Prywatne Okienko Wuja Mariana
Serdecznie witam na mojej witrynie

Wisłą w głąb Polski

Poprzednie rozdziały « Wisłą w głąb Polski » Rozdział XXIII » Rozdział XXIV » Rozdział XXV » Rozdział XXVI » Rozdział XXVII » Rozdział XXVIII » Rozdział XXIX » Kolejne rozdziały

Rozdział XXIII

Żegluga wiślana

We wczesnym średniowieczu Wisła stanowiła drogę wodną o ograniczonym znaczeniu. Transportowano nią głównie sól, zarówno w górę rzeki, importowaną przez Gdańsk, jak i w dół rzeki, z kopalni w Bochni i Wieliczce oraz z Rusi, z której do osad nadwiślańskich trafiała via Bug lub San. Później na statkach wiślanych pojawiła się miedź z kopalni położonych na terenach dzisiejszej Słowacji, a z roku 1242 pochodzi pierwsza wzmianka o przewozie zboża: wtedy to książę kujawski Kazimierz zakazał spławu zboża na teren państwa krzyżackiego. Większe znaczenie od Wisły aż do końca XIV wieku miały jednak równoleżnikowe szlaki lądowe, łączące zachodnią Europę z Węgrami, Rusią i państwami kalifatu arabskiego przez położoną na brzegu Morza Czarnego Kaffę, przebiegające przez południową Polskę. Dzięki nim rozwijały się takie miasta jak Kraków, Lwów i Jarosław.

Transport wiślany odbywał się początkowo na dłubankach. Przybijanie do kadłuba dłubanki klepek podwyższających burtę zwiększyło pojemność łodzi. Zaopatrzono je w X wieku oprócz pierwotnych wioseł w maszt i żagiel i w ten sposób powstały korabie - łodzie mogące przewozić do pięciu wozów soli. Obsługa tych stosunkowo dużych statków wpływała na kształtowanie się wiedzy żeglarskiej i zapoczątkowała wykształcanie się zawodu żeglarza. W miastach na Pomorzu powstały organizacje szyprów wiślanych, "weichselschipper", których opiekunką była święta Barbara. W 1375 roku doszło do kodyfikacji, w ramach państwa krzyżackiego, odrębnych dotąd dla każdego z miast statutów żeglarskich. W podobnym okresie w Krakowie spławnicy drewna, zwani włóczkami, otrzymali od Kazimierza Wielkiego przywilej, w którym określono ich nazwą "flosser". Uległa ona spolszczeniu, przekształcając się we "flisaka".

Późne średniowiecze było okresem, w którym w krajach środkowej Europy następował szybki wzrost gospodarczy. W tym samym czasie w urbanizujących się coraz silniej krajach Zachodu, zwłaszcza Niderlandach i Anglii, wzmagał się popyt na różne surowce i półprodukty, takie jak zboża, drewno, bydło, dziegieć, smoła, popiół, potaż, wosk, futra. Nadwyżki tych artykułów znajdowały się w Polsce, na Rusi czy na Litwie. Legło to u podstaw rozwinięcia wielkiej wymiany towarowej między wymienionymi regionami i gwałtownego rozwoju wiślanego handlu. O ile bowiem transportowanie towarów lekkich i małej objętości było opłacalne nawet drogą lądową, o tyle przewozom masówki, zwłaszcza zboża, drewna i półproduktów powstałych z jego przetworzenia, odpowiadała droga wodna. Była dwukrotnie tańsza od lądowej. Wisła, u ujścia której leżał znaczący port Gdańsk, była szczególnie predysponowana. Problemem były tylko ograniczenia narzucane przez Zakon Krzyżacki, który starał się przejąć zyski z rozwijającego się handlu. Swoboda dostępu do Bałtyku była jedną z przyczyn wojen polsko-krzyżackich. Wypowiadając wojnę w 1454 roku Kazimierz Jagiellończyk zarzucał Krzyżakom:
"Ludzi wszelkich, kupców i naszych poddanych, skądkolwiek z towarami swoimi i rzeczami płynących Wisłą z Kujaw czy skądinąd, napadacie, znieważacie i zatrzymujecie, i wszelkimi możliwymi sposobami i wymysłami gnębicie, jak na przykład nie tajne jest, lecz zupełnie dobrze pamiętne, nieprzebrzmiałe i podziwienia godne, że niewinnego człowieka, naszego kupca Witche Marziera niedawno uwięziliście i pozbawiliście życia z tego powodu, że na statkach, pokładając bezpieczną nadzieję w pokój wieczysty, przepływał z towarami Wisłą, w jedną i drugą stronę, z Nieszawy w kierunku Kujaw".

Pokój toruński z 1466 roku otworzył wiślaną drogę i zapoczątkował okres handlowej prosperity, trwającej prawie dwieście lat. Bogaciła się na niej szlachta, ale też mieszczanie z nadwiślańskich miast, takich jak Sandomierz, Kazimierz Dolny, Warszawa, Wyszogród, Płock, Włocławek, Nieszawa, Toruń, Grudziądz, a zwłaszcza Gdańsk. Większość polskiego eksportu na zachód Europy odbywała się przez to miasto - w XVI wieku ponad 80 procent oraz Elbląg, również połączony z zapleczem Wisłą - ponad 8 procent. Niewielkie w stosunku do tych dwóch portów znaczenie miały Ryga, Królewiec i Szczecin.

Najważniejszym towarem eksportowym były zboża: pszenica, żyto, w mniejszym stopniu jęczmień i groch, stanowiące ponad 3 wywozu przez port gdański. Wisłą dostarczano go do Gdańska rocznie w końcu XV wieku przeciętnie 4 000 - 8000 łasztów (1 łaszt to około 2,1 tony), ale ilości te gwałtownie rosły, by osiągnąć w miarę stały poziom około 70 000 łasztów. Rekordowy był rok 1618, w którym dostarczono do Gdańska Wisłą 101 171 łasztów zboża, czyli ponad 200 tysięcy ton. W miarę upływu czasu wzrastał też zasięg spławu. O ile początkowo do Gdańska zboże odstawiano głównie znad dolnej i środkowej Wisły, to od końca XVI wieku wywożono je też z Sandomierszczyzny oraz terenów nad górnymi biegami Narwi, Bugu i Sanu, a później nawet z Ukrainy, skąd dostarczane było do rzek podwodami nawet z odległości 350 kilometrów.

Załamanie się wywozu zboża nastąpiło w połowie XVII wieku. Przyczyną była konkurencja ze strony zboża angielskiego, ale i załamanie się gospodarki kraju, pustoszonego w czasie kolejnych wojen, od powstania Chmielnickiego począwszy. W roku 1674, roku spokojnym, w którym Rzeczpospolita nie prowadziła żadnej wojny, do Gdańska dostawiono zaledwie 16 198 łasztów zboża. Dopiero spokojniejsze czasy saskie spowodowały wzrost wywozu, do ponad 50 000 łasztów rocznie w początkach panowania Stanisława Augusta.

Towary przewożone w dół Wisły były mało zróżnicowane, były to głównie zboża i drewno, spławiane w tratwach. Z rzadka transportowano takie rzeczy, jak marmur z Pińczowa do Włocławka na potrzeby budowy renesansowej kaplicy Najświętszej Marii Panny przy katedrze. Większą rozmaitością charakteryzowały się towary przewożone w górę rzeki. Były to zarówno towary powszechnego użytku, jak śledzie, sól i piwo gdańskie, jak też towary luksusowe, kupowane przez zamożną szlachtę i magnaterię: zagraniczne sukna, wina (reńskie, francuskie, małmazja), zwierciadła, kryształy, artykuły kolonialne (oliwa, rodzynki, pieprz, oliwki, cynamon, ryż, kmin, cukier i inne). Zwłaszcza magnateria celowała w fantazji: Radziwiłłowie z Londynu w 1752 roku sprowadzili sobie nawet dwunastu Murzynów.

Modele statków wiślanych używanych do spławu w czasach jego największego rozwoju zobaczyć można w Muzeum Morskim w Gdańsku, w dawnym spichrzu nad Motławą, znajdującym się niemal na wprost Żurawia.

Największym z nich była szkuta, zwana też po prostu statkiem. Aby ją zbudować, trzeba było mieć odpowiednie umiejętności. Trzeba było być szkutnikiem. Do dziś nazwa ta oznacza człowieka, który potrafi budować statki. Poetycki opis budowy szkuty Sebastian Fabian Klonowic zawarł we "Flisie", będącym renesansowym kompendium wiedzy na temat spuszczania zboża Wisłą. Był to statek o ostrym dziobie z zakrzywioną ku górze "sztabą" i o prosto zakończonej rufie, o silnej konstrukcji złożonej z licznych wręg rozstawionych co stopę, do których przybite było dębowe lub sosnowe poszycie. Pośrodku szkuty wznosił się maszt z żaglem rejowym i flagą, z tyłu znajdowała się buda szypra i długie wiosło sterowe, rządzące szkutą "jako za rybą wodowładny ogon".

Szkuty były używane do przewozu zboża ale też wszelakich innych towarów. Podobnie rzecz się miała z dubasem, podobnym z kształtu do szkuty, tyle tylko, że mniejszym, statkiem wiosłowo-żaglowym.

Pozostałe statki rzeczne używane w tym okresie do transportu żagli nie miały, korzystały wyłącznie z napędu wiosłowego. Najpospolitszym z nich była komięga. Była ona statkiem nietrwałym. Po zbudowaniu ładowano na nią z reguły zboże i po dotarciu do portu morskiego i rozładunku była rozbierana i sprzedawana, na przykład na opał. Oprócz tego pełno było innych nazw statków; być może są one wynikiem regionalizmów i po kilka nazw odnosi się do jednego typu łodzi. Bywały zatem łyżwy, lichtugi, lichtaniki, komiężki, dubaski, kozy, byki, pobitki, kokoszki, jadwigi... W XVIII stuleciu pojawił się galar, nowy typ dużego statku. Za ojczyznę galara uchodzą Jarosław i Ulanów. Miał on kształt prostokąta o lekko zbiegających się dziobie i rufie. Do budy szyprowskiej umieszczanej z tyłu mocowana była "drygawka", czyli rodzaj steru.

Ładowność statków była zróżnicowana. Szkuty zabierały od 30 do 60 łasztów, komięgi i dubasy przeciętnie o połowę mniej.

Dla oceny ilości statków płynących w tym czasie Wisłą pomocne są zachowane rejestry komór celnych we Włocławku i w Fordonie. Wynika z nich, że pływało wówczas grubo powyżej 2000 statków rocznie. Do kierowania nimi potrzebne były wykwalifikowane kadry. Na obsługę typowego transportu rzecznego składali się wówczas kierownik spławu (szyper), personel techniczny (retmani, zajmujący się nawigacją, oraz sternicy) i flisacy, czyli odpowiednik szeregowych marynarzy. Ocenia się, że w połowie XVII wieku żyło w Polsce około 50 tysięcy "ludzi rzeki". O ile szyprowie, retmani i sternicy byli zwykle zrzeszeni w cechach, podobnie jak to się działo w stosunku do wszelkich innych zawodów miejskich, o tyle prości flisacy wywodzili się głównie z biedoty miejskiej i chłopów pańszczyźnianych.

Rozbiory Polski nie oznaczały końca żeglugi wiślanej. Rzeka została wprawdzie pocięta na trzy odcinki i przy przekraczaniu granic konieczne stało się opłacanie kolejnych ceł. Zwłaszcza wojny celne, do których co pewien czas dochodziło między zaborcami, były uciążliwe. Mimo to ilość zboża dowożonego Wisłą do Gdańska nie malała drastycznie. Pochodziło ono głównie z zaborów pruskiego i rosyjskiego (w latach 1824 - 1850 przeciętnie w stosunku 3 do 2); w 1850 roku do Gdańska dotarło go 47 551 łasztów. Korzystnie rozwijał się spław drewna i wełny, i tak było aż do czasów pojawienia się kolei. Wówczas dopiero poszczególne części dawnej Rzeczypospolitej zaczęły być wiązane coraz silniejszymi więzami gospodarczymi z odpowiednimi zaborczymi metropoliami. Jak bardzo na transport wpłynął rozwój kolejnictwa, obrazuje to, że w 1913 roku do Gdańska jedynie 21 procent towarów dotarło z lądowego zaplecza drogą wodną, resztę dowieziono koleją. Tonażowo przewozy na Wiśle odpowiadały jednak XVII-wiecznym latom świetności, a statków pływało więcej - około 1900 roku 6 000 statków rocznie i prawie 500 zespołów tratew.

Rewolucja przemysłowa z XIX wieku w przypadku żeglugi wiślanej oznaczała zmianę struktury przewozów i pojawienie się nowych środków transportowych. Przewożono coraz więcej węgla, koksu i cukru, coraz mniejsze znaczenie miały drewno i zboża. W początkach wieku głównymi statkami rzecznymi stały się galar i berlinka, wypierając dominujące uprzednio szkuty i komięgi. Później pojawiły się parowce.

Berlinka była statkiem żaglowym, krótszym i zwrotniejszym do szkuty, a dzięki pokładowi i wyższym burtom - bezpieczniejszym. Większe berlinki zwano wiślinkami, a mniejsze kanałówkami. Wyższe burty zapewniały większą nawet do dwóch razy w stosunku do szkuty ładowność. Mniej skomplikowane olinowanie sprawiało, że do obsługi berlinki wystarczały tylko trzy osoby . Wadą berlinki było to, że z powodu większego zanurzenia wymagała większych głębokości szlaku wodnego, zatem zasięg jej na nieuregulowanych odcinkach Wisły był ograniczony.

Nowymi typami statków były też gabary, żelazne barki zwane z tego powodu żeleźniakami, i podobne do barek cyle, zwane patelkami, oraz bajdaki.

Pojawienie się barek wiąże się z początkami żeglugi parowej na Wiśle. Już w 1828 roku drewniany holownik barek doszedł z Gdańska do Warszawy. Parowa żegluga towarowa i pasażerska rozwijać się zaczęła dwadzieścia lat później. Wtedy to powstała "Spółka Żeglugi Parowej na Rzekach Spławnych Królestwa". Działali w niej Andrzej hrabia Zamoyski, Edward Guibert, swe kapitały przekazał też warszawski przemysłowiec Leopold Kronenberg. Za nią powstawały kolejne przedsiębiorstwa, wśród nich Spółka Włocławska braci Ciechanowskich, mająca w latach 1881 - 1914 kilka parowców towarowo-pasażerskich na linii Włocławek - Płock. Dzięki parowcom można było dotrzeć z Warszawy do Gdańska w pięć dni. W latach osiemdziesiątych XIX wieku żegluga parowa zaczęła dominować w przewozach wiślanych. Wykształcił się podział na statki pasażerskie, które otrzymały wówczas swą charakterystyczną sylwetkę, i holowniki, przeznaczone do prowadzenia barek. Zapoczątkowana została wówczas regularna żegluga pasażerska.

W okresie II Rzeczpospolitej przewozy drogami śródlądowymi wciąż rosły, ale było to niewspółmierne do przewozów kolejowych. W 1938 roku przewozy drogami wodnymi stanowiły jedynie 1,3 procenta przewozów kolejowych; możliwości przewozowe kolei wynosiły 75 milionów ton, a rzecznej floty handlowej - 0,15 miliona ton. Polska flota rzeczna składała się wówczas z 46 statków motorowych, 127 parowych, 2621 bez napędu mechanicznego. Symboliczne było w takiej sytuacji nazwanie linii kolejowej ze Śląska do Gdyni, wybudowanej w 1934 roku, "Nową Wisłą". Kolej definitywnie przejęła rolę gospodarczą największej z polskich rzek.

Wodą przewożono głównie węgiel, drewno, zboża i cukier. Drewno wędrowało jak dotąd, tratwami, pozostałe towary transportowano na barkach, krypach, galarach i mniejszych łodziach. Drewniane galary, o ładowności do 40 ton, używane były na górnej Wiśle; masywniejszych kryp używano na Wiśle środkowej, zaś największe z nich, barki, o konstrukcji żelaznej lub żelazno-drewnianej i ładowności powyżej 100 ton, pływały od Warszawy w dół rzeki. Do ich holowania używano z reguły parowców boczno lub tylnokołowych.

Po II wojnie światowej Wisła utraciła prymat głównej drogi wodnej Polski na rzecz Odry. Ponad 80 procent przewozów rzecznych dokonywało się Odrą. Ruch statków na Wiśle był jednak nadal dość spory. Według danych z 1971 roku Wisłą do portów morskich przewiezionych zostało ponad 418 tysięcy ton. Wisła pozostała też szlakiem ważniejszym od Odry w zakresie przewozów pasażerskich.

Lata powojenne to czas triumfu motorowców. W okresie międzywojennym zaczynały one dopiero karierę a około 1960 roku stanowiły gros siły napędowej floty. Od tego roku zaczęła się też jakościowa zmiana w składzie polskiej floty rzecznej. Coraz mniej było holowników, coraz więcej pchaczy, bardziej użytecznych, i barek z własnym napędem.

W 1974 roku było w Polsce ponad 1600 statków rzecznych. W 2007 roku według danych Głównego Urzędu Statystycznego było ich 885, z czego 12 holowników, 221 pchaczy, 538 barek i 114 statki pasażerskie. Większość z nich w dorzeczu Odry. W tymże roku wodą po śródlądziu przewieziono około pół procenta ogółu przewiezionych towarów oraz jedną dziesiątą procenta pasażerów. W przewóz pasażerów wliczono jednak też statki służące do transportu przybrzeżnego. Mając to na uwadze oraz fakt, że średnia odległość pokonana przez pasażera statku wyniosła 22 km, zasadnie można stwierdzić, że śródlądowa żegluga pasażerska to niewiele więcej oprócz statków wycieczkowych.

Żeglugi śródlądowej na Wiśle prawie nie ma. Wykończyła ją konkurencja samochodowo-kolejowa, bo rzeka niezbyt się przecież zmieniła.

Rozdział XXIV

Słowo o Szreniawie

Minęliśmy flisPo wyprzedzeniu Flisu wyprzedziliśmy pontoniarzy, których poznaliśmy w Krakowie. Mieli żagielek i przy wietrze od tyłu sprawnie płynęli. W innych sytuacjach musieli poprzestawać na prędkości, jaką zapewniał im nurt rzeki.

Dachy za wałem z prawej strony to były Świniary. Przypomniał mi się znów obóz wędrowny z 1988 roku. Gdzieś tu siedząc na pniu drzewa z Konradem, synem Wuja Mariana w ciemności śpiewaliśmy różne piosenki, głównie ludowe. Pamiętam zwłaszcza piosenkę "Niedaleko od Krakowa..." Zapadły dziewczynom w pamięć nasze popisy, bo w kronice obozowej znalazł się zapis:
"A wieczorem nad Wisłą z Radka i Tomka folklorem trysło".

Idąc z autobusu do szkoły w Świniarach usłyszałem, że mam dziwne i smutne oczy. Jej pytanie - Dlaczego? - pamiętam do dzisiaj.

Ujście Raby do WisłyZa ujściem Raby, góralskiej rzeki, Wisła zaczęła coraz bardziej przypominać Wisłę znaną nam z Włocławka. Coraz częstsze były odłożone za ostrogami łachy piachu. Z lewej strony towarzyszyły nam malownicze, trawiaste, kilkudziesięciometrowe zbocza, u wierzchołka klifowe, podcięte erozją. Na brzegach pojawiły się pierwsze krowy i pierwsze wiatraki. Wprawdzie już nie te do mielenia zboża służące, ale do wytwarzania prądu, ale - wiatraki.

Zacumowane barki i drakar143 kilometr. Przy brzegu zacumowane barki, dwa pchacze i metalowa łódź stylizowana na drakkar wikingów, ale bez masztu, za to z maszynownią. Brzydka i niezbyt na miejscu wśród małopolskiego krajobrazu. Pchacze nosiły nazwy "Tyniec" i "Koszyce". Nazwa tego drugiego wywołała w nas odczucia podobne co drakkar, wszak Koszyce to miasto słowackie. Trwaliśmy w zadziwieniu, czemu tak nazwano polski statek, dopóki nie zerknąłem na mapę i nie dostrzegłem w pobliżu 143 kilometra miejscowości Koszyce.

Polskie Koszyce leżą nad Szreniawą, niedaleko jej ujścia do Wisły. Z trudem to ujście można zauważyć, to wąski ciek, rowem do Wisły wpadający. Niepozorna, jest jednak cenioną przez niektórych wędkarzy rzeczką pstrągową, a była "najbardziej poetyczną z barokowych rzek Polski". Swą wielką literacką karierę zawdzięczała powiązaniom z herbem Szreniawa. Przedstawiał on rzekę srebrną w kształcie odwróconej litery S, czasem z krzyżem na wierzchołku, w czerwonym polu.

Głównym obowiązkiem średniowiecznego rycerza wobec swojego władcy było wystawienie oddziału zbrojnego "według najlepszych możliwości" rycerza. Podstawową jednostką bojową w tym czasie były chorągwie rodowe i ziemskie. Pod Grunwaldem na 51 polskich chorągwi było 20 chorągwi ziemskich, w tym "wielka" chorągiew krakowska, skupiająca najwybitniejszych rycerzy, która "siłą i liczebnością przewyższała wszystkie inne", a jej znak z białym ukoronowanym orłem na czerwonym polu był zarazem czołowym znakiem Królestwa. Chorągwi rodowych było 26, wystawili je możnowładcy Królestwa i ważniejsze rody. Resztę stanowiły chorągwie eksterytorialne i zaciężne.

Chorągiew, pod którą oddział stawał do boju, miała godło ziemi lub wystawcy. Równie ważne było zawołanie, służące do zwoływania rycerzy. Były to krótkie słowa, związane na ogół z imieniem, przezwiskiem lub miejscem pochodzenia właściciela herbu. Dały one później nazwę poszczególnym herbom. Tak stało się też w przypadku Szreniawy. Rodzina Kmitów, która pierwotnie używała tego herbu, wywodziła się spod Koniuszy niedaleko Proszowic, znad rzeczki Szreniawy. Od Kmitów przejęły herb inne, powiązane z nimi rody.

W XVIII wieku najmożniejszym rodem pieczętującym się Szreniawą byli Lubomirscy. Posiadali oni w Małopolsce liczne posiadłości, dość wspomnieć Wiśnicz, Łańcut, Rzeszów. Ich klientami bywali też poeci, często odwołujący się do źródła rodowego klejnotu, stąd tak wielka popularność Szreniawy w ich tekstach.

Karol Mikołaj Juniewicz był jednym z nich. W panegiryku dedykowanym Zofii Czartoryskiej, wywodzącej się z Lubomirskich po kądzieli (a więc Szreniawitce!), dokonał przeobrażenia niewielkiej rzeczki w metaforyczny Ocean i "fluktem" tym płynącej, życzył adresatce ostatecznie królewskiego berła!

"Srzeniawę już nie rzekę Rzekę, lecz Ocean,
Polskich ozdób przyczynę Adoruje Pean.
To Dekor, to Honoru Punkt; w punkcie bez pary,
Jeden w swej kursie sławy, Bez tamy, bez miary.
Obszernością zabiera europejskie brzegi;
Bieży, lecz cnoty styrem Moderuje biegi. (...)
W tym Oceanie Fortun, Honorów i sławy
tonie pojętność ludzka I rozum ciekawy.(...)
Płyń do Portu drogiego, Nieśmiertelnej sławy,
Wdzięczna Nimfo, do Berła Płyń styrem Buławy!"

Karkołomny składniowo i konceptualnie jest tekst pana Juniewicza dla współczesnego czytelnika.

Do Szreniawy nawiązała też jedna z pierwszych poetek polskich, Elżbieta Drużbacka, pisząca w tym samym stuleciu. W jej tekście, bardziej przejrzystym, mniej pokomplikowanym znaczeniowo, można już dostrzec echa nadchodzącego racjonalizmu i Oświecenia. Niemniej wiersz jest barokowy, bo opiera się na koncepcie: oto ze Szreniawy - rzeki doskonałej - rodzi się kobieta - perła, jak Wenus z morskiej fali.

"O czysty elemencie wodny!
Niech w twych zwierciadłach każdy się przegląda,
Pozna sam siebie, jeżeli jest godny
Brać przykład z ciebie, mieć to, czego żąda.
Obaczy w tobie obraz niepochlebny
Kto piękny, szpetny, kto w cnocie chwalebny?
Aleć nie tylko ludzie ten gust mają
W pięknych kryształach zatapiać powieki,
Lecz skały, drzewa, karków nachylają
By dojrzeć mogły doskonałość rzeki,
W której się widząc ustrojone w hafty
Aż dotąd biorą przezwisko landszafty.
Droga Srzeniawo! Perłęś urodziła ..."

Perłą tą była Urszula Lubomirska, dobra znajoma poetki, pieczętująca się Szreniawą.

Szreniawa oglądana z Wisły wspaniałego opisu Drużbackiej nie przypominała.

Tuż za ujściem Szreniawy - most w Górce. Zaintrygowały nas dwie drewniane konstrukcje o nieznanym przeznaczeniu, jakby osłaniające słupy od lamp, tylko po co, i czemu tylko dwa, skoro lamp na moście było znacznie więcej? Za mostem na wale powodziowym stali dwaj policjanci. Zapytałem się ich, czemu służą tajemnicze konstrukcje na moście.
- Dla ozdoby - odrzekł jeden z nich. - Wiesz Tomek, jeden stopień inteligencji to cjant - powiedział po chwili Rafał. - A powiedz w takim razie, jak się nazywa jedna tysięczna inteligencji?

Krowa w czapcePrzy lewym brzegu przy stercie piachu stała barka i malutki pchacz "Koliber", z prawego odprowadzała nas wzrokiem krowa w czapce, tak to wyglądało. Co miała na łbie, nie wiem, ale zdaniem Rafała była to czapka!

Zatrzymaliśmy się na nocleg naprzeciw Przemykowa. Rafał rozpalił ognisko, spożyliśmy gulasz z makaronem i chwilę pośpiewaliśmy. Przyzwoity mieliśmy tego dnia przebieg - 47 kilometrów.

Rozdział XXV

Piłsudski w Opatowcu

Biwak w okolicach PrzemkowaPoranek zbudził nas skrzekami bażantów, wybijającymi się ponad jednostajny śpiew ptasi. Zza rzeki dobiegały odgłosy wsi: pianie kogutów, szczekanie psów, warkot samochodów i bicie dzwonów na jutrznię.

Podczas porannego spaceru kucnąłem w to, w co kuca się niemiło: wprost w świeżutką pokrzywę.

Doktor Prosalus w "Przewodniku dla nieświadomych małżonków", wydanym w 1929 roku "Czcionkami Drukarni Fr. Pilczek, dz. J. Jaszwili, Poznań", polecał ćwiczenie się pokrzywami jako jeden ze środków na "bezwład". "Lepiej jest kazać ćwiczyć się przy wyjściu z kąpieli i co większa, przez kobietę; wynik bywa daleko skuteczniejszy. (...) Uderza się daną część ciała bardzo szybko i w różnych kierunkach, dopóki nie nastąpi palące swędzenie. Gdy operacja jest dobrze wykonaną, erekcja członka następuje prawie zawsze; z początku jest ona wprawdzie przejściową, ażeby jej jednak nadać trwałość dłuższą, dość jest tylko powtarzać często tę operację."

Zakląłem szpetnie. Nie potrzebowałem jakoś w tym momencie leku na impotencję.

Opuszczając Przemyków, wypatrzyłem wśród drzew dach gotyckiego kościoła. Jak w tylu innych miejscach, i w nim nie byłem.

Wędrowaliśmy, rozmawiając.
- Wierci się w dnie buteleczki małą dziurkę, nalewa wody i zakręca. Przychodzi nowy i daje się ją nowemu. "Ty! Jak włożysz buteleczkę do lewej kieszeni spodni, to wkładając tam prawą rękę potrafisz ją odkręcić?", "Co, ja nie odkręcę?!" No i kręci, i jak tylko odkręci, to mu woda cała wylatuje przez dziurkę do nogawki - opowiadał Marian.
- Mieliśmy parę takich gadżecików na warsztacie, jak jakiś nowy przychodził.
- Lepiej mu tam było perfum nalać! Baba by mu potem dała!

Skarpy nad WisłąŻółte skarpy na lewym brzegu, na nich kościół wśród drzew o rzadkim jeszcze listowiu - to Opatowiec. Na wprost niego do Wisły uchodzi Dunajec, najpiękniejsza i najważniejsza dla kajakarza górska rzeka w Polsce. Międzynarodowy spływ Dunajcem to największa polska impreza kajakowa, a jej tradycje sięgają 1934 roku.

U wylotu jaru, którym biegnie do wsi wybita kamiennymi łbami droga, stoi pomnik PiłsudskiegoDobiliśmy przy promie, który pokonuje w tym miejscu obydwie rzeki, niemal równoważne wielkością, tuż poniżej ich połączenia. U wylotu jaru, którym biegnie do wsi wybita kamiennymi łbami droga, stoi pomnik Piłsudskiego. Brązowa, wąsami ozdobiona twarz Komendanta zwrócona jest w stronę wody.

Józef Piłsudski i nasze skromne osobyW 1914 roku Józef Piłsudski nie był jeszcze zmitologizowanym Marszałkiem na Kasztance, lecz jednym z tych wielu Polaków, którzy życie poświęcili dla sprawy odzyskania przez Polskę niepodległości. Gotów był porozumieć się z każdym, byleby ten cel został osiągnięty. W tym czasie na ziemiach polskich przeważały dwie orientacje polityczne: jedna, by do wojny stanąć u boku Rosji, druga, by z Rosją walczyć po stronie państw Trójprzymierza, zwłaszcza Austro-Węgier. Politycy tej opcji mieli nadzieje nawet na utworzenie państwa trialistycznego, którego trzecim członkiem byłaby właśnie Polska, utworzona z Galicji i zaboru rosyjskiego. Piłsudski był przedstawicielem tej drugiej opcji. Grę o Polskę zamierzał jednak rozegrać według własnych planów.

Piłsudski założył, że po wybuchu wojny wojska rosyjskie wycofają się z trudnych do obrony ziem na zachód od Wisły. W wytworzoną w ten sposób pustkę wkroczą oddziały polskie jako forpoczta armii austriackiej i wywołają powszechne powstanie.

W sferze jego wpływów pozostawały galicyjskie paramilitarne organizacje: Związki Strzeleckie i Polskie Drużyny Strzeleckie. W lipcu 1914 roku Piłsudski zarządził ich mobilizację, wyznaczając jako jej miejsce krakowskie Oleandry, czyli budynki dawnej wystawy przemysłowej. Stawiło się to około 3000 ochotników. W czasie zbiórki w dniu 3 sierpnia miały miejsce narodziny legendy. "Odtąd nie ma strzelców, ani drużyniaków. Wszyscy, co tu jesteście zebrani, jesteście żołnierzami polskimi. Znoszę wszelkie odznaki specjalnych grup. Jedynym waszym znakiem jest odtąd orzeł biały". Po takim przemówieniu Piłsudski wywołał imiennie 98 strzelców i 74 drużyniaków i zestawił pierwszą kompanię kadrową. Trzy dni później kompania wkroczyła na tereny zaboru rosyjskiego. W ślad za nią podążyły kolejne.

Mrzonka powstańcza Piłsudskiego skończyła się na niczym. Wkraczających strzelców ludność kielecczyzny powitała nieufnie i bez entuzjazmu. Do powstania nikt nie kwapił się. Argumenty Piłsudskiego okazały się mało przekonujące. Nie stały za nimi żadne wyraźne deklaracje pruskie czy austriackie dotyczące przyszłości Polski. Nie były one bardziej nośne od odezwy wydanej przez głównodowodzącego wojsk carskich, Mikołaja Mikołajewicza, który powołał się na zwycięstwo grunwaldzkie i obiecał odrodzenie po zwycięskiej wojnie Polski pod berłem cara. Toczyła się gra na słowa i nikt poza Piłsudskim i jego podkomendnymi nie wierzył w skuteczność niepodległościowego, romantycznego czynu.

Wspomnieniem tych niełatwych chwil konfrontacji marzeń z postawą ludności są słowa powstałej później w środowisku legionowym pieśni "Marsz Pierwszej Brygady":
"Krzyczeli, żeśmy stumanieni,
Nie wierząc nam że chcieć - to móc!
Laliśmy krew osamotnieni
A z nami był nasz drogi Wódz!"

Dowództwo austriackie, widząc nierealność śmiałych zamierzeń, zażądało rozwiązania oddziałów polskich lub wcielenia ich w szeregi austriackiego pospolitego ruszenia. Zapobiegły temu działania galicyjskich polityków, zwłaszcza - Juliusza Leo, prezesa Koła Polskiego w wiedeńskim parlamencie. Doprowadziły one do wyrażenia zgody przez władze austriackie na utworzenie ochotniczych formacji wojskowych przy armii austriackiej, nazwanych wkrótce Legionami Polskimi. Akces do nich zgłosił ze swymi strzelcami również Józef Piłsudski i we wrześniu był już dowódcą 1 pułku piechoty Legionów, który po wycofaniu się z Kielc w obliczu ofensywy rosyjskiej znalazł się na prawym brzegu Wisły w okolicach Szczucina.

Polski pułk otrzymał zadanie osłony zachodniego skrzydła pobitej pod Lublinem i cofającej się 1 Armii austro-węgierskiej. Zgodnie z rozkazem Polacy mieli aktywnie bronić dwudziestokilometrowego odcinka Wisły poniżej ujścia Dunajca. Piłsudski za podstawę tej operacji upatrzył Nowy Korczyn, leżący na lewym brzegu Nidy, blisko ujścia tej rzeki do Wisły. Miasteczko to obsadziły dwa bataliony, zaś reszta piechoty stanęła na prawym brzegu Wisły, za wyjątkiem jednej kompanii IV batalionu Tadeusza Wyrwy-Furgalskiego, wysuniętej na przyczółek do Opatowca. Kawaleria Władysława Beliny-Prażmowskiego patrolowała dolny bieg Nidy.

Starcie, które przeszło do historii jako bój pod Nowym Korczynem, zapoczątkowała potyczka z Rosjanami na przedpolach Nowego Korczyna, którą stoczył batalion Edwarda Rydza-Śmigłego po południu 19 września. Rosjanie odstąpili; komendant Piłsudski, dążąc do ich zaskoczenia nocnym atakiem, zarządził przerzucenie kolejnego batalionu z Kozłowa na lewy brzeg Wisły. Przeprawa została dokonana mimo gwałtownej burzy, lecz uderzenie trafiło w próżnię. Natrafiono tyko na słabe patrole Rosjan. Siły wroga nadciągnęły później i były już znacznie silniejsze od polskich. Niewielkie promy, mogące zabierać jedynie do czterdziestu ludzi naraz, kursujące co trzy kwadranse, nie umożliwiały sprawnego przerzucenia żołnierzy na bezpieczniejszy, prawy brzeg Wisły. Większość polskich oddziałów wycofała się w stronę Opatowca. 23 września doszło do kolejnego ataku rosyjskiego. Rosjanie byli blisko odcięcia i zniszczenia jednego z polskich batalionów, broniącego się w Winiarach, ale kontratak prowadzony przez Michała Żymierskiego doprowadził do przywrócenia zagrożonej komunikacji. Zapowiedź poprawy sytuacji niosła decyzja austriackiego głównodowodzącego von Dankla, który zamierzał wybudować na Wiśle dwa mosty pontonowe i przerzucić na jej prawy brzeg silną grupę wojsk. Dla osłony przyczółka w Opatowcu zgromadzone zostały wszystkie siły legionowego pułku, pod bezpośrednim dowództwem Kazimierza Sosnkowskiego. Zaledwie to się stało, nastąpił gwałtowny przybór Wisły. Opatowiec nieomal stał się przez to pułapką bez wyjścia. Rzeka porwała jeden z dwóch promów; pozostały nie wystarczał ani na sprawną ewakuację, ani na dowóz wsparcia. Szczęśliwie dla Polaków Rosjanie nie wykorzystali szansy, zanim przybył transport austriackich pontonów, które przewiozły legionistów na prawy, bezpieczny brzeg Wisły.

Pomnik w Opatowcu poświęcony jest opisanym wydarzeniom. Czy ich bohater mógł wówczas przewidywać, mimo wrodzonego talentu do autokreacji, kim stanie się dla wielu Polaków? Czy mógł przewidzieć, ilu zawiłych wyborów przyjdzie mu dokonać, zanim 10 listopada 1918 roku przybędzie do Warszawy z magdeburskiego więzienia, by stać się niekwestionowanym przywódcą odrodzonego państwa? Po wygranej wojnie 1920 roku Piłsudski stał się - przynajmniej wśród części ludu - równy mitologicznym herosom, którym na polu bitwy pomagali bogowie. Babcia opowiadała mi, że widziała w sierpniu 1920 roku obraz Matki Boskiej Częstochowskiej kroczący po niebie za Wisłę. "Cud nad Wisłą" był dla takich osób jak ona prawdziwym cudem.

Zamach stanu dokonany w maju 1926 roku przez Piłsudskiego i późniejsze wydarzenia, które można określić najprościej jako tworzenie "Polski sanacyjnej" sprawiły, że wiele osób znalazło się do Marszałka w opozycji. Wielu jednak jego działania popierało, ufając w mądrość wodza. Mamert Stankiewicz, jeden z ludzi morza współtworzących polską żeglugę, pierwszy dowódca zwodowanego jeszcze za życia Piłsudskiego statku pasażerskiego, nazwanego jego nazwiskiem, takimi słowami wspominał wizytę córki Marszałka na statku:

"Byłem wzruszony i bardzo chciałem wszystko pokazać najlepiej i wszystko wytłumaczyć, żeby wiedziała, w jak wielkie dzieło może się przekształcić wola i rozkaz człowieka wielkiego - jej ojca. Przegląd skończyliśmy w hallu przy salonie głównym, gdzie zatrzymaliśmy się przed portretem wodza".

Polska lat trzydziestych oparta była bardziej na micie niż na prawdzie, micie sankcjonowanym prawnie. Zgodnie z ustawą o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego osoba uwłaczająca jego czci miała podlegać karze więzienia do lat pięciu. Opozycja była gnębiona w sposób zgoła niedemokratyczny, aż częściowo musiała z kraju uciekać. Dość wspomnieć, że w gronie osób zebranych na uchodźstwie w szwajcarskim Morges, żądających przywrócenia demokracji w Polsce, znalazły się takie osobistości jak Ignacy Paderewski, Władysław Sikorski, Józef Haller czy Wojciech Korfanty. Bereza Kartuska, cenzura, szykanowanie przeciwników - to wszystko złożyło się na "rachunki krzywd", przywołane przez Władysława Broniewskiego w obliczu niemieckiej agresji. Mimo to była to Polska, której, jako wspólnego dobra, należało bronić. "Bagnet na broń!"

Wiersz Broniewskiego powstał w czasie, gdy "Wskrzesiciela Niepodległości" już nie było. Piłsudski zmarł w 1935 roku i w życiu narodu była to bardzo ważna chwila. Jego pogrzeb oceniany jest jako największe wydarzenie tego typu w historii Polski aż do czasu pogrzebu Jana Pawła II. Nie było już dane Marszałkowi ocalić Polski przed wrześniową klęską.

W latach II wojny światowej nie wspominano go ze szczególnym sentymentem, oskarżając piłsudczyków o nie należyte przygotowanie kraju do wojny. Paradoksalnie, mit Marszałka odrodził się w Polsce Ludowej, gdy pozostawał w opozycji dla oficjalnej interpretacji historii, i wybuchł po 1989 roku. Wiele szkół i ulic otrzymało imię Piłsudskiego. Powstało wiele pomników, jak ten w Opatowcu. Marszałek stał się ponownie postacią z brązu, której nie godzi się kalać.

Rozdział XXVI

Polskie święto narodowe

Śmieci w kajaku też się wozi.Do śmietnika przy promie wyrzuciliśmy śmieci. Dużo ich wyprodukowaliśmy od Niepołomic. Na "Rączym Kaczorze" Mariana prawie nie było widać zza torby ze śmieciami wsadzonej pod siatkę pokładową na dziobie.
- Ahoj tam, na ORP "Alu"! - witał dopływający kajak Rafał. Sporą część śmieci stanowiły zgniecione puszki po piwie.
- ORP "Alu" zwany też "Latającym Śmieciem" - dodał po chwili zastanowienia.

Kościół w Opatowcu.Brukowaną drogą, mijając drewniany domek, obwieszony ukwieconymi donicami, otulony bujną zielenią, weszliśmy na rynek Opatowca. Mieszkańcy wsi zbierali się w kościele. Był trzeci maja, święto Matki Bożej Królowej Polski, zarazem rocznica uchwalenia Konstytucji 1791 roku. Organista brał właśnie pierwsze akordy pieśni: "Z dawna Polski tyś Królową, Maryjo..." Ze wzruszenia łzy zakręciły się w oczach.

W katedrze lwowskiej 1 kwietnia 1656 roku król Jan Kazimierz ogłosił Matkę Boską Królową Polski. Było to wkrótce po tym, jak Szwedom nie udało się opanować klasztoru jasnogórskiego, w czasie, gdy odmieniały się losy "potopu" i języczek u wagi przechylać się zaczynał na polską stronę. Teatralny gest Jana Kazimierza, dobrze osadzony w doktrynie kontrreformacji, wskazuje się jako kluczowy moment dla traktowania katolicyzmu jako wyznacznika tożsamości narodowej, "przeświadczenia, że niekatolik z jakiegoś powodu nie zasługuje na miano prawdziwego Polaka". Czyją bowiem Matka Boska miała być Królową? Czy również luteranów, zamieszkujących wówczas miasta Pomorza, czy kalwinów i arian, którymi było wielu spośród szlachty, czy prawosławnych, zamieszkujących wschodnie kresy państwa, czy wreszcie może Żydów? Stereotypowe utożsamianie Polaka i katolika jeszcze do niedawna było przecież nieprawdziwe.

"O Ty, której obraz widać w każdej polskiej chacie
I w kościele, i w sklepiku, i w pysznej komnacie,
W ręku tego, co umiera, nad kołyską dzieci,
I przed którą dniem i nocą wciąż się światło świeci.
Która perły masz od królów, złoto od rycerzy,
W którą wierzy nawet taki, który w nic nie wierzy,
Która widzisz z nas każdego cudnymi oczami,
Matko Boska Częstochowska, zmiłuj się nad nami!"

Norman Davies, angielski historyk powiązany z Polską, wywodzi z tego tekstu Jana Lechonia, że najbardziej mistyczny, katolicki symbol Polski oderwał się w pewnym sensie od swych korzeni i utożsamiać się z nim mogą nawet ateiści, którzy w nic nie wierzą. Może i ma rację. "Bogurodzicy", najstarszej polskiej bojowej pieśni, nie śpiewali przecież tylko katolicy, a katolicyzm Mickiewicza był raczej wątpliwy w kontekście jego związków z Towiańskim i obrazoburczą dla katolicyzmu koncepcją Polski jako Chrystusa narodów. W inwokacji do "Pana Tadeusza" Maryja występuje jednak niewątpliwie jako patronka Polski i opiekunka narratora epopei, która przywróciła go cudem do zdrowia.

Trzeci maja jest świętem kościelnym i zarazem świętem narodowym jako dzień, w którym została uchwalona pierwsza polska konstytucja, będąca zarazem druga na świecie po amerykańskiej. Miał to być początek reformy państwa, które dotąd w swym ustroju podobne było monarchii angielskiej, ale znacznie mniej wydolne. Początek reformy nie znalazł kontynuacji, przeciwnie, spowodował kontrakcję mocarstw ościennych, która doprowadziła państwo do rozbiorowej przepaści. Cztery lata później Rzeczpospolitej już nie było.

Twierdzi się, że Polacy nie potrafią się cieszyć. Świadczą o tym ich święta narodowe. Oficjalnie w kalendarzu funkcjonują tylko dwa takie święta i obydwa na pierwszy rzut oka upamiętniają radosne chwile. Trzeci maja - udaną próbę reformy, jedenasty listopada - rozbrojenie Niemców w Warszawie, utożsamiane z odzyskaniem niepodległości po latach rozbiorów. Obydwa święta nie sprzyjają jednak beztroskiej radości. Na pierwszym kładzie się cieniem Targowica i przegrana wojna w obronie majowej konstytucji. Hucznemu obchodzeniu drugiego nie sprzyja pora - listopad, najbardziej ponury miesiąc w roku.

Są też święta nie wpisane do kalendarza. Co roku wiele mówi się o rocznicy wybuchu powstania warszawskiego czy początku wojny obronnej z 1939 roku, chwilach szczególnie tragicznych dla narodu. Postrzeganie historii Polski przez pryzmat martyrologii, które pojawiło się stosunkowo niedawno, jeśli rzecz oceniać z perspektywy dziejów, bo w okresie romantyzmu, zakorzeniło się na dobre w świadomości organizatorów narodowych obchodów, jakimi są politycy. Takie daty, jak rocznice bitwy grunwaldzkiej, odsieczy wiedeńskiej, bitwy warszawskiej 1920 roku czy obrad Okrągłego Stołu umykają ich uwadze. Nic dziwnego, że naród rocznicami nie jest zbytnio zainteresowany. Któż lubuje się we wspominaniu smutnych chwil...

Niedawno w Rosji ustanowione zostało nowe święto, upamiętniające wyparcie Polaków z Kremla w 1612 roku. Zdarzenie to jest jednym z elementów patriotycznego mitu Rosjan. Oto cały naród zjednoczył się w zbożnym dziele wyzwolenia pod wodzą księcia Dymitra Pożarskiego i kupca Kuźmy Minina, by po usunięciu "Lachów i Litwy" wybrać nowego cara. Prawda była taka, że obóz rosyjski nie był jednolity. Niektórzy dowództwo kniazia Pożarskiego uznawali tylko wówczas, gdy było to im na rękę. Wzajemne waśnie dały znać o sobie choćby podczas kapitulacji polskiego garnizonu, gdy oddziały Pożarskiego musiały stawać zbrojnie przeciwko Kozakom, a niektóre pułki rosyjskie nie dochowały warunków kapitulacji i zajęły się mordowaniem jeńców. Mający korzenie w prawdziwych wydarzeniach, mit zyskał jednak własny byt.

Podobnie bywało i w polskiej historii. Dość wspomnieć udział chłopskiej piechoty w bitwie pod Grunwaldem, potrzebny dla uzasadnienia tezy, że tylko wysiłkiem całego narodu (a jak chciała propaganda rosyjska i radziecka - całej Słowiańszczyzny) można będzie sobie poradzić z odwiecznym germańskim wrogiem. Obecnie historycy negują udział piechoty w bitwie grunwaldzkiej, tak samo jak to, że odbyła się ona na terenie odpowiednio przygotowanym przez Krzyżaków - porytym "wilczymi dołami". Bitwa pod Grunwaldem była bowiem bojem spotkaniowym, w którym żadna ze stron nie miała czasu na przygotowanie opisywanych przez Sienkiewicza zasadzek.

Zarówno oswobodzenie Moskwy jak i grunwaldzka bitwa są przykładami na to, jak zdarzenia urastają do rangi symbolu, który zyskuje w świadomości narodowej przewagę nad prawdą historyczną. O ile jednak w Rosji symbol służy umacnianiu poczucia narodowej wspólnoty, o tyle w obecnych polskich świętach narodowych takiego elementu łączącego się nie akcentuje. Konstytucji 3 maja wypomina się, że wprowadzono ją chyłkiem, a jej konsekwencją była Targowica. Z kolei odzyskanie niepodległości w 1918 roku nie było skutkiem wysiłku narodu, ale wynikiem szczęśliwego zbiegu okoliczności.

Łatwo wskazywać, że nowe rosyjskie święto państwowe ujawnia ukryty kompleks rosyjskich elit wobec Polski, której król jako jedyny obcy władca w historii był o krok od objęcia realnej władzy na Kremlu. Jeśli rzecz dogłębniej przemyśleć, takie błyskotliwe stwierdzenia stanowią dowód megalomanii, która jest chorobą, na którą często zapadają Polacy. A choroby, jak powszechnie wiadomo, należy leczyć.

Wsiadaliśmy do łódek po powrocie ze wsi, gdy promowy spytał się nas, skąd płyniemy.
- Z Goczałkowic.
- A dokąd?
- Do Gdańska.
Ów Gdańsk otwierał nam wszystkie serca na trasie.
- Czego wam życzyć?
- Stopy wody pod kilem.
- Eee, wam to zawsze wody starczy...

Rozdział XXVII

Wszyscy Polacy to jedna rodzina

Za Opatowcem na wysokim lewym brzegu zwróciliśmy z Rafałem uwagę na dwa ciekawe architektonicznie domy: jeden z niewysoką wieżyczką, w zasadzie wyższą o piętro częścią, drugi z biegnącym dookoła zewnętrznym gankiem.
- Ładny widok musi być z nich na Wisłę.

Ucięliśmy pogawędkę o budowaniu domów i o tych, którzy tym się zajmują zawodowo: o fachowcach.

Fachowiec jest to odrębny podgatunek człowieka. Przychodzi taki do ciebie na robotę i zaczyna zawsze rozmowę od pytania: "Kto to panu robił?!" Zawsze poprzednik fachowca pracę swą wykonał źle. Tynkarz zauważa, że ściany nie trzymają pionu, kafelkarz - że tynk położony jest nierówno i w zasadzie trzeba byłoby go jeszcze raz położyć, hydraulik - że rury w ścianach tak położono, że nijak zlewu do nich się nie da podłączyć. A potem jakoś udaje się im wykonać swoją pracę. Z akcentem na "jakoś".
- W zasadzie mógłbym ci, Rafał, polecić tylko dwóch ze wszystkich, z którymi zetknąłem się podczas budowy domu. Malarza i Pawła, który robił mi meble do kuchni i trochę do pokoi. Nawet górale mnie zawiedli, choć początkowo miałem o nich dobre
- Górale?!
- Robili u mnie kominek dwaj kaflarze z Pienin. Ładnie im to wyszło. Dopiero jak wyjechali, Paweł opowiedział mi o tym, jak zakładali kratkę wentylacyjną. Jakoś tak byle jak. Jeden z nich stwierdził: Może wylecieć, może się trzymać. Paweł na to: A co będzie, jak wyleci? Ale nas już nie będzie.
- I co?
- Paweł powiedział im, ze mam przecież ich numer telefonu, poza tym mogę zadzwonić do szefa. No i zrobili jeszcze raz, tym razem porządnie.
- Dobre!
- Paweł uważa, że nie ma szybkich i dobrych fachowców. Są tylko albo szybcy, albo dobrzy. Prezes miał takiego kolegę ze szkoły, który został budowlańcem. Kolega ten mawiał, że jeśli komuś źle życzysz, namów go, żeby się budował. Miał trochę racji!

Przed promem w Nowym Korczynie stały barki wyładowane żwirem.
- Pamiętam, podobne cumowały u ujścia Zgłowiączki - rzekł Kaziu.
- Pracowali na nich chłopy żylaste jak Marian, ale silne! Z pychami chodzili po burtach, z reguły czterech na barce ich było, chodzili po dwóch i pchali. Czerpali piach wiadrami z dziurawym dnem, na tykach były umocowane. Wysypywali go na dno barki, a woda przez dziurę uciekała do Wisły. W skansenie w Złotorii jest taka piaskarka, ale wydaje mi się, że ma za wysoką wolną burtę. Wiadra z piachem by na taką burtę nie wciągnął. To była ciężka robota.

Zygmunt Gloger płynąc Wisłą w 1899 roku tak postrzegał poławianie żwiru:
"Kilkanaście długich łodzi, na przestrzeni może tysiąca kroków, stało sznurem na kotwicach w kierunku głębi wiślanej. W każdej łodzi, skierowanej wzdłuż nurtu rzeki, znajdowało się pracujących trzech lub czterech silnych ludzi uzbrojonych w długie i grube drągi. Na końcu każdego ich drąga przykuty był silny żelazny czerpak w rodzaju koszyka. Pracownicy zanurzali drągi pionowo, czerpakiem do dna, i dosięgnąwszy na dnie warstwy żwiru na głębokości paru sążni pod wodą, oparłszy drąg o burtę łodzi, naginając silnie jego wierzchołek ku sobie, nagarniali tym sposobem pewną ilość żwiru w czerpak, poczem drąg wyciągnąwszy, żwir wysypywali do łodzi. Była to robota ciężka, bo bez bardzo silnego naciskania na koszyk, żwir nie czerpał się do takowego".

Za drzewami przy promie widać dach kościoła franciszkanów w Nowym Korczynie. Ma on piękne, uduchowione wnętrze; ciepłe w barwach iluzjonistyczne malowidła na sklepieniu pozwalają myślom przenikać w stronę dobrotliwego Boga. Kościół ten, fara, ruiny synagogi i parę starych domów to pozostałości po minionych latach świetności, gdy miejscowość zwała się Nowym Miastem Korczynem. Władysław Jagiełło najczęściej właśnie tu przebywał, gdyż za Wawelem nie przepadał. Tu zbierała się szlachta na sejmikach generalnych Małopolski, tu miała swe przystanie, tzw. pale.

Pogoda nie zachęcała do spaceru i śledzenia śladów przeszłości. Było zimno i pochmurno. Zatrzymaliśmy się na plaży na jedzenie, poprostowaliśmy chwilę kręgosłupy i umknęliśmy do ciepłych łódek. Burty zapewniały pewną osłonę przed ziębiącym wiatrem, chociaż tylko nogom.

Coraz częstsze były mielizny. Rzeka była wprawdzie głęboka, szybko niosła (tak jest - im głębsza, tym szybciej płynie!; drugim czynnikiem wpływającym na szybkość rzeki jest jej spadek), ale uważnie trzeba było pilnować się nurtu. To już nie był odcinek uregulowany, taki, jak za Przewozem. Zmieniły się też znaki nawigacyjne. Żółte krzyże i kwadraty o czerwonych i zielonych obrzeżach ustąpiły miejsca okorowanym tykom i wiechom. Dotąd prawą stronę szlaku wyznaczały czerwone kwadraty ustawione poziomo, a krzyże pełniły rolę nabieżników przy przechodzeniu szlaku na prawą stronę rzeki. Lewą stronę wyznaczały zielone kwadraty ustawione ukośnie; ukośne krzyże wskazywały kierunek przejścia na lewy brzeg. Od ujścia Dunajca oznakowanie szlaku zmieniło się na tradycyjne, takie, jak przed wiekami. Wyznaczać go zaczęły powbijane w dno, czasem w brzeg lub w wyspę, tyki. Te z osadzonymi na nich wiechami, przypominającymi miotły, to prawa strona szlaku; te okorowane - lewa. Od wbijania tych tyk pochodzi sformułowanie "wytyczać drogę".

Dowcipkowaliśmy.
- Znasz bajkę o morzu, panterze i mieliźnie? A może pan tera mnie liźnie?
- A o śledziu i pieprzu? Kaziu mi opowiedział na Warcie. Śledź swoją, pieprz cudze.
- A o tacie i ananasie? Tata położył się na kanapie a na nas wypiął dupę.
- Znam inaczej. Tata podniósł kołdrę, na nas buchnął smród.

Po sześciu kilometrach od promu ujrzeliśmy ujście Nidy. Od promu do kościoła franciszkanów w Nowym Korczynie, który leży za Nidą, jest zaledwie kilometr. Z górą sześć kilometrów obie rzeki płyną równolegle do siebie, zanim się połączą.

Ujście Nidy.Przy ujściu Nidy, na lewym brzegu Wisły, znajduje się wieś Grotniki. W pierwszych dniach maja 1439 roku na jej polach rozegrała się bitwa, rozstrzygająca wojnę domową między wojskami Zbigniewa Oleśnickiego, biskupa krakowskiego, sprawującego faktyczną regencję przy małoletnim królu Władysławie, a siłami skonfederowanej opozycyjnej szlachty, którymi dowodził Spytko z Melsztyna. Był on jednym z tych, którzy poprzednio oponowali koronacji nowego króla po śmierci ojca bez uprzedniej elekcji. Był też sympatykiem husytyzmu, ale w takim sensie, że popierał dążenia Czechów do powołania jednego z synów Jagiełły na króla i ich walkę antyhabsburską. Nie dążył do wprowadzania idei husytyzmu w życie na terenie Polski. Podobny pragmatyczny był stosunek do husytów poprzedniego króla, Władysława Jagiełły. Neofity, codziennie wysłuchującego rano co najmniej dwóch mszy świętych i nie pijającego piwa ani syconych miodów, a jedynie wodę. Dając wyraz swej prawowierności Jagiełło wydał potępiający husytów edykt w Wieluniu, zgodnie z którym każdy "wykryty jako heretyk lub zarażony herezją lub podejrzany o nią, jako poplecznik ich lub kierownik, powinien jako uchybiający majestatowi królewskiemu być pojmany (...) i ponieść karę odpowiednią do swego przekroczenia". Zwłaszcza wszyscy przybywający z Czech po uwięzieniu powinni być poddani badaniu. Edykt ten nie był jednak rygorystycznie przestrzegany, a król często sprzymierzał się z husytami. W czasie wojny z Krzyżakami w 1433 roku, niecałe dziesięć lat po wydaniu wieluńskiego edyktu, wojska polskie wraz z zaciężnymi rotami czeskich husytów, zwanych "sierotkami" doszły do Bałtyku. Nie jest przypadkiem, że Jagielle przypisuje się autorstwo przysłowia: "Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek".

Spytko z Melsztyna pod Grotnikami poniósł klęskę i sam zginął. Jego ciało przez trzy dni leżało na pobojowisku, odarte z odzieży, zanim zwycięski biskup zezwolił rodzinie na pogrzeb. Idee samorządności społeczeństwa rycerskiego i elekcyjności królów, którym sprzyjał, zwyciężyły. Wkrótce najwyższą władzą w kraju miał się stać Sejm, nadto począwszy od czasów Jagiellonów - kiedy wybierano władców spośród członków dynastii - do rozbiorów wszyscy królowie polscy byli obierani.

Wygodnie jest uważać, tu zacytuję słowa piosenki disco - polo, że "wszyscy Polacy to jedna rodzina". Nie pamiętać o bratobójczych sporach, które finał znalazły na polu bitwy, jak pod Grotnikami, ale i wcześniej - nad Mozgawą - i później - pod Guzowem, Mątwami czy Olkiennikami. A w takiej Francji świętem narodowym jest data zburzenia Bastylii, początek rewolucji, która była w dziejach Francji chyba najtragiczniejszym okresem. Rządził wówczas krajem wynalazek pana Guillotin, pod którym kładli masowo głowy Francuzi mordowani przez swych rodaków w imieniu obłędnego rewolucyjnego prawa aż do czasu, gdy po władzę sięgnął Napoleon.

Rozdział XXVIII

Wodniackie wspomnienia

- Człowiek tak długo stąpa po ziemi, że zatracił świadomość tego, że przeważającą większość Ziemi zajmuje woda, a to, co ponad nią wystaje, to niewielka część - Rafała pogoda nastroiła refleksyjnie.
- Człowiek to ssak lądowy.
- Świadomość to coś, co odróżnia człowieka od zwierząt. Im więcej świadomości, tym człowiek jest bardziej człowieczy. Im mniej, tym bardziej zwierzęcy. Albo nieludzki, by nie obrażać zwierząt.

Prezes był po raz pierwszy na spływie w 1961 roku: od Muszyny Popradem, Dunajcem i Wisłą do Sandomierza. Pamięta jeden z noclegów, który wypadł w szkole. Kajaki zostały na brzegu i przez całą noc pilnowała ich warta, aby nie zostały zabrane przez jakiś gwałtowny i nieoczekiwany przybór, co może się zdarzyć na górskiej rzece. Prezesowi przypadła najbardziej niewdzięczna wachta - od czwartej do szóstej, dlatego dobrze to zadanie zapamiętał.

Był to szkolny spływ. Uczniami opiekowali się dwaj nauczyciele: Tadeusz Tyszkowski, zapalony kajakarz, który Prezesowi zaszczepił wodniackiego bakcyla, oraz Euzebiusz Smarzyński, zwany w skrócie Zybem.
- To była postać! Zebrał nas raz na brzegu, podzielił na grupy, jednej kazał śpiewać: Ja pierwszy!, drugiej: Ja drugi!, a trzeciej: Ja trzeci. I śpiewaliśmy, kto głośniej. A Zyb wyszedł na środek: Pada deszczyk, popaduje, kto mnie w dupę pocałuje!?
- Tadzja opowiadał inną historię. Przy posiłku jeden z chłopaków piardnął. Cisza, wszyscy zamilkli, nie wiedzą, co zrobi profesor. A Zyb - piardnął. To chłopak też - piardnął. Zyb znowu - bach! Chłopak nadął się, nadął, ale piardnąć już nie zdołał. A Zyb - bach! bach! bach! Ze mną nie wygrasz!
- Kolega odpowiadał kiedyś przy tablicy, trzymał ręce w kieszeni. Zyb tak patrzy: Uważaj, bo ci mały paznokcie poobgryza! Kolega czerwony się zrobił, a wszystkie dziewczyny się śmiały. Zbieraliśmy w szkole makulaturę, a Zyb to odnotowywał. Raz z kumplem nie przynieśliśmy. Zyb na nas popatrzył, posadził w ostatniej ławce i zadania podyktował. Po piątce dostaliśmy, bo z chemii byliśmy dobrzy. A Zyb makulaturę zebrał, zaczął pytać, ze dwadzieścia pał postawił. Ale hece robiliśmy! Ale kto chciał się nauczyć, to się nauczył. Tacy byli przedwojenni nauczyciele.
- I mieli autorytet - rzekł Rafał. - A teraz? Wiecie, czym się różni pedofil od pedagoga? Bo pierwszy kocha dzieci, a drugi nienawidzi.
- Na Wełnie Mariusz opowiadał o córce, która w szkole przygotowywała się do występu na dożynkach. Dożynki miały być w niedzielę więc pani od muzyki powiedziała, że nikt jej za pracę w niedziele nie płaci i nie poszła. Dzieci poszły z kierownikiem GOK-u, którego pierwszy raz na oczy zobaczyły.

Na 184 kilometrze Marian z Prezesem popłynęli wzdłuż wewnętrznego brzegu, by skrócić sobie drogę i utknęli na mieliźnie. Namówiłem Rafała, byśmy trzymali się szlaku żeglownego i zyskaliśmy. Marian z Prezesem wysiedli i holowali kajak po grząskim piachu, a my oddalaliśmy się od nich spływając z nurtem, obserwując, jak sobie poczynają. Rzeka oducza cwaniactwa.

Zaplanowałem zakończyć spływ w Odmęcie, u pana Antoniego, u którego przed rokiem zakończyliśmy spływ Nidą. Nie pamiętałem jednak, na którym kilometrze była jego zagroda. Przewodnik lokalizował Odmęt na 186,4 km. W miejscu tym brzeg był jednak niegościnny i w niczym nie przypominał łąki za ogłowionymi wierzbami, którą zapamiętałem.

Ogłowione wierzby u Pana Antoniego.Spływaliśmy, głowiąc się, kiedy będzie to znajome miejsce, nawet zastanawiając, na ile można ufać własnej pamięci. W końcu za tablicą ze 188 kilometrem poznaliśmy z Marianem - to tutaj! Dobiliśmy, wyskoczyliśmy zza wikliny na łąkę i natknęliśmy na samego pana Antoniego. Niczym bocian przechadzał się po trawie.

Ogłowione wierzby u Pana Antoniego.Był wyraźnie zaskoczony, gdyśmy jako horda wilków rzecznych, zmoczonych i brudnych, wypadli. Po wymianie słów paru dopiero nas poznał. Ucieszył się, choć przecież dopiero w lato mieliśmy przyjechać. Widząc Prezesa, paradującego boso, zaproponował mu nocleg w chałupie. Prezes nie wyglądał dobrze, wyglądał na zziębniętego. Z oferty jednak nie skorzystał. Rozbiliśmy namioty przy pasie drzew. Nie zdążyliśmy się ze wszystkim ochędożyć, gdy pan Antoni przywiózł taczkę drewna na ognisko.
- Jak się żyje?
- Jakoś. Tusk zapowiadał cud nad Wisłą, ale cudu nie ma a Wisła jest. Dawniej mówiło się: Baranku Boży, co plenum to gorzej. Ale po cichu. Inaczej jest o tyle, że przyjechałby ORMO-wiec i powiedział: Panie Antku, pan pozwoli z nami. Teraz można swobodnie wszystko powiedzieć.

Wieczorem pan Antoni przyszedł do nas z winem własnej roboty, gęstym, soczystym i mocnym. Opowiadał o czasach, gdy sam pływał kajakiem. Było to w latach pięćdziesiątych, pan Antoni miał ze dwadzieścia lat i działał w Związku Młodzieży Polskiej, który był polskim odpowiednikiem sowieckiego Komsomołu. W 1950 roku, w czasach zawężania wszelakiej aktywności i skupiania jej w ramach popieranych i akceptowanych przez Partię organizacji, ZMP wchłonął m.in. polskie harcerstwo. Po październiku 1956 roku ZMP został rozwiązany i utworzono wówczas Związek Młodzieży Wiejskiej, do którego przeszedł też pan Antoni. W tamtych czasach tylko w ramach takich organizacji młodzi ludzie z inicjatywą mogli działać dla dobra kraju. Tak przekonywała propagandowa machina państwa. Alternatywą było nie robić nic. W ramach ZMP można było też ten kraj poznawać, cokolwiek pod tym pojęciem rozumieć. Wywieźli ich na przykład, wiejską młodzież, w 1955 roku na Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów do Warszawy. Spali tam w dużych wojskowych namiotach i...
- Nie uwierzycie, państwo, jakie to było pomieszanie.

Z ZMP można było też wyrwać się na spływ, gdyż szczucińska gałąź miała trzydzieści kajaków. Czynił tak pan Antoni, który wyjazdy te organizował.
- Troszkę byłem w zarządzie ... - wspominał - Spało się po stodołach, nie było namiotów takich, jak państwo mają. Przygarniał nas chaziaj, taki sam, jak ja. Młode chłopcy wtedy byliśmy. Razu pewnego w Kupieninie, powiedzmy, stąd niedaleko, mijali go państwo, gospodarz przykazał, byśmy cicho się zachowywali, bo na wyżce śpi jego córka, powiedzmy, Maryśka. Kiedy zaczęła krzyczeć, przyszedł, ale Maryśka stodoły opuścić nie chciała. My wódkę mieliśmy, z ojcem wypiliśmy i Maryśka do rana z nami w stodole bawiła. Wybaczą państwo, tak półżartem opowiadam.
- Pięknie pan opowiada, panie Antoni!
- Razu pewnego płynęliśmy Białą, wiadomo, rzeka gładka. Ze mną Maryśka, w spódnicy, w kole ratunkowym, wszystko zgodnie z przepisami. Na Dunajcu fala taka była, ona wstaje. Co ty, dziewczynko, robisz, mówię jej, a potem pływamy. Ona pływać nie umie, ja ją ratuję. Kurczaki miała, popłynęły. Pomidory miała, popłynęły. Co będziemy jedli? Damy sobie radę, odpowiadam jej. Nocowaliśmy potem w Opatowcu u księdza w stodole. Chłopcy osobno i dziewczyny osobno, taka wola była. Byłem takim, można rzec, sołtysem. Rano pleban przyszedł: Za te grzechy należy się sto złotych. A to bardzo dużo było... Mówię mu: Ta słoma jęczmienna to prawdziwa pokuta była. Pleban uśmiechnął się i nas puścił. Długo później się śmialiśmy z tego, wędrując.

Pan Antoni urwał na chwilę, po czym dodał:
- Kilka razy się takie spływy robiło, Wisłą od Krakowa, do Sandomierza, Dunajcem.

Obecnie pan Antoni jeździ z pielgrzymkami. Niedawno był w Licheniu. Zgubiła się tam jedna ze starszych pań. Policję nawet zaangażowano do poszukiwań. Bez rezultatu. Ale ciała też nie znaleziono. Następnego dnia rano pan Antoni odnalazł ją w kościele. Zamodliła się poprzedniego dnia przed ołtarzem i dopiero ksiądz zamykający na noc świątynię zauważył ją w bocznej nawie. Zabrał ją na plebanię i tam też spała, ugoszczona przedtem kolacją przez samego proboszcza. Nikt tak jak ona pielgrzymki nie użył.
- Ja tam jestem takim troszkę, można rzec, organizatorem.

Rozmowa zeszła na tematy polityczne. Prezes perorował, jak to Rakowski wziął Wilczka do rządu, było to już w ostatnich latach komuny, i w 1988 roku została wydana ustawa o działalności gospodarczej, oparta na zasadzie: co nie jest zabronione, jest dozwolone. Ustawa liczyła 54 artykuły i wprowadzała obowiązek uzyskania koncesji na prowadzenie działalności jedynie w kilkunastu przypadkach. Ustanawiała prawdziwą swobodę działalności gospodarczej, opartą na zasadach gospodarki wolnorynkowej. Dzięki tej ustawie możliwy był gwałtowny rozwój polskiej gospodarki w pierwszych latach po upadku PRL-u. Wielokrotnie ustawę tą jednak zmieniano, za każdym razem pogarszając jej warunki. Obecnie obowiązuje ustawa o swobodzie działalności gospodarczej, ale tytuł jej jest mylący. Jest to kłoda rzucona pod nogi przedsiębiorcom. Obecnie czym byś nie chciał się zająć, to musisz uzyskać koncesję albo licencję. Centrum im. Adama Smitha w 2004 roku doliczyło się ponad dwustu przypadków, gdy jest to konieczne. Polska w rankingu na kraj przychylny dla przedsiębiorców jest na ostatnich miejscach w Europie. Nie zanosi się jakoś na zmianę tego stanu rzeczy.

Polacy osiągnęli wiele po 1989 roku i jest to ich własna zasługa. Zasługi rządów są nieznaczne. Rządzący odwrotnie, często przeszkadzali, a najlepszym co robili, to postępowali zgodnie z potrzebą historii. Płynęli z jej nurtem, co najwyżej trochę podwiosłowując.

Rozdział XXIX

Karczmy i górale

Noc była deszczowa i ranek też. Po przyjeździe Mirka zwinęliśmy obóz i podjechaliśmy za wał powodziowy do gospodarza. Poszliśmy się pożegnać. Zaprosił nas do kuchni i poczęstował winem i plackami pieczonymi bezpośrednio na blasze węglowej kuchni.
- Jak się nazywają? - spytał Marian.
- Syn mówi o nich "trzaskocze" - odpowiedział pan Antoni.

Smaczne były te podpłomyki, rozcinane jeszcze jako gorące i smarowane masłem, które roztapiało się wsiąkając w ciasto.
- Do zobaczenia w lipcu!

Gospodarstwo pana Antoniego zostało za nami.

- Jak żeście tego człowieka przed rokiem znaleźli?
- Przez przypadek. Od ujścia Nidy aż do Odmętu nie było żadnego dogodnego miejsca, w którym można byłoby zakończyć spływ.
- Jakże serdeczny człowiek!
- Nie tylko on. Do jego sąsiadki Ola poszła po wodę. Gospodyni zapytała się Oli, czy nie chciałaby ziemniaków. Ola na to, że owszem, ale nie ma przy sobie pieniędzy. Ja przecież nie mówiłam, ze chcę pani te ziemniaki sprzedać, obruszyła się wówczas gospodyni i dała Oli tyle ziemniaków, że starczyło ich na obiad dla całego obozu.

Wracając, zatrzymaliśmy się w drewnianej przydrożnej karczmie na obiad. Niedawno karczmy pojawiły się znów przy polskich drogach, ale niewiele karczmy znane z historii przypominają. Owych dawnych podróżni nie wspominali miło.

"Niemiłe wyziewy szynkowanej, najgorszego gatunku wódki walczyły o pierwszeństwo z odorem obficie spożywanej cebuli. Dziwnem było, iż w podobnie trującym zaduchu potrafiły zachować życie i ruchliwość miliardy much i że tylko chyba dlatego owady te z izby karczemnej nie uciekły, iż okna jej nie były nigdy otwierane" - opisywał wnętrze jednej z karczem nadniemeńskich w 1872 roku Zygmunt Gloger.

Kogo było stać, zabierał w podróż własne wyżywienie, pościele, a nawet namiot. W karczmie dostawało się z reguły za posłanie ławę albo wiązkę zarobaczonej słomy, a posiłek odbywał się w gęstej od smrodu, hałasu i gorzałki atmosferze. Czasami emocje zebranych w karczmie wybuchały i bywało gorąco. Do dziś funkcjonuje określenie "karczemna awantura".

Karczma, w której jedliśmy, miała w nazwie określenie "góralska". Karczmy stylizowane na góralskie, a ściślej podtatrzańskie, są rozpowszechnione na całym obszarze Polski. Podobnie małe ciupagi i oscypki można kupić nawet nad morzem. Nie zorientowany podróżny może odnieść wręcz wrażenie, że jest to styl reprezentatywny dla polskiego ludu, a nie regionalizm, zaś góral to typowy mieszkaniec polskiej wsi. Oczywiście jest to nieprawdą, ale całe zjawisko ma swe korzenie ponad sto lat temu. Wówczas to nastała fascynacja artystów góralszczyzną w jej wydaniu podhalańskim, Stanisław Witkiewicz zapoczątkował w architekturze tzw. styl zakopiański, oparty na elementach tradycyjnego budownictwa góralskiego, odtąd też Polacy kojarzą góry jednoznacznie, z Tatrami, które masowo odwiedzają, rozdeptując ile wlezie. Wielu na szczęście dla gór rozdeptuje tylko Krupówki.

Górale podhalańscy zawsze mieli silne poczucie własnej odrębności i dotąd ono nie zanikło. Podsyca je wszak miłość całej Polski do wszystkiego, co tatrzańskie. Górale z Zakopanego i okolic z dumą odróżniają się więc wciąż od "ceprów", czyli mieszczuchów, i "lachów", czyli mieszkańców sąsiedniej Sądecczyzny, choć też górali. Poczucie odrębności i, trudno uniknąć tego słowa, wyższości, doprowadziło ich w latach II wojny światowej wręcz do kolaboracji z Niemcami. Po zajęciu Podhala już we wrześniu 1939 roku pojawiła się tu idea, jakoby górale byli odrębnym narodem - Gorallenvolk, mieli pochodzenie aryjskie i wywodzili się od germańskich Ostrogotów. Niemcy odnosili się do tej teorii z pobłażliwą rezerwą. Hans Frank w kwietniu 1940 roku stwierdził, że "lud góralski ma właściwie charakter dekoracyjny. Lud ten odczuwa jednak potrzebę uważania go za szczep odrębny i temu życzeniu będzie się czyniło zadość, o ile tylko będzie to możliwe".

W dniu, w którym rozpoczynał swoje urzędowanie w Krakowie jako Generalny Gubernator, pojawiła się u niego delegacja górali podhalańskich. Prowadził ją Wacław Krzeptowski, przedwojenny prezes Zarządu Powiatowego Stronnictwa Ludowego w Nowym Targu, z tejże samej słynnej rodziny, z której pochodził Sabała. Przedstawił ofertę współpracy. Później pojawił się też pomysł, by utworzyć odrębne góralskie księstwo. Pomysł ostatecznie nie wypalił. Nasilał się na Skalnym Podhalu wbrew represjom i agitacji ruch oporu, zarówno jako element ogólnokrajowego Związku Walki Zbrojnej, jak i inicjatywa lokalna. W 1941 roku Augustyn Suski, uważający, że "honor nakazuje, by Gorallenvolk został stłumiony przez samych Podhalan", utworzył Konfederację Tatrzańską, organizację mającą między innymi to właśnie na celu. Górale nie chcieli zaciągać się do wojska - Goralische Dywision SS (Góralskiej Dywizji SS), mimo, że na niektórych terenach ich piąta część podała jako narodowość "góral" w przeprowadzonym spisie ludności. Wielu uczyniło tak jednak ze strachu, z chęci polepszenia własnego losu, a nie z przekonania.

Niemcy stracili zainteresowanie ideą Gorallenvolk-u. W ostatnich dniach wojny niedoszły góralski książę Wacław Krzeptowski z wyroku podziemnego sądu został powieszony na smreku przez oddział Armii Krajowej. Inni przywódcy również zginęli, część uwięziono i skazano, pozostali zagubili się w powojennym rozgardiaszu. Pozostał wstyd, że oprócz ofiarnych patriotów, z których zapamiętano najbardziej kurierów tatrzańskich, dzięki którym funkcjonował szlak przerzutowy łączący okupowaną Polskę z wolnym od hitlerowców światem, na góralskiej ziemi wyrośli też zdrajcy. Trudne to dziedzictwo, o którym Podhalanie wolą nie rozmawiać.

Przejdź dalej

Copyright © Prywatne Okienko Wuja Mariana

Wybierz z listy: