływa, a teraz - stoi.
- Więcej zabytków niż turystów - podsumował.

Radziłby festiwal jakiś zorganizować, ale ciekawy, wtedy ludzie przyjadą, zapoznają się, rozgłoszą. Tak jest z filmowym latem w Kazimierzu.

Rozdział XXXVIII

Pochwała łódek

Za Sandomierzem z lewej strony Wisły wypiętrzają się Góry Pieprzowe. To wschodni kraniec Wyżyny Sandomierskiej, rezerwat przyrody stepowej. Czemu taka jest ich nazwa? Bynajmniej nie rośnie na nich pieprz, choć podobne do niego ziarna są w nich widywane. To tworzące je łupki kambryjskie, których wychodnie można odnaleźć wśród zarośli, po pokruszeniu przypominają pieprz.

Stanisław Pagaczewski w swojej książce o przygodach profesora Baltazara Gąbki, podróżnika Smoka Wawelskiego i kucharza Bartoliniego Bartłomieja w Górach Pieprzowych umieścił mieszkanie smoka Mlekopija, dobrodusznego, trzygłowego stwora, żywiącego się mlekiem donoszonym mu przez Psiogłowców.

"Tuż nad drogą wznosiły się strome skały w kolorze pomarańczy. W załomach rosły olbrzymie kwiaty przypominające lilie, tyle, ze niebieskie, srebrne i ciemnoczerwone. Wydzielały woń otwartego pudełka z czekoladkami. Jak z tego widać, było to miejsce przyjemne, jeśli nie rozkoszne... Smok mieszkający w takiej okolicy nie mógł być złym i dokuczliwym potworem - to nie ulegało wątpliwości".
- Gdzie grota smoka? - spytał się Michał.
- Nie widać - odrzekłem.

Góry Pieprzowe opisane w książce Pagaczewskiego nie są tymi Górami Pieprzowymi, które można zobaczyć nad Wisłą. Są górami zmyślonymi. Góry fikcyjne i góry rzeczywiste mają jednak cechę wspólną: kwiaty. Góry wznoszące się nad Wisłą koło Sandomierza są największym naturalnym rosarium w Polsce. Występuje w nich kilkanaście gatunków dzikiej róży spośród dwudziestu czterech dotąd w Polsce znalezionych.

U stóp wzgórz na środku rzeki zacumowane były dwie barki. Jedna z pryzmą piachu, druga z koparką.

Minęła nas motorówka pędząca od strony Sandomierza.
- Jechała jak pizda! - stwierdził Michał.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Za szybko!

Dosadne to było, jak na pięciolatka, ale trafne. Dzieci potrafią właściwie dobierać słowa. Musieliśmy zwrócić się dziobami do fali, tak motorówka rzekę rozkołysała.

Ciężko o biwak z dobrym dojściem do wody.Od mostu kolejowego w Zalesiu szukaliśmy biwaku. Równe miejsce znaleźliśmy dopiero przed zakrętem, za którym Wisła przyjmuje San. Było wyniesione ponad metr nad wodą, ale płynęła ona po nim pewnie dobę temu, gdyż było wilgotne, a obniżenie za zaroślami przypominało pole ryżowe. Zdecydowałem, że stajemy. Wszystkie kajaki mogły naraz burtą dobić do trawiastej skarpy i łatwo było je rozładować. Miejsce nie było zachwycające, ale był już kwadrans przed szóstą.
- Czy wszystkie biwaki będą tak wyglądać przez dwa tygodnie? - spytała Alinka, gdy stanęła na lądzie.
- Szukaliśmy biwaku przez czterdzieści pięć minut i to znaleźliśmy. Czy chcemy szukać podobnego miejsca przez kolejne czterdzieści pięć minut? To niezłe miejsce na tym bezrybiu.
- Kto się pierwszy obudzi, niech mnie obudzi i stąd uciekam - zapowiedziała Kasia.

Bartek z kolei oznajmił, że popłynie dalej dopiero, jak się wysuszy. Na jego składaku odkleiła się łatka i zawilgotniały mu ubrania.

Bartek, Marian i ja wyruszyliśmy na letni etap Wisły składakami.

Bartka kajak jest najmłodszy. Bartek kupił go przed rokiem, przechodzonego, ale w dobrym stanie. Bartek lubi pływać składakiem. Jest to kajak najbliższy do eskimoskiego pierwowzoru, gdyż tak samo jego elastyczne poszycie rozpięte jest na stelażu. Jako załoga popłynęła z Bartkiem moja żona Alinka.

Marian swoją składaną jedynkę zrobił sam w 1992 roku.Marian swoją składaną jedynkę zrobił sam w 1992 roku. Za wzór posłużył mu "Pstrąg", ale Marian nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził modyfikacji. Dno łódki Marian wykonał z gumy kajaka dmuchanego, która ma przynajmniej tyle lat, co i sam właściciel - ponad pięćdziesiąt. Kajak dmuchany należał bowiem do ojca Mariana już w chwili, gdy ten się rodził.

Tomek i Michał w leciwym kajaku.Mój kajak marki Neptun 08 został wyprodukowany w zakładach w Niewiadowie w 1978 roku. Jest to kajak klubowy. Brezentowy pokład został wymieniony przez Mariana w 1989 roku. Stelaż uległ częściowemu spaleniu podczas pożaru klubowego hangaru w 1997 roku. Wyremontowałem go i dotąd służy. Kajak nosi nazwę "Chęchołamacz". Nadaliśmy mu ją z synem Mariana, Konradem, przed dwudziestu laty na Łaźnej Strudze. Mazurska ta rzeczka jest upierdliwa, ale obrazkowo śliczna. Pomiędzy jeziorami Łaźno i Łaśmiady porasta ją zwarta masa soczystej zieleni: grążeli, grzybieni, strzałek, sitowia i rdestnic. Między nimi uwijają się tysiące nartników, nad nimi wirują setki świtezianek. Rozpędzaliśmy z Konradem łódkę i przemiażdżaliśmy się z chrzęstem przez roślinne zatory (czyli chęchy czy chełchy - jest miejscowość o takiej nazwie nad Legą!), torując drogę płynącym za nami. Nazwa nasunęła się sama. Dawno nie płynąłem z Konradem. Na Wiśle moim majtkiem jest syn Michał.

Kazik w kanadyjce, Marek i Agata w zbiornikowcu.Inni popłynęli: Kazik kanadyjką - jedynką, Agata i Marek kajakiem zbudowanym im przez Kazika, na bazie kopyta do kanadyjki, superpakownym, supersolidnym i superciężkim, Leszek nowym białym kajakiem o jakże wymownej nazwie "Bolidupa", zaś Arek z Kasią poliestrową trzydziestoletnią dwójką typu San. Udana to była łódka, bardzo zwrotna, można powiedzieć - nadsterowna. Przydatny przy pływaniu nią po dużej wodzie jest ster, ale Arek twierdzi, że ma za długie nogi, sterować nie może i steru nie zabrał. Płyną teraz sobie we dwoje z Kasią, po rzece myszkując.

Motorówka wracała. Była to jednostka Straży Wodnej. Zapytaliśmy, jak stan Wisły za ujściem Sanu.
- Już spokojnie! - odkrzyknęli.

Wieczorem Michał zarządził śpiewanie przy naszym namiocie. Zebraliśmy się zatem przy zniczu, bardzo poręcznej podręcznej namiastce ogniska na każdą sytuację. Śpiewaliśmy długo, wpatrzeni w chybocący się płomień, nawet, gdy już poszedł spać. Zapewne byliśmy głośno, ale Michałowi to nie przeszkadzało.

Rozdział XXXIX

Zawichost: początek Wisły zabytkowej

Wstałem o szóstej. Słońce wprost w oczy patrzyło przez rzekę. Też dopiero co wstało. Uzupełniłem braki w pisaninie.

Wisła przez noc opadła o pół metra.
- Woda się jakby ciemniejsza zrobiła, Tomek. Ten muł trochę osiadł - zauważył Kazik, lustrując kanadyjkę. Zostawił ją wieczorem na cumach na wodzie, a rano stała na trawie.
- Też to zauważyłem wczoraj, jak się kąpałem.
- Wiesz, Tomek, jak się nazywa miejscowość za wałem? Bożydar - zakomunikował Leszek, badający mapę.
- Mamy szczęście.

Stojąc na lekko zalanej trawiastej półce zapakowałem kajak na wodzie, tak, jak się należy. Kajak jak każdy statek powinien być ładowany na wodzie.

San wielkością dorównywał Wiśle. Niosła odtąd zauważalnie większą masę wody, ale po brzegach łatwo było poznać, że kulminacja już przeszła. Warstwa mułu na roślinach, siwą lamówką oddzielająca rzekę od zieleni, i wiszące na krzewach śmieci wskazywały, że niedawno było ponad metr wyżej.

Zawichost. Zatrzymaliśmy się przy promie, nieczynnym z powodu wysokiego stanu wody i udaliśmy na zakupy. Sklep znajdował się przy skwerze z pomnikiem bitwy stoczonej w 1205 roku przez Leszka Białego z Romanem Halickim, w której ten drugi poległ, podobnie jak poginęli przyparci do Wisły, dowodzeni przez niego Rusini. Kto pamięta, czemu walczyli, kto imiona tych władców z czymkolwiek kojarzy? Wczesnogotycki kościół franciszkanów, a w zasadzie klarysek, ich żeńskiej gałęzi, przed którym stoją dwie rzeźby mnichów, relikt dawnej świetności, był zamknięty na głucho. W opłotkach ktoś wyrywał zielsko.

Zawichost znany jest w Polsce z komunikatu hydrologicznego, podawanego codziennie w radio. Stan wody na wodowskazie wynosił 485. Niedawno sięgała prawie metr wyżej. Nic to w porównaniu z tym, co w Zawichoście bywało. Najwyższy stan bowiem to 794 cm; odnotowano go w 1997 roku. Gdyby nie wodowskaz, Zawichost byłby miasteczkiem całkiem zapomnianym.

Przez wiele lat Wisła do Zawichostu była rzeką graniczną. Granica na Wiśle powstała w 1772 roku wskutek pierwszego rozbioru Polski. Odtąd odcinek Wisły od Oświęcimia do Zawichostu dzielił zagarniętą przez Austrię Galicję od okrojonego państwa polskiego, a później zaboru rosyjskiego i terytorium Rzeczpospolitej Krakowskiej, dopóki ta istniała. Jedynie w latach od 1795 do 1809 było inaczej. W tym okresie wskutek trzeciego rozbioru również tereny położone na północ od Wisły weszły w skład Cesarstwa Austriackiego, ale był to z punktu widzenia trwałości nabytków terytorialnych tego państwa stan wysoce przejściowy. Wisła przestała być granicą na tym odcinku w 1918 roku; w czasie Dwudziestolecia jedynie w pobliżu ujścia miała charakter rzeki granicznej.

Wisła, jaką znamy, jest trwałym pomnikiem zaborów. Uregulowana na dawnym odcinku granicznym do Zawichostu, w biegu środkowym pozostała rzeką dziewiczą, dodatkowo jeszcze zdziczałą przez lata gospodarczych zaniedbań. Do chwili utraty autonomii w 1831 roku dbały o jej żeglowność władze Królestwa Kongresowego. Później zaborca rosyjski nie przykładał wagi do jej uspławnienia. Dlatego piętno regulacji widać wyraźnie dopiero w dawnym zaborze pruskim.

Skutkiem zaniedbań jest to, że środkowa Wisła i jej dolina są najcenniejszym z przyrodniczego punktu widzenia obszarem w Polsce. To ostatnia tak duża rzeka w Europie nie dotknięta na tak znacznym odcinku piętnem regulacji. Meandrująca w szerokim korycie, wlokąca piaszczyste przemiały, budująca ławice, przeradzające się w zakrzewione wikliną kępy, to znów niszcząca istniejące wyspy i podmywająca brzegi. Występująca wiosną na łąki i łęgi, zasilająca dawne swe koryta, tzw. wiśliska, świeżą wodą.

Na Mazowszu istniało przysłowie: "Wisełka jak Bóg, jednemu bierze a drugiemu daje". Taka jest wciąż środkowa część rzeki, zabierająca podczas powodzi niektórym gospodarzom łąki, by w innym miejscu dodać gruntu innym. Latem czasem tak płytka, że całą można przejść w bród. Ostoja ptactwa i wszelakiej innej zwierzyny.

Mimo wszystkich argumentów nie ma na Wiśle parku narodowego i pewnie nie będzie. Trzeba byłoby porzucić mrzonki o centralnej polskiej śródlądowej drodze wodnej i rojenia o energetyce wodnej. Czy warto zresztą chronić przyrodę, tworząc parki i rezerwaty? Czyż nie tworzy się ich głównie po to, by zachować dla przyszłych pokoleń, mierzonych zresztą perspektywą zaledwie kilku pokoleń naprzód, krajobraz znany współczesnym? W skali geologicznej są to wysiłki bez znaczenia. Nawet ludzie wymrą wszak tak jak dinozaury, zatem czy ważne jest to, że niektóre gatunki przetrwają dłużej lub krócej i że niektóre rzeki za sto lat będą przypominały rzeki dziko płynące? Może zatem lepiej nie oglądać się na rzeczy nieistotne i zmieniać oblicze ziemi, jak nam się podoba?

Ekolodzy postrzegają rzecz inaczej. Nie godzili się na budowę ośrodka narciarskiego na Połoninie Wetlińskiej, który byłby równoznaczny z unicestwieniem połoniny. Nie wyrażają zgody na rozbudowę wyciągów w rejonie Kasprowego Wierchu ani na poprowadzenie obwodnicy najkrótszą, a zatem najlogiczniejszą z punktu widzenia drogowca, drogą przez wąski pas mokradeł nad Rospudą. Takie działania oceniane z perspektywy bieżącej przez lokalne społeczności oznaczają szybki zysk, natychmiastowe rozwiązanie problemów. Oceniane z perspektywy stuleci prowadzą do nieodwracalnych zmian środowiskowych, a przyjęło się uważać, że przyroda jest dobrem ogólnonarodowym a nawet światowym, i z tego powodu człowiek powinien ją chronić, zwłaszcza przed sobą samym.

Rozdział XL

Łąka niczyja, wiślana

Jedliśmy na kajaku mirabelki zebrane przez Leszka w okolicy Tarnobrzega. Jedliśmy je na dziesiątki. To nowa kajakowa zabawa Michała. Dotąd zabawiał się wiosłem. Robił motorówkę, przesuwając szybko piórem płasko po wodzie, albo namiot. Namiot to wyższa szkoła jazdy. Trzeba odpowiednio zanurzyć pióro wiosła, tak, by woda przelewając się nad nim utworzyła półkolisty daszek.
- Dziewiąta będzie wypluwana! - oznajmiał Michał i wypluwał pestkę z donośnym: "Pru".
- Żegnaj, pesteczko! - dodawał.

Rzeka Wisła i białe kredowe urwiska.Przed Annopolem z prawej strony uchodzi do Wisły rzeka Sanna. Nie zauważyłem ujścia. Trudno było się go dopatrzeć wśród mrowia kanalików dzielących zalane wikliny. Wkrótce za ujściem Sanny - białe kredowe urwiska, pod nimi i nad nimi - las. To początek Małopolskiego Przełomu Wisły, którym rzeka rozdziela Wyżyny Kielecką i Lubelską . Kredowe brzegi towarzyszą odtąd rzece aż do mostu, a na ich wierzchołkach i w wąwozach stoją domy. Jeden z nich został zbudowany blisko Wisły. Obecnie między nią a fundamentem było ze dwa metry różnicy, ale w czasie niedawnego wezbrania tylko pół metra zabrakło, aby woda wlała się do wnętrza domu przez drzwi. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego ludzie budują się tak blisko od rzek i godzą się na to, by ich zalewały cyklicznie.

Pod Annopolem Kazik po raz pierwszy się topił. Wpełzł na czworakach pod wodę, ale go uratowali.
- Mam jeszcze zdjęcie z tego wydarzenia! - pochwalił się.

Kazik urodził się w pobliskim Kraśniku i mieszkał w nim do trzeciego roku życia, kiedy to wraz z rodzicami przeprowadził się do Włocławka. Z Wisłą wiążą się jego wodniackie początki. W czasie spływu na Welu przed kilku laty brat Kazika, Adam, wspominał, że wszystko zaczęło się od tego, jak na główce wiślanej Kazik wpadł z trylinki do rzeki. Łomem wyrywał łańcuch wraz z kołkiem z brzegu, by popłynąć na drugi brzeg, bez wioseł, ale z ciałem w roli żagla. To nieprawda, odpowiedział wówczas Kazik. Po raz pierwszy płynął przecież pod Annopolem łodzią do wybierania żwiru. Woda tak bulgotała w otworze w dnie, służącym do kopania żwiru, że wciąż to pamięta.

304 kilometr. Z lewej wysokie, zadrzewione zbocza, za nimi kościół z sygnaturką wyzierającą sponad koron drzew. Wisła pod zboczami szeroko rozlana.

Alinka miała dzień szybkiej Alinki. Dobrze jej się wiosłowało, Bartek też nie odpuszczał i uciekali wciąż do przodu. Michał nie rozumiał, że nie jesteśmy w stanie tak szybko płynąć, jak Bartek z Alinką i zaczął jęczeć:
- Mama, mama...

I płakać.

Moje tłumaczenia na nic się zdawały. Zdenerwowałem się tym jęczeniem, walnąłem go wiosłem i schlapałem. Miał teraz przynajmniej prawdziwy powód do płaczu.

Za Józefowem na 320 kilometrze znaleźliśmy z Bartkiem i Alinką niezłe miejsce pod sosnowym lasem. Najładniejszy biwak jak dotąd. W drewnianej budzie na skraju boru siedział człowiek.
- Nie wie pan, czyja to łąka?
- A niczyja. Wiślana...

Przed obiadem Michał rozdał wszystkim dzielnym kajakarzom papierowe medale, przygotowane poprzedniego dnia. Bartek ugotował obiad. Fasolka po bretońsku plus pulpety plus kasza plus przyprawy. Świetne żarcie!

Bartek to mistrz ostrego gotowania biwakowego. Nie lubię tylko jego jajówy. Miewa zachwiane proporcje. Przypomina bardziej kiełbasę z cebulą i jajkami a nie jajecznicę.

Wuja Marian je przygotowany przez Bartka obiadek.Michał napompował dla naszej rodziny jak codzień materace. Takie jest jego zadanie na spływie zgodnie z ustalonym przed wyjazdem podziałem ról. Gdy skończył, Marian zagadnął go:
- Michał, dlaczego wuja Marian nie ma napompowanego materaca?
- Bo się opierdala - odrzekł za Michała Bartek.
- Między nami chamami fajnie jest.
- Mógłbyś się trochę ruszyć, by ci dobrze zrobiło po obiedzie.
- Nic tak człeka nie upiększa, jak samara coraz większa.
- Z jednej strony: ptaszek lubi mieć daszek. Z drugiej: witaj brzusiu, żegnaj kusiu!

Udaliśmy się na spacer. Przez las pod górkę do szosy, a następnie między zabudowaniami wsi Kolczyn do Józefowa. W opłotkach tego drugiego spotkaliśmy rowerzystę.
- Dzień dobry. Nie wie pan, gdzie tu jest sklep?
- Jestem na plenerze, rozglądam się za tematem. Ale na rynku są liczne sklepy.

Miał rację chłop. Józefów okazał się tak gościnnym miejscem, że po powrocie musiałem po raz drugi z obozu na szosę wychodzić, bo ostatni z powracających nie potrafili odnaleźć właściwej drogi schodzącej do Wisły.

Rozdział XLI

My i Oni

Rzeka szepce, ocierając się falką o burtę.Rzeka przemawia. Najlepiej słychać ją rano, gdy jeszcze wszyscy śpią, lub w czasie płynięcia, gdy odłoży się wiosło i spływa z nurtem. Rzeka mówi, przedzierając się przez wikliny, przelewając ponad półtamkami, bulgocąc we wzbierających ku powierzchni bąblowatych grzybach wodnych i wirach. Rzeka szepce, ocierając się falką o burtę.

Zwijaliśmy obóz, gdy odwiedził nas miejscowy.
- Skąd jesteście?
- Z Włocławka. Też nad Wisłą - odpowiedział Marian.
- Gdzie to?
- Gdzie Popiełuszkę utopili.
- A, już wiem.
- A z czego Józefów sławny?
- Miasto Żydów.
- Włocławek też był kiedyś żydowski.
- A teraz? Kto rządzi Polską? Żydzi!
- Żydzi i masoni - podpowiedziałem.
- Prostego człowieka, gospodarza, Polaka, to zgnoją. Oni zawsze będą rządzili!
- zapalił się mężczyzna.

Żydzi pojawili się w Polsce już w średniowieczu, ale nie zasymilowali się, nie stali się po prostu Polakami, nie przeszli na katolicyzm i nie wyrzekli się swojej odrębności. Skupiali się z reguły w większych miastach, a w miasteczkach na wschodzie i południu, takich jak Tarnobrzeg czy Józefów, stanowili czasami gros mieszkańców. Byli mniejszością wewnętrznie bardzo zróżnicowaną, czy to w zakresie stanu majątkowego - większość zaliczała się do biedoty albo drobnych sklepikarzy i kupców oraz wykonujących wolne zawody prawników i lekarzy, niewielki odsetek stanowili majętni przemysłowcy - czy w zakresie poglądów politycznych - bywali wśród nich syjoniści, dążący do utworzenia własnego państwa w Palestynie, ortodoksi, socjaliści. Zawsze jednak pozostawali sobą. Dzięki temu przetrwali lata diaspory. Bywali dlatego nie lubiani, jak każdy, kto jest inny.

W domach konserwatywnych już w czasach Księstwa Warszawskiego twierdzono, że rządzą nim "Żydzi i masonia" i że "wszyscy ministrowie są spokrewnieni z Żydami i dlatego ich faworyzują". Hasłami antyżydowskimi szermowała endecja w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, podnosząc, że są oni wrogami państwa polskiego i służą interesom niemieckim. Co ciekawe, Adolf Stoecker, założyciel niemieckiej Chrześcijańsko-Społecznej Partii Robotniczej, uważał z kolei Żydów za wrogów państwa i narodu niemieckiego. "Z żydostwa pochodzą te podjudzające, podbechtujące, rewolucyjne siły, które z jednej strony przez kapitalizm, z drugiej - przez wywrotowość, chcą zniszczyć naród i to jest coś, czego żaden naród nie zniesie" - głosił. Antysemityzm był zjawiskiem w Europie powszechnym.

Pozostający pod wpływem endecji rząd Witosa w 1923 roku przyjął nawet wytyczne, dotyczące walki z żydowskim niebezpieczeństwem, powstałym w wyniku międzynarodowych powiązań tej mniejszości. Piłsudczycy, którzy objęli władzę w 1926 roku, kierowali się innymi zasadami. Ich program asymilacji państwowej zakładał, że państwo, stwarzając mniejszościom warunki do rozwoju kultury narodowej i dbając o poprawę położenia gospodarczego, miało budzić w przedstawicielach mniejszości, a więc i Żydach, poczucie odpowiedzialności za losy Rzeczpospolitej lub przynajmniej kształtować postawę lojalistyczną. Nie znaczy to, że antysemityzm w Polsce międzywojennej udało się zwalczyć. Nie stał się tylko elementem polityki państwa, jak stało się to w sąsiednich nazistowskich Niemczech. Znaczna część społeczeństwa ulegała jednak hasłom endecji, takim jak: "Dasz grosz żydowi, dasz broń wrogowi", które nawoływało do bojkotowania sklepów żydowskich. Wielu popierało antysemickie akcje bojówek endeckich i przyswajało treść takich ulotek, jak ta z 1938 roku, dotycząca robotniczego święta 1 maja:
"Robotniku!
Czy nie wstyd Ci stać w jednym szeregu z żydami? Czy nie pali Cię sumienie urządzać pochody, w których ramię w ramię z Tobą idą śmiertelni wrogowie Twoi i całego narodu polskiego - i ci z Bundu i ci z komuny?
Pamiętaj, że socjalizm jak i komunizm stworzył potomek rabinów - Karol Morduchaj Marks.
Pamiętaj, że socjal-komuną kierują żydzi i na jej czele stoją milionerzy żydowscy, jak Blum, Wanderwelde i inni (...).
Czy zdajesz sobie sprawę do czego to wszystko prowadzi? Czy zdajesz sobie sprawę, że kapitalizm w Polsce reprezentują niemal wyłącznie żydzi i walka z żydostwem jest równocześnie walką z kapitalizmem! Czy zdajesz sobie sprawę, że cztery miliony żydów w Polsce zabiera chleb i pracę milionowym rzeszom bezrobotnych Polaków.
I dokąd to jeszcze Polska będzie kolonią żydowską? - a robotnik polski jej żołnierzem?
Wszyscy Polacy stają do walki
z anarchią socjal-komunistyczną
przeciwko żydo-komunie
przeciwko szpiegostwu i zdradom
przeciwko świętu żydowskiemu, a jest nim 1 maja".

W małej tej ulotce pobrzmiewa wiele stereotypów i fobii nieobcych także współczesnym Polakom, mimo, że Żydów w Polsce prawie już nie ma. Zwłaszcza - nie ma Żydów w tradycyjnych chałatach, jarmułkach, z pejsami. Zniknęli z polskiego pejzażu, którego byli przedtem ważkim elementem. Zginęli w obozach koncentracyjnych, urządzonych przez Niemców, których to według twierdzeń endecji byli pomocnikami, a niedobitki wyemigrowały, zmuszone do tego w 1968 roku nagonką na "syjonistów", uprawianą przez władze komunistycznego państwa.

Indoktrynowani w taki sposób, ci z Polaków, którzy bardziej byli na propagandę podatni, gotowi byli nawet do popełnienia zbrodni. Wystarczyło poduszczenia Niemców czy komunistycznych władz, by je popełnili. Tak doszło do mordu w Jedwabnem w 1941 roku oraz do pogromu kieleckiego w roku 1946.

Antysemityzm w Polsce nie wygasł. Nawet po 1989 roku, gdy brakowało argumentów, przeciwnicy polityczni Bronisława Geremka i Tadeusza Mazowieckiego wytaczali ten najmocniejszy - że są oni Żydami.

Gdy mężczyzna odszedł, Leszek powiedział:
- Słabo dyskusję zawiązywaliście. Trzeba było jeszcze powiedzieć, że Polską rządzą też komuniści z Unii i agenci SB, i dyskusja byłaby bardziej zawzięta.
- Polak potrzebuje pana, który by nim rządził - odezwał się po chwili milczenia Marian.
- Tak sądzisz? - zdziwiłem się. - Najlepiej było nam za okupacji albo w czasie zaborów? - Nawet przedsiębiorców żadnych nie mieliśmy. Pokaż mi jakiegoś Polaka, który by coś osiągnął. No może jedyny Cegielski...

Marian zabił nam ćwieka. Rzeczywiście, zbyt wielu fabrykantów Polaków nie było. Przemysł na ziemiach polskich rozwijali głównie obcokrajowcy, zwłaszcza Niemcy i Żydzi. Rodzime mieszczaństwo było słabe, ponadto nacje te były jego znaczącą częścią, a ziemianie nie garnęli się jakoś do kapitalizmu, nie mówiąc o tym, że większość z nich nie miała środków na inwestycje. Ale uważanie, że Polacy rządzić się nie potrafią, tak trąciło doktryną pana Hitlera o nadludziach i podludziach, że nie nadawało się do zaakceptowania.

Poranny gość był typowym przedstawicielem tej grupy obywateli, którzy za utrwalony i niezmienny uznają porządek społeczny oparty na zasadzie: My i Oni. Obywatele i Władza. To dziedzictwo rozbiorów, tak, jak dzika Wisła poniżej Zawichostu.

Aparat władzy w Polsce przedrozbiorowej był tradycyjnie słaby, niesprawny, ale stabilny i trwały. Społeczeństwo nie zawsze było karne i zdyscyplinowane, wszak "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie", ale w sytuacjach kryzysowych potrafiło się zmobilizować. Nadto w świadomości społecznej istniała pewna formuła moralna. Uważano, że posłuszeństwo wobec władzy jest moralnie słuszne a niesforność społeczna zasługuje na potępienie.

W okresie zaborów władzę dawną zastąpiła władza nowa: silna, sprawna i wroga. Ponadto była to władza bez tradycji, ulegająca ciągłym zmianom. Zmieniały przebieg granice, zmieniały się porządki prawne, zwłaszcza na obszarze Polski centralnej. Były tu kolejno zabór pruski, Księstwo Warszawskie, Królestwo Kongresowe o coraz to malejącej odrębności. Ta częstość przemian kształtowała poczucie, że obca władza jest władzą nietrwałą. Coraz to nowa była struktura urzędów, w których obowiązywał obcy język, ponadto wrogi był stosunek funkcjonariuszy obcych państw do Polaków. Delegowani z dalekich prowincji, nie znający najczęściej języka polskiego, zapewne nie najlepszej klasy urzędnicy przybywali tu często z zamiarem wzbogacenia się sposobami, które byłyby nie do przyjęcia w rdzennym państwie zaborczym.

W kontaktach z taką władzą zmieniał się stosunek społeczeństwa do niej. Nie tylko uchylano się, jak dawniej, od wykonywania niewygodnych decyzji, ale - i to było nowe - miano to sobie za cnotę. Społeczne poparcie zyskiwał opór wobec władzy, przekupstwa nie uważano za rzecz niemoralną, ale za sposób wyjścia z trudnej sytuacji narzuconej przez wrogi aparat państwowy. Unikano współpracy z władzami i obchodzono ich zarządzenia.

Piętno zaborów istnieje do dziś. Nie zatarło go krótkie interludium niepodległej Polski międzywojennej, a utrwaliły czasy okupacji i Polski Ludowej.

Kompleksy polskie są jak Lenin. Wiecznie żywe.

Przejdź dalej

Copyright © Prywatne Okienko Wuja Mariana

Wybierz z listy: