Prywatne Okienko Wuja Mariana
Serdecznie witam na mojej witrynie

Wisłą w głąb Polski

Poprzednie rozdziały « Wisłą w głąb Polski » Rozdział XIV » Rozdział XV » Rozdział XVI » Rozdział XVII » Rozdział XVIII » Rozdział XIX » Rozdział XX » Rozdział XXI » Rozdział XXII » Kolejne rozdziały

Rozdział XIV

"Не хóлодно, свежó!"

Rafał jest stomatologiem. Studiował w Rosji w okresie wielkich zmian politycznych: zaczynał studia w Leningradzie a kończył je już w Sankt Petersburgu. Noce tam zimą są długie a towarzystwo było internacjonalistyczne i skore do jednania się. Pewnego integracyjnego wieczora skończyła się wódka. Jeszcze jedna flaszka powinna znajdować się na balkonie, ale zasypał ją śnieg. Jeden z kumpli wyszedł na poszukiwania, ale wrócił po chwili, drżąc z zimna: "Бляmь, как хóлодно..." Był z nimi też taki Iwan, gdzieś tam zza Uralu. Wyszedł - tylko w podkoszulku na ramiączkach - na balkon, grzebał, grzebał w śniegu, dobre kilka minut, w końcu wrócił, z triumfem dzierżąc butelkę: "Не хóлодно, свежó!"

Obudziło mnie donośne pokrzykiwanie bażanta. Było jak w opowieści Rafała: Не хóлодно, свежó! Zimno przepełniało powietrze, rozgrzewane dopiero pierwszymi promieniami słońca. Ale nie było wiatru!

Złudne nadzieje. Wypływaliśmy, gdy wiatr słał nam naprzeciw fale.
- To wiatr ze wschodu. Trzeba się cieszyć, bo to oznaka trwałej dobrej pogody.
- Tylko dlaczego my płyniemy na wschód?!
- Tam musi być jakaś cywilizacja!

Po prawie stojącej wodzie osiągnęliśmy śluzę Smolice, usytuowaną na kolejnym, tym razem krótkim, kanale. Na wzgórzach na północy widać było wieżę zamku Lipowiec, z lewej dawne koryto Wisły przegradzała hydroelektrownia. Kazik poszedł ją obejrzeć.
- Budowałem jej model - wyjaśnił. - Zaprojektowano ją, by pracowała w dwuturbinowym turbozespole, ale zbudowano wadliwie. Woda nierówno napływała i jedna turbina dawała więcej prądu od drugiej. A tak nie powinno być.

Kazik przez wiele lat pracował we włocławskim Hydroprojekcie, budując modele różnych budowli wodnych. Model elektrowni smolickiej posłużył do przeprowadzenia badań, dlaczego zachodzą nieprawidłowości w jej funkcjonowaniu, by można było je wyeliminować. Przepuszczano zatem różne ilości wody przez model, wszystko oczywiście w odpowiedniej skali, obserwując, jakie zachodzą procesy hydrologiczne, i stawiano diagnozę. Kazik był ciekaw, czy zaplanowanych przeróbek dokonano w rzeczywistości i hydroelektrownię bacznie lustrował.

Przy śluzie oraz na sterowni nikogo z obsługi nie było. Telefonowaliśmy na numer podany na tablicy informacyjnej - bez skutku.
- Spójrz, tam coś się porusza - Rafał wskazał na dolną wodę.
- Może to śluzowy był na rybach i teraz wraca?

Obiekt okazał się pontonem motorowym z czteroosobową załogą. Nawiązaliśmy z nimi rozmowę, gdy wpłynęli do śluzy. Pontoniarzom udało się skontaktować z obsługą i wkrótce ktoś miał się pojawić. Pontoniarze jak i my płynęli w celach turystycznych: dwa dni temu z Oświęcimia do Krakowa, obecnie z powrotem. Zwrócili nam uwagę, byśmy uważali na kamieniste mielizny na końcu kanału, poinformowali, że śluza Kościuszko w Krakowie jest nieczynna. Zablokowały się wrota. Może nim dotrzemy do niej, odblokują? Byli pierwszym śluzującym się w Smolicach w tym roku obiektem. Jeden z nich zajrzał przez ramię śluzowego do dziennika śluzowań i zauważył, że w roku ubiegłym odbyło się ich zaledwie dwadzieścia kilka.
- Dawniej sezon żeglugowy byłby już w pełni - zauważyłem. Obecnie żeglugi nie ma.
- I dobrze - odrzekł Rafał. - Jak by to wyglądało, gdybyśmy ścigali się z barkami.

Śluza Smolice.Śluzowy przyjechał rowerem i natychmiast przystąpił do pracy. Prześluzował ponton w górę, a potem nas w dół. Rafał pozostał na brzegu, by zrobić zdjęcia z mostu przerzuconego nad górnymi wrotami. Malowniczo prezentowała się śluza Smolice: mała biała łódka zacumowana w jej wnętrzu do ruchomego polera, dwie wieże przy wejściu z dolnego awanportu, dookoła trawnik rozświetlony żółtymi mleczami. Dopływałem do górnej głowy śluzy, gdy Szekla wyskoczyła do wody, popłynęła do brzegu, wylazła nań i pobiegła do Rafała. Rafał zniósł mi ją po chwili do łódki, gdy znalazłem się w komorze, sam jednak też wsiadł i sesja fotograficzna odbyła się połowicznie: zaczęło się śluzowanie.

Ujście rzeki Skawy do Wisły.Za śluzą do Wisły dołączyła Skawa. Woda zrobiła się przejrzysta do kilkunastu centymetrów.
- Wiadomo, góralska rzeka! - Rafał całą zasługę przypisał Skawie. Co z gór się bierze, jest doskonalsze, krystaliczne.
- A ja myślę, że zanieczyszczenia opadły na dno odcinków o stojącej wodzie przed śluzami. Odegrały one rolę odstojników - zaoponowałem.
- A w ogóle to obaj mamy rację - dodałem po chwili.

Szukaliśmy sklepu. Dachy domów widoczne za wałem powodziowym przy moście kolejowym nie wyglądały zachęcająco.
- Wkrótce będzie Okleśna, według mapy to taka większa wioska z kościołem. Jak jest kościół, to będzie i sklep.

Wojtek do Tomka rzekł - masz na fajki, po chwili usłyszy - zapomniałem...Załoga pogłębiarki potwierdziła moje przypuszczenia. Dobiliśmy we wskazanym miejscu, poszliśmy z Rafałem i Marianem do wioski położonej u stóp zielonych wzgórz, między którymi bieliła się kościelna wieża. Prezes z Szeklą zostali przy łódkach, a Kazik po przekąszeniu chleba popłynął wolno dalej. Zaszliśmy do jednego ze skromnych drewnianych domostw, ale schludnego, z anteną telewizji sateliternej na narożu, by dostać wody. Nabraliśmy jej ze studni pomalowanej na czerwono, z daszkiem w białe kropy, stylizowanym na kapelusz muchomora. Baniaki zostawiliśmy przy furtce i udaliśmy do sklepu. Zakupy poczyniliśmy spore. Sprzedawczyni dała nam bonus w postaci czekolady gratis. Dopiero po powrocie do Prezesa zorientowałem się, że nie kupiłem mu papierosów, a także, że nie żaden z nas nie kupił kremu Nivea, choć był to artykuł palącej potrzeby. Wiosłowanie z dłońmi wystawionymi na słońce, chłodny wiatr i bryzgi wody sprawia, że stają się szorstkie i nieprzyjemne w dotyku, a wierzchnia ich część puchnie i pali. Potrzeba było naszym dłoniom tłustego nawilżenia.

Spotkaliśmy pierwszy prom na WiśleNie jest nigdy tak, że nie ma się do samego siebie zastrzeżeń. Za promem w Spytkowicach Wisła przybiera postać szerokiego do kilkuset metrów zalewu. Minęliśmy nad nim kilkunastu wędkarzy. Nie spełniła się kasandryczna przepowiednia Mariana, który zapowiadał, że pierwszych wędkarzy spotkamy dopiero pod Tyńcem. Spotykaliśmy ich bez przerwy. Dwóch było szczególnie malowniczych. Rozsiedli się w składanych fotelach tuż nad wodą, wpatrzeni w spławiki kilku zarzuconych wędek. Za nimi stał czerwony fiat 125 p z wypucowanymi, lśniącymi w słońcu, chromowanymi zderzakami. Kwieciste ubrania wędkarzy, fiat, soczysta zieleń łąki, wapienna skałka w tle, błękit nieba, wszystko wołało i domagało się fotografii. Ani ja, ani Rafał jej nie zrobiliśmy. Odmachaliśmy przyjacielsko machającym do nas wędkarzom i przepłynęliśmy mimo. Później obaj żałowaliśmy, że nie uwieczniliśmy ich na zdjęciu. Takie chwile się nie powtarzają.

Dowód na to że przepływamy przez Jurę Krakowsko-CzęstochowskąRozmawialiśmy wtedy o ważnych rzeczach.
- Człowiek ma potrzebę tworzenia sobie symboli - mówił Rafał.
- Tak pomyślałem ostatnio, że pierwsze litery imion mojej obecnej żony i mojego to: Para. A pierwsze litery mojej byłej i mojego: Mara.

W miejscu odejścia w prawo Kanału Łączańskiego zacumowana była kanadyjka Kazika. Dobiliśmy obok. Wkrótce przymaszerował Kaziu i zarządził, by płynąć za nim do elektrowni, załatwił bowiem otwarcie bramy przy szosie i będziemy musieli się przenosić stosunkowo krótko, ze sto pięćdziesiąt metrów, ale drogą, na której można użyć kajakowego wózka. No chyba, że chcemy zasuwać długimi prostymi kanałem, po stojącej wodzie.

Kanał Łączański, którym jednak nie popłyniemyNie chcieliśmy, podążyliśmy za Kazikiem. Urąbaliśmy się wprawdzie tą przenoską, mimo wszelkich jej dogodności, ale dwadzieścia kilometrów z prądem do połączenia z kanałem było przewspaniałą perspektywą w opozycji do nudnego kanału, pewnie jak zwykle pod wiatr.

Szukaliśmy odtąd biwaku, ale nie było to łatwe. Rzeka o szerokości dwudziestu - trzydziestu metrów płynęła w głębokim korycie, ujęta stromymi skarpami. Kilkukrotnie wysiadaliśmy, gdy wydało się nam, że u góry jest płaska łączka, ale zawsze okazywało się to złudzeniem.
- Płyńmy dalej. Już gorzej być nie może - powiedział Kaziu na jednym z tych miejsc.

Spomiędzy korzeni oplatających urwisko wypełzło zwierzę i zsunęło się do wody. Zwróciliśmy na nie uwagę dopiero usłyszawszy plusk i zobaczyliśmy tylko koniec ogona.
- Bóbr?

Z nory wysunął się drugi i zjechał do rzeki w ślad za pierwszym. Teraz nie było już wątpliwości - widzieliśmy bobry.

Dość powszechne jest mniemanie, że gdzie żyją bobry, tam woda jest czysta. Mój kolega Jacek wyprowadził mnie z tego błędu już dawno. Bobry to gryzonie, krewniacy szczurów. Przystosowują się do życia w każdych warunkach, byleby miały co jeść. A tamy wznoszą nawet z plastikowych butelek i kawałków folii. Był taki czas, że zostały wytępione prawie w całości. Tylko kilka ostoi bobrowych pozostało na Warmii i Suwalszczyźnie. Odkąd przestały być zabijane przez człowieka i objęto je ochroną, rozmnożyły się niebywale. To była tak udana reintrodukcja zwięrzęcia do naturalnego środowiska, że zaskoczyła nawet reintrodukujących. Obecnie wzdłuż wielu rzek w całej Polsce, od Wieprza przez Rawkę aż do Wdy, można ujrzeć obrazki, jak chłopi siatkami osłaniają dolne części pni drzew, by uchronić je przez ścięciem.

Dopłynęliśmy późno, miejsce na biwak też nienajlepszeZabiwakowaliśmy na prawym brzegu, na półce wyniesionej z pięć metrów nad wodę, wśród resztek zeszłorocznej roślinności, położonej powodziową wodą, pokrytej namułem. Świeża zieleń dopiero kolonizowała na nowo to miejsce. Kajaki wyciągnęliśmy na niewielką plażę i rozładunek ich był bardzo łatwy, ale wynoszenie bagażu po osuwającym się piachu do łatwych nie należało.

W górze przelatywały co i rusz samoloty. Widywaliśmy ich czasem i po pięć naraz w powietrzu. Blisko było stąd do podkrakowskiego lotniska w Balicach. Zmieniła się bardzo Polska, zbliżyła do świata i Europy. Dwadzieścia lat temu to, że poleci samolotem wydawało się przeciętnemu zjadaczowi chleba niemal tak nierealne, jak lot na księżyc. Obecnie lot samolotem to zwykła rzecz, a ruch na polskich lotniskach zwłaszcza od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej zrobił się spory, choć daleko mu jeszcze do największych lotnisk świata, Heathrow, Hamburga, nie mówiąc o Bangkoku.

Marian nie lubi powtarzać szlaków i dlatego sceptycznie odnosił się do koncepcji spływu od Goczałkowic. Proponował start w Krakowie. U schyłku dnia tak mu powiedziałem:
- Marian! Nie chciało ci się płynąć, bo tu już byłeś, a przecież wcale cię tu nie było. Nie było wtedy śluz w Dworach i Smolicach, a później płynęliście Kanałem Łączańskim, a teraz masz okazję popłynąć rzeką. Dobrze, że jesteś z nami, wuju Marianie, nieprawdaż?

Nie rozpaliliśmy tego dnia ogniska, ale nie przeszkodziło nam to pośpiewać pod gwieździstym niebem, po którym śmigały mrugające światełka samolotów. W oddali nieboskłon rozjaśniała łuna wzniecana przez światła Krakowa.

Rozdział XV

Czernichów i Tyniec: prawdy i legendy

Zabezpieczyliśmy łódki na noc stawiając je prawie pionowo na skarpie i wiążąc za cumy do powalonego konara. Dobrze zrobiliśmy. Nocą pracowała elektrownia i o świcie łacha, na której rozładowywaliśmy się, była w całości zalana, a rufy moczyły się w wodzie.
- Wszystko mnie boli, kurna! - Prezes rozpoczął dzień narzekaniem.

Nie zdziwiłem się. Byłem najmłodszy w ekipie, a przecież bolały mnie plecy i ramiona od wiosłowania, a siedzenie od twardej ławeczki kanadyjki. Prezes ze swoją nadwagą, nadciśnieniem, papieroskami i sześćdziesiątką na karku musiał odczuwać trudy spływu o wiele bardziej.

Mała lecz urocza miejscowość CzernichówZanim zwinęliśmy obóz, łacha częściowo wynurzyła się i zwodowaliśmy się z niej bez trudu. Za paroma zakrętami natknęliśmy się na prom. Prezes miał wielką potrzebę zaopatrzenia się w papieroski. Jeden z przeprawiających się wskazał, że najdogodniejsze miejsce, by wybrać się do sklepu, będzie naprzeciwko barki zacumowanej przy prawym brzegu. Ujrzeliśmy ją wkrótce, podobnie jak i położony u podnóża zalesionej góry Chełm Czernichów, wieżami barokowego kościoła bodący niebo.
Czernichów i barka - od trzech lat ten tubylec tutaj zamieszkujeMężczyzna spotkany na promie już tam był. Przeprawiał się właśnie na barkę łódką. Większość powierzchni barki zajmował niewielki drewniany domek. Mężczyzna poinformował nas, że właśnie minęło tysiąc dni, od kiedy zamieszkali w nim z żoną po przejściu na emeryturę. Tysiąc dni non stop. Gdy ustawiał barkę, miejscowi ostrzegali go, że wywróci się, że wiry, liny pękną, że lód ją zmiażdży.
- Dwa lata temu był o, taki - mężczyzna pokazał rękoma odległość około pół metra. - Jak lody pękały, to tylko łupież strząsało!

Musieliśmy też wyglądać na zaskoczonych, bo gdy odpływaliśmy, mężczyzna krzyknął za nami:
- Setki ludzi mieszkają na barkach!

W Czernichowie nauczycielem szkoły rolniczej był Franciszek Stefczyk, związany z ruchem ludowym młody patriota. W trakcie swej pracy przekonał się, że dola rolnika niewiele ma wspólnego z sielanką. Uginając się pod ciężarem lichwiarskich procentów, dochodzących do 150 procent, rolnicy często zmuszani byli opuścić ojcowiznę i wędrować za chlebem za granicę. Stefczyk chciał im pomóc. Korzystając z pomysłów Raiffeisena, w 1890 roku założył pierwszą na ziemiach polskich wiejską spółdzielnię oszczędnościowo-pożyczkową. Opierała się ona na samopomocy i solidarności członków, którzy się znali, gdyż mogły do niej należeć tylko osoby z najbliższej okolicy. Fundusze uzyskiwała z wkładów i udziałów i udzielała pożyczek niskooprocentowanych (w 1900 roku odsetki wynosiły 6 procent). Kas takich powstały później setki. W ten sposób Stefczyk stał się jednym z twórców spółdzielczości na ziemiach polskich.

Imię Stefczyka nosi działająca obecnie Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo-Kredytowa czyli SKOK. Jej członkiem może zostać każdy, wykupując symboliczny udział i uzyskując natychmiast kredyt. Jego oprocentowanie jest podobne jak w banku, natomiast w wypadku nie wywiązania się z umowy SKOK ściąga z kredytobiorcy - teoretycznie swojego członka, któremu pomaga - czterdziestoprocentowe odsetki. Argumentuje ten proceder potrzebą zmuszenia kredytobiorców do terminowych spłat. Obecny SKOK jest więc instytucją quasi - bankową. Jak to się ma do stefczykowskiego pojmowania idei spółdzieczości...?

Niewiele napotkaliśmy dotąd ścieków wpadających ordynarnie wprost do Wisły. Za Czernichowem wpadł takowy z prawej strony. Ile syfu potrafi jeden taki ściek zdziałać! Na rzece pojawiła się żółta piana, pod powierzchnią wody potworzyły się plechowate gluty i towarzyszyły nam aż do połączenia z Kanałem Łączańskim.

Przed połączeniem minęliśmy kolejny prom. Promy to jak dotąd jedyne pracujące jednostki pływające spośród tych mających znaczenie transportowe lub gospodarcze.

Kaziu kontempluje widokiWypatrywaliśmy Tyńca. Minęliśmy ujście Skawinki. Za nami zostało pięć kominów Skawiny. Z lewej ujrzeliśmy dwa wapienne ostańce. W końcu zza zalesionego wzgórza, kryjącego grodzisko, wyłoniło się opactwo. Malowniczo się przedstawia, wsparte na białej skale wznoszącej się wprost z rzeki. Płynęliśmy wolno, by jak najdłużej kontemplować ów widok.

Marian i Prezes ma fotkę - Opactwo Benedyktynów w TyńcuZ Tyńcem wiąże się opowieść o Walgierzu Wdałym, czyli Krzepkim, który tu miał swą siedzibę. Było to w pogańskich jeszcze czasach. Walgierz przebywał na dworze jednego z królów Alemanów i tam uwiódł swym śpiewem narzeczoną syna królewskiego, zarazem córkę króla Franków, Helgundę. Podczas ucieczki kochankowie zostali dognani przez alemańskiego królewicza. Podjął on pościg na własną zgubę: Walgierz zabił go. Nie wolno było zadzierać z Walgierzem. W czasie nieobecności Walgierza różne krzywdy jego krewnym wyrządził Wisław Piękny z rodu króla Pompiliusza, władca Wiślicy. Powróciwszy do Tyńca, Walgierz przedsięwziął wyprawę przeciwko niemu i zwyciężywszy, osadził Wisława w lochach zamku tynieckiego.

Upłynął czas jakiś. Walgierz zwyczajem rycerskim wyruszył w dalekie krainy, szukać przygód i nie było go już dwa lata. Helgundzie nie służyła ta rozłąka: nie czuła się ani wdową, ani mężatką. Postanowiła dla zaspokojenia trawiącej ją seksualnej żądzy wykorzystać więzionego w wieży Wisława. Ten też pozostawał w długotrwałym przymusowym celibacie; rzucili się pewnie na siebie jak dwa wygłodniałe zwierzaczki i nie poprzestali na jednym spotkaniu. Zadurzyli się w sobie i Wisław zabrał kochankę do Wiślicy. Wkrótce po nich dotarł tam i szukający zemsty Walgierz. Wpadł na Helgundę jako pierwszą. Wyznała mu, że przemocą została uprowadzona. Uwierzył jej, nieszczęsny, zwiedziony został przez Helgundę w zasadzkę i pojmany. Zwycięski Wisław postanowił gnębić jeńca czymś więcej niż więzieniem. "Nakazał rozkrzyżować mu ręce, naciągnąć mocno szyję i stopy i tak związanego przykuć żelaznymi klamrami do ściany w komnacie", w której "oddawali się z Helgundą beztrosko igrom miłosnym".

Współczuła męce Walgierza siostra Wisława, tak brzydka, że nikt nie chciał jej za żonę. Walgierz obiecał, że się z nią ożeni, a wówczas ona przecięła więzy i dostarczyła mu miecz. Kiedy Wisław i Helgunda na łożu darzyli się pieszczotami, Walgierz uwolnił się i obrzuciwszy przekleństwami, "mieczem przeciął ich na pół". Zabił kochanków, ale szczęścia nie odzyskał.

Ta legenda zawierająca wątek nieco perwersyjny jest ilustracją tez, że miłość nie trwa wiecznie a życie nie zna próżni. Jest ona adaptacją opowieści pochodzącej z francuskiej Akwitanii o rycerzu Waltariuszu i zapisana została w pochodzącej z przełomu XIII i XIV wieku, pisanej po łacinie, Kronice Wielkopolskiej.

Tej średniowiecznej kronice Polacy zawdzięczają również najbardziej znaną wersję legendy o Wandzie, co nie chciała Niemca. Postać tą wymyślił Wincenty Kadłubek, drugi w kolejności z polskich kronikarzy. Miała być córką króla Kraka, która odrzuciła zaloty alemańskiego (czyli niemieckiego) księcia, a gdy zbrojnie postanowił wymusić mariaż, stoczyła z nim zwycięską wojnę. Panowała potem długo i szczęśliwie jako dziewica. Kadłubek z imienia Wandy wywiódł nazwę głównej rzeki, przepływającej przez jej kraj, Wandalus, czyli Wisły; nazwał też tych, co tu żyli, Wandalami. Był to czysty ahistoryczny wymysł, którego sam autor nie potrafił logiczniej uzasadnić. Uczynił to nieznany autor Kroniki Wielkopolskiej, podając, że po zwycięskiej wojnie Wanda ofiarowała siebie bogom i skoczyła do Wisły. Jeszcze później pojawiła się wersja, że Wanda utopiła się, by nie prowokować swą osobą kolejnego najazdu. Takie wytłumaczenia pochodzenia nazwy Wisły były bardziej logiczne.

Kadłubek był wyjątkowym bajarzem, nawet jak na czasy średniowiecza. Oprócz Wandy wymyślił prehistorię dziejów Polski. Zgodnie z opowieściami kronikarza władcy Polski z czasów przed Mieszkiem I walczyć mieli z Rzymianami, sprzymierzać się z Cezarem, odpierać najazd wojsk Aleksandra Macedońskiego i - pokonać smoka wawelskiego. Są naukowcy, którzy starają się łączyć te nieprawdopodobne historie z wydarzeniami, które rzeczywiście miały miejsce. Wyjaśnić potrafią nawet historię o smoku. Miałaby to być literacka projekcja okupacji okolic Krakowa przez Awarów, koczowników najeżdżających w VI wieku państwo Franków. Według tych teorii Awarowie na górującym nad okolicą wzgórzu założyli warownię i ściągali daniny od ludności, przy czym nie obyło się z pewnością bez gwałtów. Są to jednak tylko przypuszczenia, nie potwierdzone żadnymi dowodami.

Kadłubek wyjaśnił pochodzenie nazwy Kraków, wywodząc ją od krakania kruków, które zleciały się do ścierwa potwora. Obecnie badacze uważają, że nazwa Kraków jest pozostałością po Chorwatach, którzy z tych terenów wywędrowali w VI - VII wieku nad Adriatyk. Oznacza to, że gdyby nie ta migracja podjęta tysiąc pięćset lat temu, słowa modlitwy: "Bože, čuvaj Hrvatsku, mój dragi dom!" odnosiłyby się do kraju nad górną Wisłą.

Rozdział XVI

Marianki w KKW 1929

Skała tyniecka jest jedną z kilku wysp wapiennych na prawym brzegu Wisły, która w tym rejonie tworzy epigenetyczny przełom przez obrzeże Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Wspiąłem się do klasztoru benedyktyńskiego, zajmującego całą płaszczowinę wzgórza. Wstąpiłem do kościoła, zdobnego w ambonę w kształcie dzioba łodzi. W księgarni uzyskałem pieczątki potwierdzające nasz pobyt. W tym czasie reszta ekipy w barze usytuowanym niedaleko miejsca, w którym dawniej dobijał prom, zamówiła piwo i zapiekanki. Smaczne były, na wyjątkowo dobrej bułce.

Pontoniarze spotkani w Smolicach powiedzieli nam, że śluza Kościuszko jest nieczynna. Dopłynąwszy do górnego awanportu poszedłem z Kaziem, specem od hydrotechniki, na rekonesans. Na autostradzie przebiegającej nad dolnymi wrotami śluzy i na terenie samej śluzy trwały prace budowlane związane z przebudową obwodnicy Krakowa. Przejście pod mostem zastawione było rusztowaniami i zarzucone zwałami gruzu. Przenoska tędy byłaby niełatwa. Odnaleźliśmy śluzowego. Powiedział, że śluza powinna być czynna od jutra. Wrota zostały wprawdzie naprawione, ale czeka na elektryka, który ma sprawdzić instalację, dlatego nie może nas prześluzować.

Przeszliśmy mostem na drugi brzeg rzeki, by zbadać możliwość przenoski przy elektrowni i torze kajakowym. Też nie była to ciekawa alternatywa. Wróciliśmy z nadzieją, ze może śluzowy prześluzuje nas na przykład w ramach prób, których powinien dokonać przed uruchomieniem obiektu. Śluzowy wydał się nam uprzednio życzliwym człowiekiem. Szczerze nam współczuł, gdy stwierdziliśmy, że pewnie będziemy musieli się przenosić. Po dotarciu do śluzy zastaliśmy Mariana i Rafała gapiących się w głąb komory, no i śluzowego, który zgodził się nas prześluzować.

Czernichów i barka - od trzech lat ten tubylec tutaj zamieszkujePoszliśmy do łódek czekać na zielone światło. Trochę trwało, nim się zapaliło, ale warto było czekać. Śluzowaliśmy się obserwowani przez kilkunastu robotników, którzy przerwali na ten czas pracę. Śluzowy sprzedał nam normalnie bilety, ale daliśmy mu dodatkowo dziesięć złotych za życzliwość.

Byliśmy w tym roku pierwszymi obiektami śluzującymi się na śluzie Kościuszko. Śluzowy powiedział, że rocznie zdarza się tu grubo ponad tysiąc śluzowań. Często pływają tędy piaskarki. Za śluzą stało ich kilka przy nabrzeżu. Na jedną z nich z brzegu taśmociągiem sypał się piasek.

Kościół i klasztor kamedułów na krakowskich Bielanach.- Co to za wieże?
- To klasztor na Bielanach.
- Kilka razy jeździłem obwodnicą i wydawało mi się zawsze, że to jest właśnie Tyniec. Myliłem się.
- Byliśmy tam kiedyś z Korzonem i jego Elą. Kobiet tam nie wpuszczają, bo to klasztor kamedułów. Czekała pod bramą, a my sobie zwiedzaliśmy. Ciekawy obiekt. Korzon stwierdził, że zamykanie się w takim kontemplacyjnym klasztorze to rodzaj zboczenia, bo człowiek jest zwierzęciem stadnym i odosobnienie nie leży w jego naturze.

Wisła za śluzą bardzo się zmieniła. Ożyła! Z toru kajakarstwa górskiego, umieszczonego przy elektrowni, zbudowanego niedawno i największego w Polsce, wyprysnęli kanadyjkarze, a później kajakarz. Jego łupinka o przypominających żyletki dziobie i rufie niezbyt była podobna do eskimoskiego pierwowzoru. Zagadaliśmy do niego. Odkrzyknął pozdrowienia po angielsku i zawrócił. Kilkunastokrotnie minęły nas osady wioślarskie, trenujące pod nadzorem trenerów na motorówkach. Śmignęły obok nas regatowe kajaki. Z naprzeciwka dopłynął do nas kajakarz w bardziej turystycznej jedynce.
- Czy daleko stąd do KKW?
- Do Kolejorza? Dwadzieścia minut.

Miał rację. Po półgodzinie od spotkania wyładowywaliśmy się na pomoście przystani Kolejowego Klubu Wodnego. Przed spływem uzyskałem dla naszej grupy zgodę na biwakowanie w tym miejscu akurat na tę noc. Zmieściliśmy się w czasie.

Kolejowy Klub Wodny jest kontynuacją założonej w 1929 roku Sekcji Kajakowej WKS "Wawel" - jednej z pierwszych w Polsce organizacji traktującej jako główny przedmiot działalności kajakarstwo. W 1932 roku Klub ten liczył sobie 34 członków, którzy pokonali w sezonie 38708 km, pływając m.in. Wisłą do Bałtyku i dalej do Helu, Prutem i Dunajem do Morza Czarnego oraz z Czerniowiec do Warny. Jednym z jego członków był Marian Plebańczyk, odbywający wyprawy, które każdego mającego jakieś pojęcie o kajakarstwie wprawiają w zdumienie. W 1936 roku Orawą, Wagiem i Dunajem dotarł do Belgradu, zaś w 1939 roku z trzema kolegami na składakach pływał po Adriatyku i opłynął Sycylię. Byliśmy w miejscu nasiąkniętym kajakarską historią.

Marianki odbyły się na przystani KKW.Nocleg w KKW był świetnym pomysłem. Wykąpaliśmy się pod prysznicami. Umyłem włosy i wysuszyłem je suszarką, znalezioną na półce w szatni dziewczęcej. Później nie niepokojeni przez nikogo obchodziliśmy imieniny wuja Mariana i śpiewaliśmy. Słowa piosenek krakowskiej grupy "Pod Budą" leciały nad krakowskimi przedmieściami. Była to "zabawa szalona, kiedy piją zdrowie ludzie szersi w ramionach i mocniejsi w głowie".

Napawaliśmy się mądrymi, życiowymi teksami Andrzeja Sikorowskiego i wkładaliśmy w śpiew całe serca, nie żałując gardeł.

"Wybacz, ale taki jestem już
po jednej stronie ponoć dusza człowiek,
z drugiej strony mam w kieszeni nóż
i burzę w głowie.
Z jednej strony serenady gram
i oprowadzam cię po siódmym niebie,
drugą stronę przecież jeszcze mam
tylko dla siebie."
To były piosenki o nas.

Rozdział XVII

Kraków: stolica i sanktuarium

Trzej pontoniarze.Zbieraliśmy się do wypływu, gdy na przystań przyjechali trzej mężczyźni i traktując nas jak gospodarzy terenu spytali się, czy mogliby zwodować tu swój ponton.
- Zapewne nikt nie będzie miał o to do was pretensji - odrzekliśmy.
- Przymknijcie tylko za sobą bramę.

Rozpoczynamy nowy dzień na przystani KKW 1929.Składali jeszcze swoją jednostkę, gdy wypływaliśmy.

Za widocznym z pomostu przystani Mostem Zwierzynieckim zaczął się stary Kraków. Budynki dotąd oddzielone były od rzeki zielenią; od mostu dochodzą do samej wody. Zmierzaliśmy w głąb dawnej stolicy Polski. W przedzie ujrzeliśmy żółte mury zespołu klasztornego norbertanek na Salwatorze, a za nimi - Wawel. Z każdym pociągnięciem wiosła coraz większe stawały się jego wieże.

Encyklopedie podają, że Kraków pełnił stołeczną funkcję od czasów Kazimierza Odnowiciela do 1596 roku. Pierwsza z tych dat nie budzi większych zastrzeżeń. Kraków był odtąd stolicą jako główne miejsce, w którym przebywał władca. W czasach wczesnego średniowiecza wprawdzie książę częstokroć podróżował po kraju wraz z dworem, który obejmował cały ówczesny aparat państwowy, ale stołeczny charakter Krakowa potwierdzało choćby to, że od 1138 roku był siedzibą seniora. Druga z dat, rok 1596 jako data utraty przez Kraków funkcji stolicy, rozpala emocje. Data taka wygląda dobrze w encyklopediach, które operują takimi właśnie wiadomościami: ścisłymi, zwięzłymi i stanowczymi. W roku tym Zygmunt III Waza przeniósł swą rezydencję do Warszawy, spławiając się, a jakże, Wisłą. Twierdzi się, że chciał być bliżej Szwecji, z którą wiązał plany dynastyczne. Faktem jest jednak też, że w roku uprzednim zamek wawelski uległ poważnemu pożarowi i podlegał w związku z tym odbudowie a także rozbudowie, po której po wielekroć królowie w nim bywali.

Kraków - Wawel.Wyraz "stolica" ma dwa zasadnicze znaczenia. Po pierwsze, jest to miasto, w którym znajduje się siedziba rządu. Po drugie, jest to główne miasto danego państwa. Warszawa bezpośrednio po 1596 roku spełniała część jednej z tych definicji - stała się główną siedzibą króla. Kraków pozostał jednak miejscem królewskich koronacji, przechowywania insygniów władzy i królewskich pochówków, Wilno zaś do końca istnienia Pierwszej Rzeczpospolitej niekwestionowaną stolicą Wielkiego Księstwa, jednego z dwóch podstawowych składników federacyjnego państwa. Za największe miasto państwa należałoby uznać z kolei cieszący się pewną odrębnością Gdańsk. Rację mają więc ci, którzy uważają, że translokacja stolicy do Warszawy była procesem wieloletnim, zapoczątkowanym jeszcze przed rokiem 1596, w chwili, gdy stała się ona miejscem odbywania sejmów walnych i elekcji, a zakończonym na dobre dwa stulecia później. Rzekome przenosiny w roku 1596 nie były żadną oczywistością, zwłaszcza dla współczesnych. Jeszcze w wydanej w latach 1745 - 1746 pierwszej polskiej encyklopedii Benedykt Chmielowski Warszawę określił jedynie jako rezydencję Królów Polskich, dla Krakowa rezerwując miano: "Stolica Królestwa Polskiego". Ostatecznie zmiana nastąpiła w końcu XVIII. Wówczas Warszawa była już najludniejszym miastem w państwie i w niej ogniskowały się najważniejsze dla kraju zdarzenia. Tu zamierzano reformę państwa, tu obradował Sejm Czteroletni, a upadek Warszawy w trakcie powstań w 1794 i 1831 roku traktowany był jako jednoznaczny z klęską. Wydarzenia te, obrona Warszawy w wojnach 1920 i 1939 roku, powstanie warszawskie, wszystko to sprawiło, że zajęła ona szczególne miejsce wśród innych stolic. Stała się również stolicą narodu, a to nie wszystkim stolicom się zdarza. Oficjalne nadanie jej miana stolicy nastąpiło dopiero w konstytucji PRL-u w 1952 roku, ale było to tylko formalnością.

Uwarunkowania polityczne w pięćdziesięcioleciu poprzedzającym wybuch I wojny światowej sprawiły, że Kraków w tym czasie odzyskał część dawnego znaczenia. Można stwierdzić, że, położony w obdarzonej autonomią Galicji, stał się w tym okresie stolicą polskości, miastem narodowych obchodów, azylem polityków, skupiskiem badaczy historii kraju i twórców różnego rodzaju. Jednym z nich był Tadeusz Boy-Żeleński:

"Pierwsze lata spędziłem w Warszawie. Nie umiem powiedzieć, w jakim wieku dziecko przyswaja sobie pojęcia polityczne; ale zdaje się, że takie chwytane z powietrza słowa, jak Moskale, żandarm, Cytadela, Apuchtin, niosły z sobą najwcześniejsze obrazy, spowijające beztroskie dziecięctwo atmosferą nieuchwytnej grozy.

Byłem brzdącem, kiedy rodzice przenieśli się do Krakowa. Inny klimat, żadnego widocznego ucisku - Mickiewicz w szkole, Kościuszko w teatrze, Polska na co dzień i od święta. Wszystkie tamte warszawskie pojęcia stały się nagle nieaktualne (...).

Kraków mojej młodości był już inny (...). Na lewym brzegu Wisły wykwitło nowe dla Krakowa zjawisko - cyganeria. I gdybyż jedna! Niemal równocześnie oglądał Kraków - cyganerię malarską, cyganerię Pawlikowskiego, cyganerię Zapolskiej, cyganerię Przybyszewskiego, cyganerię bronowicką, ba, można by powiedzieć, cyganerię Lutosławskiego i Daszyńskiego, nie licząc cyganerii studenckiej, wzmożonej młodzieżą chroniącą się raz po raz zza kordonu i falangą młodych dziewcząt, pierwszy raz dopuszczonych do studiów uniwersyteckich. Wszystkie te czynniki razem wzięte, to była jedna z najenergiczniejszych kuracji odmładzających, przywracających miastu jego siły rozrodcze, jakie kiedykolwiek widziano".

Po odzyskaniu niepodległości jednak nie było wątpliwości, że władze Polski powinny urzędować w Warszawie. Dla Krakowa, a zwłaszcza Wawelu, pozostała rola narodowego sanktuarium.

Wawel... Fundamentem jego roli patriotyczno-religijnej jest zdarzenie z 11 kwietnia 1079 roku. Tak zrelacjonował je pierwszy polski kronikarz, nazwany przez potomnych Gallem Anonimem:

Wawel... Fundamentem jego roli patriotyczno-religijnej jest zdarzenie z 11 kwietnia 1079 roku. Tak zrelacjonował je pierwszy polski kronikarz, nazwany przez potomnych Gallem Anonimem:

"Jak zaś doszło do wypędzenia króla Bolesława z Polski, długo byłoby o tym mówić; tyle wszakże można powiedzieć, że sam będąc pomazańcem nie powinien był pomazańca za żaden grzech karać cieleśnie. Wiele mu to bowiem zaszkodziło, gdy przeciw grzechowi grzech zastosował i za zdradę wydał biskupa na obcięcie członków. My zaś ani nie usprawiedliwiamy biskupa - zdrajcy, ani nie zalecamy króla, który tak szpetnie dochodził swych praw, lecz pozostawmy te sprawy, a opowiedzmy, jak przyjęto go na Węgrzech".

Kronikarz w swej lapidarnej relacji nie wymienił wprawdzie imienia, ale wiadomo, iż skazańcem był biskup krakowski Stanisław, powiązany z możnowładcami, występującymi w owym czasie przeciwko Bolesławowi Szczodremu, dążącymi być może nawet do pozbawienia króla tronu i życia. Ujawnienie się związków biskupa z opozycją skłoniło króla do kroków ostatecznych. Nakazał pojmać Stanisława i obciąć mu członki. Egzekucja, wykonana zapewne publicznie, jak to zwykle bywało w tamtych czasach, miała zastraszyć wrogów Bolesława. Stało się inaczej. Skonsolidowani obrotem wypadków możnowładcy ruszyli na Kraków. Opuszczony przez stronników król uciekł z kraju na Węgry, skąd już nie powrócił.

Konflikt między królem Bolesławem i biskupem Stanisławem zakończył się osobistym dramatem obu bohaterów: wygnaniem monarchy i śmiercią biskupa. Tadeusz Grudziński porównał go do sporu angielskiego króla Henryka II z arcybiskupem Tomaszem Becketem, który został zamordowany w katedrze w Canterbury przez stronników królewskich w 1170 roku. W przypadku angielskim król jednak za cenę przywrócenia uprawnień Kościoła i publicznego ukorzenia się zachował tron. Inaczej było w przypadku polskim, który pociągnął za sobą też fatalne skutki dla państwa. Polska na ponad dwieście lat utraciła koronę, monarchię na trwałe przywrócił dopiero Władysław Łokietek w 1320 roku; ponadto popadła ponownie w uzależnienie od cesarstwa niemieckiego, z którym walkę miał podjąć dopiero Bolesław Krzywousty.

Król Bolesław nie był uznawany początkowo za zabójcę biskupa Stanisława nawet w kręgach kościelnych. Modlono się za duszę wypędzonego władcy w klasztorach benedytyńskich w Polsce i za granicą, na przykład w opactwie św. Emerama w Ratyzbonie, a nawet w katedrze krakowskiej, na miejscu jego rzekomej zbrodni. Upatrywano w Bolesławie człowieka wielce zasłużonego dla Kościoła polskiego.

Z upływem lat ocena obu bohaterów uległa diametralnym przemianom. Po śmierci naocznych świadków wydarzeń zaczęła się kształtować legenda i pojawiać kult zmarłego biskupa, który w ustnej tradycji zaczął być kreowany na ofiarę króla Bolesława. Niecałe sto lat po śmierci Stanisława dokonano translacji jego ciała do katedry na Wawelu. Literackie podwaliny pod kult biskupa położył około 1200 roku Wincenty Kadłubek, który przedstawił Stanisława według dawnego archetypu świętego - męczennika, którego męczeńska śmierć jest głównym i wystarczającym powodem uznania świętości. Według jego relacji biskup został osobiście rozsiekany przez króla w czasie, gdy odprawiał nabożeństwo. Po zdarzeniu tym wokół ciała pojawiły się cztery orły, by go strzec, a gdy duchowni zbliżyli się, by pozbierać i pochować rozrzucone członki, znaleźli ciało nie naruszone.

Przekaz ten stał się podstawą do późniejszej wróżby z doby rozbicia dzielnicowego: rozpad państwa miał być karą bożą za poćwiartowanie ciała biskupa, ale tak jak ciało to cudownie się zrosło, tak samo, dzięki wstawiennictwu męczennika, Bóg doprowadzi ostatecznie do połączenia się wszystkich dzielnic w jedno królestwo. Dzięki tej interpretacji już w ciągu XIV wieku święty Stanisław stał się głównym patronem Polski, a Kraków głównym ośrodkiem jego kultu. W wawelskiej katedrze w obliczu jego relikwii co najmniej od bitwy grunwaldzkiej po wiktorię wiedeńską ofiarowywano zdobyte chorągwie, składano dziękczynienia za odniesione sukcesy. Tutaj począwszy od Władysława Łokietka odbywały się koronacje królów, tu królowie zaślubiali swoje małżonki i tu znajdowali wieczny spoczynek. Katedra krakowska stała się "ołtarzem Ojczyzny" i "świątynią chwały". Trend ten utrzymał się również po rozbiorach. Grzebano w niej, jeśli nie liczyć osób związanych z Kościołem z racji pełnionej w nim funkcji, tych, których potomni uznali za godnych takiego sąsiedztwa. Pierwszym z nich był Józef Poniatowski, ostatnim - generał Sikorski. Pogrzeby narodowych bohaterów stały się jedną z najwznioślejszych form manifestacji patriotyzmu. Częstokroć umierali na obczyźnie; dzięki staraniom rodaków ich ciała sprowadzane były do Ojczyzny, by w pewien mistyczny sposób mogły złączyć się z jej ciałem. "O grób dla kości naszych na ziemi naszej, prosimy cię, Panie", głosił napis nad trumną Mickiewicza. Nielicznych - Kościuszkę i Piłsudskiego - uczczono dodatkowo, sypiąc kopce, mające nawiązywać do grobów archaicznych herosów.

Przebieg wydarzeń wskazuje, że katedra wawelska przekształciła się z miejsca przechowywania relikwii świętego Stanisława, którego kult przygasł, w sanktuarium narodowe. Odrodzenie Krakowa jako ośrodka kultu religijnego nastąpiło niedawno za sprawą Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach, związanego z żyjącą przed stuleciem siostrą Faustyną Kowalską, kanonizowaną przez Jana Pawła II. Kopia obrazu Jezusa Miłosiernego, namalowanego według jej wizji, wisi prawie w każdym polskim kościele. Jest wizualizacją modelu religijności zalecanego przez Kościół na Trzecie Tysiąclecie.

Rozdział XVIII

O Nowej to Hucie piosenka

Klasztor Norbertanek na Salwatorze.Przy klasztorze norbertanek do Wisły uchodzi Rudawa. Zaczyna się w tym miejscu bulwar, który towarzyszy rzece do końca miasta. Przecinają rzekę mostami kolejne ulice, tuż nad nią wznoszą się mury Wawelu i klasztoru na Skałce. Za Skałką bulwar przybiera postać tarasu wyłożonego kamiennym boniowaniem, ocienionego drzewami. Z prawej strony nad dachami Podgórza widać koronkowy dach wieży kościoła św. Józefa, wzorowany na wieży Mariackiej.

Przy Wawelu na barkach - restauracjach piwko spijali turyśc.Spływaliśmy wolno, świadomi, że Krakowa z wody być może już nie zobaczymy - a warto go zobaczyć. Piękną scenerię mają kajakarze i wioślarze wyruszający pod Wawel na treningi. Piękną wycieczkowicze korzystający z przejażdżek tramwajem wodnym - niewielkimi łódkami krążącymi pomiędzy mostami. Wisła żyje w Krakowie, a Kraków żyje Wisłą. Wędkarze z bulwaru moczyli swe wędziska. Za ich plecami przechadzały się setki spacerowiczów, mknęli rowerzyści i rolkarze. Przy Wawelu na barkach - restauracjach piwko spijali turyści. Pełna sielanka.

W 1987 roku Marian z Prezesem kończyli spływ pod Wawelem, na którym zebrała się manifestacja patriotyczna. Pretekstem była rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Władze na swobodny przebieg imprezy nie zezwoliły, interweniowała Milicja, a alumni obserwujący zajścia z okien pobliskiego Wawelowi seminarium skandowali: "Ge-sta-po! Ge-sta-po!"

Śluza Dąbie.Za wybudowanym w 2001 roku mostem Kotlarskim, najdłuższym w Polsce mostem łukowym, przy prawym brzegu dostrzegliśmy resztki floty wiślanej: trzy rdzewiejące pchacze i kilka barek. Wkrótce potem pokonaliśmy kolejną śluzę na trasie - śluzę Dąbie. Za nią miasto oddaliło się od rzeki. Z lewej minęliśmy elektrociepłownię Kraków z czterema kominami. Jeden z dwóch wysokich był odchylony od pionu, przynajmniej takim się wydawał, jeden z dwóch niskich a krępych pomalowany był w chmury, na biało i na niebiesko.

W oddali zarysowały się budynki Nowej Huty, za Dłubnią sylweta klasztoru w Mogile a na prawo od niej - dymy i kominy huty Sendzimira, do 1990 roku noszącej imię Lenina. Lenina znaliśmy, ale kim był ów Sendzimir?

Tadeusz Sendzimir był polskim inżynierem i wynalazcą, bardzo cenionym w swoim fachu, specjalizującym się w obróbce metali. Opracował między innymi metodę cynkowania blach stalowych i walcowania stali na zimno. Jeszcze przed wybuchem II wojny światowej zamieszkał we Francji, a po wojnie aż do śmierci przebywał w Stanach Zjednoczonych. Nie uczestniczył w budowie socjalistycznej Ojczyzny, dlatego nie uczono nas o nim w szkołach.

Huta, jeśli spojrzy się na mapę, zajmuje większą powierzchnię od towarzyszącej jej dzielnicy. Jako kompleks, są sztandarowym obiektem doby socrealizmu. Proklamowano go w architekturze, podobnie jak w literaturze i innych sztukach, w 1949 roku. Zgodnie z zaleceniami kierownictwa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej architektura miała być odtąd "socjalistyczna w treści a narodowa w formie". Sprowadziło się to do stosowania klasycyzującej kompozycji i dekorowania jej detalami zaczerpniętymi z historii architektury polskiej: attykami, kolumnadami, płaskorzeźbami etc. Ta eklektyczna metoda, zastosowana przy budowie gmachów mających unaoczniać potęgę nowej władzy, prowadziła do powstawania obiektów przygniatających widza swą skalą i przepychem. Taki jest warszawski Pałac Kultury i Nauki, wówczas jako dar narodu radzieckiego nazwany imieniem Stalina. Takie jest centrum Nowej Huty, zainicjowanej w 1948 roku jako będące zarzewiem nowych czasów, opozycyjne miasto wobec reakcyjnego Krakowa. Zbudowano ją w oparciu o układ przestrzenny jakby żywcem przeniesiony z epoki baroku, a centralny plac otaczają typowe dla tego okresu monumentalne budynki.

Okres realizmu socjalistycznego zakończył się w 1956 roku a obiekty wówczas powstałe można było, a nawet wypadało, krytykować. Popularyzator wiedzy o architekturze, Przemysław Trzeciak, tak o nich pisał:

"Starały się one wszelkimi sposobami udawać to, czym nie były. Biurowiec udawał zamek albo pałac, wnętrza sklepu upodabniały się do barokowych sal, portale kamienic do portali kościołów. Na każdym kroku wyczuwało się fałsz. Obok rozwijała się wspaniale nowoczesna technika, powstawało postępowe socjalistyczne społeczeństwo, a tymczasem architektura tkwiła swymi formami i teoriami w epoce feudalizmu lub w najlepszym wypadku - kapitalizmu, nadużywając przy tym wypracowanych przez społeczeństwo środków materialnych na rozrzutne i zbyteczne stosowanie drogich materiałów i niepotrzebnych ozdób".

Po 1956 roku powstawały nowe, oparte na innych założeniach gmachy, ale czy doskonalej wzbogacające polski krajobraz? Chyba nie zawsze; można to stwierdzenie odnieść także do czasów, gdy wyszło na jaw, że "postępowe socjalistyczne społeczeństwo" to tylko propagandowe hasło.

Budowa Nowej Huty była częścią odbudowy Polski po zniszczeniach wojennych, zarazem elementem budowania nowej, sprawiedliwej Polski, tworzenia nowego życia, jak wielu wierzyło. Jednym z nich był Marian Brandys, wówczas początkujący dziennikarz i literat. Chcąc być jednym z "doboszy rewolucji", jak się to wówczas mówiło, pojechał do Nowej Huty.

"Przed moimi oczami na rżyskach po świeżo zżętych łanach pszenicy, zaczynano budowę stutysięcznego miasta i wielkiego kombinatu przemysłowego. Było to dla mnie niezwykłe przeżycie. Tym bardziej, że ja od początku już wiedziałem, co będzie dalej! Projektantem miasta był architekt Tadeusz Ptaszycki, mój kolega z oflagu, wspaniały człowiek, sugestywny, zakochany w swoim zawodzie. Pokazywał mi swoje plany, zaraził mnie swoim zapałem. Wysoko postawieni informatorzy polityczni ze wszystkich stron udzielali mi pouczeń i zapewnień. Rozsnuwali przede mną wizję awansu społecznego w nieznanej dotąd skali. Młody chłopak ze wsi - oczywiście biedniak, oczywiście uzależniony od wyzyskującego go kułaka - zaczyna pracować przy budowie jako kopacz. Później stopniowo, w miarę rozwoju wielkiej inwestycji, uczy się zawodu: zostaje traktorzystą, później hutnikiem w hucie, którą zbudował. Rosną mury, a z murami rosną ludzie. Później zostaje majstrem, pełnoprawnym członkiem społeczności miejskiej i tak dalej... Wierzyłem we wszystkie te autorytatywnie potwierdzane plany i obietnice".

Brandys zainspirowany tym, czego doświadczał, napisał książkę o mówiącym wszystko tytule "Początek opowieści", mającą według zamierzeń autora zachęcać do aktywnego udziału w dziele tworzenia. Książka była już w księgarniach, gdy Brandys dowiedział się, jak naprawdę rozwijały się sprawy nowohuckie. Młodych chłopców ze wsi po przepracowaniu kilkunastu miesięcy w charakterze kopaczy przenoszono na inne budowy, gdzie znajdowali zatrudnienie również jako kopacze. Zamiast nich przyjeżdżali z różnych stron kraju robotnicy o wyższych kwalifikacjach i zajmowali, obiecywane tamtym, miejsca w nowym mieście i nowym kombinacie. "Na zdrowy rozum, była to rotacja najnormalniejsza w świecie, ale było to nie do przyjęcia dla tych, którzy zaangażowali się uczuciowo w piękną socrealistyczną bajkę o Nowej Hucie".

Marian Brandys był jednym z wielu intelektualistów, uwiedzionych tuż po wojnie ideologią komunistyczną. Odczuwalna była ulga oswobodzenia od okupanta hitlerowskiego, ale i świadomość tego, że uznawany za fundamentalny system wartości zachodnioeuropejskich nie sprostał wyzwaniom ludobójstwa, rasizmu, totalnej wojny. W wyniku decyzji wielkich mocarstw Polska znalazła się po stronie państw wojnę przegrywających, choć pozornie było na odwrót. To miało jednak wyjść na jaw dopiero z upływem lat. Tymczasem oswobodzony kraj należało odbudowywać i entuzjazm towarzyszący tej odbudowie był silniejszy od sentymentów do londyńskiego rządu i niepewności co do dalszych losów kraju, który został faktycznie uzależniony od decyzji Stalina. Wbrew nasuwającym się wątpliwościom, czasem może nie w pełni sobie to uświadamiając, wiarygodność nowej władzy żyrowali tacy pisarze o przedwojennej jeszcze estymie jak Iwaszkiewicz, Tuwim, Broniewski, Przyboś i Nałkowska. Spośród twórców młodszych agitowali za nową rzeczywistością Andrzejewski i Miłosz. Dopiero po okresie akceptacji miało przyjść otrzeźwienie.

W 1977 roku w Nowej Hucie zbudowany został kościół. Wywalczyli go dla siebie mieszkańcy miasta, prowadzeni przez krakowskiego biskupa Karola Wojtyłę. Partyjni planiści nie przewidywali istnienia świątyni, nie zarezerwowali dla niej miejsca w układzie urbanistycznym architekci, miało to być wszak miasto wzorcowe, socjalistyczne. Okazało się, że jego mieszkańcy nie spełnili pokładanych w nich oczekiwań, nie stworzyli nowej, lepszej społeczności. Ulegli oddziaływaniu reakcyjnego, klerykalnego Krakowa.

Rzadki deszczyk popadał, jakby ksiądz kropidłem kropił.

Rozdział XIX

Nie mam już nic!

Za mostem drogowym Wandy dobiliśmy do Jacht Klubu Polskiego Kraków. Roznosiły się z niego nad zalew dźwięki muzyki i zapachy grillowanego mięsa.

- Może będzie piwo w kuflu? - snuł marzenia Prezes.
Nie było. Popłynęliśmy dalej.

Dookoła nas pętlę zatoczyła motorówka. Jej kierowca najwyraźniej starał się rozbujać wodę możliwie najsilniej i miał ubaw, patrząc, jak kombinujemy, by się nie wywrócić.

- Największą falę taka motorówka może zrobić, gdy zahamuje tuż przed kajakiem i spod siebie falę wypuści - powiedziałem do Rafała.

Motorowodniak jakby mnie usłyszał. Po chwili dokładnie tak postąpił.

- Wypierdalaj stąd! - krzyczeli do niego wędkarze, którym wygenerowane fale i hałas również przeszkadzały.

- Cukru mu dosypcie do silnika! - doradził im Prezes.

Śluza Przewóz - Marian i Prezes w awanporcie.Na śluzie Przewóz kończy się Kaskada Górnej Wisły. Długo czekaliśmy w awanporcie, ale nic się nie działo. Poszliśmy z Rafałem szukać śluzowego. Z kładki dolnych wrót ujrzeliśmy, że kanał poniżej usiany jest na kilkuset metrach wystającymi nad wodę kamiennymi ławicami, a próg poniżej wrót wystaje nad wodę. Próg przy dolnych wrotach znajdujący się wewnątrz komory również był widoczny, był tuż pod wodą. Byliśmy zaskoczeni. Tu już nie może być mowy o żegludze!

Przypomniałem sobie opowieść Bartka o tym, jak to śluzowy za Krakowem otworzył wrota jeszcze zanim całkiem opróżnił śluzę i na ostatnim hauście wyprysnęli z Sołtysem z jej wnętrza, ale mimo to urwali ster na progu za śluzą. To było tutaj!

Śluza Przewóz - Tu już nie może być mowy o żegludze.Przyszedł śluzowy i nie miał zamiaru nas śluzować. Zbyt to niebezpieczne. Jak sobie poradzimy z progami i kamieniami? Dwaj mężczyźni, którzy wraz z nami na białym pontonie dotarli do śluzy, zawrócili. My namówiliśmy śluzowego, by nas jednak prześluzował. Gdy znajdziemy się na dolnej wodzie, spławimy kajaki z progu, a potem poholujemy między kamieniami.

Wpłynęliśmy do śluzy za wyjątkiem Rafała, który został na brzegu z zamiarem robienia zdjęć. Woda stopniowo opadła, otworzyły się wrota i dostrzegliśmy Rafała, stojącego na dolnym progu.

- Płyńcie, płyńcie! - wołał. - Jest jeszcze woda aż do Wisły!

Śluza Przewóz - zachybotali się i po chwili obaj już pływali w głębinie za progiem.Nie było czasu do namysłu, jeśli chcieliśmy dopłynąć na wodzie wypuszczonej ze śluzy do połączenia kanału z rzeką. Prezes z Marianem ruszyli pierwsi. Przewał był niewielki. Dno kajaka zazgrzytało na krawędzi progu, zawiśli na skegu, zachybotali się i po chwili obaj już pływali w głębinie za progiem. "Rączy Kaczor" jest kajakiem o pewnym zacięciu morskim, ma skeg na rufie, ułatwiający utrzymywanie kierunku i nie nadaje się do skakania z progów. Zaasekurowany przez Rafała, nie wywrócił się jednak. Po wypluciu załogi wrócił do pionu. Spłynęliśmy obok niego naszymi kanadyjkami, Rafał dosiadł rufy "Rączego Kaczora" i wysiadając tylko raz na kamieniach, dopłynęliśmy do połączenia kanału z Wisłą. Za nami niósł się lament Prezesa:
- Nie mam już nic! Straciłem wszystko! Fajek nie mam...

Wisłą woda szła gwałtowna i ostra. Otworzono widocznie jazy na elektrowni. Rzeką płynęły krzewy, deski i śmieci. W kanale utworzyła się cofka, podchodząc aż pod śluzę. Dlaczego dopiero teraz?! Teraz, kilka minut później, prześluzowalibyśmy się bez problemu.

Marian i Prezes przedarli się przez przybrzeżne chaszcze na cypel, przebrali w suche ubrania i mogliśmy ruszać. Gdyby tak jeszcze coś na rozgrzewkę... Zrobiło się chłodno i pochmurno. Ale nikt nie miał wódki.

- Ale! - przypomniałem sobie. W Okleśnej kupiłem flachę z dołączoną buteleczką żołądkówki o pojemności 50 ml. Nie bardzo było wiadomo, jak tym jednym kieliszkiem obdzielić pięciu chłopa i walała się odtąd po kanadyjce, bo nie wypadał jej wypić i z nikim się nie podzielić. Teraz będzie jak znalazł!

- Mam buteleczkę ratunkową! - wyciągnąłem flaszeczkę z triumfem. Marian z Prezesem szybko ją obsączyli, a Rafał wykrzykiwał:
- Hilfe Systeme! Hilfe Systeme! Dlaczego zawsze w takich okolicznościach najlepszy jest język niemiecki?!

- Mamy kolejną historię. Najpierw była historia pewnej ciżemki, którą Marian prawie zgubił w śniegach Baraniej, teraz - historia pewnej buteleczki.

Lubię jeździć na spływy. Na spływach przydarzają się przygody, niespodziewane zaskakuje często, na przykład na Wiśle wywrotce ulegają doświadczeni kajakarze, choć wydawało się to nieprawdopodobne i nikt z nas nie brał takiej możliwości pod uwagę.

W końcu pojawił się nurt! Rzeka sunęła głębokim korytem, ujęta w ostrogi, szeroka na kilkadziesiąt metrów. Minęliśmy most kolejowy w Przylasku Rusieckim, osiągnęliśmy most w Niepołomicach. Chcieliśmy znaleźć biwak niedaleko od niego, by móc udać się do sklepu. Znaleźliśmy w miarę dogodne wyjście na brzeg sześćset metrów dalej, na 103 kilometrze. Łąka równa, nie koszona, wypełniała całą przestrzeń międzywala, szeroką na kilkaset metrów po obu stronach Wisły, praktycznie bez drzew.

Prezes zajął się przygotowaniem obiadokolacji: smażeniem chleba na patelni na grzanki i przyrządzaniem żurku z proszku. Ja udałem się z Rafałem w kierunku szosy i stacji benzynowej. Z wału powodziowego, którym szliśmy, wypatrzyliśmy dwa bażanty kroczące wśród traw, samce o zielono-czerwonych, metalizujących łbach.

Stacja benzynowa była niedaleko mostu.
- Czy jest wódka?
- Z artykułów pierwszej potrzeby mamy tylko piwo. Ale panowie spróbują na następnej stacji.

Na usytuowanej po drugiej stronie szosy stacji wódka była. Kupiliśmy flaszeczkę i wróciliśmy na pierwszą stację po piwo.
- Niech ma facet nagrodę, że nas dobrze pokierował.

Kupiłem osiem piw, dałem sprzedawcy pięćdziesiąt złotych i końcówkę drobnymi, i chciałem wyjść.
- Pan tyle nie pije. Trzydzieści złotych pan zapomniał! - zawołał za mną sprzedawca.
Zawróciłem po resztę.

Rozdział XX

Regulacja Wisły

Regulacja rzek przez człowieka początkowo polegała na wznoszeniu wałów mających ograniczać wylewy rzek (przy Wiśle wznoszono takowe już w XIII wieku) oraz na budowie młynów wodnych i jazów służących do połowu ryb. Tak pojęta regulacja stała w sprzeczności z transportową ich funkcją, ale dopóki funkcja ta nie miała zbyt wielkiego znaczenia, nie zajmowało to umysłów. Dotyczyło to również Wisły i stan taki utrzymywał się dopóty, dopóki ona jak i jej dopływy nie stały się ważnymi arteriami komunikacyjnymi. Nastąpiło to w XV wieku. Pojawiła się wówczas idea wolnych od przeszkód rzek publicznych, która znalazła odzwierciedlenie w statucie z 1447 roku, z początków panowania Kazimierza Jagiellończyka:

"Chcąc uprzątnąć złe nadużycia i przeszkody tamujące dobro publiczne, a zważając, że rzeki Wisła, Dniepr, Styr, Narew, Warta, Dunajec, Wisłoka, Bug, Brok, Wieprz, Tyśmienica, San, Nida, Prosna i inne jakie bądź, chociaż są nasze królewskie i nikt sobie do nich nie może rościć prawa, zostały jednak w wielu miejscach gaciami (jazami) zatamowane dla spławiających towary kupców. Przeto stanowimy, ażeby takowe jako też wszelkie inne spławne rzeki pod karą siedemnadziestą i pod niezwłocznym wymierzeniem sprawiedliwości skrzywdzonym, były wolne, dla wszelkich kupców tak w górę jak i w dół płynących."

Likwidowanie przeszkód nawigacyjnych okazało się niełatwe, zwłaszcza na mniejszych rzekach. Począwszy od 1496 roku aż do czasów Jana Sobieskiego sejmy wielokrotnie nakazywały oczyszczanie różnorakich rzek z budowli wodnych, ale i zatorów drzewnych, dbając o poprawę ich żeglowności. Były to wówczas jedyne drogi naprawdę publiczne. Budową dróg lądowych o znaczeniu krajowym nikt się nie zajmował. Kraj pokryty był siecią różnych dróg, ale nieutwardzonych; ich stan zależał wyłącznie od pogody i inwestorów lokalnych.

Ożywienie zainteresowania władz państwowych sprawą żeglowności rzek przyniosły lata panowania ostatniego króla Polski. Utworzona w 1764 roku Komisja Skarbowa miała dbać m.in. o żeglowność "rzek portowych", ich regulację i pogłębianie, likwidację młynów i jazów. Podjęła ona w tym zakresie rozmaite działania; odnośnie Wisły, w 1791 roku przedłożyła sejmowi projekt zbudowania tam, niezbędnych dla uregulowania rzeki pod Nowym Miastem Korczynem, wraz ze szczegółową mapą. W okresie tym można mówić o nowym kompleksowym programie, którym kierowały się władze, zmierzającym do przebudowy sieci dróg wodnych w Rzeczpospolitej w taki sposób, by możliwe było ominięcie zagarniętego przez Prusy podczas I rozbioru dolnego odcinka Wisły. W tym celu wykonano dwa kanały: Królewski, otwierający drogę z Wisły do Chersonia nad Dnieprem oraz Ogińskiego, łączący dorzecza Prypeci i Niemna. Podobne cele przyświecały wykonanemu później, już po utracie suwerenności, w czasach kadłubowego Królestwa Kongresowego, Kanałowi Augustowskiemu.

Opisane działania akceptowały za każdym razem nieregularność żeglugi, warunkowaną zmiennymi w okresie roku stanami wody, przyjmując ją jako constans. Aż po wiek XIX spław organizowano najczęściej podczas wiosennych i jesiennych przyborów wody. Tylko wówczas można było używać do transportu dużych statków, tylko wtedy w miarę pewne było szybkie dotarcie do celu. Nawigacyjne walory wysokiej wody miały większe znaczenie od wiążących się z nią niebezpieczeństw, takich jak wiry, tworzenie się zatorów ze zniszczonych mostów, czy uciążliwości dla załogi, jakimi były towarzyszące z reguły przyborowi deszcze lub wczesną wiosną - chłody. Okresów posuchy i wiążącego się z nimi niskiego stanu wód unikano. Piaszczyste, wędrujące ławice, zalegające na dnie kamienie czy kłody drzew potrafiły zamienić wówczas żeglugę w katorgę albo całkowicie ją uniemożliwić. Szczególnie jaskrawą jest przygoda siedmiu statków, które 14 kwietnia 1726 roku wyszedłszy z Jarosławia, "dla spadłej już wody na Sanie ledwo niżej Sieniawy stanąwszy, tam czekając z ludźmi wody", ruszyły dalej dopiero 26 sierpnia. Cóż to za kontrast z wiślaną wyprawą Jana Chryzostoma Paska, który w 1680 roku "chodził" do Gdańska dwiema szkutami. Nad morzem był już dziewiątego dnia. Nie był to jednak okres posuchy, "woda była donośna i cicha". Sprzedał pszenicę i powrócił lądem. "Statki stanęły u pala (tj. przy pomoście i spichlerzu w Nowym Mieście Korczynie, należącym do Paska) w niedziel sześci". Cała operacja zajęła mu zatem w obie strony niewiele ponad siedem tygodni, przy podobnym dystansie. Przykłady te obrazują, jak ważna była umiejętność przewidywania stanu wód i kalkulowania przebiegu żeglugi; podobnie ważne było też, czy dany szyper ma szczęście.

Idea regulacji rzek, rozumianej jako stworzenie trwałych warunków użytkowania ich jako drogi wodnej, pojawiła się w Europie na początku XIX wieku, gdy rozwój handlu wewnętrznego i zagranicznego domagał się usprawnienia transportu. Było to istotne zwłaszcza przed epoką kolei. W 1817 roku został opracowany pierwszy techniczny projekt regulacji Renu, około 1820 roku - Odry, w 1844 roku - Sekwany. Wkrótce potem rozpoczynano konieczne dla wdrożenia projektów w życie prace.

Sprawę regulacji Wisły w rozumieniu nowożytnym podjęły jako pierwsze Prusy i władze Kongresówki. Złagodzono niektóre zbyt silne krzywizny biegu, usypano pewną liczbę tam. W Galicji natomiast odwrotnie, Wisła uległa zdziczeniu. Na tym odcinku, odciętym porozbiorowymi granicami od morza, straciła znaczenie jako droga wodna. Dopiero po wielkiej powodzi z 1872 roku widoczna dla polityków stała się konieczność przeprowadzenia robót regulacyjnych. Rozpoczęto je w 1889 roku. Prowadzone z różną systematycznością, doprowadziły do tego, że w 1918 roku na całym odcinku galicyjskim aż do Zawichostu rzeka została obwałowana. Z tego okresu pochodzą też krakowskie bulwary nad Wisłą.

Ich powstanie wiąże się z systematyczną regulacją Dunaju, prowadzoną w Austrii od lat pięćdziesiątych XIX wieku i z ideą budowy sieci ogólnoeuropejskich dróg wodnych. W 1901 roku parlament Austro-Węgier postanowił połączyć Bałtyk z Adriatykiem i Morzem Czarnym. Dunaj miał być połączony z Odrą kanałem o długości 285,9 km. Od kanału tego odchodzić miała odnoga do Krakowa - 130 km. Skanalizowana Wisła miała z kolei kanałem o długości 390 km zostać połączona z Dniestrem. Wszystkie drogi wodne miały mieć po 3 metry głębokości i umożliwiać kursowanie barek o ładowności do 600 ton. Projekt był ambitny, ale czy realny? Na to pytanie nie uzyskamy odpowiedzi. Zniweczyła go wojna.

Krakowskie bulwary są jedną z nielicznych pamiątek po projekcie sprzed wieku. Miały pełnić rolę portową, dla przeładunku towarów nie wymagającego specjalnego sprzętu; właściwy port miał powstać w Płaszowie. Dlatego w murach oporowych co pewien odcinek wykonano brukowane pochylnie, służące do wywozu towarów z nabrzeża do miasta czy bocznicy kolejowej, dlatego przy Wiśle rozciąga się niskie nabrzeże. Całość zaprojektował w 1907 roku Roman Ingarden, ojciec znanego także w świecie polskiego filozofa o tym samym imieniu, i dzięki niemu bulwary, mimo, że nie spełniają przewidywanej roli, spełniają inną: rolę estetyczną, decydując o urodzie tego odcinka Wisły.

Kraków jest jednym z najlepszych nadwiślańskich przykładów na to, jak bardzo ingerencja człowieka może zmienić przyrodę. W średniowieczu sieć cieków w tym mieście znacznie różniła się od obecnej. Rzeczka Rudawa uchodziła do kolana Wisły pod Wawelem, napełniała też fosę pomiędzy Bramą Floriańską a Kleparzem. Krakowski Kazimierz został założony na wyspie wiślanej; między nim a Stradomiem płynęła tzw. Stara Wisła. Obecny układ wodny ukształtował ostatecznie dopiero wiek XX; ostatnią z poważnych inwestycji mających na to wpływ jest stopień wodny Kościuszko, ze śluzą oddaną do użytku w 1990 roku oraz elektrownią i torem kajakarstwa górskiego oddanymi w roku 2003.

W okresie Dwudziestolecia nie zrobiono w praktyce zbyt wiele. Dużo więcej wydarzyło się w zakresie teorii. Pod kierunkiem inżyniera Ingardena na początku lat dwudziestych XX wieku opracowany został projekt kompleksowej regulacji Wisły. Ingarden uważał, że "doświadczenie ostatnich dziesiątków lat przed wybuchem wojny światowej, zebrane we Francji i w Niemczech dowodzi (...), że jednym z najważniejszych środków prowadzących do szybkiego rozwoju ekonomicznego jest, oprócz kolei i dróg bitych, stworzenie sieci tanich środków komunikacyjnych, jakiemi mogą być tylko drogi wodne, tak naturalne jako też i sztuczne. Pewnik ten ma szczególnie doniosłe znaczenie dla Polski, mającej w swych granicach rozległą sieć rzek większych. (...) Hydrograficzne i orograficzne warunki kraju naszego są tak pomyślne, że rzeki te, wobec swego przeważnie nizinnego charakteru a znacznej stosunkowo obfitości wody, mogą być przekształcone w znakomite drogi wodne, tudzież, że uzupełnienie tej rozległej sieci rzecznej sztucznymi kanałami żeglownymi do tego stopnia, aby każdej niemal połaci kraju naszego umożliwić korzystanie z taniej komunikacji wodnej, może być łatwiej i prędzej wykonane, niż w innych krajach". Zgodnie z projektem Ingardena koryto Wisły miało być zwężone systemem ostróg do szerokości około 200 metrów w rejonie ujścia Wieprza. Zapewniłoby to na środkowej Wiśle przy średniej wodzie żeglownej głębokość tranzytową 2 metrów.

Problemy z dostępnością portu gdańskiego dla polskiej żeglugi postawiły pod znakiem zapytania celowość poniesienia olbrzymich nakładów na regulację Wisły. Byli tacy, którzy jak profesor Rybczyński uważali, że opłacalne może być budowanie dróg wodnych nawet, jeżeli będą służyły tylko do użytku wewnętrznego. Bogdan Nagórski, dyrektor handlowy Rady Portu i Dróg Wodnych w Gdańsku, optował z kolei za taką regulacją jedynie przy założeniu, że import i eksport polski będą posługiwać się w pierwszym rzędzie portem gdańskim. Tak jednak się nie stało. Nowo założony port w Gdyni przejmował polski handel morski. A jak w 1936 roku wskazywał Nagórski, "przewożenie berlinek przez zatokę do Gdyni jest pod względem gospodarczym i komunikacyjnym nieuzasadnione".

Faktycznie prace regulacyjne nie były w szerszym zakresie prowadzone. Przebudowano jedynie odcinek Wisły górnej do Zawichostu, dzięki czemu stał się drożny dla barek o nośności do 300 ton i wykonano kilka drobniejszych prac.

Po katastrofalnej powodzi z 1934 roku rozpoczęta została budowa zbiorników retencyjnych na karpackich dopływach Wisły: Sole i Dunajcu. Bezpośrednim ich celem było zmniejszenie wysokości fali powodziowej; pośrednio zapoczątkowały one wykorzystanie rzek w dorzeczu Wisły do celów energetycznych oraz retencjonowanie wody dla potrzeb żeglugi. Umiejętnie ją dozując można zagwarantować odpowiednie głębokości tranzytowe również w okresach posuchy. Była to jakby zaliczka na przyszłość.

Prowadzone do 1939 roku prace nie wywarły na obliczu Wisły tak dużego wpływu, jak kilkadziesiąt lat powojennych. W latach 1948 - 1954 powstał stopień wodny w Przewozie dla zaopatrzenia w wodę Nowej Huty, następnie zapora w Goczałkowicach i w latach 1955 - 1961 stopnie w Łączanach, zapewniający wodę dla elektrowni w Skawinie, i w Dąbiu. W 1956 roku Komitet Gospodarki Wodnej PAN przedstawił projekt perspektywicznego rozwoju gospodarki wodnej, przewidujący w ciągu 20 lat regulację całej Wisły i budowę kaskady dolnej Wisły, wykorzystywanej także w celach energetycznych. W latach 1961 - 1964 opracowano kolejny projekt, zakładający spiętrzenie zaporami zarówno Wisły dolnej jak i górnej. Ludowa władza lubowała się w takich gigantycznych przedsięwzięciach. Projekty pozostały na papierze; wzniesiono jedynie zaporę we Włocławku. Papier przetrwał jednak do czasów, gdy państwo polskie ponownie zaczęło używać nazwy Rzeczpospolita. Siłą inercji chyba doszło do tego, że powstały trzy kolejne stopnie wodne, na które nie starczyło środków w czasach Polski Ludowej: Dwory, Smolice i Kościuszko. Dzięki ich zbudowaniu droga wodna górnej Wisły została ukończona. Nowe śluzy o wymiarach 12 na 190 metrów, większe od poprzednich, i szerokie kanały umożliwiają od 2003 roku według Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Krakowie żeglugę barek o ładowności 1000 ton. Ale to tylko dane techniczne. Żeglugi nie napotkaliśmy, kamieniste mielizny u ujścia Skawy mogą zatrzymać nawet kajak, a co dopiero barkę, a śluza Przewóz definitywnie odcina skanalizowany odcinek od reszty szlaku żeglownego. Doświadczyliśmy sami, że próg dolnej głowy jest nie do pokonania przez większy statek.

Sposób na uleczenie sytuacji poniżej śluzy Przewóz jest tylko jeden: podparcie jej kolejnym stopniem. Zgodnie z planem jeszcze z 1977 roku miałby być usytuowany w pobliżu Niepołomic i jego budowę popierają władze tego miasta. Mają one na uwadze korzyści płynące z posiadania elektrowni wodnej, wiążą też nadzieje z żeglugą pasażerską, jaka mogłaby się odbywać na odcinku Kraków - Niepołomice i związanym z tym turystycznym ożywieniem. Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej w Krakowie wystąpił nawet o przyznanie środków z Unii Europejskiej na ten cel, zakładając budowę stopnia w latach 2009 - 2013. Czy jednak kolejny stopień nie pociągnie za sobą wkrótce konieczności wzniesienia następnego? Czy możliwe jest takie jego wykonanie, by poniżej nie dochodziło do obniżania się dna koryta w taki sposób, w jaki doszło do tego w Przewozie, czy też trzeba będzie budować wciąż kolejne i kolejne stopnie i w ten, wymuszony potrzebą zagwarantowania możliwości prowadzenia żeglugi sposób, dojdzie po iluś tam latach do faktycznego skaskadowania całej rzeki?

Tyle planów; tym czasem Zarząd Gospodarki Wodnej uważa, że poprzez budowę ostatnich trzech stopni stworzył możliwość ożywienia transportu wodnego. Wskazuje, że barkami można już zaopatrywać w węgiel elektrociepłownie Skawina i Łęg oraz Hutę Sendzimira, jak też indywidualnych odbiorów z Krakowa i Polski południowej. Ci ostatni mogliby dojeżdżać po węgiel do nie istniejącego jeszcze portu Kujawy w rejonie stopnia Przewóz (wypadałoby go zatem zbudować!) i stąd go odbierać, bez konieczności przejeżdżania przez Kraków i płacenia za przejazd autostradą. Ale czy to jest opłacalne? Najpierw trzeba przecież dotransportować węgiel do portu przy ujściu Przemszy, tam go załadować, przewieźć wodą 72 km (tyle liczy ten odcinek Wisły przy żegludze kanałami) i ponownie rozładować w okolicy Przewozu. Czy nie jest to uzasadnianie post factum własnych działań? Większość instytucji ma tendencję do tego, by wciąż coś ulepszać, modyfikować, tworzyć, nawet, jeżeli nie jest to potrzebne. Taki ciągły ferment jest konieczny zwłaszcza biurokracji dla usprawiedliwiania własnego istnienia.

Zarząd uważa też, że skanalizowanie korzystnie wpłynęło na możliwości turystycznego wykorzystania rzeki. Pewnie i tak jest, jeśli turystykę kojarzyć ze statkami wycieczkowymi czy dużymi jachtami motorowymi. Dla kajakarzy, ludzi płynących pontonem czy małą łódką regulacja oznacza dokładnie coś odwrotnego: rzeka stała się nudna a jej pokonywanie upierdliwe.

Rozdział XXI

Niepołomice: ekspiacja króla Kazimierza

Nie siedzieliśmy wczoraj długo i postanowiłem, że jeśli obudzę się wystarczająco wcześnie, pójdę do odległego o ponad dwa kilometry centrum Niepołomic. Ciekaw byłem wyglądu miasteczka, w którym byłem dwadzieścia lat wcześniej jako uczestnik obozu wędrownego.

Wstałem o piątej trzydzieści, zabrałem aparat i poszedłem. Po szóstej byłem przed bramą dawnego myśliwskiego zamku Zygmunta Augusta w Niepołomicach, umieszczoną w zdobionym rozetami portalu. Portal ten to jedyny ozdobny element elewacji zewnętrznych, które poza tym są skromne. Nie ożywiają ich nawet wieże, gdyż takowych nie ma. Zamek z zewnątrz warowni ani rezydencji nie przypomina, raczej - klasztor. Brama była uchylona, więc wszedłem na arkadowy dziedziniec. Za mną tąże bramą wszedł mężczyzna.
- Otwarte od dziesiątej! Proszę wyjść!
- Ale brama była otwarta, chciałem tylko obejrzeć dziedziniec...
- Czy jak pan widzi otwarte drzwi do mieszkania, to też pan wchodzi?!
- To nie mieszkanie.
- Proszę pana, ja tu mam kwiaty, a otwarte jest od dziesiątej!
- Skoro pan chce...

Wyszedłem, a mężczyzna zatrzasnął za mną bramę. Nie potrafiłem zrozumieć, czemu się o wystawione na dziedzińcu kwiaty tak obawiał. Przecież bym mu ich nie zabrał.

W kościele gromadzili się ludzie na poranne nabożeństwo. Pieszo, rowerami parkowanymi przed portalem. Powszechnie uważa się, że Polska to nie kraj dla rowerzystów, nie ma tu takich udogodnień dla nich jak w Niemczech, czy zwłaszcza - Holandii. Prawda to, sieć ścieżek rowerowych jest skąpa. Niewielu ludzi do pracy dojeżdża rowerem, lecz uwaga ta dotyczy tylko większych miast. W małych miasteczkach i na wsiach rower jest bardzo popularnym środkiem lokomocji. Rowerami jeżdżą wszyscy, także siwiuteńkie babcie i starsi panowie. Niedaleko mostu w Topólce jest szkoła. Pewnego razu widziałem przed nią zaparkowanych rowerów chyba ze dwieście. Pewnie w szkole była jakaś gminna uroczystość. Po Aleksandrowie Kujawskim jeździ również całe mnóstwo rowerzystów, nawet zimą, no, może za wyjątkiem mrozów kilkunastostopniowych. Rower służy nawet jednemu z mężczyzn do prowadzenia działalności gospodarczej. Widuję go często między Aleksandrowem a Ciechocinkiem, jak jedzie z ciągnionym na wózku warsztacikiem i szyldem: "Ostrzenie noży i nożyczek". Gosia, moja koleżanka z pracy, nazywa Aleksandrów żartobliwie Małym Pekinem i jest w tym wiele racji.

Kościół w Niepołomicach został ufundowany przez Kazimierza, ostatniego z Piastów na polskim tronie, jedynego z polskich królów, który zasłużył sobie u potomnych na przydomek Wielki. Kazimierz stał się po śmierci postacią legendarną, wspomnijmy, że zostawił "Polskę murowaną", był "królem chłopów", najliczniejsze są w kraju zamki przez niego założone. Niektórzy historycy mimo to odmawiają Kazimierzowi przymiotu narodowego bohatera. Podnoszą, ironizując, że nie umarł za ojczyznę, nie wygrał wielkiej bitwy, a co najważniejsze - nie cierpiał. Wskazują, że nie odpowiadał wzorcowi bohatera narodowego, który ukształtował się w czasach romantyzmu. Był człowiekiem pozytywistycznego czynu, który nie tocząc większych wojen położył fundamenty pod potęgę państwa i ponaddwukrotnie powiększył jego terytorium i liczbę mieszkańców. Nikodem Bończa Tomaszewski, badacz polskiej świadomości narodowej, jest odmiennego zdania. Podaje, że w XIX stuleciu, gdy formował się kanon bohaterów narodowych, czczono Kazimierza Wielkiego jako jednego z trzech wielkich Piastów, obok założyciela dynastii, na poły mitycznego Piasta i pierwszego z królów Bolesława Chrobrego. To Kazimierzowi przypadła rola budowniczego, którego dzieło jest wciąż obecne w życiu Polaków. Król przeniesiony został w czas mityczny. Gdy w 1869 roku, w czasie restauracji grobowca Kazimierza Wielkiego odsłonięto jego ciało, zbadała je komisja złożona z przedstawicieli kapituły katedralnej i historyków oraz Jana Matejki. Malarz miał dokładnie zbadać szczątki władcy i sporządzić odpowiednie szkice. W opinii współczesnych była to część misji dziejowej artysty, który stał się kimś w rodzaju medium pośredniczącego pomiędzy zwłokami a pozostającym w ekstazie narodem. Kraszewski wspominał: "To zjawienie się wśród żywych wielkiego króla, prawodawcy, reformatora, rozsypanego w proch, miało w sobie coś mistycznie działającego". Jedyną właściwą oprawą wydarzenia było ponowne urządzenie władcy uroczystego pogrzebu, jak wskazał bowiem prezydent Krakowa Józef Dietl, zwłoki króla "nie są własnością ani katedry krakowskiej, ani duchowieństwa i garstki wybranych, lecz całego narodu". Pogrzeb zamienił się w patriotyczną manifestację. Żałobny orszak, ubrany na czarno, z czarnymi chorągwiami, bez pieśni, tylko z ponurym akompaniamentem dzwonów przeszedł z kościoła Mariackiego na Wawel. Towarzyszył mu milczący, również na czarno ubrany tłum, stojący po obu stronach ulicy. W katedrze szczątki króla przełożono do nowej miedzianej trumny i po egzekwiach sarkofag zamknięto.

Kazimierz Wielki był człowiekiem wielowymiarowym, niełatwym do zaszufladkowania. Krajem rządził mądrze, ale zarzucano mu ucieczkę spod Płowiec - co nie przystawało do ideałów rycerskich - i błędy w polityce zagranicznej - odwrócenie uwagi od Śląska i Pomorza, zapoczątkowanie ekspansji na Ruś. Był też poligamistą, co zjednuje mu u mężczyzn, którzy na poligamię pozwolić sobie nie mogą (a chcieliby!), sympatię, i gwałtownikiem. Kościół w Niepołomicach zawdzięcza swe powstanie właśnie temu ostatniemu rysowi królewskiego charakteru.

W czasach Kazimierza biskupem krakowskim był Bodzanta z Jankowa, pozostający w stosunku do króla w opozycji. Ofiarą konfliktu nie padł jednak, jak za czasów poprzednika Kazimierza na polskim tronie, biskup, lecz jeden z jego współpracowników, wikariusz kapituły krakowskiej Marcin Baryczka. Fakty są następujące: 13 grudnia 1349 roku z królewskiego rozkazu Baryczka został uwięziony, a następnej nocy utopiony w przeręblu w Wiśle. Przyczyny zajścia nie są jasne. Czy Baryczkę utopiono pod zarzutem zdrady stanu, czy też była to tragiczna pomyłka? Zdaniem Długosza wikariusz z polecenia biskupa udał się do króla, by napomnieć go i powiadomić o nałożonych karach kościelnych. "A król Kazimierz chociaż wtedy w gniewie, obrzucił Marcina Baryczkę obraźliwymi słowami, to jednak nie podniósł ręki na niego" Dopiero pod wpływem dworzan, którzy judzili rozjątrzonego monarchę, wyrażając przekonanie, "że jest winien kary śmierci ten, kto odważył się z rozkazu biskupa straszyć króla, pobłażając zapalczywości" Kazimierz zlecił dokonanie egzekucji.

Pewne są następstwa zdarzenia. Obłożony klątwą król w Awinionie musiał ubiegać się o jej zdjęcie i w ramach ekspiacji ufundował kilka kościołów: halową kolegiatę w Sandomierzu oraz dwunawowe świątynie w Wiślicy, Szydłowie, Stopnicy i Niepołomicach. Stawiana jest hipoteza, że niezbyt często spotykane rozplanowanie tych ostatnich wynika z tego, że praktyczny król zamierzał przystosować ich wnętrza do pełnienia przez nie funkcji nieco podobnej do funkcji kapitularzy klasztornych - by mogły stawać się one salami sądów. W późniejszych czasach rzeczywiście sądy ziemskie i sejmiki zbierały się między innymi w kolegiacie wiślickiej.

Wnętrze kościoła niepołomickiego odbiega obecnie od pierwotnego. Po pożarze nadano mu w XVII stuleciu formę jednoprzestrzennej nawy, nakrytej beczkowym sklepieniem. Jest bogato ustrojone, na tęczy krucyfiks, wszędzie barok, w kaplicy monumentalny nagrobek Branickich autorstwa Santi Gucciego. Na ścianie prezbiterium ossuarium - przeszklona gablota z ludzkimi kośćmi. Tylko tyle po nas zostanie?

Zamek i kościół były świeżo odrestaurowane, odmalowane. Kilka figur brązowych na ryneczku i w okolicy zamku zdobiło miasteczko. Nie pamiętałem niczego sprzed lat dwudziestu, jakbym tu nie był. Aby cokolwiek odtworzyć, musiałem sięgnąć do czynionych wtedy zapisków.

Przywędrowaliśmy do Niepołomic ze Staniątek drogą o zniszczonej asfaltowej nawierzchni. Najpierw dotarliśmy do fary, z której zapamiętałem gotyckie freski. Zamek był "w żałosnym stanie zaczynającej się ruiny, aż serce człowieka zabolało". W restauracji "pod szumną nazwą Zamkowa nikogo oczywiście nie było z gości", tylko my zjedliśmy w niej obiad. Później na rynku, brukowanym rzadkimi nieregularnymi kamieniami wapiennymi, "oczekując autobusu, grzaliśmy się na słońcu". Odjechaliśmy z Niepołomic do Świniar, na nocleg do sezonowego schroniska młodzieżowego, umieszczonego w szkole podstawowej. Świniar, które również położone są nad Wisłą.

Rozdział XXII

Goniąc Królewski Regatowy Flis

Wracając, na łąkach nadwiślańskich urządziłem poranne polowanie na bażanty. Dwa ustrzeliłem aparatem, niestety, zdjęcia wyszły nieostre.

Niedawno wprowadzono w Polsce zakaz handlu w święta. Takowymi są 1 i 3 maja. Zakaz, który dotyczy wszystkich osób zatrudniających pracowników, wywołał społeczną dyskusję. Byli zwolennicy i przeciwnicy. Święta ze swej natury powinny być wolne, czemu więc pracownicy sklepów mają być w gorszej sytuacji od innych obywateli? Z drugiej strony, czyż nie ważniejsze są zasady wolnego rynku? Skoro są klienci sklepów otwartych w święta, to celowe jest zaspokajanie ich potrzeb.

W wielu krajach podobny zakaz obowiązuje. Często obejmuje oprócz świąt również wszystkie niedziele. Tak jest w Niemczech i w Norwegii. Można przyzwyczaić się zatem do nie robienia zakupów w niedziele i święta.

W związku z obowiązującym następnego dnia zakazem handlu, po goleniu poszliśmy na zakupy do Plusa przy stacji benzynowej. Zrobiliśmy zapasy w zasadzie do końca spływu. Kupiłem też rum Senorita, który w zasadzie jest wódką o aromacie rumowym. Raczył się nim Giełżyński podczas swej wyprawy hamburką po Wiśle. Zimno było, więc też się nim przed zejściem na wodę uraczyliśmy, aż do dna.

Wróciliśmy i Prezes przygotował śniadanie: jajecznicę na boczku, klasyczne śniadanie Prezesa. To jego ulubione danie na śniadanie. Świetne, tylko zawsze pozostaje problem: kto myje patelnię? Ale to już nie problem kucharza.

PontoniarzeW czasie, gdy byliśmy w sklepie, biwak minęli pontoniarze, którzy startowali z KKW. Mieliśmy się z nimi kilkakroć mijać.

Poprowadziła nas rzeka szerokości około trzydziestu metrów, monotonna, wtłoczona w głębokie koryto. Z rzadka tylko dostrzegaliśmy szczyt domu czy czubek korony drzewa.

Minęliśmy niezauważenie Igołomię, gminną wieś o bogatej prehistorii. Tereny te zamieszkane były już 7000 lat temu. W pałacu w Igołomi można obejrzeć naczynia używane wówczas, a w rezerwacie archeologicznym ślady pieców garncarskich i dymarek służących do wyroku żelaza z rud darniowych. Igołomia znana jest też jako miejsce urodzenia brata Alberta Chmielowskiego. Najbardziej znana jest igołomska kuźnia, choć mało kto sobie to uświadamia. Artur Grottger uczynił ją bowiem tłem znanej choćby z podręczników szkolnych sceny kucia kos przez styczniowych powstańców; tak się przynajmniej twierdzi.

Artur Grottger, jeden z najbardziej znanych polskich malarzy, nie był czystej krwi Polakiem. Jego ojciec był nieślubnym dzieckiem polskiego ziemianina i francuskiej guwernantki i dlatego otrzymał nazwisko matki. Matka malarza z kolei była Słowaczką lub Chorwatką, córką oficera węgierskich huzarów. Można powiedzieć, że rodzina Grottgerów była w pewnym sensie kosmopolityczna, spokrewniona z nobilami innych części cesarstwa. Ultrapatriotą nie był sam malarz. Akceptował swoją pozycję członka ponadnarodowej szlacheckiej rodziny. Świadczy o tym jego dorosłe życie, spędzone głównie w Wiedniu, jak i w pewnym stopniu to, że jego narzeczona, Wanda Monné, była córką Kordelii z baronów Wentz zu Niederlahstein. Marzeniem Grottgera było zdobycie sławy europejskiej, większość prac udało mu się zbyć kolekcjonerom zagranicznym, temu miał też służyć ostatni zbiór rysunków "Wojna", przygotowany na paryską wystawę światową. Cykl ten sukcesu jednak nie odniósł i wkrótce potem Grottger zmarł, pozostając - nieco wbrew własnym ambicjom - twórcą naznaczonej martyrologią sztuki narodowej.

Swoje najdoskonalsze ucieleśnienie znalazła ona w cyklach rysunków z lat 1863 - 1866: "Polonia" i "Lituania". Pierwszy z nich powstał w Wiedniu i był wyrazem zwrotu malarza, obracającego się dotąd w świecie wiedeńskiej socjety i niemieckiej inteligencji, do polskości. Dzięki zainspirowanej powstaniem styczniowym "Polonii" Grottger zaliczony został w poczet polskich bohaterów narodowych, a jego twórczość stała czymś w rodzaju narodowej relikwii. "Grottger był ostatnich czasów jedynym wieszczem narodu. Najgodniej i najgenialniej przedstawiał on w swoich utworach ducha Polski" - stwierdzał na pogrzebie malarza poeta Kornel Ujejski. Postawienie Grottgera w jednym rzędzie z poetami romantyzmu było trafne: pozostawione przez niego cykle są serią fabularyzowanych obrazów; na dodatek były szeroko rozpowszechniane w formie książek, powielane w drodze fotograficznej reprodukcji i wywierały wpływ na świadomość Polaków równy kartom "Pana Tadeusza". O ile jednak mickiewiczowska epopeja, podobnie malarstwo Matejki, przywoływały przeszłość, idealizując ją, o tyle twórczość Grottgera odnosiła się do czasów mu współczesnych. Dlatego wskazywano, że akcentując w swych obrazach rolę jednostki w życiu i walce narodu, wyczarował on "polską duszę współczesną".

Jednym z rysunków z serii "Polonia" było "Kucie kos", dotąd wywierające silne wrażenie swą dynamiką, mimo, że kompozycja obrazu w dobie filmu i telewizji się już zbanalizowała. Czy Grottger rzeczywiście inspirował się, tworząc rysunek, wnętrzem igołomskiej kuźni? Być może widział ją kiedyś, ale obraz tworzył w Wiedniu, po latach. Niewiele jest szczegółów budynku na obrazie, tło rozmywa się w mroku.

Załadunek barkiNa prawym brzegu Wisły pojawił się las, resztki Puszczy Niepołomickiej, w której lubili polować polscy królowie, zwłaszcza pierwszy i ostatni z Jagiellonów. Z lewej - port w Wawrzeńczycach, pełen barek rdzewiejących. Jedna była użytkowana - koparka wyładowywała z niej na ciężarówkę piasek.

Z oddali nadleciał helikopter. Usiadł na łące, a po chwili odleciał.
- Często tak latają? - spytał się Rafał wędkarza.
- Nie. Pierwszy raz.
- Wie pan, wylądował i odleciał.
- Jakiś głupi, kurwa.

Oddaliliśmy się od wędkarza i Rafał skomentował:
- Pewnie gdyby się go ktoś zapytał, czy często tu pływają kanadyjkarze lub kajakarze, też by powiedział: Jacyś głupi, kurwa.

Przed Nowym Brzeskiem w korycie Wisły jest uskok z płyt kamiennycPrzed Nowym Brzeskiem w korycie Wisły jest uskok z płyt kamiennych, jak na beskidzkiej rzece jakiejś. Spłynęliśmy, uważnie manewrując. Jak tu barki mogą przepływać?

Most drogowy w Nowym Brzesku jest ciekawy, bo jednopasmowy, z mijankami po obu stronach rzeki. Wkrótce potem dostrzegliśmy białą bryłę kościoła w Hebdowie. Rzeka podprowadziła nas całkiem blisko do niego. Był dobrze widoczny na łąkach za kłującymi w oczy bielą piasku osuwiskami i plażami. Zaproponowałem, by się do niego przespacerować, ale Marian z Prezesem i Kaziu zamiast dobić do brzegu jakoś dziwnie przyspieszyli.
- Czego oni szukają, lepszego miejsca nie będzie...!

Klasztor w HebdowieStaraliśmy się z Rafałem, aby ich dogonić, ale kanadyjką nie mieliśmy szans w rywalizacji z "Rączym Kaczorem". Hebdów został z tyłu. Nie poznamy wszystkiego, co jest tego warte; nie zdołamy wszystkiego dokonać, co się zamierzało. Im więcej się wie i zna, tym świadomość ta jest głębsza. Ale trzeba się starać, gdyż "bojowanie (to) byt nasz podniebny".

Flis płynący do GdańskaPrzechodnie w Krakowie pytali się nas, czy należymy do Flisu, co płynie do Gdańska. Nie należeliśmy, ale Flisu tego byłem ciekaw. Dogonił nas przed Hebdowem, pyrkocząc motorkiem. Składał się z dwóch powiązanych ze sobą drewnianych łódek. Jedna z nich była repliką galara w pomniejszonej skali, druga zwykłą łódką wiślaną. Wesoło łopotała na wietrze biało-czerwona banderka, gdy nas wyprzedzali.

Dogoniliśmy ich za Hebdowem, gdzie między wysoką skarpą znaczoną żółtawymi urwiskami, którą opada do niziny przywiślańskiej Płaskowyż Proszowicki, a brzegiem rzeki rozciąga się równinka pokryta trawiastymi pagórkami o rozmaitych kształtach. Spływający Flisem wyłączyli silnik i z chwilą, gdy poprzestali na napędzie, jaki zapewnia tyczka służąca do odpychania się od dna, staliśmy się od nich szybsi. Dobiliśmy z Rafałem na pogawędkę. Flisowie poubierani byli całkiem współcześnie, dwóch tylko się wyróżniało - miało góralskie kapelusze. Pochodzili z całej Polski, tyczkarz z Ulanowa, miasteczka o flisackich tradycjach. Jedno mieli dziecko na pokładzie. Ich celem był Gdańsk, tak jak naszym, tyle, że zamierzali osiągnąć go w ramach jednej, nieprzerwanej wędrówki, przez 24 dni. Nasz plan oglądania Wisły przez pryzmat różnych pór roku uznali również za ciekawy.

Flisowie odbywali swą wędrówkę już trzeci rok z rzędu. Pełna nazwa ich przedsięwzięcia brzmiała: "Królewski regatowy flis na Wiśle". Jego celem, oprócz rekreacyjnego i poznawczego, było odtworzenie w możliwie najbardziej zbliżonych warunkach historycznej "ryzy". "Ryzę odbyć, to znaczy drzewo, czy galary odstawić Wisłą do Gdańska". Stąd galar.

Poznanie rzeki miało dla organizatora Flisu, Jarosława Kałuży, duże znaczenie. Na Flisowej stronie internetowej odwołał się do homilii Jana Pawła II z 1987 roku, przyjmując jej przesłanie za własne:
"Wisła - rzeka wszystkich ziem polskich, rzeka naszych dziejów (...) Rzeka, milczący świadek życia pokoleń, ich rodzenia się i umierania. Ich twórczych wysiłków związanych z gruntowaniem wszystkiego, co Polskę stanowi. Ich zmagań, czasem na śmierć i życie, ażeby utrzymać i zabezpieczyć to, co ojczyste, co jest wspólnym dorobkiem i wspólnym dziedzictwem. Wisła...".

Też moglibyśmy te słowa do siebie odnieść.

Miło pogawędziliśmy. Szekla została poczęstowana kiełbasą, ale nie chciała jej jeść. Dostaliśmy z Rafałem kilka bryłek soli dla każdego z naszej grupki. Flisowie wieźli ją w workach jak za czasów, gdy flis był koniecznością a nie zabawą.
- Sam ją w Wieliczce wyrąbałem! - pochwalił się jeden z nich.

Przejdź dalej

Copyright © Prywatne Okienko Wuja Mariana

Wybierz z listy: