Prywatne Okienko Wuja Mariana
Serdecznie witam na mojej witrynie

Wisłą w głąb Polski

Poprzednie rozdziały « Wisłą w głąb Polski » Rozdział IV » Rozdział V » Rozdział VI » Rozdział VII » Rozdział VIII » Rozdział IX » Rozdział X » Rozdział XI » Rozdział XII » Rozdział XIII » Kolejne rozdziały

Rozdział IV

Dróżka do bazy

- Godzina szesnasta. Pierwszy kieliszek we Włocławku - oznajmił Marian, po czym poinformował, że to jego setny spływ.

Wisła 2008 r. Od lewej - Prezes, Tomek, Mastal, KorzonPodróżowaliśmy więc pijąc, rozmawiając, podsłuchując rozmowy kierowców przez CB radio Mirka. Głównym ich tematem jest bezpieczeństwo na drodze, rozumiane jako bezpieczeństwo od mandatów.
- Jak ścieżka, koledzy?
- Przy Włókniarzy misiowóz!

Spojrzeliśmy - rzeczywiście, przy wjeździe na Aleję Włókniarzy w Łodzi stali policjanci.
- Mobilki, mobilki, jak dróżka na Piotrków?
- Na dwudziestym szóstym dwa miśki na hulajnogach stoją i suszą!
- Wściekli się dzisiaj. Jakbyś pomykał na Włocławek, do Krośniewic czysto.
- Dzięki, kolego. Szerokości!

Slang kierowców, którego nauczyliśmy się jeżdżąc z Mirkiem jest zabawnym dowodem na to, że język polski nie jest językiem martwym, ale całkiem żywotnym.

Rafał urodził się we Włocławku, ale mając półtora roku przeniósł się wraz z rodzicami do Wisły i tu spędził dzieciństwo i młodość. Rodzice Rafała pochodzili z Beskidów, ojciec zza granicznego grzbietu, z Jablunkova na Zaolziu. Stamtąd wędrował przez góry, by spotykać się z przyszłą mamą Rafała.
- Bezsensownie historia powiązała losy Czech i Polski! Stąd teraz wzajemna niechęć - snuł refleksje Rafał.

Najpierw Chrobry Pragę zajmował, potem Brzetysław zwłoki św. Wojciecha - Czecha będącego patronem Polski - z Gniezna wywoził. W XV wieku husyci pomagali Jagielle w wojnach z Krzyżakami; z kolei lisowczycy w XVII wieku pomagali Habsburgom walczącym z czeskim powstaniem. Trzysta lat później Czesi zajęli znaczne obszary polskiej etnicznie części Śląska Cieszyńskiego i uzyskali w 1920 roku od Ententy granicę na Olzie, na którą uwikłana w wojnę z Rosją Sowiecką Polska musiała się zgodzić. W 1938 roku z kolei polskie wojska do spółki z Hitlerem wystąpiły przeciwko Czechosłowacji i Zaolzie odebrały. A w 1968 roku wraz z innymi wojskami Układu Warszawskiego Polacy tłumili praską wiosnę. Suma polskich win jest duża...

W Mostach koło Jablunkova jest cmentarz, na którym co drugi grób należy do Polaka Szotkowskiego, a co drugi do Czecha Sikory. Zgodnie żyli ci prości ludzie i zgodnie obok siebie spoczywają, wbrew wielkiej historii.

Marzeniem taty Rafała było spłynąć tratwą wraz z rodziną Wisłą z Goczałkowic, ale zmarł w 1977 roku nie zrealizowawszy marzenia. Do dziś w Wiśle mieszka brat Rafała, do dyspozycji jest też małe mieszkanko, w którym mieszkała matka Rafała z drugim mężem, też góralem i też już nieżyjącym. Właśnie z tego mieszkanka Rafał uczynił naszą bazę. Dotarliśmy do niej po północy, wódka Mariana z okazji setnego spływu właśnie się skończyła i można było iść spać.

Rozdział V

Przez źródła Wisły

Następnego dnia odbyliśmy wycieczkę do źródeł WisłyCzy każdy z nas zdoła wejść na Baranią? Ależ tak! Rafał zaproponował, by taksówką podjechać do schroniska na Przysłopie. Stamtąd jest już blisko na szczyt. Nie wypada nie wejść! Może ta droga jest zamknięta dla ruchu, zakaz wjazdu, ale taksówkarz z gór sobie z zakazem poradzi! Udaliśmy się na postój, Rafał zdobył numer telefonu do właścicielki siedmioosobowego pojazdu i wkrótce witaliśmy się z panią Agnieszką, reklamującą swe usługi hasłem: "Po co ci dwie taksówki? Dzwoń po VAN-a!" Mirek jako zawodowy kierowca wzdragał się jechać z kobietą, ale nie miał wyjścia. Entuzjazm Rafała przekonałby każdego.

W czasie jazdy w górę doliny Rafał pokazał nam obejście, w którym mieszkali jego dziadkowie.
- Tu dziadek poszedł do szopy rąbać drewno i już nie wrócił. Miał piękną śmierć!
- Na taką śmierć trzeba sobie zasłużyć! - powiedziała pani Agnieszka.
- Tak! - Rafał zamyślił się, wypuścił kłąb fajkowego dymu.

Przez kilka kilometrów towarzyszyła nam Czarna WisełkaRzeka, wzdłuż której jechaliśmy, stawała się coraz mniejsza. Pod koniec jechaliśmy wzdłuż skaczącej wśród głazów Czarnej Wisełki, jednego z dwóch (lub jak chcą niektórzy, zaliczający do grona źródłowych potoków Wisły również Malinkę, trzech) źródłowych potoków największej rzeki zlewiska Morza Bałtyckiego. Czarna Wisełka jest najdłuższym z nich; Wisła liczona od jej źródeł do ujścia ma 1048 km, podczas gdy liczona od źródeł Białej Wisełki 1045 km. Źródła Czarnej Wisełki są też wyżej położone - na wysokości 1107 metrów n.p.m.; Biała Wisełka ma początek na wysokości 1080 metrów.

Barania Góra oczekiwała wodniaków z WłocławkaNa Przysłopie byliśmy o dziesiątej, pijąc piwo i szykując psychicznie do zmierzenia z górami. Zwłaszcza Mirek, Prezes i Marian mieli się do czego szykować. Jeszcze rano zamierzali spędzić dzień na kręceniu się po Wiśle.

Schronisko PTTK na Przysłopie nie jest obiektem ładnym. Jest to blok postawiony w górach, socrealistyczny z wyglądu i całkiem nie na miejscu. Jest to jedno z bardziej szkaradnych z wyglądu schronisk w polskich górach. Schronisko to jednak nie tylko wygląd, ale przede wszystkim sposób podejścia do wędrowca. Mój kolega Jacek twierdzi, że jeśli chodzi o schroniska to jesteśmy potęgą w Europie: jako jedyny kraj mamy w górach schroniska a nie hotele. Tylko w Polsce można przyjść w nocy i zawsze zostać przenocowanym, nawet jeśli nie ma wolnych miejsc. Tylko tu wolno też zjeść w jadalni własny prowiant i otrzymać wrzątek, z którego można sobie naparzyć własnej herbaty. Można żywić obawy, że już niedługo taki stan rzeczy będzie istniał. Coraz mniej ludzi wędruje z plecakami po górach, coraz większe znaczenie ma turystyka pobytowa.

Barania Góra oczekiwała wodniaków z WłocławkaZżyty z krajobrazem jest za to niewielki budyneczek położony w pobliżu. Mieści się w nim muzeum turystyki górskiej. Drewniany, jest częścią dawnego schroniska, adaptowanego w 1925 roku z zameczku myśliwskiego Habsburgów. Główną część zameczku ponad dwadzieścia lat temu przeniesiono do centralnej części Wisły. W kapliczce przed wejściem do muzeum umieszczony jest wizerunek Matki Boskiej, w góralskiej koszuli, z długim warkoczem, trzymającej w jednym ręku jabłko królewskie, a na drugim Baranka. Baraniogórskiej Panienki. Napis pod obrazkiem poucza: "Kto idzie w góry, ten idzie do Matki".

Nie - to nie jest spczątek WisłySzlak turystyczny na Baranią Górę wiedzie grzbietem i osiągnięcia celu wyprawy - dotarcia do źródeł Wisły - nie umożliwia. Poprowadziłem więc ekipę biegnącą trawersem drogą leśną, służącą do zrywki drewna. Swoją drogą to ciekawe, dlaczego drzew się nie ścina, tylko je zrywa... Kamienisto - błotnistym korytem drogi płynął potoczek. Przecinały ją inne potoczki, wysiękające z napęczniałych wilgocią mchów pośród świerczków, wylewające się z jeziorek tworzących się między trawami. Coraz częściej pojawiały się płaty zleżałego śniegu. Wesoło się czułem, w ciepłym słońcu kwietniowym zapadając w śniegu. W miejscu, w którym droga dotarła do sporej tu jeszcze Czarnej Wisełki, śniegu było już więcej niż odkrytej ziemi.

No a Marian idzie w półbucikach- Niewyczerpane są zasoby wodne! - wykrzyknął Mirek widząc, jak potok żwawo przemyka wśród poszarzałych zasp.
- Nie masz racji - odrzekłem. - Człowiek potrafi te zasoby zmarnotrawić. Czy wiesz, ze wiele wielkich rzek nie dopływa już do morza, takich jak Huang He, Colorado, Rio Grande? Spiętrzono je, zatrzymano, zużyto na nawadnianie, zlikwidowano. Jezioro Aralskie wysycha, odkąd radzieccy inżynierowie wykorzystali wody Amu-darii do zamieniania pustyni w pola bawełny. Huang He jest tak zanieczyszczona, że jej wody nie nadają się nawet dla przemysłu, a w połowie jej biegu nie ma życia biologicznego. Chińczycy nie wahają się jednak przed zniszczeniem drugiej swej wielkiej rzeki, Jangcy. Dzięki Zaporze Trzech Przełomów jej wody zostaną nawet częściowo skierowane do Pekinu, by zasilić tamtejsze wodociągi. Ale nie jest to bynajmniej problem państw, które można by określić jako komunistyczne czy totalitarne. Rio Grande czy Colorado nie płyną przecież w Chinach, ale w państwie, które uważa siebie za najdoskonalszy wytwór ewolucji zachodniego świata. Jest to problem wszystkich państw, które aspirują do miana mocarstwa. Budowa wielkiej zapory świadczy o możliwościach państwa, a zatem jego znaczeniu i możliwościach. Nie każdego stać na wysiedlenie miliona mieszkańców z terenu, który zostanie zalany!

Przy Czarnej Wisełce droga się skończyła. Wędrowaliśmy odtąd po wysiękach, młakach, torfowiskach, pokrytych często polami śnieżnymi. Na własnej skórze dowiadywaliśmy się, co to znaczy, że Czarna Wisełka bierze się z wykapów.

W przemoczonych butach osiągnęliśmy wreszcie najwyższy wykap (źródło) WisłyBogumił Hoff w XIX wieku tak je opisywał: "Woda nie wytryska z ziemi jako zdrój, tylko wysącza z czarnej próchnicy, między drzewami tworząc małe zbiorniki niby jeziorka, nie większe nad jeden do dwóch metrów kwadratowych. Te kałuże z wodą ciemnobrunatną leżą jedna niżej drugiej na niewielkiej spadzistości, zasilając się wzajemnie leniwie płynącymi potoczkami. Te z początku skąpo wydobyte czarne łzy z czarnych oczu łączą się z wieloma podobnymi wykapami tak, że nim strumyczek przebiegnie kilometr i dojdzie do uroczego miejsca Przysłupie zwane, przedstawi się jako potok, którego przeskoczyć trudno..."

Wyciskaliśmy rzekę z nasiąkniętej nią góry naszym dreptaniem. Każdy zmoczył swe buty. Kazik wpadł w wodę najgłębiej, bo po kolana. Marian niemalże zgubił ciżemkę.

Mariana ciżemki były całkowicie przemoczone, jednak jak widzć Prezes też miał półbucikiMarian utyka na jedną nogę, ma protezę biodra, nie wolno mu dźwigać więcej niż półtora kilograma. Marian nie używa innego obuwia niż wsuwane półbuty. Nawet zimą. Schylanie się jest dla niego męczące i nie mógłby wiązać butów bez wysiłku. Teraz też miał na nogach swoje zwykłe ciżemki. Przedarliśmy się przez wykapy, przez wiatrołom i świerkowy młodnik do szlaku wiodącego na Baranią Górę z Kamesznicy, a potem już ścieżką dotarliśmy na szczyt. Posilający się pod widokową metalową wieżą turyści z dezaprobatą spojrzeli na Mariana, krytycznie oceniając, co ma na nogach. Nie było to górskie obuwie!

Fotka z Baraniej Góry z wiosłem jest potwierdzeniem tego wyczynu wodniaków WKW.Wzbudziliśmy zainteresowanie wiosłem kanadyjskim, które Rafał przytargał ze sobą i nazwał dumnie Baranim Pagajem. Uświadamialiśmy ciekawych, że naszym zamiarem jest pokonanie Wisły, ale we wzroku wędrowców zamiast podziwu widywałem raczej politowanie. Wiosło przydało się Marianowi podczas zejścia. Podpierał się nim w bardziej stromych momentach, jak też pokonując zalegający na ścieżce śnieg.

- Co on niesie? - mówili do siebie zaskoczeni widokiem wiosła ludzie.
- To jeszcze nic. Za mną idzie dwóch wariatów, którzy niosą kanadyjkę! - odpowiedział im Marian, nie pytany.

A teraz doliną Białej Wisełki podążamy do stóp Baraniej GórySchodziliśmy szlakiem niebieskim do Czarnego. Przez całe zejście towarzyszył nam szum wody. Przeciętny wędrowiec tym szlakiem nie zdaje sobie sprawy, jakim skarbem jest słyszeć ten szum. Docenić to może dopiero ten, kto przewędruje góry Grecji, Turcji czy Hiszpanii, w których człowiekowi towarzyszy z reguły cisza i trzeba nosić ze sobą po kilka litrów na osobę, gdyż wody jest na tych suchych terenach brak. Seriami wodospadzików wśród mchu, igliwia i kamieni spadały tworzące Białą Wisełkę roztoki. Ścieżką woda płynęła prawie ze szczytu Baraniej. Od strony północnej zbocza góry są bardziej spadziste i potoki mają większe spadki. Niektóre z nich miały z pięćdziesięcioprocentowe nachylenie koryta, jak obliczyliśmy z Kazikiem.

Baranią Górę porasta las w większości świerkowy, często zniszczony, sztucznie nasadzony przez człowieka łapczywego na zysk. W XIX wieku po wycięciu naturalnych lasów składających się głównie z jodły i buka leśnicy Cesarsko-Królewskiej monarchii sadzili w ich miejsce świerki, gdyż rosną one szybciej. Podobnie czynili zresztą ich koledzy niemieccy, angielscy, wszyscy w Europie. Co więcej, nie przejmowali się pochodzeniem nasion, sprowadzając je z całego terenu Austro-Węgier. Nie było jeszcze wiedzy z zakresu genetyki leśnej, uczącej o przystosowaniu różnych genotypów gatunku do wzrastania w konkretnych warunkach klimatycznych i glebowych. Efektem tego są lite drzewostany świerkowe, mało odporne na atak grzybów i owadów takich jak korniki i rytownik, które znajdują w nich świetne warunki do masowego rozrodu. Przemysłowe zanieczyszczenia powietrza, występujące na tym terenie w dość dużym natężeniu, spowodowały dalsze osłabienie drzew. Wynikiem tych wszystkich czynników jest masowe zamieranie lasu. Duże połacie zboczy nastroszone są białymi, obłupanymi z kory kikutami drzew. Na innych żniwo zbierają wiatry, z łatwością zamieniające hektary lasu w hektary wykrotów. Niewielkie są obszary pokryte lasem naturalnym, buczyną z domieszką jodły i jawora.

W 2003 roku opracowano i wdrożono "Program dla Beskidów", który ma zaradzić zamieraniu świerczyn. Jest ono problemem nie tylko polskim, ale również czeskim i słowackim. Program ma polegać na przebudowie lasów, by stały się one, tak jak dawniej, wielogatunkowe.

Kaskady Rodła na Białej WisełceNiedaleko połączenia z potokiem Roztocznym Biała Wisełka tworzy ciąg wodospadów nazwany kaskadami Rodła. Rodło to znak Związku Polaków w Niemczech, założonego w 1922 roku w celu reprezentowania Polaków - obywateli Niemiec wobec władz niemieckich i istniejącego do dzisiaj. Znak Rodła to stylizowana sylwetka biegu Wisły z zaznaczonym na nim Krakowem. Wisła, "wierna rzeka", to symbol Polski.

Trzeba to widzieć, słyszeć i czuć jak to powiedział RafałPoniżej kaskad Rodła, spadających z twardych piaskowców, Biała Wisełka zeskakuje z dwóch pionowych czarnych progów, będących doskonałą ilustracją warstwicowej budowy fliszu karpackiego. Jest to twór geologiczny, z którego zbudowane są Beskidy. Składa się z naprzemianlegle ułożonych skał osadowych morskiego pochodzenia: zlepieńców, piaskowców, iłowców, w przekroju przypominających tort.

Wreszcie nasz fotograf Rafał ma swoje zdjęcie- Łupek ilasty! - nazwał Rafał z przekonaniem skałę tworzącą cienkie warstwy składające się na profil progu.
- Skąd ty to wiesz?
- Kiedyś nie wiedziałem i dostałem za to dwóję na geografii. Odtąd będę to wiedział do końca życia.

Od ujścia potoku Roztocznego koryto Białej Wisełki zostało przez człowieka ujęte w karby. Sztuczne progi przegradzają je wielokrotnie aż do jeziora zaporowego, utworzonego w miejscu połączenia Czarnej i Białej Wisełki. Niewiele ma Wisła naturalnego biegu, ze trzy kilometry. Z wysoka człowiek zaczął ją ujarzmiać.

Dzięki wiosłu Marian szczęśliwie dotarł do bazyWędrowaliśmy asfaltową drogą. Marian oświadczył, że była to najbardziej wyczerpująca wycieczka w jego życiu. Dotąd uważał za takową pieszy powrót z Wymyślina do Włocławka, kiedy to maszerował z rówieśnikami, był młody i tak bardzo nie kuśtykał. Wracali z wczasów zakładowych niosąc torby, dotarli do Włocławka w nocy, na ulicach dwukrotnie zatrzymała ich milicja. Milicjanci usiłowali doszukać się w nich włamywaczy.

Była tu znów wiosna. Już powyżej wodospadów pojawiły się kaczeńce i lepiężniki; niżej kwitły łany białych zawilców i niepozornych śledziennic, żółciły się wyniosłe pierwiosnki.

Czarne zostało przeniesione na obecne miejsce, zwane poprzednio Fojtulą, w związku ze zbudowaniem w 1972 roku zapory wodnej w widłach Wisełek.
- Wszystko wtedy zalali, kościół, szkołę - wspominał Rafał.

Barmanka w Czarnem poinformowała nas, że autobus do Wisły odjeżdża koło piątej. Wyszliśmy z baru stosownie wcześniej. Wydawało mi się, że uwzględniliśmy w rachubach nawet góralską miarę czasu. Na przystanek dotarliśmy o 16.40 i zobaczyliśmy oddalający się tył autobusu. Rzeczywiście, było koło piątej. Rafał zadzwonił po panią Agnieszkę i wkrótce witaliśmy się z nią ponownie.
- Jak się panowie bawili?
- Śniegu było po kolana, ale ubaw po pachy!

Pani Agnieszka nie wierzyła nam, że jesteśmy z kajakami. Poznaliśmy to po jej minie, gdy odwiozła nas do kwatery i zobaczyła łódki na przyczepie.

Oprócz jubilatów załapaliśmy się również na jadło drwala.Wieczorem spotkaliśmy się w karczmie z rodziną Rafała. Brat Rafała i jego żona obchodzili jedenastą rocznicę ślubu, okrągłą - dwie pałeczki. Śpiewaliśmy "Sto lat", piliśmy i jedliśmy. Zmęczenie Baranią ujawniło się, gdy wróciliśmy z imprezy. Wszyscy natychmiast posnęli. Zapadła cisza, Prezes tylko chrapał donośnie. Mirek posądził go, że czyni to złośliwie i celowo.
- W nocy się śpi a nie podsłuchuje, panie Mirku!

Rozdział VI

Wzdłuż Wisły przez Wisłę

Rzeka poniżej zapory ziemnej tworzącej sztuczne jezioro u zbiegu obu Wisełek jest już Wisłą. Na odcinku do ujścia Przemszy jest wprawdzie nazywana Wisełką albo Małą Wisłą, ale przez hydrologów, a nie przeciętnego człowieka. Po ponad kilometrze od zapory tworzy kolejny, mniejszy zbiornik, spiętrzona wysokim, półkolistym, kamiennym progiem, obok którego zakosami poprowadzono przepławkę. Od progu płynie skalistym wąwozem, który mógłby być atrakcyjny dla kajakarstwa górskiego, gdyby płynęło nim dość wody, by umożliwić pływanie. To zdarza się jednak rzadko. Wkrótce z prawej strony wpada do Wisły Malinka. Odtąd rzeka, zestopniowana sztucznymi progami, płynie równolegle do drogi, wzdłuż której stoją domy miasta Wisły, która do czasu uzyskania praw miejskich, co nastąpiło przed półwieczem, była jedną z najbardziej rozległych wsi w Europie.

Tuż przed centrum droga przechodzi mostem z prawego na lewy brzeg Wisły. W galerii w pobliżu tego miejsca eksponowane są trofea Adama Małysza. Kilkadziesiąt pucharów i medali zdobytych przez tego urodzonego w Wiśle, najlepszego w historii Polski skoczka narciarskiego, robi duże wrażenie.

Adam Małysz przez wiele lat był zawodnikiem, na którego nikt poza specjalistami i zagorzałymi kibicami nie zwracał większej uwagi. Na zawodach Pucharu Polski zajmował czołowe lokaty od 1992 roku, najpierw jako młodzik, później w coraz starszych kategoriach wiekowych, w zawodach Pucharu Świata zdarzyło mu się wygrać trzy konkursy w latach 1996 i 1997, ale nie były to osiągnięcia, na podstawie których można byłoby przewidzieć to, co się miało wydarzyć. Dopiero 4 stycznia 2001 roku zmienił Polskę. Tego dnia Małysz wygrał zawody Pucharu Świata w Innsbrucku. A potem kolejnych dziesięć wygranych przyniosło mu zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata w sezonie 2000/2001. Małysz nie miał sobie równych a Polska oszalała. Cały kraj ogarnęła "małyszomania". Tysiące kibiców jeździły za Małyszem z zawodów na zawody, miliony śledziły skoki przed telewizorem. Małysz nie zawodził. Wciąż był w czołówce. Jeszcze trzykrotnie zdobył Kryształową Kulę, czterokrotnie zdobył złoty krążek na mistrzostwach świata, z Igrzysk Olimpijskich w Salt Lake City przywiózł medale srebrny i brązowy. Euforia skończyła się 25 marca 2007 roku w Planicy. Wtedy Małysz po raz ostatni tryumfował. Sezon 2007/2008 nie był już udany. Czymże było czwarte miejsce w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni wobec poprzednich sukcesów?

Przypadek Małysza jest ilustracją tego, jak bardzo Polacy byli i są głodni sukcesu. Jest też dowodem ich zdolności do mobilizacyjnych działań oddolnych. Samorzutnie przecież organizowali się, by podążać na kolejne zawody. Nikt nie nakazywał im stroić się w narodowe barwy ani machać biało-czerwonymi flagami na arenach skoczni. Każde zawody Pucharu Świata tak niszowej dyscypliny jaką są skoki narciarskie - a jest ich w sezonie kilkadziesiąt - stawały się wskutek tego narodowym świętem, bardziej znaczącym od oficjalnie celebrowanych, zaznaczanych na czerwono w kalendarzach, gdyż autentycznym i z reguły wolnym od szowinizmu. Kibice polscy, jeśli nie liczyć kilku przypadków odmiennych, dopingowali każdego ze skaczących.

Za mostem z lewej strony rzeki znajduje się centrum Wisły, a wśród jego domów - dom, który był naszą wiślańską bazą. Doskonale było widać sprzed niego usadowiony na prawym brzegu rzeki hotel Gołębiewski. Jest to prawdopodobnie największy budynek nad Wisłą aż do Krakowa. Swym ogromem przytłacza całą miejscowość, a nawet zbocza Beskidu, zwłaszcza góry Cyrhli, w którą go wkomponowano. Żaden to zysk dla krajobrazu, ale dla Wisły jako miejscowości wypoczynkowej to dodatkowa atrakcja. Z basenów w Gołębiewskim korzystają bowiem wszyscy, nie tylko hotelowi goście. W rzece kąpie się mało kto, bo wody w niej jest po kostki.

Rafał będąc dzieckiem w Wiśle pluskał się często. Jako jedyny z nas płynął też Wisłą w Wiśle, ale nie kajakiem lecz na dmuchanym materacu. Po kilkuset metrach materac przetarł się na wylot i zatonął, a raczej utknął, i tyle było pływania. Rafał po Wiśle także chodził. Było to pewnej zimy. Wymknęli się z bratem z przedszkola, uznając, że do domu jest blisko, półtora kilometra, a drogę znają równie dobrze co rodzice. Tyle razy nią szli, że była już nieciekawa. Powędrowali więc rzeką i doskonale się bawili, zjeżdżając z zamarzniętych progów na dupach jak dwa bobsleje. Czasem tylko otarli się o wodę... Do domu zapukali o zmroku, z trudem poruszając się w zamarzniętych ubraniach. Sztywni jak dwa mrożone pajace. Na chłopców czekali rodzice i milicjanci. Przeszukali już całą miejscowość, wszystkie drogi i dróżki, przeczesali park, ale nikt dorosły nie wpadł na to, że można było wędrować po lodzie.

Pomnik Wisełki.Po zapakowaniu bagaży do samochodu Rafał zaprowadził nas do pomnika Wisełki. Tak go nazwaliśmy, choć przewodnik nazywa go "Źródłami Wisły" lub "Ślązaczką u źródeł Wisły". Pomnik został wykonany w 1938 roku przez Konstantego Laszczkę z brązu, ale wkrótce potem zniszczyli go hitlerowcy. Nową postać wykonał Artur Cienciała w roku 1975. Jest to figura krępa, niezbyt urodziwa, taka baba-rzepa. Stoi nad basenem-fontanną, w którym umieszczono pomalowane na niebiesko kiczowate rybki.

Prowadząc nas, Rafał opowiadał:
- Tam macie skocznię. Skoczyłam tam swój rekord, dwadzieścia pięć metrów. Na tej samej skoczni zaczynał trenować skoki Małysz.
- A tu kościół ewangelicki. Fajna rzecz. Rada parafialna się zbiera i ustala wynagrodzenie dla pastora. A obok szkoła. Rodzice uczyli w niej wuefu, dopóki nie okazali się niewłaściwym elementem. Od tej chwili zajmowali się rehabilitacją w sanatorium - czyli dalej uczyli wuefu. Szkoła budynek przedwojenny. Po wojnie kaplicę szkolną przerobili na salę gimnastyczną. Na korytarzach wiszą tabla ze zdjęciami absolwentów i nauczycieli. Taki ciekawy pomysł. Rodzice tam są i ja też jestem z bratem.

Między szkołą a Wisłą jest amfiteatr, w którym Rafał z kolegami w pierwszej klasie liceum dali koncert. Chłopcy byli zbuntowani, więc teksty siali mocne. Były to lata osiemdziesiąte, wzorem był wtedy Jarocin. Po koncercie wezwał ich dyrektor szkoły:
- Ja jestem za działalnością kulturalną młodzieży... Ale następnym razem, do kurwy jasnej, najpierw mi macie zaśpiewać swoje piosenki!

Był to ostatni koncert grupy Rafała.

Rozdział VII

O religii i tolerancji

Wisła to jedno z nielicznych miast w Polsce, w którym funkcjonują obok siebie różne wyznania. Można też powiedzieć, że to jedno z ostatnich takich miast: przed drugą wojną światową każde większe miasto było różnowierczym tyglem.

- Jako katolik byłem w mniejszości - wspominał Rafał.
- W pedałówie było nas dwóch, reszta to luteranie, zielonoświątkowcy. W Malince są zielonoświątkowcy. Żartują sobie z nich ludzie, że to Święci, ale jak trzeba coś zrobić w domu, okno wymienić, dach naprawić, to co - to do Świętych!

- Jeśli ktoś poważnie traktuje swoja wiarę, to rzetelnie traktuje też wszystko inne, czym zajmuje się w życiu.

Ponad połowa mieszkańców Wisły to protestanci. Działa w niej pięć parafii ewangelicko-augsburskich. Podział religijny jest jednak transparentny, o czym świadczyć może przypadek Adama Małysza: jest ewangelikiem, ale jego żona jest katoliczką.

Polska jest krajem w ponad dziewięćdziesięciu procentach katolickim dopiero od 1945 roku. Ironią losu jest, że to, czego nie udało się osiągnąć kontrreformacji, zrealizowało się w państwie rządzonym przez siły ideowo wrogie Kościołowi.

Dawniej wielowyznaniowość i wielonarodowość odróżniały Polskę od reszty Europy. Podziały wyznaniowe nakładały się na narodowościowe, częstokroć pokrywając się. Zamieszkiwali na terenie państwa polskiego oprócz katolików prawosławni, których pojawił się znaczny odsetek od chwili, gdy Kazimierz Wielki dołączył do Korony Ruś Halicką, a niedługo później doszło do unii z Wielkim Księstwem Litewskim. Od średniowiecza ściągali do Polski Żydzi. Reformacja spowodowała, że w miastach pojawiło się wielu luteran; wśród szlachty wielu zwolenników zyskała religia głoszona przez Kalwina; pojawiło się też rodzime wyznanie, jakim byli arianie. Na terenach nad dolną Wisłą znaleźli nowy dom religijni imigranci, prześladowani w swej rodzinnej Holandii mennonici. Na Podlasiu osiedlili się mahometanie - polscy Tatarzy, osadzeni tam przez Jana Sobieskiego.

Powodem do chluby Polski szlacheckiej była tolerancja religijna, zawarowana w konfederacji warszawskiej. Nie dochodziło tu do prześladowań na taką skalę, jakie miały miejsce w czasach nowożytnych we Francji, Niemczech, Szwecji czy Rosji. Od soboru trydenckiego katolicyzm przeszedł jednakże do ofensywy. Przy poparciu kolejnych królów realizowane było stopniowe ograniczanie praw politycznych i swobód wyznaniowych. Wyrazem tego była próba podporządkowania Papieżowi prawosławnych zamieszkujący tereny Rzeczpospolitej w ramach unii brzeskiej, jak też sejmowy sąd nad arianami. Pewne podłoże religijne miały wojny toczone z Kozakami, ale nie religia była w nich podstawową przyczyną konfliktu. Janusz Radziwiłł, wyruszając w 1648 roku przeciwko powstańcom Chmielnickiego, w wydanych na potrzeby kampanii artykułach wojskowych zastrzegał: "Kościołów jakiegokolwiek wyznania i nabożeństwa, także cerkwi, żaden nie ma się ważyć otwierać, profanować, rozbierać, palić albo pustoszyć. Ktoby się tego dopuścił, na gardle, bez miłosierdzia karany będzie." Najpoważniejszym zajściem w Rzeczpospolitej szlacheckiej na tle religijnym był tzw. tumult toruński w 1724 roku. Żadne to było zajście, jeśli odnieść je na przykład do francuskiej Nocy Świętego Bartłomieja.

Na przełomie wieków XVII i XVIII Toruń pozostawał w stanie ustawicznego napięcia. Był wtedy miastem zamieszkanym głównie przez luteranów i katolików, przy czym to ci pierwsi odgrywali w nim decydującą rolę: było ich więcej, ponadto to oni rządzili w mieście. Katolicy, nota bene wyznawcy religii uznawanej w kraju za panującą, podlegali różnym formom dyskryminacji. Z trudem mogli zostawać obywatelami miasta, ale nigdy - obejmować urzędów miejskich. Większość cechów składała się wyłącznie z mistrzów protestanckich. Katoliccy mieszkańcy miasta musieli płacić podatki na luterańskie cele religijne. Ograniczona była też swoboda publicznego wykonywania kultu przez katolików. Nie pozostawali oni bierni. Ważnym aspektem ich walki o wpływy w mieście była akcja rewindykacji kościołów, zbudowanych przed reformacją; w związku z tym ich posiadanie przez protestantów uważano za bezprawne. Po odzyskaniu kościoła św. Jakuba w 1667 roku ostatnim z nich pozostał dawny kościół franciszkanów, noszący wezwanie Najświętszej Marii Panny, uznawany za najważniejszą świątynię protestancką w mieście.

16 lipca 1724 roku wokół kościoła św. Jakuba odbywała się uroczysta procesja z okazji święta Matki Boskiej Szkaplerznej. W pewnej chwili do przypatrującej się jej grupki młodych ewangelików podszedł Stanisław Lisiecki, syn mieszczanina z Włocławka, uczeń toruńskiego Kolegium Jezuickiego i zażądał zdjęcia czapek przed Najświętszym Sakramentem lub - jak relacjonowali inni - przyklęknięcia. Doszło do szamotaniny, a po południu do kolejnej zwady między Lisieckim i jego kolegami a luteranami. W jej efekcie zatrzymano Lisieckiego do czasu wyjaśnienia sprawy w areszcie. Następnego dnia uczniowie jezuiccy zaczęli się domagać zwolnienia kolegi z aresztu. Starania te okazały się bezskuteczne, doszło tylko do kolejnego starcia, w wyniku czego drugi z katolików znalazł się w miejskim areszcie. Studenci jezuiccy postanowili wobec tego wziąć zakładnika: schwytali ucznia protestanckiego Gimnazjum Akademickiego, Nagórnego. Na wieść o tym w rejonie Kolegium Jezuitów zaczął się gromadzić tłum, żądający wypuszczenia Nagórnego. Doszło do starć. Widząc narastający tumult, prezydent miasta Gotfryd Roesner wprowadził do akcji milicję miejską. Wynikiem podjętych działań było wypuszczenie z aresztu obu katolickich uczniów, jak i zwolnienie protestanckiego zakładnika. Wydawało się, że incydent się zakończył; milicja miejska oddaliła się. W chwilę potem tłum rzucił się na Kolegium Jezuickie, wdarł się do wnętrza gmachu i zdemolował jego wnętrze, nie szczędząc wyposażenia kaplicy. Zniszczone sprzęty wyrzucano na ulicę i podpalano. Wtedy na interwencję zdecydował się dowódca stacjonującego w Toruniu garnizonu Gwardii Koronnej; kierowany przez niego oddział usunął luteranów z budynku.

Władze miejskie po tych wydarzeniach nie zdecydowały się na energiczne działanie, zmierzające do ukarania winnych i załagodzenia sporu z jezuitami poprzez wypłatę stosownego odszkodowania. Ich opieszałość doprowadziła do wzmożenia się wrogich nastrojów żywionych przez szlachtę wobec dysydentów i do postawienia przed sądem asesorskim w Warszawie nie tylko osób bezpośrednio winnych - uczestników tumultu, ale również członków rady miejskiej, którzy nie podjęli zdecydowanych działań w obliczu zamieszek. Sąd 16 listopada 1724 roku wydał wyrok wymierzający kary za popełnione przestępstwa przeciwko religii, skazujący na śmierć burmistrzów miasta Gotfryda Roesnera i Jakuba Zernekego oraz dwunastu bezpośrednich uczestników zajść; ponad czterdzieści osób skazano na kary więzienia, grzywny i banicji. Luteranie toruńscy zostali zobowiązani ponadto do zapłacenia odszkodowania jezuitom oraz wydania kościoła Najświętszej Marii Panny katolikom. Uznając, że istnienie w obrębie murów miejskich dwóch szkół średnich przyczynia się do zaognienia atmosfery religijnej, Sąd nakazał przenieść protestanckie Gimnazjum za mury miasta. Dążąc do zapobieżenia dalszej politycznej dyskryminacji katolików w Toruniu Sąd postanowił, by połowa władz miejskich składała się z katolików. Miało to nastąpić stopniowo, w miarę zwalniania miejsc w organach miasta przez protestantów. Zadośćuczynieniem za bluźnierstwo i profanację świętych obrazów miało być wzniesienie przez luteran posągu Maryi.

Wyrok został wykonany połowicznie. Skazani na śmierć zostali straceni, za wyjątkiem Zernekego, ułaskawionego przez króla, i dwóch innych, którzy umknęli. Kościół pofranciszkański został zwrócony; luteranie postawili jednak szybko własny zbór. Ekspiacyjną kolumnę maryjną wzniesiono dopiero po sześciu latach, Gimnazjum nie opuściło terenu miasta, a do obsadzenia połowy urzędów katolikami nigdy nie doszło. Jeśli nie liczyć utraty kościoła, o poważniejszej dyskryminacji protestantów nie może być mowy. Idea dekretu Sądu, jaką było równouprawnienie obu głównych religii w Toruniu, nie została urzeczywistniona. Jak twierdzi Stanisław Salmonowicz, już kilkanaście lat później ponownie zapanował niczym nie skrępowany rząd luterańskiej elity nad ludnością miasta.

W ostatnich latach Pierwszej Rzeczpospolitej i czasach zaborów często dochodziło do sytuacji, gdy niekatolicy współpracowali z zaborcami. Protestanci odnajdywali się we wspólnocie ze współwyznawcami z Prus, prawosławni - z Rosji. Działający wówczas politycy i myśliciele kładli często nacisk na katolicyzm jako wyznacznik polskości. Był on dodatkowym czynnikiem konsolidującym. Czynił tak Roman Dmowski, promując hasło "Polak - katolik"; Stronnictwo Narodowe, którym kierował, miało wielkie wpływy w społeczeństwie. Hasło to antagonizowało społeczeństwo, nie prowadziło jednak do zasadniczych zmian kraju, który także w czasach II Rzeczpospolitej pozostał wielowyznaniowy. Główną rolę odgrywał wówczas polityczny przeciwnik Dmowskiego, Józef Piłsudski, człowiek w sprawach wiary ambiwalentny, który dwakroć wyznanie zmienił, by móc się ożenić: po raz pierwszy z protestantką, po raz drugi z katoliczką. Dopiero w wyniku hekatomby wojennej, ustanowienia ładu pojałtańskiego i związanych z jego realizacją przesiedleń, eufemistycznie nazwanych "repatriacją", doszło do powstania państwa jednolitego pod względem religijnym i narodowościowym.

Rozdział VIII

Śląsk Cieszyński: huty, Jan Sarkander i lisowczycy

Wisła jest główną rzeką nizinnego kraju i jak przystało na taką rzekę, sama jest rzeką nizinną. Jej górski bieg jest tak krótki, że mieści się prawie w całości w granicach administracyjnych jednej miejscowości: Wisły. Następny Ustroń leży już w miejscu, gdzie dolina się rozszerza a góry rozstępują. Rzekę żegnają zalesione szczyty: Czantorii z lewej i Równicy z prawej strony, tworzące w zwartym wale Beskidu wąską bramę prowadzącą w kierunku źródeł.

Równolegle do rzeki biegnie szosa oraz linia kolejowa. W Ustroniu torowisko przebiega przy kamiennym murze oporowym, po którym dawniej jeździła wąskotorówka z kamieniołomów. Urobek z wagoników zsypywano z góry wprost do stojących poniżej wagonów normalnotorowej kolei.

Ustroń - Muzeum Hutnictwa i KuźnictwaUstroń to miasto o hutniczej przeszłości i teraźniejszości. W 1772 roku zbudowano w nim wielki piec, kuźnicę i walcownię. W latach czterdziestych XIX wieku skonstruowano tu pierwszy w Europie pług parowy. W zakładach przemysłowych zatrudniano tu wówczas około dwa tysiące pracowników. Po wyczerpaniu rud żelaza przemysł hutniczy podupadł. Dziś po latach świetności pozostało muzeum z umieszczoną na wolnym lufcie ekspozycją dawnych maszyn oraz kuźnia. Jeśli chodzi o przemysł, Polakowi obecnie Ustroń kojarzyć się może raczej z kawą Mokate, produkowaną w zakładach należących do Teresy Mokrysz, położonych przy szosie z Wisły do Katowic. Większe znaczenie mają walory klimatyczne. Dzisiejszy Ustroń to raczej trójkątne bryły sanatoriów na zboczach Równicy aniżeli przemysł. Można zarzucać ich architektom, że nawiązania kształtem do turni są nie na miejscu w otoczeniu kopulastych szczytów Beskidu. Stanowią one jednak jedną z najciekawszych współczesnych (acz mającą już czterdzieści lat) kompozycji przestrzennych w polskich górach. Z reguły bowiem stawiane są czworoboczne budynki o stromych, wielospadowych dachach albo - w przypadku większych obiektów - zwyczajne prostopadłościenne bloki, nie pozostające w żadnym związku z sąsiadującymi budowlami. Podobnie jest na nizinach, tyle, że tam budynki nie rzucają się tak w oczy, gdyż jeden zasłania drugi. W górach jeden nad drugim wyrasta.

Skoczów - rynek miastaMało kto w Polsce zdaje sobie sprawę z tego, że Wisła w całości płynie przez teren państwa polskiego dopiero od niedawna. Cały jej górny bieg, począwszy od źródeł przez Wisłę, Skoczów aż po Pszczynę, znajdował się do XVII wieku pod panowaniem Piastów cieszyńskich, nad którymi zwierzchność sprawowali od XIII wieku królowie Czech, a następnie Habsburgowie. W granicach państwa polskiego ten odcinek Wisły znalazł się dopiero po I wojnie światowej. Było to typowe pogranicze, tygiel, w którym mieszały się języki i kultury: czeska, polska i niemiecka.

Człowiekiem uwikłanym w jego burzliwe dzieje był Jan Sarkander, święty kanonizowany przez Jana Pawła II. Urodził się w przylegającym do ratusza domu przy skoczowskim rynku. Jego ojciec był Czechem, a matka Polką. Po uzyskaniu święceń kapłańskich objął ostatecznie probostwo w Holeszowie koło Ołomuńca. Wkrótce potem doszło do defenestracji praskiej i wybuchu powstania czeskich protestantów przeciwko władzy katolickich Habsburgów, którzy dążyli do ograniczania wpływów innowierców. W 1619 roku doszło nawet do oblężenia Wiednia przez Czechów wspomaganych przez wojska węgierskie Bethlena Gabora. W tymże roku dyplomaci cesarscy zabiegający o zbrojne opowiedzenie się przez Rzeczpospolitą w konflikcie po ich stronie uzyskali wymierny sukces: Zygmunt III zgodził się na zaciągnięcie na cesarską służbę lisowczyków.

Lisowczycy są jedną z tych formacji polskiej jazdy, która obrosła legendą. Legenda lisowczyków w przeciwieństwie do husarii - jazdy niezwyciężonej, szwoleżerów gwardii - wykonawców zadań niewykonalnych, ułanów - malowanych dzieci, była oparta na paradoksie. Lisowczycy z legendy to doskonali zagończycy i zarazem straszliwi nawet jak na realia epoki łupieżcy. Nazwę wzięli od swego twórcy, Aleksandra Lisowskiego, który utworzył oddział w czasie wojen z Rosją z gromad hultajskich grasujących po Litwie. Zwykła to była praktyka wówczas, że oddział brał nazwę od swego dowódcy; na przykład dywizję walczącą pod Stefanem Czarnieckim nazywano czarniecczykami. Różnicą jest to, że Lisowski zmarł wkrótce po utworzeniu pułku, a nazwa jego przetrwała. Po zawarciu rozejmu w Dywilinie lisowczycy byli bezrobotni, pustoszyli kraj, tyle, że własny a nie nieprzyjacielski. Wysłanie ich na pomoc cesarzowi miało więc znaczenie dla wewnętrznego spokoju Rzeczpospolitej, a także dawało nadzieje na korzyści polityczne.

W listopadzie 1619 roku lisowczycy zapewne przez Przełęcz Dukielską wtargnęli na teren Węgier, odnieśli zwycięstwo pod Humennem i poszli około 100 km na południe, "łupiąc, paląc, ścinając, mordując, nikomu, nawet i małym dzieciom nie przepuszczając i choć się im niektóre miasteczka poddały, tedy wiary nie strzymawszy, pobili, posiekli, wyłupili", jak pisał Andrzej Opaliński. Gromadzenie się sił węgierskich spowodowało, że lisowczycy zawrócili na tereny Polski i w grudniu znaleźli w okolicy Dukli i Krosna, nie zaprzestając grabieży, tak, że król wydał wręcz uniwersały, nakazujące ich znosić. W takiej sytuacji lisowczycy otrzymali propozycję służby cesarskiej i część z nich ją przyjęła, obierając na swego pułkownika Jarosza Kleczkowskiego. Przekroczeniu granicy nadał on niezwykłą wymowę jak gdyby nie opuszczenia, lecz wyrzeczenia się Ojczyzny. Przemawiając wskazał, że Rzeczpospolita nigdy nie nagrodziła ich krwawej służby. Wszędzie będzie im lepiej, żołnierz, któremu męstwo zawdzięcza dostatek, świat cały ma za ojczyznę. Na ostatek, obrócił się ku opuszczanej Polsce, "jako na niewdzięczną ziemię plując". W okolicach Siewierza 3 lutego 1620 roku lisowczycy weszli na teren Śląska; następnego dnia splądrowali Skoczów; po czterech dniach byli na przedpolach Wiednia.

Zapewne w czasie tego błyskawicznego przemarszu doszło do na poły legendarnego zdarzenia. Oto naprzeciwko lisowczykom zbliżającym się do Holeszowa wyszedł z procesją z Najświętszym Sakramentem Jan Sarkander. Najeźdźcy uznali, ze osada jest katolicka, i ominęli ją. Protestanci jednak, pamiętając niedawny pobyt księdza w Krakowie (wrócił stamtąd w czasie, gdy lisowczycy plądrowali Węgry), oskarżyli go o zdradę kraju i sprowadzenie obcych interwentów. Od aresztowanego Jana Sarkandra domagano się m.in. wyjawienia tego, czego dowiedział się w czasie spowiedzi. Wobec odmowy zastosowano tortury, po których 17 marca 1620 roku Jan Sarkander zmarł.

Jan Sarkander został uznany przez katolików za patrona tajemnicy spowiedzi i kanonizowany w 1995 roku jako jeden z tych, którzy woleli oddać życie, niż sprzeniewierzyć się głosowi własnego sumienia. Człowiek wierny dokonanemu wyborowi bez względu na konsekwencje. Jego postać do dziś jednak budzi kontrowersje. W Internecie można znaleźć aktualną opinię, powielającą zarzuty protestanckich sędziów sprzed wieków, iż Jan Sarkander jako fanatyczny katolik był przewodnikiem i protektorem lisowczyków, wskazującym im miejscowości, w których mogą sobie pofolgować bez żadnych skrupułów. Obciąża go krew tysięcy ofiar; poprzez wyniesienie na ołtarze stał się "świętym rzeźnikiem Moraw".

Lisowczycy wzięli aktywny udział w tłumieniu czeskiego powstania. W epoce tej miarą zwycięstwa była ilość zdobytych sztandarów wroga. W decydującej bitwie pod Białą Górą lisowczycy zdobyli podobno 20, lub jak twierdzą inne źródła, 52 sztandary na 100 zdobytych ogółem przez wojska Ligi Katolickiej.

Los Czech po upadku powstania był nie do pozazdroszczenia. Uogólniając, straciły niezależność na prawie trzysta lat. Można też zaryzykować tezę, że dalekim skutkiem ostatecznego niepowodzenia ruchu husyckiego i późniejszej o dwieście lat Białej Góry jest też to, że Czesi to obecnie naród w trzech piątych ateistyczny. Jako zbiorowość utracili bowiem zaufanie do wiary głębokiej, takiej, która inspiruje człowieka do próby zmiany swojej sytuacji. Wiara jako siła napędowa życia a także podstawa odrębności narodowej nie zdała egzaminu.

Rozdział IX

Do Goczałkowic

Wisła w Skoczowie jest jeszcze rzeką podgórską, ale uregulowaną, to jest pozbawioną spadku przez liczne sztuczne stopnie. Ze Skoczowa w 1994 roku Bartek ze swoim kolegą Sołtysem, obaj jeszcze uczniowie technikum, zaczynali spływ Wisłą do Włocławka. Ponad 700 kilometrów w 12 dni. Do jeziora Goczałkowickiego kajak głównie holowali lub spuszczali ze sztucznych progów.

Goczałkowice - plansza zbiornika wodnego.Zamyślałem początkowo naszą eskapadę zacząć jeszcze wyżej - z Wisły, ale rozmowy z Bartkiem przekonały mnie, że nie ma to sensu. Kajakarstwo nie polega na ciągnięciu łódki; postanowiliśmy zacząć tam, skąd można płynąć: z Goczałkowic.

Opuściliśmy Skoczów i jechaliśmy wzdłuż Wisły, zmierzając do tego miejsca. Przy szosie na tzw. Skarpie Wiślickiej z lewej strony rośnie piękny las mieszany. Brat Rafała mówił, że otworzymy okna, a poczujemy woń czosnku niedźwiedziego. Przelecieliśmy szybko - nic nie poczułem. Przed Strumieniem wjechaliśmy w krainę stawów rybnych. Strumień słynął dawniej z tych stawów i z handlu rybami; zwano go dlatego stolicą "Żabiego Kraju". Za oknem mignął pomnik ofiar II wojny światowej: dwie wychudzone postacie, może trafniej: dwa szkielety obleczone skórą.
- Nie powinno się tego pokazywać dzieciom...
- Ale do Oświęcimia lub Majdanka należy je raz zabrać, by się dowiedziały, co człowiek uważający siebie za członka jednego z najbardziej kulturalnie rozwiniętych narodów na świecie potrafi zrobić swemu bliźniemu. Żeby dowiedziały się, jak łatwo człowieczeństwo może poprowadzić człowieka na manowce.

Jezioro Goczałkowickie pojawiło się jako bezbrzeżny akwen. Nie było widać ani drugiego brzegu, rozmytego w wiszącej nad wodą mgiełce, ani gór. Przy dobrej widoczności widać stąd pasmo Beskidu Śląskiego, wyglądające jak ciemny, zwarty, jednolity masyw, bez wyraźnych kulminacji. Wydaje się stąd, że jest to teren wyjątkowo lesisty, i tak jest w istocie, mimo, że to chyba najbardziej zurbanizowana część polskich gór. Nazwa Beskid, tak popularna jako nazwa terenowa, pojawiła się w Polsce wraz z pasterzami wołoskimi, którzy osadzani bywali przed wiekami na tych terenach jako kolonizatorzy tych gór. Pochodzi ona z Albanii. Wyraz "biešk" oznaczał "las na górze" i nazwa Beskidy pozostała adekwatna do opisywanego przedmiotu.

Minęliśmy położone w bok od szosy wsie: Wisłę Małą z drewnianym kościółkiem o wieży krytej baniastym hełmem i Wisłę Wielką, i dotarliśmy do Pszczyny.

Jest to miasto znane ze wspaniałego pałacu, który w swej obecnej formie jest obiektem barokowym. Rezydowali w nim dawni właściciele miasta i władcy księstwa pszczyńskiego, pozostający pod zwierzchnictwem kolejno królów czeskich, Habsburgów i Prus. Ostatnimi z nich byli członkowie niemieckiej rodziny Hochbergów. O upadku świetności tego rodu i pierwszych latach Pszczyny w granicach Polski opowiada polski film "Magnat". Co rzadkie, pałac nie leży na uboczu, lecz jest elementem ścisłego centrum miasta. Główna brama prowadzi do niego wprost z rynku. Położony w narożniku, jest pałac, jak przystało na siedzibę właścicieli, dominującym elementem najważniejszej pierzei, obok kościoła i ratusza.

W przypałacowym parku na wzgórku jest grobowiec ostatnich Hochbergów. Zostali złożeni w nim tymczasowo, główną nekropolią rodu był dolnośląski Książ, lecz przyniesione przez wojnę zmiany spowodowały, że dotąd w Pszczynie leżą. Z pagórka dobrze widać inkrustowaną zdobieniami bryłę pałacu, który obecnie pełni funkcję muzeum.

W czasie pierwszej wojny światowej Hochbergowie przekazali swój pałac na potrzeby niemieckiej kwatery głównej. W latach 1914 - 1917 mieszkał w nim cesarz Wilhelm II; jak twierdzą przewodnicy, stąd dowodził niemieckimi armiami. Piękne to i nieprawdziwe. Rzemiosło wojenne wymagało już takiego stopnia wtajemniczenia, że żaden polityk nie był w stanie go opanować. Cesarz od początku panowania starał się dowodzić, wtrącał się w przebieg manewrów i sztabowych gier wojennych, ale pierwsze tygodnie wojny obnażyły w pełni jego brak umiejętności i militarne pozerstwo. W sierpniu 1914 roku ofensywa niemiecka na zachodzie ugrzęzła a wojska rosyjskie wkroczyły na teren Prus Wschodnich, zwyciężając Niemców pod Gumbinnen. W kwaterze niemieckiej w Prusach zapanowało poczucie klęski i rozważano wycofanie się na rubież Wisły. Konieczne było natychmiastowe działanie. Szef sztabu generalnego Helmuth von Moltke zdecydował się na zmianę zarówno głównodowodzącego w Prusach jak i jego szefa sztabu: nocnym pociągiem na wschód wyruszyli Hindenburg i Ludendorff. Kajzer otrzymał do zatwierdzenia gotowe nazwiska; w sprawie nowych nominacji nie konsultowano się z nim. Wojna zaczęła żyć własnym życiem, niezależnym od cesarza.

Podczas wspólnego spaceru z dwoma oficerami, świadom już, że zdegradowano go do roli marionetki, Wilhelm spoczął na ławce i zaprosił towarzyszy, by uczynili to samo. Jeden z oficerów, sądząc, że ławka wszystkich nie pomieści, przyniósł jeszcze jedną. Cesarz spytał wtedy czy pogardza się nim tak bardzo, że nikt nie chce obok niego usiąść.

Nie pojechaliśmy do pałacu. W opłotkach Pszczyny skręciliśmy na południe, w stronę goczałkowickiej zapory. Zbudowano ją w 1956 roku. Spiętrzony przez nią zbiornik retencyjny wykorzystywany jest w celu zapewnienia wody pitnej dla Górnego Śląska; dlatego nie wolno po nim pływać ani urządzać nad nim ośrodków wczasowych. Strażnik przy zaporze powiedział nam, że woda ma pierwszą klasę czystości. Wizualnie była czysta. Drugim z powodów, dla którego powstał zalew, jest ochrona przed powodziami. W pobliżu bramy zakładu urządzone są w korycie dwa zbiorniki burzowe, wydzielone betonowymi tamami. Ich gabaryty świadczą o tym, jak wielka masa wody potrafi tędy popłynąć. Teraz były prawie suche. Cały spust szedł przez jazy położone daleko od bramy. Wodowanie się przy zaporze nie było możliwe; trzeba było poszukać lepszego miejsca.

Rozdział X

Mała Wisła

Most w Goczałkowicach, tu rozpoczynamy , spływ rzeką Wisłą.Zwodowaliśmy się przy moście drogi krajowej nr 1, poniżej bystrza powstałego na gruzie zrzuconym, jak to często bywa, do rzeki w czasie budowy. Wisła niosła wodę mętnawą, acz nie śmierdzącą.

Pierwszemu pakowaniu towarzyszy zwykle nerwówka. To, że nie pakuje się bagażu do kajaka po raz pierwszy w życiu, czynność ta wydaje się opanowana, można by rzec - mechaniczna - jak się okazuje nie ma znaczenia. Nie wszystko chce się należycie zmieścić do łódki, zawsze coś zostaje, trzeba się rozpakować i ponownie pakować, a i tak mimo wszelkich wysiłków nie siądzie się za wygodnie. Coś się spod burty obsuwa, coś pod nogami plącze, ech. W końcu myśli się - byle na wodę, następnego dnia będzie lepiej. No i tak bywa.

Było tak i tym razem. Po szarpaninie towarzyszącej pakowaniu pożegnaliśmy się z Mirkiem i wyruszyliśmy.
- Ahoj, przygodo!

Cywilizowany świat z jego wygodami pozostał za nami. Przyjęła nas rzeka, mimo wszystkich wysiłków człowieka, by ją uregulować, całkiem naturalna. Miała około dziesięciu metrów szerokości i płynęła dość żwawo w głębokim korycie. Brzegi udekorowane były pozostałościami po wysokiej wodzie. Fladry z folii i wyschłych traw, szare od namułu gałęzie dopiero zaczynała maskować świeża zieleń.

Niewidoczne z rzeki, minęliśmy Rudołtowice z ich rokokowym pałacem i Grzawę, w której warto obejrzeć drewniany kościół i takież ośmioboczne stodoły. Spłynęliśmy nieznaczny próg, bystrze, za ujściem rzeki Białej kolejne bystrze. Z prawej ujrzeliśmy dachy Kaniowa, wyzierające zza powodziowego wału.

Zdziwiła nas ilość dzikiej zwierzyny. Teren przyległy bezpośrednio do rzeki jest świetnym schronieniem na obszarze pozbawionym większego zadrzewienia. Z zewnątrz, od strony lądu, nie dostrzega się nic oprócz gęstwy wierzb. Takich jak my, postrzegający brzegi od wewnątrz, nie ma. Spłoszyliśmy trzy sarny, które urządziły sobie legowiska na przybrzeżnych tarasikach, jelenia i stado bażantów. Widywaliśmy ślady żerowania bobrów, a na wodzie mewy śmieszki i kaczki. Zaskakująco duże okazało się znaczenie Wisły jako siedliska dla wielu gatunków żyjących na terenach dość silnie przecież zurbanizowanych. Płynęliśmy wszak przez krainę zakładów przemysłowych, kopalń i stawów rybnych. Ścieki z nich, łatwe do rozpoznania z powodu charakterystycznego zapachu, co pewien czas do Wisły wpadały.

Suczka Szekla zwana Szeklą w całej okazałościNa spływ zabraliśmy naszego psa Szeklę, wyjątkowo kudłatą suczkę o niesprecyzowanym rodowodzie, na potrzeby wyprawy przechrzczoną przez Rafała na Szelkę.
- Gdzie ty masz mordę, Szelka! - wykrzyknął, przekręcając imię, gdy ujrzał ją w pozycji spoczynkowej. Trudno odróżnić, z której strony jest jej łeb, z której ogon, gdy leży, tak jest zarośnięta. Suczka poruszyła się, wytknęła język i kierunki zostały określone, nowe imię również.

Zabraliśmy ją niejako z musu, gdyż nie miała z kim zostać. Jej obecność na pokładzie kanadyjki wpłynęła na ustalenie porządku płynięcia. Kanadyjką płynęliśmy z Rafałem, ja na pozycji szlakowego, Rafał jako armator i kapitan na rufie, Szelka między nami. Kanadyjka nosiła nazwę "Szot-Ka". Marian z Prezesem płynęli za nami. Każda próba wyprzedzenia nas skutkowała piskami Szelki, skomleniem i skowytem. Szelka nie akceptowała tego, by jej nominalny pan, to jest Prezes, był przed nią. Rafał nazwał ją czujnikiem wyprzedzania.
- Japończycy daliby za nią grube pieniądze! Takiego gadżetu żaden samochód nie ma!

Marian z Prezesem płynęli moim kajakiemMarian z Prezesem płynęli moim kajakiem. Nie wiedziałem z początku, jak go nazwać, więc przez kilka lat był bezimienny, do czasu, aż w pewnym czasopiśmie znalazłem dołączony szablon do namalowania kaczki. Szkoda było mi go wyrzucić, trzeba było jakoś wykorzystać, więc namalowałem przy jego pomocy kaczkę na obu burtach mojego kajaka. Jest to dość szybka jednostka, więc dopisałem do rysunku: "Rącza kaczka". Nazwa ta nie oddawała jednak złożoności życia. Była zbytnim uproszczeniem. Do rysunku na drugiej burcie dopisałem więc: "Rączy kaczor".

Kazik płynął sam, kanadyjką - jedynkąKazik płynął sam, kanadyjką - jedynką, i grupkę prowadził. Kazik sam zbudował swoją łódkę, podobnie jak jednostkę Rafała. Nasza koleżanka Kasia ochrzciła ją w czasie dziewiczego spływu na Zgłowiączce mianem "Żbika".

Pogoda była piękna. Czeremchy roztaczały swą woń mocną i oszałamiającą. Piękna była Wisła.

Po obiedzie było piwkoNa lewym brzegu przed mostem w Górze był bar. Zaszliśmy tam. Z góry widać było zacumowane łódki. Bar nosił nazwę "Dwa Światy". Skojarzyła się nam z jego położeniem na granicy lądu i wody, cywilizacji i natury. Obsługiwała nas dorodna kelnerka, być może też barmanka i właścicielka baru. Popitaśna, jak określił ją Marian.

Po obiedzie byliśmy w sklepie. Chciałem też zajść do zabytkowego kościoła, ale było zbyt daleko, a pora zbyt późna.

Zabiwakowaliśmy kilka kilometrów dalej, na lewym brzegu, na piaszczystej półce blisko wody. Po przejściu pasa drzew przybrzeżnych stawało się na wprost szybów kopalnianych, wieży z napisem "PIAST II" i okien osiedla niskich bloków mieszkalnych. Na łąkach między nami a kopalnią kicały zające.

Rozdział XI

Dwa mosty

Lubię wiosenne spływy. Rześkie poranki, rozedrgane od ptasiego śpiewu, nikłą zieleń, z dnia na dzień bujniejszą. Podbiału żółte kwiatki na żwirowym brzegu, niepozorne. Kto by je skojarzył z wielkimi liśćmi, które wkrótce wyrosną?

Parę minut od opuszczenia biwaku przepłynęliśmy pod mostem, którego nie miałem na mapie. Na dalszym odcinku spłoszyliśmy czterokrotnie sarny z ich kryjówek, utworzonych nad bezpieczną w ich mniemaniu wodą, wśród wiklin i gęstych zeszłorocznych sztachet rdestowca, które Rafałowi skojarzyły się z bambusami. Rdestowiec nowe pędy już wypuszczał, opatrując je sercowatymi liśćmi, ale były one jeszcze niepozorne. Jedna z saren przepływała rzekę, gdy się z nią spotkaliśmy. Spanikowana, zaplątała się w wężowisku wierzbiny i dopiero po gwałtownej szamotaninie wypełzła na ląd.

Obecność rdestowca ostrokończystego nad Wisłą jest jednym z dowodów globalizacji, rozumianej jako zniesienie barier między krajami i kontynentami, co można oceniać zarówno jako dobre, jak i jako złe. Ojczyzną rdestowca jest południowa Azja. Jest on rośliną dość ładną, sprowadzono go więc w XIX wieku do Europy i uprawiano w ogrodach botanicznych i parkach dworskich, a następnie także jako roślinę miododajną, o późnym okresie kwitnienia. Okazał się rośliną bardzo ekspansywną. Z upraw rozprzestrzenił się do dzikiej przyrody, a ponieważ jego nasiona są roznoszone przez wodę, zwykle nad nią występuje. Rdestowiec jest byliną, więc w okresie zimowym i letnim (a zatem tym najistotniejszym z punktu widzenia ochrony przed erozją) będąc w stadium spoczynku nie wzmacnia brzegów cieków, nad którymi rośnie. Podobnie jest też w okresie wegetacji. Tworzy wtedy gęste łany, wysokości do trzech metrów, przypominając wyglądem krzew. Wielkie liście swym cieniem uniemożliwiają wzrost traw i ziół, co prowadzi do spłukiwania nie umocnionej gleby. Należałoby rdestowca eliminować, by zachować bioróżnorodność. Jego wada - szybkie przyrosty i łatwość odnawiania się ścinanych pędów - jest jednak również jego zaletą. Rdestowiec jest wskutek tego cenną rośliną energetyczną. Z jednego hektara uprawy można po zbrykietowaniu ogrzać sześć domów jednorodzinnych, można też wykorzystać rdestowiec do produkcji biogazu. Ponadto możliwe jest wykorzystanie tej rośliny do oczyszczania gleb zdegradowanych, gdyż łatwo akumuluje metale ciężkie. Zebrane z takich gleb pędy można wykorzystać energetycznie, a po spaleniu z popiołów odseparować szkodliwe substancje.

Występowania rdestowca nad Wisłą nie można zatem zakwalifikować jednoznacznie. Zagraża wprawdzie rodzimym gatunkom, ale zetknięcie się z nim nie grozi uczuleniem skóry, jakim może się skończyć spotkanie z barszczem Sosnowskiego, sprowadzonym w latach siedemdziesiątych XX wieku w celu zbadania jego przydatności na paszę i rozpowszechnionym z uprawy. Rdestowiec nie jest też szkodnikiem, takim jak szrotówek kasztanowcowiaczek - motylek o ładnym wyglądzie i niewinnej nazwie, niszczący od 1985 roku kasztanowce i klony w Europie, rozprzestrzeniający się dzięki samochodom, na których wędruje. Rdestowiec można postawić obok takich gatunków jak dąb czerwony czy rak amerykański. Ich wprowadzenie skutkuje wprawdzie wypieraniem innych gatunków, ale nie można go ocenić jednoznacznie negatywnie.

Marian i Prezes na bystrzuDość niespodziewanie nad rzeką pojawiły się dwa mosty: pierwszy kolejowy, drugi drogowy, o dość zabawnej konstrukcji, gdyż drewniane pale podpierały stalową kratownicę, na której ułożona była nawierzchnia, zapewne asfaltowa, gdyż samochody szybko i bez hałasu po niej jeździły. Most to najlepszy punkt orientacyjny dla kajakarza. Nie można go przegapić. Cóż dopiero dwa mosty obok siebie. Spłynąwszy bystrzem, wyjąłem mapę i uznałem, że to Nowy Bieruń. Oznaczało to, że zaledwie pięć kilometrów pozostało do ujścia Przemszy.

Marian z Prezesem płynęli w 1987 roku Wisłą z Goczałkowic do Krakowa. Wspominali Przemszę dość przykro. Była bardzo zanieczyszczona. Zielone wody Wisły łączyły się z czarnymi Przemszy. Nabrali wody z Przemszy w butelkę. Gdy się odstała, na połowę wysokości butelki wytrącił się osad, składający się zapewne głównie z pyłu z wód kopalnianych.

W 1980 roku z kolei wiosłową łódką hamburką przepłynął Wisłę dziennikarz Wojciech Giełżyński. Opisał to przedsięwzięcie w książce: "Moja prywatna Vistuliada". Po jej lekturze może się skutecznie odechcieć pływania po Wiśle. Smród, brud i niewiele więcej.

Ciekawy byłem Przemszy. Od niej zależało nasze dalsze płynięcie. Czy będzie przyjemne, czy już nie?

Przepłynęliśmy pod nie użytkowanym starym betonowym mostem i wkrótce z lewej strony do Wisły wpadła nieduża, ale dość czysta rzeka.
- Przemsza! - zawołaliśmy zgodnie z Rafałem.

Wisła nie zmieniła swego charakteru, pojawiło się nawet nieznaczne bystrze i kamienisty przemiał. Czy to jest ta żeglowna rzeka? Czy tędy mogłaby popłynąć barka? Przyjrzałem się mapie i dostrzegłem, że tuż za ujściem Przemszy powinny być dwa mosty, a tu żadnego nie było.

Upływały kilometry. Z lewej wpadła kolejna rzeka. Przemsza?! Po kilku zakrętach pojawiły się dwa mosty, pod drugim - solidne kamieniste bystrze ze stojącą falą. Czy to możliwe, by takowe było na szlaku żeglugowym? Dlaczego nie ma tablic z kilometrażem, które powinny zacząć się od ujścia Przemszy? Wytłumaczyliśmy sobie, że szlak żeglowny istnieje tylko na papierze oraz w wyobraźni planistów. Byliśmy z siebie i rzeki zadowoleni. Człowiek potrafi wytłumaczyć sobie wiele rzeczy, a nawet samego siebie do nich przekonać, jeśli bardzo tego pragnie.

Tu się spotykają Wisła i PrzemszaUjście prawdziwej Przemszy czekało na nas pięć kilometrów dalej. Nie można było go pomylić z niczym innym. Wisła i Przemsza w tym miejscu miały podobną szerokość, poniżej ich połączenia lustro wody miało ponad sto metrów, a dwoma mostami gnały samochody i przetoczył się pociąg. Przemsza nie była też czysta, choć również nie zatrważająco brudna.
- Ujdzie!

Jeśli mielibyśmy jeszcze wątpliwości, u ujścia Przemszy stała tablica z jej nazwą.

Przyjrzałem się ponownie, tym razem uważnie, mapie. Wydał ją w 1991 roku Sztab Generalny Wojska Polskiego, Zarząd Topograficzny, w skali 1:200 000. Dane, którymi się posłużono przy opracowywaniu mapy, pochodziły z lat 1982-1987. Na mapie nie było trzech pierwszych pokonanych dzisiaj mostów, zaś dwie rzeczki, które omyłkowo uznaliśmy poprzednio za Przemszę, były to Pszczynka i Gostyń.

Mostów tych nie było też w opisie Bronisława Jastrzębskiego z wydanego w 1960 roku przewodnika "Turystyczne szlaki wodne Polski", którym się posługiwaliśmy.

Co ciekawe, Kazik nie miał też ich na mapie satelitarnej wydrukowanej z Internetu.

Zbyt bardzo chcieliśmy osiągnąć ujście Przemszy, by pozwolić sobie poprzednio na chłodną analizę naszego położenia. Bogiem a prawdą, zbyt krótko płynęliśmy, by za Przemszę uznać Pszczynkę i Gostyń. Do Pszczynki od Goczałkowic było dwadzieścia osiem kilometrów, do Gostyni trzydzieści dwa. Do Przemszy jest tych kilometrów czterdzieści. Zgubił naszą orientację pierwszy kompleks dwóch mostów. Według mapy pierwszy tego typu zespół powinien być w Nowym Bieruniu i tak uznaliśmy. Mile łechtało nas w męską próżność to, że tak szybko go osiągnęliśmy.

Rozdział XII

Wisłą taniej?

Za ujściem Przemszy mijamy pierwszy kilometr szlaku żeglownego WisłyOd ujścia Przemszy zaczyna się kilometrowanie Wisły. Tu powinien być kilometr 0. Nie było go jednak. Pierwszą tablicą kilometrażu była tablica z cyfrą 1, za mostami, piaskarnią i nabrzeżem, przy którym stało kilka barek.

W czerwcu 1933 roku mniej więcej z tego miejsca, z Oświęcimia, który nie był wówczas jeszcze kojarzony z nazwą Auschwitz, wyruszyła patriotyczna sztafeta kajakowa wymyślona i zorganizowana przez Witolda Bublewskiego, jednego z prekursorów polskiej turystyki wodnej w czasie międzywojnia, udzielającego się we wszystkich organizacjach zajmujących się wówczas szeroko pojętym wodniactwem, także zawodowo parającego się tą problematyką jako pracownik Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego do spraw wychowania morskiego i wodnego. Był drużynowym 39 Warszawskiej Drużyny Żeglarskiej, jednej z najbardziej prężnych jednostek organizacyjnych zajmujących się żeglarstwem i kajakarstwem u zarania ich polskich dziejów. Działał w kierownictwie Ligi Morskiej i Kolonialnej. W 1932 roku był komendantem zlotu narodowego skautów wodnych w Garczynie. Zakładał Polski Związek Kajakowy. W końcu był jednym z tych, dzięki którym w dyspozycji harcerzy znalazł się "Zawisza Czarny".

Celem sztafety było zwrócenie uwagi sfer rządowych na Wisłę jako najtańszą drogę transportu, zwłaszcza węgla ze Śląska do morza. Komandorem sztafety był Bronisław Jastrzębski, późniejszy autor wspomnianego przewodnika po wodach Polski. W pokonaniu podzielonej na dwudziestokilometrowe odcinki trasy wzięło udział stu harcerzy, przy czym każdy odcinek pokonywało dwóch z nich jednym kajakiem. Sztafeta płynęła dzień i noc, toteż oczekujący nocą na punktach etapowych zmiennicy trzymali pochodnię, aby płynący wiedzieli, gdzie dobić do brzegu. Po czterech dobach ostatnia zmiana dotarła do Gdyni. Harcerze wieźli symboliczną bryłkę węgla, którą przekazali Państwowej Szkole Morskiej, a sztafeta odbywała się pod hasłem: "Płyniemy z węglem kajakami, po to, by w przyszłości wozić go barkami."

Węgiel kamienny był wtedy (podobnie jak w czasach socjalizmu) przedmiotem pewnego kultu. Nie był po prostu surowcem naturalnym, który, jak się szczęśliwie złożyło, znalazł się w granicach Polski, ale bogactwem narodowym, darem ojczyzny, która oddaje ukryte skarby narodowi. W ten sposób idea ziemi ojczystej jako źródła materialnego bogactwa, funkcjonująca w społeczeństwach agrarnych, została adaptowana przez społeczeństwo przemysłowe, które już nie w uprawie ziemi postrzegało źródło dobrobytu. Takie podejście usprawiedliwiało nieskrępowane korzystanie z tego surowca.

Podobnie, przez aspekt możliwości jej gospodarczego wykorzystania, postrzegano Wisłę. Przede wszystkim miała być użyteczną drogą wodną, ujętą w karby. Tak widział jej przyszłość Żeromski w poświęconym Wiśle poemacie prozą:
"Ujmie nareszcie brzegi wiślane plemię w jedno zrośnięte. Obwałuje je wreszcie niezłomnymi tamami, zabezpieczy na zawsze złotodajne niziny, wielkimi pracami wymiecie nierówności dna, rozległe mielizny, bruzdy i wzgórza, fałdy i jamy ze stromymi ścianami, studnie kilkusążniowej głębiny wywiercone przez nagle wiry. Powiększy i unormuje się głębokość żeglowna, ułatwi ruch lodów. Zaginie w Wiśle odwieczna, bezpłodna łacha i odwieczny, rokroczny zator - czterokrotna co roku powódź, samopas i niewolniczo, niszczycielsko i obłędnie chodząca masa wód. Podjęte zostanie dzieło Wielkiego Kazimierza. Ugną się swawolne nurty pod setami tysięcy szkut i komięg, bez przerwy, dzień i noc, darmo i szybko wiozących węgiel do Warszawy i Gdańska. Przyszłe życie Polski otrzyma za cenę pracy plemienia dwie potęgi: bezmiar węgla, dostawiany do miast i wsi przez rzekę posłusznie pracującą w ciągu stuleci."

W tym drażniącym nieco swą ekspresjonistyczną formą ucho współczesnego słuchacza (pierwotnie utwór był wygłaszany przez autora na wieczorkach, dopiero w 1918 roku ukazał się drukiem) poemacie Żeromski porusza inny popularny mit, sprowadzający się do słów: "Wisłą taniej". Przeświadczenie to uformowało się w warunkach gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej i przetrwało do chwili obecnej. Czy jest jednak prawdziwe?

Wisła nie jest rzeką o zasilaniu lodowcowym jak na przykład Ren. W stosunku do niego jak i wielu innych rzek europejskich jest wręcz rzeką ubogą w wodę. Jej cechą są znaczne roczne wahania stanu wody. Okresy wysokiej wody występują z reguły dwukrotnie: w czasie roztopów wiosennych i na początku lata (tzw. "świętojanka"), rzadziej na przełomie lipca i sierpnia (tzw. "jakubówka"), gdy w Karpatach padają nawalne deszcze. Dla uczynienia z Wisły całorocznej drogi wodnej należałoby ją w całości skanalizować i zapewnić w miarę stały przepływ poprzez zbudowanie systemu zbiorników retencyjnych w górnej części dorzecza. Plan taki powstał nawet w latach 1963 - 1975, ale zrealizowany został w niewielkim stopniu - i pewnie dobrze. Koszty tego byłyby ogromne, finansowe i - zwłaszcza - przyrodnicze. Wątpliwe, czy osiągnięty zostałby skutek w postaci spełnienia się mitu Wisły jako najtańszej drogi. Jeżeliby jej konkurencją były poryte koleinami leśne i polne drogi, jak było jeszcze półtora wieku temu, może by się tak stało. Tak się jednak zdarzyło, że w XIX stuleciu pojawiła się kolej, a w XX - szosy i transport samochodowy. Zapewniają one szybkość dostawy, znacznie większą niż drogą wodną, ponadto zapewniają możliwość dostarczenia towaru w każde miejsce, bez konieczności przeładowywania go z jednego środka transportowego na inny, co zawsze jest uciążliwe, wiąże się z czasem i kosztami. Jeszcze jeden element okazał się decydujący w rozgrywce o ilość przewozów między transportem samochodowym a koleją i żeglugą: transport samochodowy umożliwia rentowne dostarczanie także niezbyt dużych ilości towaru (takich przewozów jest gros), zaś zarówno drogi kolejowe jak i wodne predestynowane są raczej do przewozów masowych.

O upadku znaczenia śródlądowych dróg wodnych dla transportu świadczyć może los Odry, która została uregulowana ponad sto lat temu, stając się najlepszą drogą wodną w tej części Europy. Wożono nią m.in. węgiel ze Śląska do portów nadmorskich. Transportowanie tego surowca było głównym argumentem za udrożnieniem Wisły w czasie, gdy Odra nie znajdowała się w granicach Polski. Obecnie jednak żegluga na Odrze w zasadzie nie istnieje, o czym przekonaliśmy się, pływając po niej kajakami. To również dowodzi, że nie warto przetwarzać Wisły w nowoczesną drogę wodną. Można środki do tego potrzebne wykorzystać w lepszy sposób.

Latem tego samego 1933 roku odbyła się, również na Wiśle, pierwsza masowa impreza kajakowa w Polsce: spływ kajakowy "Przez Polskę do morza". Jego organizatorem była Liga Morska i Kolonialna. Ta społeczna organizacja, współpracująca z rządem, stawiała sobie za cel propagowanie zagadnień morskich, a może nawet szerzej - żeglugowych, w społeczeństwie. Jej wydział żeglugi śródlądowej zajmował się problematyką dróg wodnych i gospodarki wodnej, kładąc silny nacisk na konieczność regulacji rzek, w tym Wisły.

Liga Morska i Kolonialna powstała w 1930 roku z Ligi Morskiej i Rzecznej. Zmiana nazwy była wyrazem tego, że ostatecznie wzięły w niej górę aspiracje mocarstwowo - kolonialne. Każdy liczący się kraj ówczesnej Europy chciał mieć kolonie. Czemu Polska miałaby być gorsza? Dążenia te znalazły odzwierciedlenie w założeniu polskiego osiedla w Brazylii i nawiązaniu współpracy gospodarczej i kulturalnej z Liberią; rozważano nawet uczynić polską kolonią Madagaskar. Możliwości ewentualnej kolonizacji i polskiego osadnictwa na wyspie badał Arkady Fiedler, znany badacz i podróżnik, który swe rozliczne przygody rozpoczął w 1924 roku od kajakowej wyprawy przez wiry i porohy Dniestru.

W założeniu spływ z roku 1933 miał charakter gwiaździsty. Poszczególne grupy mogły dołączać się po drodze lub realizować własne plany. Ważne, by 4 sierpnia spotkać się w Toruniu, obchodzącym wówczas 700-lecie istnienia, a następnie wyruszyć do Gdańska. W tym ostatnim odcinku wzięło udział 2100 uczestników i około tysiąca łodzi wiosłowych, kajaków i żaglówek, wśród nich grupa włocławskich harcerzy prowadzona przez Witolda Pomianowskiego. Przebieg tej imprezy mogę prześledzić dzięki albumowi, przekazanemu mi przez syna drużynowego.

Witold Pomianowski prowadził kilka spływów na WiśleWłocławianie na trasę wyruszyli 3 sierpnia z przystani Koła Przyjaciół Harcerstwa na włocławskich bulwarach. Schodkami znieśli załadowane skąpym wówczas wyposażeniem łódki na piaszczysty brzeg. Tylko największa z nich "Kaczka" z prowiantem była tak ciężka, że dla jej niesienia zebrało się ośmiu chłopaków. Większość stanowiły kajaki sklejkowe; nieliczne miały konstrukcję szwedzką, stelaż drewniany obciągnięty płótnem impregnowanym farbą olejną. Łącznie wyruszyło ich około szesnastu. Dołączyli do innych grup spływających Wisłą. Korzystali czasem z holu rzuconego im z pędzonej korzystnym wiatrem żaglówki. Punkt zborny wszystkich grup był w Złotorii. Teren wokół ruin zamku był wówczas odkryty, bez drzew, bez zarośli, wszędzie trawa. Tam wysłuchali przemówienia generała Kwaśniewskiego. Byli jeszcze ubrani luźno, po wodniacku, w pumpiaste dresy, swetry, podkoszulki na ramiączkach. Kolejny apel odbył się na placu przed toruńskim garnizonowym kościołem św. Katarzyny. Wtedy wszyscy uczestnicy imprezy ubrali się już odświętnie, na galowo, cala włocławska drużyna w mundurach, zwieńczonych pasiastymi, marynarskimi kołnierzami. Kolejne postoje miały miejsce w Fordonie, Chełmnie, Grudziądzu, Gniewie, Tczewie i Gdańsku. Na podcieniowych gniewskich kamienicach napisy polskie ("Apteka") sąsiadowały z niemieckimi ("Rudolf Stock"). W Gdańsku uczestników spływu załadowano na holowniki i Dar "Pomorza" i przewieziono do Gdyni. Tam na brzegu morza odbyła się uroczysta Msza Święta. Za wyrównaną falangą spływowiczów kołysały się wojenne okręty polskie floty. Potem - defilada po ulicach miasta. Następnie - wycieczka statkiem "Gdynia" na Hel, na plażę, o którą rozbijały się niewielkie tego dnia fale. I był już 16 sierpnia, dzień powrotu.

Rozdział XIII

Muzyka i wiatr

Ujście Soły do Wisły.Dorzecze Wisły charakteryzuje się asymetrią. Jak podaje Bronisław Jastrzębski, na siedemdziesiąt trzy dopływy prawostronne przypada dwadzieścia siedem lewostronnych. Spowodowane jest to nachyleniem Niżu Środkowoeuropejskiego ku północnemu zachodowi. Tysiąc osiemset metrów poniżej Przemszy łączy swoje wody z Wisłą Soła, pierwszy z dużych prawostronnych dopływów. Była czysta, przezroczysta.
- Góralska rzeka! - wykrzyknął Rafał zachwycony.

Z położonej w górnym biegu Soły Milówki pochodzą bracia Golcowie, muzycy, założyciele Golec uOrkiestry. Jej zaistnienie było jednym z najciekawszych zdarzeń muzycznych ostatnich lat. Ambicją braci było stworzenie nowoczesnej góralskiej muzyki. Do klasycznego instrumentarium ludowego: skrzypek, dud i basów dodali instrumenty dęte, perkusję i akordeon, wymieszali w jednym tyglu muzykę ludową polskich gór, tradycyjne granie górnośląskich orkiestr górniczych i odrobinę jazzu, opatrzyli ciekawymi, często żartobliwymi tekstami, i udało się. Muzyka zespołu stała się natychmiast rozpoznawalna. Dopóki tworzyli piosenki inspirowane ludowością, tchnęły świeżością. Nie ma takich kolęd jak nagrane przez nich, porywające erupcją radości, ujmujące nutą liryzmu gdy potrzeba. Puzon i trąbka na tle akompaniujących skrzypiec brzmią bosko. Nie bez powodu kompozytorzy czasów baroku uważali trąby za instrumenty właściwe jedynie dla utworów chwalących Stwórcę, ewentualnie zastępujących go na tym świecie władców ziemskich.

Bracia Golcowie napisali piękną piosnkę o swojej małej ojczyźnie, w której "Soła do snu ci sumiała, a holniocek wykołysoł cię". "Ni ma piékniejsej krainy od Milowieckiej dziedziny..." Tam zawsze można wrócić, do siebie. Czy nie jest to jednak zamykanie się w zaściankowości, czy nie lepiej otworzyć się na świat? Góry w piosence Golców "ino jedną wadę mają, ze wciąż taką radę podsuwają: do Milówki wróć".

Bracia Golcowie zdecydowali się uciec od tradycji, dzięki której zaistnieli na muzycznym rynku, ale płyty oddalające się od stworzonej poprzednio konwencji nie były już tak świetne.

Muzyka ludowa stanowi o odrębności narodu. Czerpanie z niej może być też ważkim czynnikiem indywidualizujących twórcę. Inspirowane muzyką polską utwory Chopina zapewniły mu pozycję jednego z największych kompozytorów w historii. Pomimo, że ilościowo jego dorobek nie jest zbyt liczny (niewiele ponad sto dzieł), są to utwory wycyzelowane. Wiele z nich, zwłaszcza spośród sześćdziesięciu pięciu opusowanych przez samego artystę, to arcydzieła. Styl Chopina był i jest rozpoznawalny.

Wcześniejsi kompozytorzy częstokroć nie pozostawili dzieł naznaczonych tak indywidualnym piętnem, mimo, że czerpali z muzyki ludowej im współczesnej. Takim twórcą był między innymi Georg Philipp Telemann. Genialny samouk, żyjący około stu lat przed Chopinem, był jednym z twórców muzyki europejskiej, ponadnarodowej, jakimi byli kompozytorzy czasów przedromantycznych. W czasach Telemanna muzyka była sztuką stricte użytkową, dzieła pisane były na konkretne okoliczności i częstokroć wykonywane jedynie raz. Tworzono ich bardzo dużo. Do obowiązków kapelmistrza dworskiego należało na przykład komponowanie nowej kantaty na każdą niedzielę. Telemann napisał ich przeszło tysiąc siedemset, zebranych w dwadzieścia pełnych cyklów rocznych. Ponadto ponad tysiąc kompozycji instrumentalnych, ponad pięćdziesiąt oper i kilkanaście oratoriów. Tworząc, Telemann był synkretykiem. Czerpał inspirację z muzyki włoskiej, francuskiej i niemieckiej, łącząc ją czasami także z polską muzyką ludową. Zapoznał się z nią w czasie pobytu w Krakowie i Pszczynie i wywarła na nim ogromne wrażenie swym "prawdziwym, dzikim pięknem".

"W swej najprostszej postaci - pisał w autobiografii - muzyka w karczmie wykonywana była na skrzypcach przymocowanych do talii muzyka sznurem i strojonych tercję wyżej niż normalnie, co mogło zagłuszyć pół tuzina normalnych skrzypiec. Pewnego razu słyszałem trzydziestu sześciu dudziarzy i ośmiu skrzypków grających jednocześnie. Trudno sobie wyobrazić cudowne pomysły, które przychodziły do głowy tym dudziarzom i skrzypkom, gdy tancerze odpoczywali. Uważny słuchacz mógł w ciągu ośmiu dni zyskać tyle inspiracji, że starczyłoby mu na całe życie."

Muzyka, której słuchał Telemann, bliska musiała być muzyce beskidzkich górali.

Wiosłowaliśmy pod wiatr po stojącej wodzie. Po pewnym czasie ujrzeliśmy przyczynę: jazy elektrowni z lewej, z prawej wlot do kanału, na którego dalekim końcu majaczyła śluza Dwory. Dobiliśmy na cyplu. Kaziu z Rafałem udali się na rekonesans. Wrócili z informacją, że przy jazach przenoska byłaby bardzo trudna i długa.
- Przy śluzie, nawet jeśli nas nie prześluzują, nie może być gorzej.

Wzięliśmy kurs na śluzę. Wiatr wiał prosto w twarz. Niecałe trzy kilometry do śluzy płynęliśmy ponad godzinę. Można powiedzieć, że zdobywaliśmy każdy metr.
- Wiesz, Rafał, żeglarze miewają różne rodzaje wiatrów: bajdewind, fordewind. Czemu więc my mamy wciąż tylko jeden: wmordewind? - spytałem retorycznie.

Trudno opisać naszą radość, gdy zobaczyliśmy, jak wrota śluzy otwierają się, światło czerwone gaśnie i zapala się zielone.

Na siódmym kilometrze Wisły znajduje się Śluza Dwory.Prześluzowaliśmy się kilka metrów w dół i wypłynęliśmy na kolejny odcinek kanału, prosty i pod wiatr, niezmiennie pod wiatr. Rowerzyści na moście powiedzieli mi, że w okolicy widocznego w odległości półtora kilometra lasku jest sklep. Popłynęliśmy w jego kierunku i zanim tam dotarliśmy, naprzeciw ujścia Macochy i dużego kompleksu stawów rybnych, minęła godzina. Zostałem przy kajakach, a reszta grupy ruszyła na łowy. Sklep był rzekomo bardzo przyjazny, panowie na ławeczce przed nim wino pili i byli bardzo życzliwi.

Kończymy dzień na 17 km szlaku żeglownego Wisły.Brzegi kanału były ujęte w wysokie i strome obwałowania, więc biwakowanie nad nim było niemożliwe. Upłynęło sporo czasu, nim dotarliśmy do połączenia kanału z rzeką. Uregulowaną, ale o brzegach niskich. Wały pozostawiały sporo przestrzeni jako zalewowy polder. Zatrzymaliśmy się w pierwszym dostępnym miejscu, przy czystym wizualnie kanaliku. Po rozstawieniu namiotu poszedłem się do niego umyć. Pląsała w nim żaba trawna, kręcąc piruety w ujściu kanaliku do Wisły. Rafał rozpalił ognisko. Dym wędrował nad wodę, szarpany wiatrem. Na przeciwległym brzegu stała tablica kilometrażowa z liczbą 17.

Przejdź dalej

Copyright © Prywatne Okienko Wuja Mariana

Wybierz z listy: